Kontrakt życiaTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Annie West
Kontrakt życia

Tłumaczenie:

Ewa Pawełek

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Chcesz, żebym poślubiła obcego mężczyznę!

– Nie rozumiem, skąd to zdziwienie. Chyba się nie spodziewałaś, że będę cię utrzymywał do końca życia.

Leila na końcu języka miała stwierdzenie, że ojczym napchał sobie kieszenie i dostał niemałą fortunę tylko dlatego, że poślubił jej matkę. W ciągu tych wszystkich lat nauczyła się, że lepiej trzymać język za zębami i panować nad emocjami. Za bycie nieposłuszną zawsze płaciła wysoką cenę. To nie był najlepszy moment, by manifestować, że ojczym nie zdołał jej stłamsić, mimo że starał się ze wszystkich sił.

– Masz poślubić tego, kogo ci wybrałem, i na tym koniec. Już wszystko uzgodnione.

Leila przybrała potulny wyraz twarzy. Od jakiegoś czasu wśród służby krążyły plotki, że Gamil planuje ożenić się po raz drugi. Pewnie dlatego chciał się jej pozbyć.

– Oczywiście, ojcze. Rozumiem. To bardzo wspaniałomyślne, że zorganizowałeś wszystko, mimo że masz tyle na głowie.

Gamil zmarszczył brwi i zmrużył oczy, jakby za fasadą spokojnej i spolegliwej wypowiedzi wyczuł sarkazm.

Leila była mistrzynią w ukrywaniu prawdziwych uczuć: smutku, strachu, znużenia, gniewu… szczególnie gniewu. Teraz też rozsadzała ją wściekłość, ale nawet jednym grymasem twarzy nie dała tego po sobie poznać. Jeszcze nie czas.

Ale już wkrótce! Nagle zdała sobie sprawę, że zaaranżowane małżeństwo z obcokrajowcem, który zabierze ją daleko stąd, jest tą szansą, o którą modliła się od wielu lat. Jej ostatnia próba ucieczki skończyła się sromotną porażką i brutalnymi restrykcjami. Ale władza Gamila skończy się, gdy zostanie mężatką. To była szansa na wolność. Zmusiła się, by zachować spokojną, pozbawioną emocji twarz, choć po raz pierwszy od dawna poczuła radosną ekscytację.

– Nie wyglądasz najgorzej – stwierdził Gale, omiótłszy ją wzrokiem. Miała na sobie piękną jedwabną sukienkę prosto z Paryża i delikatne pantofelki na szpilkach.

Nawet bez lustra Leila zdawała sobie sprawę, że jeszcze nigdy nie prezentowała się lepiej. Wykąpana, wydepilowana, umalowana i uczesana przez samych ekspertów. Przygotowana, by Gamil złożył ją na ołtarzu swoich ambicji.

Leila już dawno temu zrozumiała, że życie nie jest sprawiedliwe. Tym razem jednak absurdalny pomysł z małżeństwem mógł być jej przepustką do nowego życia.

– Oby cię zaakceptował. On ma wszystko w najlepszym gatunku.

Leila stała spokojnie, gdy taksował ją wzrokiem. Pewnego dnia uwolni się od tego brutala raz na zawsze. Do tego czasu musi robić wszystko, by przetrwać.

– Masz się zachowywać jak należy, rozumiesz? Nie zawiedź mnie – ostrzegł.

– Oczywiście.

– I uważaj na to, co mówisz. Daruj sobie błyskotliwe komentarze. Siedź cicho, dopóki sam cię o coś nie zapyta. Jeśli coś pójdzie nie tak, to będzie twoja wina. Lepiej nie sprawdzaj, co ci wtedy zrobię.

Leila zatrzęsła się z bezsilnej wściekłości, ale uniosła wzrok i odparła spokojnie:

– Zachowam się odpowiednio.

Gamil niepotrzebnie się niepokoił. Leila pokornie milczała, gdy Joss Carmody wkroczył do salonu. Wstrzymała oddech, gdy jej wzrok spoczął na jego surowej twarzy. Rysy miał mocne i ostre, pozbawione subtelnej regularności. Włosy czarne, proste, nieznacznie wywijające się na końcach. Było w nim coś dzikiego, niebezpiecznego, ale gdy napotkała jego wzrok, uświadomiła sobie, że ma do czynienia z kimś, kto tak jak ona nie okazuje żadnych emocji. Oczy Jossa miały ciemnoszafirową barwę, jak niebo na chwilę przed pojawieniem się pierwszej gwiazdy.

Wstała, by się przywitać, ale on zaszczycił ją tylko przelotnym spojrzeniem, po czym zwrócił się do Gamila. Zaczęli dyskutować, oczywiście o ropie. Cóż innego mogło sprowadzić tu australijskiego potentata naftowego? Z jakiego innego powodu mógłby chcieć ją poślubić? Ziemia, którą miała wnieść do małżeństwa, znajdowała się w regionie bogatym w złoża.

Dyskretnie obserwowała, jak Joss Carmody siada w fotelu, trzymając w dłoni filiżankę mocnej kawy. W jakiś dziwny sposób wypełniał sobą cały pokój, przytłaczał obecnością. Czuła się przy nim jak zbędny przedmiot. Sądziła, że poświęci jej przynajmniej odrobinę uwagi. Przecież każdy mężczyzna powinien być zainteresowany tym, jak wygląda jego przyszła żona. Z jakiegoś powodu ta obojętność ją zabolała. Bardzo zabolała. A przecież po latach spędzonych pod jednym dachem z brutalnym ojczymem powinna być uodporniona. Niby dlaczego brak zainteresowania ze strony obcego faceta miałby ją martwić? Powinna się cieszyć, że mu na niej nie zależy. Z pewnością nie czułaby się dobrze, gdyby patrzył na nią tak, jak kiedyś Gamil patrzył na jej matkę – z gorącym, namiętnym pragnieniem posiadania.

Joss Carmody nie widział jej, a jedynie kawał ziemi, bogatej w złoża ropy. To dobrze. Będzie bezpieczna.

Joss odwrócił się do milczącej kobiety siedzącej obok. Zdziwiło go spojrzenie jej szarozielonych oczu, kiedy wszedł do salonu. Dostrzegł w nim inteligencję, ciekawość i… błysk rozczarowania? Nie był pewien. Teraz utkwiła wzrok w filiżance, którą powoli obracała w dłoniach. Była uosobieniem bliskowschodniej skromności połączonej z zachodnią elegancją i wyrafinowaniem. Wyszukany naszyjnik z czarnych pereł i masywną bransoletę nosiła z nonszalancją. Była przyzwyczajona do luksusu, a przynajmniej takie odnosił wrażenie. Wydawała się odpowiednią kandydatką na żonę. A prawo własności ziemi, na której mu zależało, czyniło ją jeszcze bardziej odpowiednią. To był powód, dla którego zdecydował się na ślub. Chciał dostać w swoje ręce to, co miało być kluczem do kolejnego śmiałego przedsięwzięcia. Dziewczyna miała koneksje, prezentowała się doskonale, więc mogła być dla niego użyteczna.

– Chciałbym poznać twoją córkę lepiej – powiedział, rzucając Gamilowi znaczące spojrzenie. – Na osobności.

Dostrzegł w oczach Gamila niepokój, a może strach? Czego ten stary mógł się obawiać? Że rzuci się na jego córkę? Jakby nie miał wystarczająco dużo kobiet gotowych spełnić każdą jego zachciankę.

Gamil posłał pasierbicy ostrzegawcze spojrzenie, po czym wyszedł z pokoju.

– Byłaś bardzo milcząca. Nie interesują cię złoża ropy, których jesteś właścicielką?

Uniosła głowę i napotkała jego wzrok, chłodny jak górski potok.

– Nie miałam nic do dodania. Poza tym nie chciałam przeszkadzać. – Czarujący uśmiech nie szedł w parze w poważnym spojrzeniem.

– Zgadzasz się na wszystko?

Szóstym zmysłem wyczuł, że jej spokój i opanowanie są tylko pozorne. Było w niej coś intrygującego, co sprawiło, że coraz bardziej go interesowała, choć wcale tego nie oczekiwał, miała być jedynie częścią jego planu. W wieku trzydziestu dwóch lat uznał, że czas najwyższy zmienić status cywilny, kierując się racjonalnymi przesłankami, a nie złudnymi namiętnościami. Z satysfakcją odkrył, że jego przyszła żona jest prawdziwą pięknością, co nie było bez znaczenia. Będzie doskonałą ozdobą wszystkich przyjęć, a i on skorzysta z jej wdzięków bez wielkiego poświęcenia.

– Wiem, że te tereny będą eksploatowane. Ja mam ziemię, a ty środki.

– Nigdy nie pracowałaś w tej branży? Nie interesowałaś się przemysłem wydobywczym?

– Mój ojczym się wszystkim zajmował – odparła krótko.

– Teraz więc pewnie oczekujesz, że wszystkim zajmie się mąż, a ty będziesz mogła jedynie korzystać z owoców ciężkiej pracy?

Rzuciła krótkie spojrzenie w stronę drzwi, jakby się bała, że za nimi może stać Gamil i przysłuchiwać się każdemu słowu, by potem karać ją za nieodpowiednie zachowanie.

– Przepraszam. Być może źle zrozumiałam swoją rolę. Wydawało mi się, że pragniesz mieć cichą partnerkę, która nie będzie się wtrącała w twoje sprawy. Jeśli jednak mogłabym w czymkolwiek pomóc, chętnie to zrobię.

Tak naprawdę wcale mu nie zależało, by ta amatorka niemająca pojęcia o interesach mieszała się do biznesu. Jeszcze tego brakowało! Wystarczy już, że musiał znosić jej ojczyma do czasu, aż umowa zostanie dograna.

– Jeśli masz jakąś wiedzę na temat tych terenów, to chętnie posłucham – powiedział, choć więcej w tym było kurtuazyjnej uprzejmości niż rzeczywistego zainteresowania. Co ta gąska mogła mu powiedzieć, czego by nie wiedział?

– Obawiam się, że nie mam żadnego doświadczenia w tej dziedzinie.

– A w czym masz doświadczenie?

Znów zerknęła w stronę drzwi, co nie uszło uwadze Jossa. Przypominała uczennicę wyrwaną do odpowiedzi, która nie zna właściwej odpowiedzi.

– Wątpię, by miało coś wspólnego z twoim. Moje zainteresowania związane są raczej z domem.

– I z zakupami?

– Skąd wiedziałeś, że uwielbiam zakupy? – zagruchała słodko, poprawiając bransoletę na nadgarstku. Jednak gdy podniosła wzrok, dostrzegł w jej oczach coś, co kazało mu myśleć, że ta dziewczyna nie jest jedynie uroczą idiotką, za jaką chce uchodzić.

– Każde z nas zostanie więc przy swoich zainteresowaniach. Mam nadzieję, że nie będziesz próbowała zrobić ze mnie domatora.

Parsknęła śmiechem, ale po chwili zasłoniła usta ręką, zdając sobie sprawę, że popełniła błąd, którego Gamil z pewnością jej nie daruje. Nie mogła się jednak powstrzymać.

Joss Carmody domatorem! Któż mógłby sprostać takiemu wyzwaniu, pomyślała. Był potężnym, twardym, szorstkim mężczyzną, skupionym jedynie na pracy. Był inny niż Gamil, choć na pierwszy rzut oka wydawali się bardzo do siebie podobni. To samo chłodne, kalkulujące spojrzenie, monumentalne ego i pragnienie władzy. Joss absolutnie nie był kimś, kogo mogłoby skusić ciepło domowego ogniska.

 

– Będzie tak, jak sobie życzysz – odparła spolegliwie. Przez te wszystkie lata, gdy każde jej słowo, gest i krok były kontrolowane, nauczyła się mówić to, co należało. A teraz, gdy małżeństwo było jedyną szansą na ucieczkę z piekła, które zgotował jej ojczym, zamierzała doprowadzić sprawę do końca i grać rolę miłej, podporządkowanej narzeczonej.

– A czego ty sobie życzysz, Leilo? Czego ode mnie oczekujesz? – Zniżył głos, wypowiadając jej imię, wolno przeciągał głoski, bawiąc się ich brzmieniem, jakby obracał w ustach smakowity cukierek.

Przeniknął ją dziwny dreszcz. Jeszcze nikt nigdy w taki sposób nie wymówił jej imienia. Było w tym zaproszenie i jednocześnie wyzwanie. Nagle zdała sobie sprawę, że kroczy po niepewnym gruncie. Nie bała się Jossa tak jak Gamila, ale instynktownie wyczuwała, że powinna być ostrożna. Źródłem niebezpieczeństwa były jego zmysłowe spojrzenie i głos, którym kusił i przyciągał. Nie miała żadnego doświadczenia z mężczyznami i teraz się to na niej mściło.

Zamrugała powiekami, bawiąc się perłą przy bransolecie. Gamil z pewnością stoi za drzwiami i przysłuchuje się każdemu jej słowu, gotowy wymierzyć surową karę za najmniejszy błąd.

– Znam swoje miejsce. Wiem, że głównie jesteś zainteresowany moim spadkiem, a nie mną osobiście.

Po krótkiej pauzie potwierdził szorstko.

– Nie będę udawał, że marzę o stworzeniu kochającej się rodziny.

Przynajmniej nie zależało mu na intymnej relacji, stwierdziła z ulgą. Wcześniej planowała zniknąć zaraz po ślubie, by nie iść do łóżka z mężczyzną, do którego nic nie czuła. Teraz okazało się, że niepotrzebnie się martwiła. Małżeństwo miało być czystym biznesem.

– Nie chcę żony, która uczepi się mnie i będzie stawiała jakieś żądania – dodał poważnym tonem.

– Oczywiście, rozumiem. – Nie potrafiła sobie wyobrazić, by ktoś taki potrafił stworzyć związek oparty na emocjonalnych więzach. Na szczęście żadne z nich tego nie pragnęło.

– W takim razie powiedz mi, Leilo – przysunął się bliżej – dlaczego chcesz za mnie wyjść?

Zastygła w bezruchu, patrząc na kształtne, mocne usta wypowiadające jej imię. Szybko jednak odzyskała panowanie nad sobą i zaczerpnęła powietrza, rozważając najlepszą odpowiedź. Mów to, co chce usłyszeć, i zakończ to!

– Mogę wiele zyskać. Chciałabym zobaczyć świat i żyć jako żona miliardera. Buchara jest piękna, ale chciałabym znów pojechać do Europy. Tutaj… czuję się tu trochę uwiązana. – Powstrzymała złośliwy uśmieszek. Gamil na pewno zrozumiał aluzję. – Pragnę czegoś więcej, niż mam. Kiedy wyjdę za ciebie, moje życie zmieni się już na zawsze.

Wiedziała, jakiej żony potrzebuje Joss Carmody. Takiej, która będzie stała grzecznie z boku z cielęcym uśmiechem, która będzie błyszczeć przy nim jak breloczek przy kluczach, która będzie szaleć na zakupach, podczas gdy on zajmie się pomnażaniem dolarów. Ciekawe, jak by zareagował, gdyby się dowiedział, że dla niej małżeństwo z nim oznacza tylko jedno. Ucieczkę.

– Spóźnia się! – Gamil szedł przez dziedziniec, a jego ciężkie kroki odbijały się głośnym echem, jakby maszerowało wojsko. – Co ty mu naopowiadałaś? To na pewno przez ciebie. Wszystko już było dograne, więc jeśli się wycofał, to z twojej winy!

– Przecież słyszałeś naszą rozmowę – odparła spokojnie. Słyszał nawet więcej, niż powinien. Jej spontaniczny śmiech stał się przyczyną kolejnej kary. Tygodnie o chlebie i wodzie sprawiły, że teraz wszystko na niej wisiało. Dopiero w ostatnich dniach dostała zwiększone racje żywnościowe, by miała siłę wygłosić przysięgę małżeńską.

– No pewnie – fuknął, nawet nie próbując zaprzeczać. W podsłuchiwaniu nie widział nic złego. – Słyszałem te twoje gierki słowne. Ostrzegałem cię! – Gamil zacisnął zęby. – Jak się pokażę ludziom na oczy, jeśli porzuci cię taki człowiek! To zrujnuje moją reputację, popsuje wszystkie plany…

Zaczął chodzić w tę i z powrotem, zaciskając, to znów rozluźniając pięści, jakby miał ochotę kogoś udusić. Leila nie obawiała się jednak, że to jej szyja stanie się celem. Ojczym rzadko uciekał się do przemocy fizycznej, wolał bardziej wyrafinowane metody. Mimo to cały czas odczuwała niepokój. Gdyby tylko przez tę wielką, pełną ornamentów bramę wszedł Joss Camody! W tej chwili było to jej jedyne życzenie. A jeśli Gamil miał rację? Jeśli australijski miliarder naprawdę się wycofał? Co z jej marzeniami o wolności i karierze zawodowej, której zawsze pragnęła?

Nie, nie powinna tak myśleć. A jednak Joss spóźniał się już dziewięćdziesiąt minut! Wszyscy zaproszeni goście od dłuższego czasu czekali w salonie. Nie wyglądało to dobrze. Jeśli się nie uda, ile jeszcze będzie w stanie wytrzymać? Gamil zniszczył jej matkę, zrujnował jej radość życia, optymizm i wolę walki. Leila pamiętała, jak ta piękna, czarująca, interesująca się wszystkim kobieta zaledwie w ciągu kilku krótkich lat zmieniła się w osobę zahukaną, niepewną siebie i głęboko nieszczęśliwą. Straciła chęć do życia na długo przed tym, zanim pokonała ją choroba.

Leila uniosła głowę i przymknęła powieki, czując ciepłe promienie słońca na twarzy. Kto wie, ile minie czasu, zanim znów będzie mogła rozkoszować się słońcem.

Pomimo cienkiej jak pajęczyna jedwabnej szaty, bogatych zdobieniach z henny na dłoniach i stopach, ciężkiej, tradycyjnej biżuterii na szyi, Leila nie była rozpieszczoną księżniczką, ale więźniem zmuszanym do działań wbrew sobie.

– Co tu robisz w tym upale? – Głos o mocnej, ciepłej barwie wdarł się niespodziewanie w jej myśli.

Przyjechał! Powoli otworzyła oczy, a jej twarz rozjaśnił szeroki uśmiech pełen ulgi. Pierwszy szczery uśmiech od lat.

Joss spoglądał z podziwem na stojącą przed nim dziewczynę. Wydawała mu się jeszcze szczuplejsza. Bransoletki brzęczały na cienkim nadgarstku, gdy uniosła dłoń. Uśmiechała się. Nie tak nieśmiało i bojaźliwie jak wówczas, gdy się poznali, ponad miesiąc temu, ale całą sobą, radośnie i serdecznie, co poruszyło w nim jakąś nieznaną strunę. W tradycyjnym ślubnym stroju wyglądała tak pięknie jak bohaterka Baśni z tysiąca i jednej nocy.

– Czekałam na ciebie. – W jej głosie nie słyszał urazy, ale oczy domagały się wyjaśnień.

Nie planował spóźnienia, ale zawsze interesy stały na pierwszym miejscu, więc kiedy tego ranka odebrał ważny telefon, najpierw musiał zająć się biznesem, a dopiero potem własnym ślubem. A jednak, widząc jej wzrok, miał wrażenie, że zawalił sprawę i nie czuł się z tym komfortowo. To obudziło dawno pogrzebane wspomnienia z dzieciństwa, gdy nigdy nie potrafił sprostać oczekiwaniom innych. Ojciec pragnął mieć kopię siebie samego, kogoś bezwzględnego i pozbawionego sentymentów. A matka… Nie chciał teraz o tym myśleć.

– Czekałaś tutaj? Na dziedzińcu? Trzeba było zostać w domu. Wyglądasz… – zbliżył się – na zmęczoną.

Rozejrzał się wokoło, lustrując wzrokiem porozstawiane wszędzie olbrzymie donice z różami oraz stoły przystrojone kwiatowymi girlandami.

– Rozumiem, że ceremonia odbędzie się na dziedzińcu? Najwidoczniej twój ojczym nie jest fanem tezy, że mniej znaczy więcej.

Leila zaśmiała się lekko, ale natychmiast umilkła, gdy tylko dostrzegła Gamila. Joss zauważył, jak zastygła, a na jej twarzy malowało się napięcie. Od razu dostrzegł, kto tu jest od wydawania rozkazów, a kto od spełniania.

Ceremonia zaślubin dobiegała końca. Uroczystość była krótka, ale Leili i tak było wszystko jedno. Cały czas starała się nie okazać podekscytowania, że oto za chwilę uwolni się spod władzy ojczyma raz na zawsze. Będzie żoną mężczyzny, któremu jest zupełnie obojętna, i to działało na jej korzyść. Z pewnością uda się wynegocjować odpowiednią umowę, oddzielne mieszkania, potem dyskretny rozwód. Będzie mógł zatrzymać ziemię, zaś ona w zamian otrzyma wymarzoną, wyśnioną wolność.

– Leila – usłyszała głęboki głos świeżo poślubionego męża. Zwróciła ku niemu spojrzenie. Wpatrywał się w nią z niezwykłą intensywnością, trzymając w dłoni ciężki kielich. Posłusznie upiła łyk, tłumiąc odruch kaszlu. Poczuła na języku smak tradycyjnego weselnego trunku.

Joss dopił resztę jednym haustem, a wtedy rozległ się radosny, aprobujący okrzyk gości.

– Jesteś piękną panną młodą, Leilo. – Słowa były sztampowe, ale ciepło w oczach szczere.

– Dziękuję. Ty jesteś wspaniałym panem młodym – odwzajemniła komplement.

Nie wiedziała, czy to za sprawą jego spojrzenia, czy też uśmiechu czającego się w kącikach warg poczuła przypływ uśpionych emocji. Nagle małżeństwo przestało jej się wydawać doskonałym rozwiązaniem. Spędziła tyle dni, myśląc tylko o ucieczce, skupiając całą swoją uwagę na ślubie, który miał być furtką do nowego, wolnego życia, teraz jednak uderzyła ją myśl, że choć uwolni się spod władzy ojczyma, znajdzie się w zupełnie nowej dla siebie sytuacji, z którą będzie się musiała zmierzyć. Po raz pierwszy zdała sobie sprawę, że Joss Carmody może być równie niebezpieczny jak Gamil, choć w zupełnie inny sposób…

ROZDZIAŁ DRUGI

– Mała zmiana planów – oznajmił Joss w mknącej szybko limuzynie. – Jedziemy prosto na lotnisko. Muszę być jak najszybciej w Londynie.

Popatrzył na żonę, zdziwiony, że siedzi sztywno, wpatrzona w tył głowy kierowcy. Nie obejrzała się za siebie, by pomachać weselnym gościom. Nie uniosła ręki w geście pożegnania, mimo że ojczym stał wyczekująco w otwartej na oścież dekoracyjnej bramie.

– Leilo? – Nachylił się do niej. – Słyszałaś, co powiedziałem?

Ściskała kurczowo dłonie i wciąż patrzyła przed siebie, obojętna na otaczający ją świat. Co znowu? Nie miał czasu ani ochoty na kobiece gierki. Wystarczy, że przez całe popołudnie musiał odgrywać rolę troskliwego i czułego pana młodego.

– Leilo, spójrz na mnie.

Ostra komenda sprawiła, że natychmiast zwróciła ku niemu twarz. Jej oczy błyszczały nienaturalnie jak przy gorączce, wargi były zaciśnięte, skóra blada. Zniecierpliwił się, bo czekało go rozwiązywanie problemów żony, podczas gdy najbardziej zależało mu na tym, by jak najszybciej wrócić do pracy. Powinien był wiedzieć, że małżeństwo pokrzyżuje jego plany.

– O co chodzi, Leilo? Źle się czujesz?

– Nie – rzuciła krótko, chropowatym głosem, wydobywającym się z suchego i zaciśniętego gardła. – Ja nigdy nie choruję.

Joss zamilkł, świadomy, że coś jest nie w porządku. Powtarzał sobie jednak, że nie ma to znaczenia i nie musi się tym zajmować. W końcu nie jest niańką swojej żony. W pewnym momencie jednak ciekawość zwyciężyła. Więcej, zapragnął jakoś pomóc tej dziewczynie, która najwyraźniej cierpiała.

– Chcesz, żebym zatrzymał samochód? – Sam się sobie dziwił, że po długim weselu był gotów na następne opóźnienie. – Jeśli źle się czujesz, możemy zawrócić i…

– Nie! – zawołała ostro, a na bladych policzkach wreszcie wykwitły kolory. – Nie – powtórzyła łagodniej. – To nie jest konieczne. Po prostu… jedźmy.

– Jak sobie życzysz.

Otworzył małą lodówkę i zamiast po butelkę szampana wskazanego w podróży poślubnej, sięgnął po prozaiczną butelkę niegazowanej wody.

– Napij się – polecił. – Chyba że wolisz, żebym wezwał lekarza.

Natychmiast upiła duży łyk, po chwili drugi.

– Powinnaś coś zjeść.

– Nie, nie jestem głodna. Woda wystarczy. Już mi lepiej. – Tym razem przekonała go. Patrzyła przytomnie, oddychała równo. – Mówiłeś coś o zmianie planów?

– Nie zostajemy z Bucharze. Jeszcze dziś muszę być w Londynie.

Mógł jechać sam, ale zależało mu, by stała u jego boku, gdy będzie finalizował kolejny ważny interes. Poza tym uważał, że należało podtrzymywać fikcję, że są prawdziwą parą. Gdyby zostawił żonę w noc poślubną, natychmiast trafiłby na pierwsze strony brukowców.

– Londyn? Wspaniale!

Posłała mu radosny uśmiech, który sprawił, że poczuł się nieswojo. Nie, ona nie była piękna. Była olśniewająca! Jak mógł wcześniej tego nie zauważyć? Myślał o niej jak o chłodnej, zdystansowanej księżniczce, a tymczasem miała w sobie prawdziwy ogień.

– Cieszę się, że jesteś podekscytowana wyjazdem do Londynu – powiedział szorstko.

Joss jeszcze nigdy w życiu nie stracił głowy dla żadnej kobiety. Emocjonalna kaleka. Tak określiła go jedna z kochanek, kiedy rozwiał jej nadzieje na wspólną przyszłość. Pożądał kobiet, ale z żadną nie stworzył bliższej relacji. Wychowując się w dysfunkcyjnej rodzinie, obserwując destrukcyjną siłę tak zwanej miłości, nigdy nie chciał doświadczać czegoś podobnego w dorosłym życiu. Żadnych uczuć, żadnych więzów, żadnych zobowiązań. Jeśli małżeństwo, to tylko pojmowane jako umowa biznesowa. Nic więcej.

– Byłaś już kiedyś w Londynie? – Uznał, że powinien wiedzieć coś więcej o kobiecie, która w jego życiu będzie pełniła funkcję atrakcyjnej hostessy.

 

Skinęła głową.

– Urodziłam się tam. Potem przeprowadziliśmy się do Waszyngtonu, kiedy mój ojciec dostał się na placówkę dyplomatyczną. Następnie był Paryż i Kair. Przeprowadziliśmy się z powrotem do Wielkiej Brytanii, kiedy miałam dwanaście lat. Potem dopiero zamieszkaliśmy w Bucharze.

– Masz w Londynie jakichś przyjaciół, z którymi chciałabyś odnowić kontakt?

Uśmiech na jej twarzy zgasł. Odwróciła wzrok i wzruszyła ramionami.

– Być może.

– Czyli cieszysz się na zakupy?

– Nie, ja… – Znów odwróciła twarz w jego stronę, ale spoglądała w dół, nie zdając sobie sprawy, jak pięknie eksponuje wtedy długie czarne rzęsy. – Tak, oczywiście, zakupy są ważną częścią pobytu w Londynie.

Znów rozchyliła usta w uśmiechu, ale tym razem nie zrobiła na nim wrażenia. Wtedy śmiały się także oczy, które teraz pozostawały niewzruszone i czujne. I dobrze. Wcale mu nie zależało, by cokolwiek poczuć do żony, którą miała być jedynie z nazwy.

– W takim razie myślę, że będziesz się świetnie bawiła w Londynie – stwierdził rzeczowo. – Samolot już czeka i ruszymy, jak tylko dojedziemy na lotnisko.

– To wspania… – przerwała gwałtownie. – Mój paszport! Nie mogę…

– Możesz. Twój paszport czeka już w samolocie.

– Naprawdę? Nie miałeś problemu, by… by zabrać go z domu?

– Moi ludzie to zrobili. I nie było żadnych problemów. – Zauważył zdumienie na jej twarzy. – Coś nie tak?

– Nie, ja tylko… – Pokręciła głową z przepraszającym uśmiechem. – Wszystko w porządku, dziękuję.

Joss oparł się wygodnie na siedzeniu, zaintrygowany dziwnym zachowaniem żony. Była bardziej skomplikowana, niż przypuszczał. Prawie miał ochotę poznać ją bliżej. Prawie. Miał ważniejsze rzeczy do robienia niż poznawanie niuansów charakteru własnej żony.

– Za chwilę będziemy na miejscu.

Te słowa były muzyką dla uszu Leili. Ucieczka od ojczyma, z Buchary, wydawała się wręcz niewiarygodna. Kochała ten kraj, ale nie czułaby się bezpiecznie, pozostając w tym samym miejscu co Gamil. Za każdym razem, gdy uciekała z domu, ludzie ojczyma sprowadzali ją z powrotem, a kara zawsze była okrutna. Nic nie mogła na to poradzić, bo Gamil sprawował nad nią legalną władzę do ukończenia dwudziestego piątego roku życia. Kontrolował każdą sferę jej życia. Ograniczył kontakty z przyjaciółmi, podróże, edukację. Nawet teraz, gdy została mężatką, wciąż bała się, że znajdzie sposób, by dalej ją upokarzać i dręczyć. Nie powinna się przejmować. Była wolna. Wolna! Rozkoszowała się tym słowem, pełnym słodyczy i spełnionych marzeń.

Ostatni raz wyjechała za bramy pałacu dwanaście miesięcy temu. Przez blisko rok czekała na ten moment, a kiedy wreszcie nadszedł, była jak ogłuszona. Bolała ją głowa i żołądek, nie była w stanie odwrócić się za siebie i pomachać gościom, zupełnie jakby się bała pierwszego kroku w to nowe życie. Nie, nie to było powodem. Raczej umierała ze strachu, że wydarzy się coś, co uniemożliwi jej wyjazd z Buchary. Teraz, kiedy była już tak blisko osiągnięcia celu, umarłaby, gdyby znowu musiała stawić czoło Gamilowi i jego chorym metodom wymuszania posłuszeństwa. Zadrżała mimowolnie, co natychmiast zwróciło uwagę Jossa.

– Zimno ci?

– Nie, wcale – zapewniła pospiesznie.

Nic jej nie powstrzyma przed wejściem na pokład samolotu. To był pierwszy dzień z daleka od człowieka, który zmienił życie jej i matki w piekło. Potem, w Anglii, wprowadzi swój plan w życie. Wróci na studia i już nikt nigdy nie będzie jej mówił, co może, a czego nie. To się działo naprawdę. W samolocie czekał drogocenny paszport. Ileż to razy Gamil powtarzał, że nigdy go nie dostanie, że jest zdana wyłącznie na jego łaskę. To już za nią.

Limuzyna wjechała na teren lotniska i zatrzymała się w pobliżu samolotu.

– Gotowa? – usłyszała głos męża. Gdyby wiedział, od jak dawna czekała na tę chwilę.

– Gotowa.

Nim szofer zdążył otworzyć drzwi, wyskoczyła z samochodu, ogarnięta jednym tylko pragnieniem. Uciekać, uciekać stąd jak najdalej. Poczuła przyjemny powiew wiatru na twarzy i uniosła twarz ku niebu, mrużąc powieki. Nad nią rozciągał się olbrzymi ocean błękitu, bez jednej chmurki. Prawdziwy obraz piękna, wolności i nieograniczonej przestrzeni, symbol wygranej. I nagle poczuła mocne uderzenia serca i dudnienie krwi w uszach. Bezimienny, obezwładniający lęk pochwycił ją w swoje szpony. Nie mogła złapać tchu. Jak przez mgłę widziała, że szofer mówi coś Jossowi, ale nie rozumiała ani słowa. Wszystko się rozmywało, traciło kontury i kolory. Miała wrażenie, że błękit nieba zaraz ją zmiażdży, pochłonie. Coś ciągnęło ją z powrotem do samochodu. Kusiło bezpieczeństwem i spokojem. Nie, nie mogła się poddać. Nie teraz, kiedy była tak blisko.

– Leila! – usłyszała krzyk Jossa. – Co z tobą?

Z wysiłkiem zaczerpnęła powietrza, zmuszając się do zwykłego wzruszenia ramionami. Musi być silna. Przetrwała całe lata z niebezpiecznym, nieprzewidywalnym ojczymem, przeszła przez farsę ceremonii ślubnej, więc co to dla niej wejść od samolotu. Myśl, że Joss, przeświadczony o jej chorobie, mógłby ją odesłać do domu, pod opiekę ojczyma, podziałała na nią jak kubeł zimnej wody.

– Przepraszam, nogi mi trochę zesztywniały. – Próbowała się uśmiechnąć, ale stać ją było zaledwie na grymas ust. – Już mi lepiej.

Wzięła kolejny wdech i postąpiła krok naprzód, ciągle trzymając się drzwi od samochodu. Miała wrażenie, że jej nogi są ciężkie jak z żelaza i słabe, jakby dopiero teraz uczyła się chodzić. Kiedy poczuła silne ramię wokół talii, nawet nie próbowała protestować, mimo że wolałaby poradzić sobie bez pomocy Jossa. Z pewnością nie kierował się odruchem serca, po prostu nie mógł pozwolić, by zemdlała na pasie startowym. Wsparta na jego piersi, czuła miarowe unoszenie i opadanie klatki piersiowej, a także mocny, męski zapach markowych perfum. Po raz pierwszy od śmierci matki uświadomiła sobie, jak cudownie schronić się w czyichś objęciach.

– Spokojnie, zaraz odpoczniesz.

– Mogę iść sama – zaprotestowała, przestraszona, że przez swoją głupią niedyspozycję zostanie opóźniony wylot. – Chcę wejść na pokład. Proszę cię, Joss. – To był pierwszy raz, kiedy zwróciła się do niego po imieniu. – Poczuję się lepiej, jak tylko znajdziemy się w samolocie.

Zawahał się przez moment, po czym odparł szorstko:

– Niech tak będzie.

– Dziękuję.

Wciąż pozwalała się prowadzić i do głowy jej nie przyszło zastanowić się, dlaczego czuje się tak komfortowo i bezpiecznie w objęciach obcego mężczyzny.

– Dziękuję, teraz już poradzę sobie sama – rzekła, gdy weszli do samolotu. Naprawdę poczuła się lepiej.

W odpowiedzi odwrócił ją ku sobie i przez dłuższą chwilę obserwował w milczeniu jej twarz. Leila oparła dłoń na jego piersi, chcąc zwiększyć dystans, ale to zamiast pomóc, uświadomiło jej tylko, że ma do czynienia z kimś dużo silniejszym, kogo nie byłaby w stanie odepchnąć. Nagle przestała się czuć bezpiecznie.

– Joss, powiedziałam, że mogę stać sama. – Puścił ją natychmiast, ale wciąż nie spuszczał z niej wzroku, jakby dręczyły go pytania, na które nie znajdował odpowiedzi.

Leila tymczasem zajęła miejsce i zwróciła się do stewardessy:

– Poproszę o szklankę wody i coś na chorobę lokomocyjną.

– Oczywiście, proszę pani. – Kobieta uśmiechnęła się życzliwie.

Leila nie rozumiała, skąd to dziwne zasłabnięcie, ale uznała, że to pewnie nerwy przed pierwszą od lat daleką podróżą. Rzuciła krótkie spojrzenie w stronę Jossa siedzącego po drugiej stronie, który nadal przyglądał jej się badawczo. Denerwowało ją to i peszyło. Przez chwilę przypomniał jej Gamila, który wiecznie ją śledził i obserwował, czekając, aż popełni błąd.

Oparła się o zagłówek i zamknęła oczy, kołysana przez szum silnika. Dopiero kiedy poczuła, że maszyna jest w powietrzu, uśmiechnęła się przepełniona niewysłowioną ulgą. Jej nowe życie właśnie się zaczęło.