Niewiarygodna historiaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Annie West

Niewiarygodna historia

Tłumaczenie: Monika Łesyszak

HarperCollins Polska sp. z o.o.

Warszawa 2021

Tytuł oryginału: Revelations of a Secret Princess

Pierwsze wydanie: Harlequin Mills & Boon Limited, 2020

Redaktor serii: Marzena Cieśla

Opracowanie redakcyjne: Marzena Cieśla

© 2020 by Annie West

© for the Polish edition by HarperCollins Polska sp. z o.o., Warszawa 2021

Wydanie niniejsze zostało opublikowane na licencji Harlequin Books S.A.

Wszystkie prawa zastrzeżone, łącznie z prawem reprodukcji części lub całości dzieła w jakiejkolwiek formie.

Wszystkie postacie w tej książce są fikcyjne. Jakiekolwiek podobieństwo do osób rzeczywistych – żywych i umarłych – jest całkowicie przypadkowe.

Harlequin i Harlequin Światowe Życie są zastrzeżonymi znakami należącymi do Harlequin Enterprises Limited i zostały użyte na jego licencji.

HarperCollins Polska jest zastrzeżonym znakiem należącym do HarperCollins Publishers, LLC. Nazwa i znak nie mogą być wykorzystane bez zgody właściciela.

Ilustracja na okładce wykorzystana za zgodą Harlequin Books S.A. Wszystkie prawa zastrzeżone.

HarperCollins Polska sp. z o.o.

02-672 Warszawa, ul. Domaniewska 34A

www.harpercollins.pl

ISBN 978-83-276-6766-3

Konwersja do formatu EPUB, MOBI: Katarzyna Rek / Woblink

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Po wyjściu z kawiarni Caro owinęła się ciaśniej płaszczem. Podmuch wiatru uderzył ją w twarz i zawirował wokół kostek.

Podczas gdy skóra drętwiała z zimna, wewnątrz płonął ogień. Nic nie mogło go ugasić prócz porażki. Rozum mówił, że nie odniesie sukcesu, ale serce pchało ją do przodu, wbrew logice, z desperacką nadzieją.

Nigdy nie była odważna ani żądna przygód. Od dzieciństwa uczono ją posłuszeństwa. Bunt nie wchodził w grę. Jedyna próba uzyskania niezależności zakończyła się katastrofą.

Od tego czasu minęło wiele lat. Po przeżytej tragedii nie nabrała odwagi, ale zyskała determinację. Wciągnęła głęboko w płuca lodowate, alpejskie powietrze. Przysięgła sobie, że zrobi wszystko, żeby osiągnąć cel.

Popatrzyła na ulicę ekskluzywnego, niewyobrażalnie drogiego szwajcarskiego kurortu. Turyści oglądali wystawy sklepów, ale do wieczora odejdą, zrażeni astronomicznymi cenami. Za najbliższą doliną wznosił się jeden z najsławniejszych szczytów. Po przeciwnej stronie leżał cel jej podróży. Zacisnąwszy zęby, wsiadła do wypożyczonego samochodu.

Dwadzieścia minut później pokonała zakręt i wjechała na polanę w połowie zbocza. Nie zwróciła uwagi na spektakularny widok.

Zakładała, że trafi do narciarskiego domku albo willi na wartej wiele milionów posesji. Tymczasem patrzyła na mur z jasnego kamienia, obfitość bajkowych wieżyczek ze spadzistymi dachami i brama, prowadząca na brukowany dziedziniec. Ze zdumieniem oglądała kilkusetletnią twierdzę, bynajmniej nie w stanie romantycznej ruiny, lecz solidną i zadbaną.

Wiedziała, że Jake Maynard jest zamożny, ale musiał posiadać fortunę, żeby tu zamieszkać. Sprawdziła, że nie odziedziczył zamku. Na stałe mieszkał w Australii.

Strach chwycił ją za gardło. Dla dodania odwagi musiała sobie przypomnieć swój jedyny atut: dobrą znajomość słabości bogaczy. Nie przerażał jej luksus ani bogactwa.

Powoli przejechała po brukowanej nawierzchni przez zaopatrzoną w kamerę bramę. Zaparkowała w rogu dziedzińca obok smukłego, czarnego auta. Dopiero gdy wyłączyła silnik, uświadomiła sobie, że ręce jej drżą. Wzięła torebkę, zerknęła w lusterko i wysiadła.

Musiała dopiąć swego. Od powodzenia tego przedsięwzięcia zależało życie dwóch osób.

– Przyszła pani Rivage.

Na głos sekretarza Jake z ociąganiem uniósł głowę znad biurka. Logika podpowiadała, żeby skreślić tę kandydatkę z listy. Nie posiadała takiego doświadczenia jak inne, ale jeden drobny, ale istotny szczegół w jej podaniu przykuł uwagę zarówno Jake’a, jak i jego sekretarza, Neila. Postanowił dać jej piętnaście minut.

Neil odstąpił na bok i pozwolił jej wejść.

W prostym kostiumie, ciasnym koczku i bez śladu makijażu wyglądała jak typowa niania, ale nie do końca.

Jake zmarszczył brwi. Coś tu nie pasowało. Nozdrza mu zafalowały, jakby coś przeczuwał. Nauczył się polegać na swojej intuicji. Teraz wysyłała jakiś nieokreślony sygnał alarmowy. Wstał, okrążył biurko i wyciągnął rękę na powitanie.

Smukłe, miękkie palce zaskakująco mocno odwzajemniły uścisk dłoni. Inne kandydatki witały go drętwo albo wymuszonym uśmiechem lub oddawały mu inicjatywę. Ta popatrzyła mu prosto w oczy, ale tylko przez chwilę. Zaraz umknęła wzrokiem w bok.

Najwyraźniej usiłowała przezwyciężyć strach. W gruncie rzeczy nic dziwnego. Musiała zdawać sobie sprawę, że nie ma imponujących kwalifikacji. Jednak szósty zmysł podpowiadał, że to coś więcej niż zwykłe zdenerwowanie przed rozmową kwalifikacyjną.

– Proszę usiąść.

Podziękowała doskonałą angielszczyzną zadziwiająco niskim, nieco schrypniętym głosem, jakby z nikłym śladem obcego akcentu, ale zmysłowy głos nigdy nie robił wrażenia na Jake’u, chyba że w komplecie z ponętnym ciałem.

Kształty Caro Rivage skrywał sztywny żakiet i spódnica. Na wysokich obcasach sięgała mu do połowy głowy. Widział tylko długie, szczupłe nogi. Usiadła z zadziwiającą gracją, kontrastującą ze skromnym wizerunkiem. Brązowe ubranie, brązowe oczy i ciemnobrązowe włosy nie powinny przykuwać uwagi, a jednak nie potrafił oderwać od niej oczu. Przypuszczalnie zafascynowało go eleganckie, ukośne ułożenie nóg, podkreślające skrywaną kobiecość, lub kremowa cera z jasnoróżowym rumieńcem, niewątpliwie autentycznym, nie namalowanym. Najwyraźniej nie przebywała często na słońcu jak jego australijskie koleżanki.

Popatrzyła mu w oczy, ale zaraz umknęła wzrokiem w bok, uświadamiając mu, że zbyt intensywnie się jej przygląda, co go zaniepokoiło. Nie interesowała go cera pani Rivage, nawet różana.

Gdy usiadł wygodnie, znów zerknęła na niego przelotnie, po czym spuściła wzrok i wygładziła spódnicę.

Czyżby bała się mężczyzn? Zanim zdążył sformułować tę myśl, znów napotkał jej spojrzenie i oblała go fala gorąca. Dlaczego ta myszka tak go zafascynowała? Z pewnością nie z powodu zgrabnych nóg i ciekawych rysów. Coś budziło w nim nieokreślone podejrzenia.

– Proszę mi opowiedzieć o sobie – zażądał.

Głos Jake’a Maynarda zabrzmiał zaskakująco przyjemnie, ale Caro nabrała odporności na męski urok. Kto się raz sparzył, na zimne dmucha. Mimo uprzejmego powitania i miłego uśmiechu wyczuwała w nim rezerwę. Badawcze spojrzenie szarych oczu spod kruczoczarnych brwi przyspieszyło jej puls. Odnosiła wrażenie, że przejrzał jej starannie skrywany sekret.

Zachowanie spokoju kosztowało ją wiele wysiłku. Wzięła głęboki oddech, skrępowana nietypowym strojem, odmiennym od dżinsów, wygodnych spódnic i pantofli na płaskim obcasie, jakie nosiła przez ostatnich kilka lat. Wkładała nowy kostium, zadowolona z kamuflażu i zbita z tropu przypomnieniem dawnego życia.

Uniesiona w kierunku gęstych, hebanowych włosów brew uświadomiła jej, że potencjalny pracodawca czeka na odpowiedź. Zważywszy atrakcyjną, choć twardą powierzchowność, imponującą sylwetkę i bajeczną fortunę, pewnie żadna kobieta nie kazała mu czekać.

Ta myśl pozwoliła jej skupić uwagę, rozproszoną przez aurę władzy i siły, i widok szerokich ramion. Zafascynowały ją regularne rysy, dołeczek w policzku, kiedy obdarzył ją półuśmiechem, i wrażenie solidności, jakby na jakimkolwiek mężczyźnie można było polegać.

Splotła dłonie i zaczęła:

– Mój życiorys mówi sam za siebie. Uwielbiam pracę z dziećmi i świetnie ją wykonuję, jak widać w referencjach.

Uniosła głowę, oczekując sprzeciwu, mimo że mówiła prawdę. Nawet teraz zwyczaj ojca odbierania jej pewności siebie wywierał na nią wpływ.

Te zimne oczy obserwowały ją o wiele za długo. W końcu pan Maynard przeniósł wzrok na papiery przed sobą. Caro odetchnęła z ulgą, chociaż jeszcze go nie przekonała.

Nie dopuszczała możliwości porażki. Przygryzła wargę i czekała w napięciu.

– Brakuje pani formalnych kwalifikacji – orzekł po chwili, odkładając jej podanie na blat.

– Czyli dyplomu wychowania przedszkolnego? Za to zdobyłam doświadczenie. Ukończyłam też kilka kursów specjalistycznego nauczania początkowego.

Nie zadał sobie trudu, żeby ponownie zajrzeć w dokumenty. Caro wpadła w popłoch. Skoro zaprosił ją na rozmowę kwalifikacyjną, to chyba nie odprawi jej z kwitkiem?

– Inne kandydatki też mają praktykę i to wieloletnią, plus ukończone studia.

Caro wpadła w panikę, że zaraz ją wyrzuci. Potwierdził jej najgorsze obawy.

– Czy czytał pan moje referencje? – spytała w popłochu. – Wierzę, że uzna je pan za przekonujące.

– Dlatego, że jedne z nich napisała hrabina? Nie imponują mi arystokratyczne tytuły.

– Nie chodzi mi o osobę pracodawcy, tylko o ocenę mojej pracy.

Stephanie, serdeczna przyjaciółka i klientka, wystawiła jej pozytywną opinię z pełnym przekonaniem i w dobrej wierze.

– Jej syn miał spore trudności. Kiedy z nim pracowałam, poczynił znaczne postępy – dodała.

Pan Maynard uniósł proste brwi, jakby zdziwiło go, że nie siedzi cicho tylko broni swego stanowiska.

 

– Wyłącznie dzięki pani?

– Nie. Dzięki całemu zespołowi specjalistów, ale prawie przez cały czas go wspierałam – przyznała zgodnie z prawdą.

Nie zyskała aprobaty. Nadal patrzył na nią surowo. Z mocnym zarysem żuchwy i skośnymi kośćmi policzkowymi przypominał Caro rycerza z obrazu, który fascynował ją w dzieciństwie. Tamten też marszczył brwi, przebijając włócznią smoka wielkości kucyka. Zawsze współczuła nieszczęsnemu stworzonku.

– Uważa pani, że pięć lat pracy w charakterze niani i opiekunki w przedszkolu czyni z pani najlepszą kandydatkę do opieki nad moją siostrzenicą?

Caro pomyślała, że Jake Maynard bardziej przypomina jej ojca niż średniowiecznego wojownika, którego wizerunek wisiał w ciemnym końcu korytarza na ostatnim piętrze. Patrzył na nią takim zimnym wzrokiem jak ten ojcowski, który wywoływał w niej milczącą skruchę przez całe dzieciństwo.

Usiadła wygodniej, zakładając nogę na nogę. Błysk w szarych oczach powiedział jej, że zauważył zmianę pozycji. Dokładała wszelkich starań, żeby nie okazać, że zaparło jej dech.

– Nie wiem nic o konkurentkach, ale zapewniam, że jeśli dostanę szansę, będę się opiekować pańską siostrzenicą z pełnym oddaniem. Nie pożałuje pan swojej decyzji.

– To odważna deklaracja.

– Ale prawdziwa. Znam swój potencjał i zapał do pracy.

Nadal nie wyglądał na przekonanego. W gruncie rzeczy nic dziwnego. Z pewnością mógł sobie pozwolić na cały sztab wysoko kwalifikowanych specjalistów. Przewidywała porażkę. Co wtedy zrobi? Czy dostanie jakąkolwiek szansę naprawienia szkód?

Gdyby Jake Maynard znał jej prawdziwe motywy, wywaliłby ją, zanim by przekroczyła próg jego gabinetu.

– Skoro pan mnie wezwał, najwyraźniej zainteresowała pana moja kandydatura – spróbowała go przekonać.

– Być może zaintrygowała mnie pani pewność siebie mimo braku solidnych kwalifikacji.

Caro zesztywniała. Na szczęście ani uszczypliwe uwagi, ani sroga mina już nie zbijały jej z tropu.

– Przypuszczam, że nie ciągnął pan kandydatek w alpejską głuszę dla kaprysu – odrzekła z godnością.

– W głuszę? Nie odpowiada pani lokalizacja? W ogłoszeniu zaznaczyłem, że oferuję posadę z zakwaterowaniem.

– Wręcz przeciwnie. Lubię wieś. Przywykłam do wiejskiego otoczenia.

Zimne oczy przewiercały ją na wskroś. Serce biło jak oszalałe, a ręce zwilgotniały, ale zachowała pozorny spokój. Wolała przejąć inicjatywę niż okazać strach.

– O ile mi wiadomo, pańska siostrzenica pochodzi z St Ancilli.

Jake Maynard wsparł ręce na biurku, jakby chciał przeskoczyć przez polerowany blat.

– Kto pani o tym powiedział? – zapytał jak każdy bogacz, zwłaszcza kawaler, zdecydowany za wszelką cenę bronić swej prywatności przed reporterami.

Tym razem chronił siostrzenicę. Caro ucieszyło, że mała ma kogoś, kto ją wspiera.

– Zanim złożyłam podanie, zebrałam informacje – odpowiedziała.

– Akurat tę niełatwo znaleźć.

Caro ogarnął strach, że zbyt szybko się zdradziła.

– Tutaj nie, ale na St Ancilli to żadna tajemnica. Wypadek, w którym zginęli jej rodzice, został opisany w lokalnych gazetach. Bardzo mi przykro z powodu pańskiej straty. Obydwoje przeżywacie trudny okres.

Żal ścisnął jej serce na myśl, że dziewczynka dwukrotnie straciła najbliższych – najpierw jako noworodek, a drugi raz przed miesiącem, gdy jej adopcyjni rodzice zginęli w wyniku gwałtownej burzy. Przysięgła sobie, że zapewni jej jaśniejszą przyszłość.

– W jaki sposób powiązała pani tę krótką notatkę z moim ogłoszeniem? Nie przypominam sobie, żeby tamtejsza prasa wymieniła moje nazwisko.

Caro nie winiła go za podejrzliwość. O własnych siłach zbił wielomiliardową fortunę. Nikt nie robi finansowej kariery bez inteligencji, przenikliwości i ograniczonego zaufania do ludzi. Dlaczego zakładała, że pójdzie jej łatwo? Odpowiedź przyszła natychmiast: bo tego pragnęła. Przygładziła spódnicę, żeby zyskać czas na opanowanie nerwów.

– Koleżanka, która mieszka w tamtej części St Ancilli, wspomniała, że został pan opiekunem prawnym Ariane. – Przerwała na chwilę, spostrzegłszy, że głos jej zadrżał, gdy wymieniała imię dziewczynki. Nie mogła sobie pozwolić nawet na chwilę słabości. Ten człowiek natychmiast by ją wykorzystał. Spojrzała mu więc odważnie w oczy i rozłożyła ręce w geście otwartości, dodając: – Kiedy zobaczyłam ogłoszenie, skojarzyłam obie informacje.

– Rozumiem. Widzę, że zbierała pani wywiad zarówno na St Ancilli, jak i w Szwajcarii.

Caro obdarzyła go uprzejmym uśmiechem. Ćwiczyła go od dzieciństwa. Ojciec aprobował go, gdy potrzebował wizerunku szczęśliwej rodziny dla prasy. Celowo przemilczała, że znalazła ogłoszenie o poszukiwaniu niani, szukając okazji do spotkania z Ariane. Postanowiła pozwolić mu myśleć, że przybyła do Szwajcarii w innym celu.

– Na szczęście w dzisiejszych czasach równie łatwo kupić bilet lotniczy, jak przeczytać informację w internecie – dodała.

Na ustach gospodarza zagościł cień uśmiechu. Caro dostrzegła w zimnych oczach błysk aprobaty, który nieco je ocieplił. Wywołał piorunujący efekt.

Powoli wciągnęła powietrze. Stanik nagle zaczął uwierać nadwrażliwe piersi. Zdała sobie sprawę, że to nie skutek zdenerwowania, tylko pociągu fizycznego. Wytłumaczyła sobie, że ponosi ją wyobraźnia. Mężczyźni przestali na nią działać.

– Myśli pani, że powinienem panią zatrudnić dlatego, że pochodzi pani z kraju mojej siostrzenicy?

– Moim zdaniem to dobrze, że znam jej język i kulturę. To może ją pocieszyć po stracie bliskich. Nawet jeżeli tam nie zamieszka, ważne, żeby zachowała kontakt z ojczystą mową.

Pan Maynard z ociąganiem skinął głową.

– Prawdę mówiąc, tylko dlatego panią zaprosiłem, żeby Ariane mówiła zarówno po ancilijsku, jak i po angielsku. Jej rodzice zginęli, ale nie chcę, żeby straciła kontakt ze swoją kulturą.

Caro wychwyciła w jego głosie smutek. Po raz pierwszy ogarnęło ją współczucie mimo jego arogancji i władczego sposobu bycia. Spotkało go wiele złego. Stracił siostrę i szwagra i odziedziczył odpowiedzialność za ich adoptowane dziecko. Nic dziwnego, że nie był w najlepszym nastroju.

– Mam doświadczenie w radzeniu sobie z traumą. Jeżeli mnie pan zatrudni, zrobię wszystko, żeby wesprzeć małą i pomóc jej rozkwitnąć.

Po raz pierwszy popatrzył na nią przychylniej, albo też tylko myślała życzeniowo. Zanim dostała okazję, żeby to sprawdzić, ktoś zapukał do drzwi. Wkrótce w progu stanął sekretarz, Neil Thomas, który wprowadził ją na górę.

– Przepraszam, że przeszkadzam, ale dzwonią z konsorcjum z Genewy. Chyba musi pan odebrać.

Jake Maynard odsunął krzesło.

– Proszę wybaczyć, ale nie mam wyjścia.

– Oczywiście – odrzekła, zdziwiona, że zadał sobie trud, żeby ją przeprosić i zaczekał na odpowiedź.

– Nie każę pani długo czekać.

Gdy zamknęli za sobą nabijane ćwiekami ozdobne drzwi, Caro wstała i podeszła do okna, żeby zobaczyć ośnieżone góry, tak odmienne od śródziemnomorskiego krajobrazu. Odtwarzała w myślach przebieg rozmowy kwalifikacyjnej i zastanawiała się, jak go przekonać, kiedy wróci.

Skoro konkurentki dysponowały większym doświadczeniem i lepszym wykształceniem, istniała nikła szansa, że powierzy jej bezcenną siostrzenicę. Z drugiej strony ancilijski nie należał do popularnych języków. Według lingwistów pochodził od starożytnej greki z domieszką fenickiego i zapożyczeniami od Arabów, Włochów, a nawet Wikingów przez lata podbojów i międzynarodowego handlu. Jeżeli tylko ona go znała, miała szanse.

Gdzieś z boku trzasnęły otwierane drzwi, nie te prowadzące do sekretariatu. Przed nimi, w półcieniu stanęła rozczochrana, drobna postać w powiewnej, pogniecionej sukieneczce i rozplecionymi do połowy warkoczami. Małą buzię otaczała burza rdzawych loczków.

Caro wstrzymała oddech, napotkawszy spojrzenie załzawionych, fiołkowych oczek. Zaschło jej w ustach, a nogi odmówiły posłuszeństwa. Usiadła na parapecie, żeby nie upaść. Długo czekała na tę chwilę, ale nic nie przygotowało jej na wstrząs.

Te oczy, te włosy przeniosły ją do czasów własnego dzieciństwa, przypomniały jedyną osobę, jaka kiedykolwiek ją kochała: matkę o delikatnych dłoniach, czułym głosie i takich samych rudych lokach.

– Gdzie wujek Jake? – spytała dziewczynka.

– Za chwilę wróci – wykrztusiła Caro przez ściśnięte gardło.

Mała zrobiła wielkie oczy.

– Mówisz tak jak ja! – wykrzyknęła.

Caro dopiero teraz uświadomiła sobie, że odpowiedziała po ancilijsku.

Dziewczynka, dla której przebyła długą drogę, o której dowiedziała się zaledwie kilka tygodni wcześniej, ruszyła w jej kierunku.

Caro oblała fala gorąca, potem zadrżała z niedowierzania, ulgi i zadziwienia. Chciało jej się równocześnie śmiać i płakać albo pochwycić Ariane i nigdy nie wypuścić.

ROZDZIAŁ DRUGI

Nieświadoma emocji, które nią targały, Ariane podeszła i wyciągnęła w jej kierunku zniszczonego i najprawdopodobniej ukochanego misia. Wargi jej drżały, gdy poinformowała, pokazując urwaną kończynę:

– Maxim stracił łapkę. Czy umiesz go naprawić?

Caro nie od razu pojęła sens prośby, całkowicie zaabsorbowana obserwowaniem buzi w kształcie serca, wielkich oczu i drobnych piegów na małym nosku. Mimo niezbitych dowodów do tej pory nie wykluczała zbiegu okoliczności. Odnalezienie zaginionych krewnych i głęboko skrywane sekrety rzadko zdarzają się w realnym świecie. Dopiero widok nieśmiało pochylonej główki Ariane rozproszył wątpliwości. Czy możliwe, żeby dziecko odziedziczyło postawę i gesty, nie przebywając z biologicznymi rodzicami? Najwyraźniej tak.

Caro ledwie mogła oddychać. Głośno wciągnęła w płuca powietrze. Po raz pierwszy od wielu lat do oczu napłynęły jej łzy.

Dziewczynka natychmiast odstąpiła do tyłu. Caro w mgnieniu oka odzyskała panowanie nad sobą. Jakimś cudem zdołała przywołać na twarz uśmiech.

– Przepraszam, nie chciałam cię przestraszyć. Coś mi wpadło do oka – skłamała, unosząc rękę do twarzy. – A teraz opowiedz mi o swoim misiu. Ma na imię Maxim, tak?

Ariane skinęła głową, ale zachowała dystans. Caro najchętniej by ją przytuliła, ale odparła pokusę, żeby jeszcze bardziej jej nie przestraszyć.

– Czy wiesz, że kiedyś żył dzielny król o tym imieniu? Zwalczył piratów, którzy próbowali napaść na St Ancillę.

Ariane podeszła krok bliżej.

– Właśnie stamtąd przyjechałam. Czy ty też?

– Tak – potwierdziła Caro z uśmiechem.

Nie śmiała marzyć o takiej rozmowie, żeby nie kusić losu. Przeżywała słodko-gorzki moment. Słodki, bo po latach żałoby i pustki odnalazła dziecko, o którym nie wiedziała, a gorzki z powodu straconych lat. Nie zamierzała jednak wracać do przeszłości. Wreszcie poczuła, że naprawdę żyje.

– Czy Maxim też stracił łapkę w walce z piratami? – spytała.

Ariane z uśmiechem pokręciła głową. Caro patrzyła na dołeczki w jej policzkach z takim zachwytem, jakby właśnie wzeszło dla niej słońce.

– Nie. Wujek mówi, że nie ma piratów, więc jeśli ci się przyśnią, to się nie bój.

Czyżby miewała nocne koszmary? Caro znów zwalczyła pokusę porwania jej w objęcia.

– Dobrze wiedzieć. Dziękuję.

Ariane popatrzyła na nią z zaciekawieniem.

– Kim jesteś? Przypominasz mi kogoś znajomego.

– Kogo?

– Nie wiem.

Serce podeszło Caro do gardła. Zaraz jednak wytłumaczyła sobie, że mała odniosła takie wrażenie tylko dlatego, że mówiła w jej ojczystym języku. Tylko ona czuła z nią silną więź. Dla odwrócenia jej uwagi uważnie obejrzała misia z przygniecionym po jednej stronie futerkiem. Pewnie Ariane zawsze trzymała go za tę łapkę, dlatego szwy puściły.

– Łatwo go naprawić – orzekła. – Potrzebujemy tylko igły i nici.

– Zrobisz to dla mnie? Proszę.

Te wielkie oczka w smutnej twarzyczce poruszyłyby najtwardsze serce. Caro z trudem panowała nad emocjami.

– Nie mam przy sobie przyborów do szycia, ale zabandażuję go, zanim je zdobędziemy.

– Czym?

– Jeżeli przyniesiesz mi torebkę z krzesła przy biurku, to coś znajdę.

Nie miała odwagi wstać. Nadal drżały jej kolana. Obserwowała, jak dziewczynka pędzi przez pokój, żeby uratować ulubioną zabawkę. Od kogo ją dostała? Od rodziców czy od wuja Jake’a?

Nie bardzo potrafiła sobie wyobrazić relacji tego zamkniętego w sobie człowieka z małą dziewczynką, co nie znaczyło, że o nią nie dbał. Widziała dowody jego opiekuńczości.

 

Chwilę później mała wręczyła jej torebkę.

– Proszę.

– Dziękuję.

Powstrzymała pokusę nazwania jej po imieniu. Zamiast tego poinformowała:

– Mam na imię Caro. A ty?

– Ariane.

– Pięknie.

– Tata mówił, że wybrali je dla mnie z mamą, bo byłam taka śliczna – wyznała drżącym głosem ze łzami w oczach.

Żal ścisnął Caro za serce.

– Znam wiele dziewczynek z Ancilli o tym imieniu. Rodzice nadali im je na cześć sławnej damy, nie tylko bardzo pięknej, ale, co ważniejsze, odważnej i dobrej. Żyła bardzo dawno temu, kiedy jeszcze nie było dobrych szpitali i lekarstw. Kiedy wybuchła zaraza, inni bogaci ludzie zamknęli się w domach, żeby nie zachorować. Tylko Ariane opuściła zamek i odwiedzała chorych. Przynosiła im jedzenie i czystą wodę i pomagała wyzdrowieć.

– Chcę być taka jak ona i wszystkim pomagać.

– Świetnie. – Caro powoli wyciągnęła szalik z torebki. – Możesz poćwiczyć już teraz na Maximie. Czy przytrzymasz mu ramię, o w ten sposób?

Ariane skinęła głową i stanęła przy kolanie Caro. Układając maskotkę zgodnie z jej wskazówkami, przelotnie musnęła dłoń Caro. Dotknięcie małej rączki zrobiło na Caro piorunujące wrażenie, jakby przez jej ramię przeszedł prąd wprost do serca. Wzięła głęboki oddech i skupiła uwagę na zadaniu. Gdyby okazała, jak silne emocje nią targają, znów wystraszyłaby dziewczynkę, uważającą ją za obcą osobę. Przysięgła sobie, że zrobi wszystko, żeby zapewnić jej stabilizację. Potrzebowała ciepła i miłości po przeżytej tragedii.

Jake stanął w drzwiach i obserwował dwie pochylone nad zabawką głowy. Mimo że nie robiły nic szczególnie fascynującego, ten widok mocno go poruszył. Czy dlatego, że na miejscu Caro wyobraził sobie siostrę? Oddałby wszystko, żeby zobaczyć Connie całą i zdrową. Ale nie tylko żal po stracie najbliższej osoby wywołał tak silne emocje.

Rozmawiały po ancilijsku, więc nic nie rozumiał, ale widział, jak wskutek zabiegów Caro łzy wysychają na policzkach Ariane.

Pozyskała jego zaufanie. Zatrudniłby każdą osobę, zdolną wywołać uśmiech na ślicznej małej buzi. Zaimponowała mu jej wrażliwość, delikatność i dobre podejście do dzieci, co nie oznaczało, że natychmiast zaoferuje jej posadę. Nie wytrzymywała porównania z kandydatkami o znacznie lepszych kwalifikacjach i znacznie dłuższej praktyce w zawodzie.

Ze zmarszczonymi brwiami obserwował, jak owija czymś łapkę misia, mamrocząc coś do Ariane. Dostrzegł między nimi pewne podobieństwo, mimo że różnił je zarówno kolor oczu i włosów, jak i kształt twarzy – u Ariane w kształcie serca, u Caro Rivage owalny. Tylko lekko skośne ułożenie oczu i chyba kształt nosów wyglądały dość podobnie.

Po chwili zastanowienia uznał, że to raczej współdziałanie i język stwarzały złudzenie, że coś je łączy.

Mimo wszystko od chwili przybycia Caro Rivage jego szósty zmysł wysyłał sygnały alarmowe tak silne, że jeszcze raz przejrzał jej dokumenty w poszukiwaniu anomalii. Nie znalazł nic szczególnego, zwłaszcza że wszystkie referencje i kwalifikacje kandydatek zostały już wcześniej sprawdzone.

Doszedł do wniosku, że na początku słusznie ocenił ją jako przeciętną, nie wyjątkową.

Nie interesowała go przeciętność. Zbudował swoje imperium i fortunę dzięki wyjątkowości. Mimo to wciąż krążyła mu po głowie myśl, że zwyczajna osoba prędzej pomoże Arianie wrócić do siebie po przeżytej traumie niż wybitna.

Co też mu chodziło po głowie? Chciał przecież zapewnić siostrzenicy wszystko, co najlepsze.

Przypuszczalnie zbyt nerwowo reagował na konieczność podjęcia nietypowej decyzji. Zwykle nie ryzykował nic prócz pieniędzy, choćby dużych.

W przypadku Ariane nie mógł sobie pozwolić na żadne ryzyko. Już zbyt wiele przeszła. Jego siostra i jej mąż zostali przygnieceni w samochodzie przez zwalone wichurą drzewo. Ariane cudem przeżyła. Musiał jej zapewnić bezpieczną przyszłość. Był to winien jej i Connie.

Wkroczył do środka. Kandydatka na nianię natychmiast podniosła na niego ciemnobrązowe oczy. Najwyraźniej mimo pozornego zaabsorbowania dzieckiem dostrzegła jego obecność. Pochwyciwszy jej spojrzenie, gwałtownie zaczerpnął powietrza.

Czyżby go pociągała?

Owszem, miała ładne rysy, godną postawę i elegancję w ruchach, ale nie interesowały go szare wróbelki. Wolał przyciągające uwagę piękności o charyzmatycznych osobowościach. Nie łączył też przyjemności z pracą i nie romansował z podwładnymi.

Tyle że Caro Rivage jeszcze dla niego nie pracowała i nie wiadomo, czy będzie pracować.

Przystanął przy nich z chmurną miną.

– Co się stało Maximowi? – zapytał.

Ariane uśmiechnęła się przelotnie. Cieszył ją jego widok, ale nie na tyle, żeby go uściskać. Nie winił jej za to. Nadal traktowała go prawie jak obcego. Rzadko odwiedzał St Ancillę i choć mieszkał wtedy u Connie, w dzień, gdy Ariane jeszcze nie spała, zwykle pracował.

– Odpadła mu łapka, ale Caro go naprawi. Potrzebujemy tylko…

– Nici, żeby ją przyszyć. Najlepiej wełnianych – podsunęła Caro.

– Masz takie, wujku? Bardzo proszę – poprosiła Ariane.

Jej błagalne spojrzenie przypomniało Jake’owi, że spadła na niego wielka odpowiedzialność za małą, wrażliwą istotkę. Potrzebował kogoś, kto otoczy ją fachową opieką, lepszą, niż sam mógłby jej zapewnić przy braku doświadczenia.

– Na pewno coś znajdziemy – zapewnił, zadowolony, że odwzajemniła jego uśmiech.

Zaskoczył go zapach kobiety, która trzymała jej misia, nie ciężki, kwiatowy, jak mógłby się spodziewać po tak pospolitej osobie, ale wyrafinowany, z subtelną, ziołową nutą. Wciągnął go w nozdrza i zaraz pożałował, bo pobudził mu zmysły.

Zerknął na nią spod zmarszczonych brwi, ale unikała jego wzroku. Czy dlatego, że też na nią działał? Nie. Wykluczone. Natychmiast przywołał rozpaloną wyobraźnię do porządku.

– Zawołam Lotte i poproszę, żeby poszukała jakiejś włóczki – odpowiedział.

Nie wątpił, że efektywna gospodyni dysponuje przyborami do szycia albo je zdobędzie.

– Prosimy jeszcze o dużą igłę – dodała Caro Rivage zaskakująco zmysłowym, lekko schrypniętym głosem.

Czyżby usiłowała go oczarować, żeby dostać posadę? Jeżeli tak, to czekało ją rozczarowanie.

Jednak gdy na nią spojrzał, znów go zignorowała. Skupiła całą uwagę na dziewczynce, z uśmiechem wręczając jej powiązanego misia. Ten uśmiech całkowicie ją odmienił. Dodał jej niezwykłego uroku. Zerknęła na niego, jakby wyczuła jego spojrzenie, ale zaraz spuściła wzrok, żeby sprawdzić trwałość wiązania.

– Czy mógłbyś poprosić ją teraz, wujku? – przypomniała Ariane.

– Oczywiście.

Wstał i wezwał gosposię przez wewnętrzny telefon. Nie żałował, że rozmowa kwalifikacyjna została przerwana z powodu zepsutej zabawki. Musiał znaleźć nie tylko kwalifikowaną nianię, ale też troskliwą, taką, na której Ariane mogłaby polegać.

Obserwując „akcję ratunkową”, stwierdził, że chyba znalazł odpowiednią, albo przynajmniej taką, która umie robić korzystne pierwsze wrażenie.

Ostania myśl nieco go uspokoiła. Nie chciał zatrudnić Caro Rivage, ale nie ulegało wątpliwości, że Ariane ją polubiła. Ze względu na siostrzenicę powinien dać jej szansę pomimo wątpliwości. Zasługiwała na nią przy braku solidnych podstaw do odrzucenia jej kandydatury.

Ariane znów przemówiła.

– Mogłabyś mówić po angielsku, Ariane? – poprosiła Caro. – Myślę, że twój wuj nie zna ancilijskiego, a nieuprzejmie byłoby go wykluczyć.

– Wykluczyć?

– To znaczy wyłączyć z rozmowy. Ktoś, kto nie rozumie jej treści, czuje się osamotniony. Nie chciałabyś zranić jego uczuć, prawda? – tłumaczyła z zaangażowaniem, jak rasowa guwernantka.

Ariane posmutniała.

– Ale lubię z tobą rozmawiać. To tak, jakbym znów była w domu z moimi… – Przerwała nagle i usta jej zadrżały.

Jake najchętniej zapewniłby ją, że nieważne, w jakim języku mówią. Wystarczyło mu, że siostrzenica wreszcie się ożywiła po tygodniach odrętwienia. Nie wiedział, jak do niej dotrzeć. Zanim zdążył otworzyć usta, Caro Rivage go uprzedziła:

– Oczywiście, że chętnie mówisz po ancilijsku. Z pewnością często będziesz miała okazję.

– Przy tobie?

– Zobaczymy. Ale na razie ktoś do nas przyszedł. Czy to Lotte? – spytała, zwracając wzrok w kierunku otwieranych drzwi.

Jake przyznał jej najwyższą ocenę za to, że nie wykorzystała rozpaczy dziewczynki do osiągnięcia celu.

Tak jak przewidywał, gosposia przyniosła włóczki w różnych kolorach, zestaw igieł i nożyczki. Zaoferowała też, że przyszyje urwaną łapkę, ale Ariane nalegała, żeby zrobiła to Caro.

Dwie kobiety popatrzyły na siebie badawczo. Następnie Caro poprosiła o pozwolenie skorzystania z przyborów oraz o pomoc w doborze koloru przędzy i wielkości igły. Wkrótce razem dobierały ścieg. Wspólnie doszły do wniosku, że warto też będzie umocnić drugą łapkę.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?