Wakacje z szejkiemTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Annie West
Wakacje z szejkiem

Tłumaczenie:

Monika Łesyszak

ROZDZIAŁ PIERWSZY

‒ Pozwól, że pogratuluję ci jako pierwszy, kuzynie. Żyj długo i szczęśliwie ze swoją księżniczką – powiedział Hamid z promiennym uśmiechem.

Wzruszony serdecznością kuzyna, Idris przywołał uśmiech na twarz. Chociaż nie łączyła ich bliska więź, brakowało mu go, gdy obaj ułożyli sobie życie w odległych miejscach: Idris w Zahracie, a Hamid na uczelni w Stanach Zjednoczonych.

‒ Jeszcze nie jest moja – przypomniał półgłosem, świadomy, że mimo gwaru rozmów ktoś ciekawski mógłby ich podsłuchać.

Hamid zrobił wielkie oczy za okularami bez oprawek.

‒ Czyżbym popełnił nietakt? Słyszałem…

– Dobrze usłyszałeś – uciął krótko Idris.

Nikt go nie zmuszał do małżeństwa. Szejk Idris Baddour rządził niepodzielnie swoim państwem, Zahratem. Był opiekunem narodu i obrońcą uciśnionych. Jego słowo stanowiło prawo nie tylko w kraju, lecz również i tu, w okazałej ambasadzie w Londynie.

Lecz decyzję o małżeństwie podjął niezupełnie z własnej woli. Los mu wybrał narzeczoną. Planował ją poślubić ze względów dyplomatycznych, by zapewnić stabilizację w regionie, a dynastii spadkobierców, i mimo nowoczesnych poglądów przekonać konserwatywnych oponentów, że zasługuje na tron.

Przeprowadził reformy w Zahracie, lecz starzy politycy nadal postrzegali go jako niedoświadczonego młokosa, jak wtedy, gdy objął władzę w wieku dwudziestu sześciu lat. Nie ulegało wątpliwości, że przez aranżowane, dynastyczne małżeństwo zyska autorytet, którego nie zapewniły mu ani mocne rządy, ani najzręczniejsze zabiegi dyplomatyczne.

‒ Jeszcze się oficjalnie nie zaręczyliśmy – wyjaśnił Hamidowi. – Wiesz, jak powoli idą negocjacje.

‒ Mimo wszelkich przeszkód uważam cię za szczęściarza. Księżniczka Ghizlan jest piękna i inteligentna. Będzie wspaniałą żoną.

‒ Z całą pewnością. Dziękuję, Hamidzie.

Idris zerknął na przyszłą małżonkę. Krwistoczerwona suknia opinała doskonałą figurę klepsydry. Jej znajomość sytuacji politycznej, urok osobisty i pewność siebie gwarantowały aprobatę narodu.

Szkoda tylko, że nie czuł radości nawet na myśl o nocy poślubnej z tą pięknością.

Zbyt wiele godzin spędził na żmudnych negocjacjach z dwoma sąsiadującymi krajami. Zbyt wiele wieczorów walczył o przeprowadzenie reform staroświecko zarządzanego państwa. A wcześniej przeżył zbyt wiele nic nieznaczących, powierzchownych romansów.

Lecz wysoko cenił sobie korzyści, jakie przynosił ten związek. Księżniczka Ghizlan, córka władcy sąsiedniego kraju, zapewniała długo wyczekiwany pokój pomiędzy zwaśnionymi narodami. Zdrowa i piękna, stanowiła też wymarzony materiał na matkę następców tronu. Krajowi nie groziłby już kryzys dynastyczny jak po przedwczesnej śmierci jego wuja. Tłumaczył sobie, że w noc poślubną pożądanie samo przyjdzie. Spróbował sobie wyobrazić czarne włosy na poduszce, lecz zamiast nich oczami wyobraźni zobaczył złociste.

‒ Zorganizuj ceremonię w Zahracie, a nie w tym zimnym, pochmurnym kraju – doradził Hamid.

‒ Anglia ma wiele zalet.

‒ Oczywiście. Przede wszystkim piękne kobiety. Chciałbym, żebyś poznał jedną z nich.

Idris osłupiał.

‒ Chyba wyjątkową, skoro cię zainteresowała.

‒ O tak – potwierdził Hamid. – Dzięki niej zweryfikowałem poglądy na życie.

‒ Studentka czy uczona?

‒ Nie. O wiele bardziej interesująca.

Idris zaniemówił z wrażenia. Mężczyźni z jego rodu zwykle unikali poważnych związków. Sam do nich wcześniej należał. Jego ojciec romansował na potęgę nawet po ślubie. A poprzedni szejk, wuj Idrisa, tak zasmakował w niezliczonych kochankach, że nie zdążył przed śmiercią spłodzić legalnego następcy. Dlatego wybrano Idrisa, ponieważ Hamida, równie bliskiego krewnego zmarłego szejka, władza nie interesowała. Zafascynowany historią, został na uniwersytecie i postanowił poświęcić życie badaniom naukowym.

‒ Czy poznam dzisiaj to cudo? – zażartował Idris.

‒ Wyszła do łazienki. O, już wraca. Prześliczna, prawda?

Tylko zakochany potrafił wypatrzyć obiekt swych westchnień w gęstym tłumie. Idris podążył za jego wzrokiem, ale nie potrafił odgadnąć, czy kuzynowi chodzi o wysoką brunetkę w czerni, czy o blondynkę z mnóstwem biżuterii. Bo chyba nie o roześmianą kokietkę z wielkimi pierścieniami na prawie każdym palcu? W pewnym momencie dostrzegł jeszcze jedwab czyjejś seledynowej sukni, cerę białą jak mleko i złociste włosy, lśniące jak niebo o brzasku. Zaparło mu dech na ten widok, a serce przyspieszyło do galopu. Lecz zaraz zasłoniła ją grupa ludzi.

‒ Która to? – zapytał Hamida, zmienionym, jakby nie swoim głosem.

Postać nieznajomej przypomniała mu jedyną kochankę, którą musiał porzucić, zanim namiętność wygasła. Pewnie dlatego zrobiła na nim tak piorunujące wrażenie. Ale tamta nosiła kręcone włosy rozpuszczone, a nie spięte ciasno w konwencjonalny kok.

‒ Znikła mi z oczu. Zaraz jej poszukam, chyba że zechcesz zrobić sobie chwilę przerwy od wymogów dyplomatycznego protokołu.

Tradycja wymagała, by władca witał gości na złoconym tronie, umieszczonym na podwyższeniu. Idris zamierzał odmówić, ale pod wpływem impulsu zmienił zdanie. Od niepamiętnych czasów nie pozwolił sobie na luksus spontaniczności. Zatęsknił za chwilą wytchnienia od wypełniania obowiązków.

Zerknął na Ghizlan, zajętą zabawianiem rozmową dygnitarzy. Doskonale sobie radziła. Spojrzała na niego, posłała mu uśmiech, po czym wróciła do przerwanej konwersacji. Nie wątpił, że będzie doskonałą królową i świetną dyplomatką. Nie będzie za wszelką cenę zabiegała o jego uwagę jak większość byłych kochanek.

‒ Chodźmy, kuzynie – zadecydował w mgnieniu oka. – Chętnie poznam damę twego serca.

Przedarłszy się przez tłum, w końcu dotarli do blondynki o mlecznej cerze i subtelnej figurze w dopasowanej sukni, przylegającej do bioder i podkreślającej jędrność pośladków. Gdy zwróciła głowę ku Hamidowi, rozpoznał jej głos i profil: pełne wargi, drobny nosek i smukłą, długą szyję. Ją jedną zapamiętał wśród wielu kobiet, które przeszły długim szeregiem przez jego życie. Ogarnęła go zazdrość, że należy teraz do Hamida.

‒ Pozwól, Arden, że przedstawię cię mojemu kuzynowi, Idrisowi, szejkowi Zahratu.

Arden dokładała wszelkich starań, żeby nie okazać zdenerwowania spotkaniem pierwszego w życiu szejka. Już samo uczestnictwo w przyjęciu dla sławnych i bogatych stanowiło nie lada wyzwanie. Dzieliła ją od nich przepaść. Zwróciła ku niemu głowę i omal nie upadła na widok twardych rysów, wyglądających jak wyrzeźbione przez pustynny wiatr. Świat przestał dla niej istnieć, nogi odmówiły posłuszeństwa.

Nie potrafiła oderwać oczu od wysokich kości policzkowych, orlego nosa, mocnej linii żuchwy i gęstych, czarnych brwi. Nozdrza mu zafalowały, jakby wyczuł coś nieoczekiwanego. Oczy, czarne jak pustynna burza, obserwowały, jak drgnęła, chwytając za ramię Hamida w poszukiwaniu oparcia.

Nie wierzyła własnym oczom. Tłumaczyła sobie, że to nie on, że niemożliwe, żeby go znała, ale żaden argument nie trafiał jej do przekonania. Bezbłędnie rozpoznała człowieka, który radykalnie odmienił jej życie. Ukradkiem zerknęła w kierunku obojczyka w poszukiwaniu blizny po upadku z konia, ale zakrywał ją kołnierzyk. Najchętniej poprosiłaby, by go rozpiął, ponieważ mimo władczej postawy i poważnej miny do złudzenia przypominał Shakila.

‒ Arden, czy dobrze się czujesz? – wyrwał ją z osłupienia pełen troski głos Hamida.

Dotyk ciepłej dłoni wyrwał ją z osłupienia i uświadomił, że traktuje ją jak kogoś więcej niż koleżankę. Mimo wdzięczności nie mogła go zwodzić.

‒ Zaraz dojdę do siebie – zapewniła nieco drżącym głosem, nie odrywając wzroku od szejka.

Tłumaczyła sobie, że nawet gdyby to faktycznie był Shakil, to żaden cud, lecz kolejna gorzka lekcja. Ten człowiek wykorzystał ją i porzucił. Uprzejmie skłoniła głowę.

‒ Miło mi poznać Waszą Wysokość. Mam nadzieję, że Wasza Wysokość dobrze się czuje w Londynie.

Czy powinna się ukłonić? Sroga mina i napięta postawa szejka nasunęły jej podejrzenie, że go obraziła. Wyglądał jak wojownik, gotowy do walki. Długo milczał, zanim w końcu przemówił:

‒ Witam w mojej ambasadzie, panno…

‒ Wills, Arden Wills – podsunął Hamid, ponieważ Arden odebrało mowę.

‒ Panno Wills – powtórzył tak wolno, jakby wypowiedzenie łatwego nazwiska sprawiało mu trudność.

Arden z trudem dochodziła do siebie po szoku. Jego głos brzmiał jak głos Shakila. Wyglądał też niemal identycznie, albo raczej tak jak wyglądałby Shakil, gdyby porzucił beztroski tryb życia i spoważniał po upływie kilku lat. Miał tylko nieco bardziej pociągłą twarz i srogą minę, jakby zaraz miał zrzucić doskonale skrojony zachodni strój, wsiąść na bojowego rumaka i wyruszyć na wojnę.

Coś powiedział, ale zamęt w głowie nie pozwolił jej wychwycić sensu jego słów. Zamrugała powiekami i spróbowała zrobić krok do przodu, ale się zachwiała. Hamid natychmiast przyciągnął ją do siebie.

‒ Wybacz, nie powinienem nalegać, żebyś przyszła ze mną. Nie jesteś w formie.

Arden zesztywniała, spostrzegłszy, że szejk gwałtownie nabrał powietrza. Bardzo lubiła Hamida, ale nie miał prawa traktować jej jak podopiecznej. Poza tym od dawna nie pragnęła dotyku mężczyzny.

‒ Już wyzdrowiałam – wymamrotała z wysiłkiem.

Niedawno przeszła grypę, co stanowiło doskonałe wytłumaczenie nagłego osłabienia i zawrotów głowy.

Odstąpiła od niego, tak żeby musiał opuścić rękę i ponownie spojrzała w ciemne oczy. Tłumaczyła sobie, że nie może znać egzotycznego szejka. Shakil był studentem, a nie władcą państwa.

 

‒ Dziękuję Waszej Wysokości za zaproszenie na to wspaniałe przyjęcie – odpowiedziała uprzejmie, choć najchętniej umknęłaby choćby na koniec świata. Zmobilizowała wszystkie siły, żeby nie upaść.

Badawcze spojrzenie szejka wskazywało, że odczytał jej myśli, bo zapytał:

‒ Czy na pewno dobrze się pani czuje? Wygląda pani, jakby nie mogła ustać na nogach.

‒ Dziękuję za troskę, ale to tylko skutek zmęczenia po ciężkim tygodniu. Bardzo przepraszam, ale najlepiej będzie, jak wrócę do domu. Ty, Hamidzie, zostań. Dam sobie radę sama.

Ale Hamid nie słuchał.

‒ Wykluczone. Idris nie będzie miał nic przeciwko temu, że cię odprowadzę i wrócę.

Arden spostrzegła, że szejk zmarszczył gęste brwi, ale nie dbała o to, czy go nie urazi przedwczesnym opuszczeniem przyjęcia. Miała poważniejsze problemy do rozstrzygnięcia: jak uprzejmie, ale stanowczo zahamować romantyczne zapędy Hamida, żeby nie zerwać przyjaźni?

Jak to możliwe, że szejk tak bardzo przypominał pod każdym względem mężczyznę, który postawił jej świat do góry nogami? I co najważniejsze: jak to możliwe, że nadal tęskniła za kimś, kto zrujnował jej życie?

Bezsenna noc nie przyniosła Arden ukojenia. W niedzielę mogłaby sobie pozwolić na dłuższy odpoczynek po całym tygodniu pracy w kwiaciarni, ale wolałaby pracować niż roztrząsać wynikłe poprzedniego dnia problemy.

Życie nauczyło ją, jak niebezpieczną pułapką bywa pożądanie, a zwłaszcza miłość i wiara, że coś dla kogoś znaczy.

Cztery lata temu pojęła, że była naiwna. Udowodniła to brutalna rzeczywistość. Ale doświadczenie nie stłumiło tęsknot, które obudziło jedno spojrzenie w oczy władcy Zahratu.

Nawet teraz, o pierwszych promieniach brzasku, była niemal pewna, że to Shakil, że nie rozpoznał jej tylko dlatego, że stracił pamięć wskutek jakiegoś wypadku, ale wcześniej szukał jej po całym świecie. Rozsądek podpowiadał, że to czyste mrzonki. Przecież Shakil mógłby ją znaleźć, gdyby tylko zechciał. Nie ukrywała swej tożsamości.

Lecz on uwiódł niedoświadczoną, niewinną Angielkę na pierwszych zagranicznych wakacjach i bez skrupułów porzucił. I tylko jej romantyczna dusza szukała podobieństwa w każdym młodym mężczyźnie, pochodzącym z tamtych okolic. Czyż nie odnalazła go w rysach Hamida tamtego dnia w British Museum? Ujął ją miłym uśmiechem i poważnym podejściem do dzieł sztuki, gdy opowiadał o flakonikach na perfumy i biżuterii na czasowej wystawie zabytków Zahratu. Stanowił jakby spokojniejszą, bardziej powściągliwą wersję Shakila. Nic dziwnego, że jego kuzyn zrobił podobne wrażenie. Być może sztywne, ciemne włosy i szerokie ramiona stanowiły wspólną cechę mieszkańców tego kraju?

Obecnie miała dość mężczyzn z Zahratu, łącznie z Hamidem, który z gospodarza domu i przyjaciela nieoczekiwanie zaczął kandydować na sympatię. Jak to się stało? Dlaczego wcześniej nie dostrzegła oznak osobistego zainteresowania?

Zacisnąwszy zęby, narzuciła stary sweter i ostrożnie, żeby nikogo nie obudzić, otworzyła szafkę ze środkami czystości. Ponieważ zawsze najlepiej myślała przy pracy, wzięła szczotkę i pastę do wyrobów mosiężnych, żeby wyczyścić kołatkę przy drzwiach i skrzynkę na listy.

Ledwie zaczęła, usłyszała, że ktoś schodzi z klatki schodowej na chodnik ponad jej sutereną. Rozpoznała kroki mężczyzny. Cichutko otworzyła puszkę i nałożyła trochę pasty na kołatkę. Postanowiła przeczekać, aż Hamid sobie pójdzie.

‒ Arden! – zawołał z góry aksamitny głos.

Arden zamrugała powiekami i wbiła wzrok w czarną powierzchnię drzwi. Chyba ponosiła ją wyobraźnia, ponieważ przez cały wieczór wspominała Shakila.

Lecz teraz odgłos kroków zabrzmiał na schodach prowadzących na maleńkie podwórko przed jej mieszkaniem w suterenie. Zamarła w bezruchu. Nie, nie uległa złudzeniu. Odwróciła się i puszka pasty z brzękiem spadła na płyty chodnikowe.

ROZDZIAŁ DRUGI

Idris popatrzył w wielkie oczy, błękitne jak akwamaryny z królewskiego skarbca, głębokie jak morze przy wybrzeżach Zahratu. Ileż razy o nich marzył? I o tych złotych włosach, spływających jedwabistymi falami na mleczne ramiona.

Przez chwilę nie mógł wydobyć głosu ze ściśniętego gardła. Choć był przygotowany na to spotkanie, gdy zobaczył Arden, zwątpił, czy potrafi zapanować nad sobą.

Żeby ją zobaczyć, odwołał śniadanie z Ghizlan i ambasadorami obu krajów.

Jak mógł pragnąć kobiety należącej do innego? Do jego własnego kuzyna! Gdzie jego zdrowy rozsądek, skoro przyszedł tu, zamiast towarzyszyć przyszłej żonie? Od lat nie zrobił nic pod wpływem impulsu czy kaprysu. Lecz teraz nie odparł pokusy sprawdzenia, czy Arden mieszka z Hamidem, jak zasugerował poprzedniego wieczora. Zżerała go zazdrość.

‒ Co Wasza Wysokość tu robi? – spytała schrypniętym głosem, jak wtedy, gdy wykrzykiwała jego imię w miłosnej ekstazie.

Pamiętał, że w takich chwilach przestawał być beztroskim, samolubnym młodzieńcem. Jak to możliwe, że jedno zdanie przywołało tak wyraziste, tak nieodparcie kuszące wspomnienia? Przecież nie łączyło ich nic prócz przelotnego, wakacyjnego romansu, jakie przeżył niezliczoną ilość razy. Dlaczego zapamiętał akurat ten?

Odpowiedź przyszła sama: ponieważ był inny niż wszystkie. Po raz pierwszy w życiu planował go przedłużyć. Nie był jeszcze gotowy, by zakończyć znajomość.

‒ Hamid wyszedł – poinformowała, nerwowo zaciskając palce.

Idrisa ucieszyła jej reakcja. Nie tylko on się denerwował. Zawsze panował nad sobą. Nie wiedział, co to rozterki.

‒ Nie przyszedłem do Hamida – odrzekł.

Arden zrobiła wielkie oczy. Odniósł wrażenie, że jeszcze pobladła. Hamid wspominał o jej słabej kondycji. Czyżby była w ciąży? Dlaczego wyglądała tak krucho?

Znów poczuł bolesne ukłucie zazdrości, choć nie miał do niej prawa. Obudził się w środku nocy, około czwartej rano. Usiłował sobie wmówić, że nic nie czuje do Arden Wills, ale wiedział, że to nieprawda. Jako człowiek praktycznie myślący przyszedł tu, żeby dojść do ładu ze swymi uczuciami i położyć kres niestosownym pragnieniom.

‒ Powinnaś usiąść. Słabo wyglądasz ‒ zauważył.

‒ Nic mi nie jest.

Skrzyżowała ramiona, dzięki czemu jego uwagę przykuły piersi pod workowatym swetrem. Pamiętał ich doskonały kształt. Nie mógł oderwać od nich wzroku, póki nie zamachała mu ręką przed oczami i nie zawołała:

‒ Ejże! Wasza Wysokość! Tu jestem!

Zawstydziła go, chyba po raz pierwszy w życiu. Poczuł, że płoną mu policzki. Gdy podniósł wzrok, spostrzegł, że Arden też poczerwieniała. Z gniewu czy ze wstydu? A może odwzajemniała jego pragnienia?

‒ Przyszedłem do ciebie – oświadczył.

‒ Do mnie?

‒ Tak. Mogę wejść?

‒ Nie. Lepiej porozmawiajmy tutaj.

‒ Chyba nawet w Wielkiej Brytanii ludzie zapraszają gości do środka.

‒ Wolę zostać na dworze.

Zaskoczyła go. Czyżby wątpiła w jego dobre maniery? Czyżby naprawdę bała się zostać z nim sam na sam?

‒ Mam klucz do domu Hamida. Jeżeli Wasza Wysokość sobie życzy, mogę go tam wprowadzić. Chyba nie będzie miał nic przeciwko temu. Przecież jesteście krewnymi.

Idris podniósł wzrok na lśniące czarne drzwi. Dopiero teraz zauważył mosiężny numer z niewielką, lecz wyraźną literką A obok. Odczuł ogromną ulgę.

‒ Mieszkasz w piwnicy, nie z nim?

Arden nieznacznie wyprostowała plecy.

‒ Nie. Wynajmuję u niego mieszkanie.

Co nie oznaczało, że nic ich nie łączy. Namiętność Hamida do historii i starych ksiąg nie wykluczała zainteresowania płcią przeciwną. Jak wszyscy mężczyźni z ich rodu zawsze zauważał ładną buzię i zgrabną figurkę. Zresztą otaczał Arden opieką i przedstawił mu ją jako wyjątkową osobę, która wiele dla niego znaczy.

‒ Przyszedłem do ciebie – powtórzył.

Arden pokręciła głową tak energicznie, że złote loki zawirowały wokół twarzy. Poprzedniego dnia spięła je w ciasny kok, lecz teraz lśniły jak dawniej, niczym piasek pustyni w słońcu. Idrisa kusiło, żeby zanurzyć w nich dłoń.

‒ Dlaczego? – wyrwał go z odrętwienia jej głos.

‒ Może żeby powspominać dawne czasy?

‒ Więc to jednak ty! To ty byłeś na Santorynie!

Idris osłupiał.

‒ A myślałaś, że ktoś inny? Nie pamiętasz mnie?

Choć przepuścił przez łóżko tłumy kochanek, które dawno odeszły w niepamięć, nie wyobrażał sobie, że Arden mogłaby go zapomnieć. Po czterech latach przypominał sobie każdy szczegół: cichutkie westchnięcia we śnie, rozpaloną skórę, gdy po raz pierwszy się kochali. Omal nie oszalał z radości, że został jej pierwszym kochankiem. Opuszczenie jej, żeby wypełnić obowiązek wobec państwa, przyszło mu z wielkim trudem.

‒ Jak to możliwe, że zostałeś szejkiem? – wykrztusiła w końcu z bezgranicznym zdumieniem. – Kiedy cię poznałam, studiowałeś.

‒ Ściślej mówiąc, właśnie ukończyłem studia w Stanach Zjednoczonych. A zasiadłem na tronie dlatego, że zmarł mój wuj, poprzedni szejk Zahratu. Wcześniej wyznaczył mnie na swojego następcę. Wkrótce po jego śmierci jego ostatnia wola została ratyfikowana.

Brzmiało to jasno i logicznie, ale objęcie władzy nie przyszło mu łatwo. Spadł na niego ciężar ogromnej odpowiedzialności. Musiał w mgnieniu oka dojrzeć, by wziąć na swe barki ciężkie brzemię wydźwignięcia królestwa z upadku i zacofania. Tego ranka po raz pierwszy od lat wygospodarował trochę czasu dla siebie. Zdumione spojrzenie sekretarki, gdy zmienił plan dnia, wiele mówiło.

Gdy podszedł krok bliżej, wychwycił zapach pasty do metalu, zmieszany ze znajomym aromatem kwiatu pomarańczy.

‒ Wejdźmy do środka – nalegał.

‒ Nie! – wykrzyknęła z rozszerzonymi z przerażenia oczami.

Idris osłupiał. Gdyby nie wiedział, że to niemożliwe, przysiągłby, że zadrżała. Mimo że sprawował władzę, nigdy nie próbował świadomie wystraszyć kobiety.

‒ Nie mam Waszej Wysokości nic do powiedzenia – dodała z lekceważącym prychnięciem.

‒ Przeszkadza ci mój tytuł?

‒ Nie, ale nie znoszę zakłamania.

Idris zacisnął zęby. Nie przywykł do oporu ani tym bardziej do obelg. Ponieważ nikt ich nie widział, najchętniej pochwyciłby tę rozzłoszczoną kotkę w ramiona i wniósł do mieszkania. Lecz gdyby jej dotknął, mógłby obudzić niepożądane emocje. Przybył tu, by zaspokoić ciekawość i zamknąć na zawsze w swym umyśle niedokończony rozdział z przeszłości.

Czekały go zaręczyny z piękną księżniczką, a potem korzystne ze względów dyplomatycznych małżeństwo. Obydwa narody niecierpliwie wyczekiwały zaślubin. Popełniłby wielki błąd, gdyby spróbował nawiązać bliższy kontakt z Arden Wills. Niemniej kusiło go, by jej dotknąć i przypomnieć, co ich łączyło.

‒ Nigdy nie kłamałem – wycedził przez zaciśnięte zęby.

Arden uniosła brwi z niedowierzaniem i lekceważeniem.

‒ Więc naprawdę masz na imię Shakil? – zadrwiła bezlitośnie, patrząc na niego z bezbrzeżną pogardą, jak nikt inny dotąd.

Wszyscy uważali go za wzór obowiązkowości i poczucia honoru. Nikt nie wątpił w jego prawdomówność.

‒ Ach, o to chodzi. Rzeczywiście tak się przedstawiłem, ponieważ…

‒ Nie chciałeś, żebym cię odnalazła – wyrzuciła z siebie w gniewie. – Nie zamierzałeś spełnić obietnicy ponownego spotkania. Z góry spisałeś mnie na straty.

‒ Uważasz mnie za kłamcę?

Arden uniosła dumnie głowę, jakby pochodziła z królewskiego rodu.

‒ Skoro to określenie pasuje…

Idris podszedł bliżej, zanim zdążył pomyśleć. Zaalarmował go dopiero kuszący zapach kwiatu pomarańczy.

‒ Shakil to moje rodzinne przezwisko. Zapytaj Hamida.

Oznaczało: „przystojny”, dlatego zniechęcał bliskich do jego używania, ale na wakacjach uznał je za użyteczne.

‒ W ten sposób przedstawiałem się wszystkim, nie tylko tobie, żeby zachować incognito. Dziennikarze deptali mi po piętach.

Miał dość ludzi zabiegających o jego uwagę z powodu pochodzenia i bogactwa. Dlatego wolał nie ujawniać swej tożsamości. Wtopienie w anonimowy tłum odwiedzających Grecję turystów dawało mu poczucie wolności. A kiedy śliczna Arden uśmiechała się do niego, nie zobaczył w jej oczach banknotów, lecz gwiazdy. Widziała w nim mężczyznę, żywego człowieka, a nie jego koneksje, układy czy potencjalne korzyści. Nic dziwnego, że zapamiętał ten romans jako wyjątkowy.

Wyglądało jednak na to, że wyjaśnienie jej nie przekonało.

‒ Ty też zawiodłaś – przypomniał. – Nie przyszłaś na ostatnią randkę.

 

Pilny telefon wyrwał go z jej objęć wprost do luksusowego hotelu, w którym nie spędził ani jednej nocy, odkąd ją poznał. Przekazano mu wiadomość, że będzie musiał porozmawiać na osobności z głównymi doradcami szejka o ważnych sprawach państwowych. Dopiero po powrocie do hotelu dowiedział się, że wuj dostał ataku serca, zagrażającego jego życiu i że wyznaczył go na swojego następcę.

W tej sytuacji randka z Arden nie wchodziła w grę, nawet gdyby przyjęła zaproszenie do Paryża na przedłużone wakacje. Kraj go potrzebował. Chociaż rozczarowała go wiadomość, że nie przyszła, wiedział, że ułatwiła mu życie. Doświadczenie nauczyło go, że kobiety zwykle dążą do zacieśnienia więzi.

‒ Przyszedłeś na spotkanie przed kościołem? – wyszeptała niemal bezgłośnie z jakimś dziwnym wyrazem twarzy.

‒ Musiałem pilnie wracać do kraju, ale wysłałem kogoś na miejsce.

Arden zacisnęła powieki i wykrzywiła usta, jakby sprawił jej ból.

‒ Dobrze się czujesz? – zapytał.

‒ Tak – wymamrotała, ale go nie przekonała. Nadal wyglądała, jakby miała zasłabnąć.

‒ Twój posłaniec nie czekał długo. Nie zastałam go tam.

‒ Czy to znaczy, że ty też przyszłaś?

‒ Spóźniłam się.

Nie śmiał spytać dlaczego. Czyżby w ostatniej chwili podjęła decyzję? Czy biegła z rozwianymi włosami pomiędzy białymi kamieniczkami Santorynu, które tak lubiła oglądać? Wyobraził sobie letnią sukienkę, wirującą wokół jej kolan. Uznał, że nie warto dociekać przyczyn spóźnienia po kilku latach. Co było, nie wróci.

Teraz wyglądała inaczej. Obszerny zielony sweter zakrywał ponętne krągłości. Ciekawiło go, czy nosi pod nim biustonosz. Sprane dżinsy miały łatę na kolanie. Bez makijażu, ze złotymi włosami wokół twarzy, przypominała modelkę prerafaelitów, tajemniczą i egzotyczną. Najchętniej zapomniałby o zobowiązaniach i porwał ją w ramiona.

‒ Czego w końcu chcesz? – zagadnęła po długim milczeniu. – Po co przyszedłeś, jeżeli nie po to, żeby zobaczyć kuzyna? Bo chyba nie po to, żeby powspominać dawne czasy? – naciskała, gdy nie odpowiadał, nadal walcząc o odzyskanie kontroli nad sobą.

‒ Czemu nie? Przywiodła mnie ciekawość. Ile to lat minęło? Cztery? – zapytał, jakby dokładnie nie wiedział.

Od czterech lat rządził Zahratem, od tygodnia, w którym ją opuścił.

‒ Wiele się od tamtego czasu zmieniło w moim, a pewnie i w twoim życiu – przypomniała, umykając wzrokiem w bok. Rysy jej nagle stężały.

Jej spłoszone spojrzenie zaalarmowało Idrisa, choć nie potrafił powiedzieć dlaczego. Odniósł wrażenie, że coś przed nim ukrywa. Ale co? Coś wstydliwego? Może kochanka?

W napięciu zrobił pół kroku do przodu, ale powstrzymała go, opierając rękę o jego pierś. Odczuł to lekkie dotknięcie przez cienką wełnę garnituru tak silnie, jakby jej dłoń parzyła. Wziął głęboki oddech dla opanowania nadmiaru emocji, które wzbudziła. Niemal tonął w tych wielkich oczach.

‒ Odejdź. Nie chcę cię tutaj.

Idris nakrył jej dłoń swoją. Jej słodki zapach z ledwie wyczuwalną nutą piżma drażnił mu zmysły. Żadna kobieta nie pachniała tak jak Arden Wills. Jak mógł o tym zapomnieć?

‒ Powiedz to w bardziej przekonujący sposób.

‒ Mówię serio.

Lecz łagodny, jakby zdziwiony ton głosu przeczył słowom. Przypomniał mu pierwszą wspólną noc. Zobaczył w jej oczach lęk, lecz potem zaszły mgłą pożądania. Patrzyła na niego w miłosnej ekstazie z takim zachwytem, jakby otworzył przed nią niebo.

Pogładził kciukiem grzbiet drobnej, lecz silnej dłoni. Cudownie go pieściła, gdy nabrała przy nim śmiałości i doświadczenia. Dla niej złamał własne zasady, zapraszając ją do Francji, ponieważ wspólny tydzień mu nie wystarczył.

Skierował myśli ku teraźniejszości, ku czekającym go zaręczynom z Ghizlan i rokowaniom pokojowym z sąsiadami. Nie powinien tu przychodzić. Ciążyły na nim obowiązki. Musiał podejmować ostrożne, rozważne decyzje. Nie mógł sobie pozwolić na uleganie impulsom. Przysiągł sobie, że za sekundę odejdzie, ale najpierw musiał sprawdzić, czy Arden odwzajemnia jego pragnienia. Duma nie pozwalała mu przyjąć do wiadomości, że tylko on płonie z pożądania.

‒ Odejdź, zanim zacznę wzywać pomocy – ostrzegła.

Oparła głowę o drzwi, jakby chciała zwiększyć dystans, ale ręka ją zdradziła. Bezwiednie wsunęła mu ją pod marynarkę i chwyciła za koszulę. Ledwie go dotknęła, oblała go fala gorąca. Utrzymanie rąk przy sobie przyszło mu z największym trudem. Powiew oddechu na twarzy pobudził wyobraźnię. Marzył, żeby go poczuć na innych częściach ciała. Rozpaczliwie walczył z nieokiełznaną żądzą. Na londyńskiej ulicy! Rozsadzała go złość na nią, że tak silnie na niego działa, i na własną słabość, której nie umiał zwalczyć.

‒ Zauważ, że to nie ja cię trzymam, tylko ty mnie – zwrócił jej uwagę.

Arden zamrugała powiekami. Z trudem oderwała wzrok od jego ust. Spłonęła rumieńcem, gdy uświadomiła sobie, że faktycznie trzyma go za koszulę, jakby nie chciała wypuścić, jakby po latach nadal go pragnęła.

Nie potrafiła dojść do ładu ze sobą. Jeżeli mówił prawdę, nie porzucił jej. Cisnęło jej się na usta wyznanie, którego nie mogła wypowiedzieć przez lata. Ale rozsądek nakazywał ostrożność. Potrzebowała czasu i samotności na przemyślenie jego słów, na zrozumienie, co oznaczało twierdzenie, że jej nie porzucił. A w jego obecności traciła zdolność logicznego myślenia. Cofnęła rękę i przycisnęła ją do drzwi za sobą. Musiała pamiętać, na czym stoi i jak wiele ryzykuje. Nie mogła zbyt wiele wyjawić.

‒ Odejdź, proszę – wykrztusiła z ciężkim sercem przez ściśnięte gardło. – To nie w porządku.

Dostrzegła w jego oczach jakby błysk gniewu, ale nadal stał nieruchomo, nie odrywając od niej wzroku. Kusiło ją, żeby wyrzucić z siebie wszystko, co jej leżało na sercu, jakby chwila szczerości mogła zdjąć z jej barków ciężar, który samotnie dźwigała przez lata. Zawsze polegała wyłącznie na sobie. Życie ją tego nauczyło.

‒ Minęło wiele czasu. Każde z nas ułożyło sobie życie, Shakilu. Przepraszam, Idrisie – sprostowała pospiesznie.

‒ Z kim? Z Hamidem? – zapytał niskim, przypominającym groźny pomruk głosem. – Boisz się, że twój kochanek zobaczy nas razem?

‒ Nie opowiadaj głupot! – zaprotestowała spontanicznie, nadal zmartwiona spostrzeżeniem, że Hamid pragnie czegoś więcej niż przyjaźń.

Idris spochmurniał.

‒ Uważasz mnie za głupca?

Arden zamarła z przerażenia, gdy pochylił głowę i objął ją za szyję, zaskakująco delikatnie, zważywszy, że niewątpliwie go rozgniewała. Potem wplótł palce w jej włosy i masował skórę głowy.

‒ Przepraszam – wyszeptała. – Nie chciałam cię urazić.

‒ Niestety, miałaś rację. Zachowuję się niestosownie. To głupie… ale nieuniknione – dodał, muskając jej usta delikatnym, zapraszającym pocałunkiem, jakby szukał odpowiedzi na niewypowiedziane pytanie.

Arden doznała poczucia spełnienia. Pamiętała smak jego ust. Odchyliła głowę, by ułatwić mu dostęp, i położyła mu ręce na piersi. Mocne bicie jego serca przyniosło jej ukojenie. Objął ją w talii i przyciągnął do siebie, tak że poczuła się upragniona, atrakcyjna, kobieca. Gdy wsunęła mu język między wargi, wydał pomruk zadowolenia. Z przyjemnością wsparła pierś o jego tors i patrzyła w płonące namiętnością oczy.

Wtem oślepił ją nagły błysk gdzieś z wysoka, z poziomu ulicy. Oprzytomniała natychmiast. Uświadomiła sobie, że wystarczyło pięć minut w jego towarzystwie, żeby skruszyć barierę ochronną, którą budowała przez całe lata. Choć ból rozsadzał jej serce, z całych sił spróbowała go odepchnąć.

‒ Nie! Tak nie można… To niestosowne – wydyszała.

Nie musiała go przekonywać. Zesztywniał, jakby zamarł z przerażenia, a potem przesunął drżącą ręką po twarzy, jakby sam nie rozumiał, co w niego wstąpiło. Wystarczył jeden krok na długich nogach, by odszedł niemal do schodów, zostawiając ją z bolesnym poczuciem osamotnienia.

Z mocno bijącym sercem obserwowała mężczyznę, którego niegdyś uwielbiała. Teraz patrzył na nią z przerażeniem jak na demona. Zrozpaczona, wsparła dłonie o drzwi za plecami w poszukiwaniu oparcia.

Mimo zdrady, gniewu i cierpienia, które znaczyły minione cztery lata, przez cały czas żywiła cichą nadzieję, że jeśli kiedyś go spotka, przyzna, że popełnił straszliwy błąd, porzucając ją. Liczyła na wyznanie, że za nią tęsknił, że o niej marzył. Nie przyszło jej do głowy, że wzbudzi w nim strach.