Piękne złoTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Okładka

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

MADDIE

MADDIE

MADDIE

MADDIE

MADDIE

MADDIE

MADDIE

MADDIE

MADDIE

MADDIE

IAN

MADDIE

MADDIE

MADDIE

MADDIE

MADDIE

MADDIE

MADDIE

MADDIE

MADDIE

IAN

MADDIE

IAN

MADDIE

IAN

MADDIE

IAN

MADDIE

MADDIE

MADDIE

MADDIE

MADDIE

MADDIE

IAN

MADDIE

IAN

MADDIE

PODZIĘKOWANIA

Przypisy końcowe

Tytuł oryginału: The Beautiful Bad

Redakcja: Agnieszka Niegowska

Projekt okładki: 2019 Andrew Smith

Adaptacja okładki: KAV Studio Pola Rusiłowicz

Zdjęcia na okładce: © Plainpicture / Narratives / Jon Day, © Getty Images / Sagel&Kranefeld / Corbis

Korekta: Beata Wójcik, Słowne babki

Copyright © 2019 Annie Ward

Copyright for the Polish translation by Agata Ostrowska

Copyright for the Polish edition © by Wydawnictwo Czarna Owca, 2020

Wydanie I

ISBN 9788380159341


Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer.

MADDIE

Dwanaście tygodni wcześniej

„Czy powinnam iść na terapię?”, wystukuję na klawiaturze.

Popularne wyszukiwanie w Google. Nie brakuje informacji na ten temat. Całe strony testów, które pomogą ocenić, czy podjęcie terapii to dobra decyzja. A jeśli tak, to jaka terapia? Psychiatryczna czy psychologiczna? Na jakie zaburzenia cierpisz? Jest w czym wybierać. Mogłabym siedzieć nad tym całą noc. Może i tak zrobię po wyjściu Iana.

Ian zbliża się w moją stronę, otwiera i zamyka kolejne szuflady.

– Widziałaś moją małą ładowarkę do telefonu? – pyta, marszcząc czoło. – Tę podróżną?

– Nie – odpowiadam. Trzymam palec tuż nad touchpadem, gotowa w każdej chwili ukryć kartę z wyszukiwaniem i przełączyć się na Facebooka, gdyby tylko podszedł za blisko.

Wychodzi.

Mogę przestać się kryć. Zaczynam przeglądać testy.

Niektóre są bardzo proste. Zaznacz „tak” albo „nie”.

Wiele rzeczy wywołuje we mnie niepokój lub strach. No dobra, tak.

Boję się utraty kontroli, zdrowych zmysłów albo życia. Wszystkie trzy!

Czasem wydaje mi się, że coś przejęło panowanie nad moim umysłem. Lub ktoś. Eee, nie. Ale brzmi ciekawie.

Uważam, że z moim wyglądem jest coś nie tak. Nie mogę powstrzymać zduszonego chichotu. O matko. Powinni mnie zobaczyć.

Niektóre pytania zakrawają na całkowity absurd.

Czy czujesz się niezręcznie, gdy: 1) śpiewasz na trzeźwo w barze z karaoke? 2) tańczysz samotnie w słabo oświetlonym klubie? 3) dzwonisz do obcej osoby w zaciszu własnej sypialni, kiedy nikt nie może podsłuchiwać rozmowy?

Może nie jest ze mną jeszcze tak źle, jak myślałam. Trzeźwa nigdy nawet nie przekroczyłabym progu knajpy z karaoke.

Ian znowu wpada do pokoju, mrucząc pod nosem:

– Zegarek jest, telefon, paszport…

Patrzy na mnie przelotnie, choć myślami jest gdzie indziej. Próbuję się uśmiechnąć, ale się powstrzymuję. Za bardzo boli mnie przy tym oko. Palec znów zawisa czujnie, na wypadek gdyby Ian postanowił podejść i sprawdzić, co robię. Na wypadek gdybym musiała kliknąć na kartę z Facebookiem i pokazać mu słodki filmik z małymi koziołkami wskakującymi sobie na grzbiety, zamieszczony właśnie przez jednego ze znajomych.

Następne pytanie. Czy coś ukrywasz?

Takie proste. Takie bezpośrednie. Aż trudno uwierzyć. Jakby ktoś wiedział, że nie powinnam myśleć o tym, o czym teraz myślę.

Ian nic nie wie o moim planie poszukania pomocy.

Nie wyraziłby aprobaty. Powiedziałby: „Wiesz przecież, że to wszystko konowały. A poza tym nic ci nie jest. Nic nam nie jest. Wszystko jest idealnie”.

Ale mógłby też powiedzieć to, co powiedział dwa tygodnie temu. Tuż przed tym, jak stała mi się krzywda.

„Ale z ciebie rozpuszczona rura”.

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

DZIEŃ ZABÓJSTWA

Meadowlark było małym miasteczkiem oddalonym o półtorej godziny drogi na południe od Kansas City. Centrum powiadamiania ratunkowego znajdowało się na klaustrofobicznym zapleczu parterowego budynku z cegły, w którym mieścił się komisariat i który przypominał raczej toaletę przy autostradzie. Nick Cooper był sam, kiedy o dwudziestej drugiej przyjął zgłoszenie.

 

– Centrum ratunkowe, słu… – rzucił nonszalancko do mikrofonu połączonego ze słuchawkami, jednocześnie otwierając saszetkę z cukrem do kawy. Nie było mu dane dokończyć zdania.

Usłyszał dzikie wrzaski jakiegoś dziecka oraz szept kobiety:

– Wracaj na górę, skarbie, proszę. – Jej głos brzmiał ponaglająco. – Błagam! Idź! Zmykaj, już! – Potem nagle krzyknęła: – Chryste Panie!

– W czym mogę pomóc? – zapytał z naciskiem i rzucił się do komputera, przewracając kubek z kawą. Powtarzał sobie, że powinien zachować spokój, ale krzyki przerażonego dziecka w słuchawce wytrąciły go z równowagi. Dłonie tak mu się trzęsły, że do niczego się nie nadawały. Na ekranie komputera wyświetlił się adres. – Proszę pani, czy mogłaby pa…

– Szybciej! – wrzasnęła. – Pomóżcie nam! Szybko!

Po ośmiu sekundach rozmowy Nick stracił połączenie z telefonem z domu przy Lincoln Street 2240 – dzwoniąca gwałtownie nabrała powietrza i rozpaczliwie wrzasnęła „Nie!”, a potem rozległ się odgłos, który Nick uznał za dźwięk telefonu spadającego na podłogę. Na linii zapadła głucha cisza. Próbował oddzwonić. Nic z tego.

Nick nadał sygnał alarmowy przez radio.

– Prawdopodobne włamanie lub awantura rodzinna w domu przy Lincoln Street 2240. – Mówił tak szybko, że słowa zlewały się w jeden ciąg. – Na miejscu kobieta i dziecko. Brak dodatkowych informacji. Połączenie przerwano. Nie zdołałem nawiązać kontaktu. Odbiór.

Funkcjonariuszka Diane Varga odpowiedziała po kilku sekundach:

– Centrala, tu 808. Już tam jadę.

Nick złapał telefon i wcisnął klawisz szybkiego wybierania przypisany do Barry’ego Shippsa. Wiedział, że z dwójki detektywów w Meadowlark to raczej Barry zareagowałby szybciej, chociaż nie był teraz na służbie i pewnie nie słuchał radia.

– Detektyw Shipps, słucham?

– Panie detektywie – powiedział Nick – tu centrala. Może być pan w gotowości na ewentualne wezwanie na Lincoln Street 2240?

– Mogę nawet więcej – odparł Shipps. – Właśnie tankuję auto przy Casey’s, o rzut beretem stamtąd.

Chwilę później Shipps siedział już w samochodzie i zgłaszał się przez radio:

– Centrala, tu Shipps. Jestem w drodze.

W uchu Nicka znów odezwała się Diane:

– A ja skręcam z Victory na Lincoln. Zaraz będę na miejscu.

– Przyjąłem, 808. – Nick prawie dorzucił: „Uważaj na siebie”, jednak się powstrzymał. Za każdym razem, gdy wpadał na Diane w mieście, łapał się na tym, że zaczyna gwizdać Brown Eyed Girl Vana Morrisona. Wziął głęboki oddech i splótł drżące dłonie.

* * *

W zamieszkanym głównie przez białą klasę robotniczą Meadowlark nie brakowało starych farm rozrzuconych po peryferiach. W miasteczku był jeden przyzwoity lokal, browar z ogródkiem piwnym Crooked Crow, który swym wiejskim urokiem przyciągał mieszczuchów w słoneczne weekendy. Poza tym znajdowały się tam jeszcze tylko dwie restauracje z prawdziwego zdarzenia: Wagon Wheel i Gambino’s. Od biedy można było dorzucić jeszcze Subwaya w Walmarcie.

Na ozdobnym kamiennym murku wisiała tabliczka z nazwą – Sweet Water Creek. Diane Varga skręciła na skrzyżowaniu w stronę osiedla. Było dość nowe, budowę zaczęto zaledwie sześć lat wcześniej. Sprzedała się dopiero połowa działek, a w wielu domach jeszcze nikt nie mieszkał. Drewniane budynki w rozsądnych cenach, ale przy tym całkiem przestronne i na swój sposób przyjemne, stały rozsiane między dwoma małymi, nieciekawymi stawami oraz kilkoma imponującymi starymi wiązami.

Diane skręciła za róg i zauważyła na chodniku przewrócony trójkołowy rowerek. Srebrna kierownica lśniła w wesołym blasku lampy z ganku domu oddalonego o dwa numery od tego, pod który zmierzała.

Dom przy Lincoln Street 2240 był jednym z największych w okolicy. Rozpościerał się na rozległym, łagodnie opadającym trawniku w ogrodzie gustownie zaprojektowanym przez architekta krajobrazu, z terakotową fontanną wystającą zza kępy zaniedbanych krzewów różanych. Diane miała wrażenie, że w Sweet Water Creek wszystko jest w jak najlepszym porządku. Inaczej niż w jej własnym życiu. Kiedy wysiadła z samochodu i stanęła przed domem, intuicja nie podpowiadała jej: „Oto miejsce zbrodni”.

– Centrala, już jestem – powiedziała do mikrofonu radia przyczepionego do kieszeni na piersi munduru.

Raźnym krokiem ruszyła chodnikiem do drzwi frontowych, przy których stały dwa smukłe iglaki. Trzy razy zapukała głośno do drzwi.

– Policja! – zawołała, ale nikt nie odpowiedział.

Gdzieś z bliska dobiegało nieustanne ujadanie rozdrażnionego psa. Czuła, że przyśpiesza jej tętno. To nie może być nic poważnego, pomyślała. To przecież Meadowlark. A jednak coś jej mówiło, że powinna się pośpieszyć. Zaczęła gorączkowo naciskać guzik dzwonka, waliła w niego jak szalona. Głuchy gong niósł się echem po wnętrzu domu. Żadnego odgłosu kroków na schodach. Cisza.

Po bokach drewnianych drzwi znajdowały się ozdobne okna. Diane zajrzała do środka, próbując przeniknąć wzrokiem teksturowane szyby. Pierwszym, co zauważyła, była para stojących tuż za progiem wysokich butów w stylu wojskowym. Jakoś nie pasowały do nowoczesnego domu, do ogromnej powierzchni wyłożonej posadzką z jasnego drewna. Cały parter zajmowało chyba tylko jedno pomieszczenie – otwarta przestrzeń, jak w wielkomiejskim lofcie. Zaraz przy drzwiach zaczynały się kręcone schody prowadzące na piętro. Plastikowe części roztrzaskanego urządzenia elektronicznego, być może słuchawki telefonu stacjonarnego, leżały na podłodze, obok najniższego stopnia. Diane przesunęła się nieco, żeby lepiej widzieć. Pod tym kątem obejmowała wzrokiem większy kawałek wnętrza.

Gwałtownie nabrała powietrza.

Ujrzała plamy na pięknych drewnianych deskach. Na środku pokoju rozlewała się czerwona kałuża. Serce zaczęło jej walić jak młotem. Wbrew jej oczekiwaniom zanosiło się na poważną sprawę. A Nick wspominał o jakimś dziecku…

– Centrala, zajrzałam przez okno i widzę coś, co wygląda na sporą kałużę świeżej krwi – powiedziała do mikrofonu głośniej, niż zamierzała. – Możliwa ofiara śmiertelna. Potrzebuję posiłków i pogotowia. – Z ledwie uświadomioną paniką niezgrabnie wygrzebała z kabury półautomatycznego glocka i uniosła go niepewnie w pozycji gotowej do strzału.

Jeszcze raz nacisnęła dzwonek.

– Policja! – krzyknęła znowu, tym razem jeszcze głośniej, dziko. Nacisnęła klamkę, mocno pchnęła drzwi barkiem. Były solidne i zamknięte na klucz.

Diane popędziła na zacienioną stronę domu w poszukiwaniu drugiego wejścia. W biegu usłyszała w radiu kolejny sygnał alarmowy nadany przez Nicka. Wzywał posiłki. Skręcając za róg, poślizgnęła się na błocie, ale w porę podparła się wolną ręką. Teraz wyraźnie słyszała, że obłąkańcze ujadanie psa dobiega z ogródka na tyłach posesji.

Na końcu rzędu krzewów znajdowało się ogrodzenie z kutego żelaza z furtką, wyłamaną, ale obwiązaną gumową linką. Diane zaczęła w amoku szarpać zardzewiałe ustrojstwo, próbując je otworzyć.

– No, puśćże – zaklinała szeptem, czując narastającą frustrację.

Furtka w końcu ustąpiła, zawiasy zapiszczały zgrzytliwie jak paznokcie przesuwane po tablicy. Diane zaczęła przemierzać ogródek. Dwoje funkcjonariuszy odpowiedziało na zgłoszenie, byli już w drodze.

– Kiedy będziesz, Shipps? – zapytała Diane.

– Za pięć minut. – Głos detektywa rozległ się w jej radiu.

– Przyjęłam.

Diane na coś nadepnęła i usłyszała głośny pisk.

– Szlag! – rzuciła pod nosem, spojrzała pod nogi i zobaczyła zdeptaną kaczuszkę, gumową zabawkę dla psa.

Wzrok stopniowo przyzwyczajał się do ciemności i Diane zauważyła sporo starych, nadgryzionych żółtych piłek tenisowych, które walały się na zapuszczonym, porośniętym chwastami trawniku. Przy krawędzi tarasu stała ogromna zielona plastikowa piaskownica w kształcie żółwia, a obok stolik wodny dla kilkulatka, przy którym dziecko mogło się pluskać i za pomocą różnokolorowych kubków wprawiać w ruch koło wodne. Przypomniała sobie czerwony rowerek leżący blisko ogródka sąsiadów i oczami wyobraźni zobaczyła zawzięcie pedałujące pulchne dziecięce nóżki. Mały trzykołowiec toczący się po chodniku, a potem porzucony bez żalu na rzecz nowej przygody.

Nick najwyraźniej się nie mylił. Diane nie miała już wątpliwości, że przede wszystkim musi uratować dziecko.

Przez szpary w okiennicach sączyło się światło. Diane przykucnęła i trzymając się blisko budynku, w takiej pozycji przemierzyła taras w kierunku tylnych drzwi. Zobaczyła ujadającego psa, a właściwie dwa psy: małe, czarno-białe boston terriery. Niespokojne, ale słodkie zwierzaki wyraźnie nie mogły zrozumieć, dlaczego nikt nie wpuszcza ich do domu. Miały mokre, szeroko otwarte oczy, ziajały i kręciły się w kółko, kompletnie zdezorientowane.

Diane przekręciła gałkę w drzwiach.

– Tylne wejście jest otwarte – powiedziała do mikrofonu.

– Pogotowie już wezwane – odpowiedział Nick. – Wiedzą, że czekasz na drugiego funkcjonariusza, żeby wejść do środka. Kazałem im podjechać na Lincoln 2218 i tam czekać na wieści.

– Przyjęłam – odparła Diane.

Nick znał procedury. Zgodnie z nimi pod żadnym pozorem nie wolno jej było wejść do domu, dopóki nie pojawi się drugi policjant. Gdyby weszła sama, złamałaby zasady. Wpakowałaby się w kłopoty. Diane obejrzała się przez ramię na piaskownicę i stolik wodny. Podjęła decyzję. Wolała stracić pracę niż czyjeś dziecko.

Pchnęła drzwi i nogą powstrzymała psy, które chciały wejść razem z nią. Delikatnie zamknęła drzwi. Sunąc powoli w głąb domu, zerknęła za siebie. Teriery opierały łapy o przeszklone drzwi, dobijały się błagalnie, próbowały ją skłonić, żeby zawróciła i wpuściła je do środka.

Tylne wejście znajdowało się w dalekim kącie przestrzeni na parterze, przy okrągłym stole śniadaniowym ze szklanym blatem i czterema krzesłami. Pusta butelka po winie leżała pod ścianą, prawdopodobnie przeturlała się po podłodze. Na stole stała druga butelka wina, a pod nim, na podłodze, elegancki szklany walec z wódką Stolichnaya Elit.

Diane nieszczególnie interesowała się sztuką kulinarną, ale nie miała wątpliwości, że nie chodziło tu o zwykłe spotkanie przy paluszkach i chipsach. Na środku stołu leżała gruba drewniana deska pełna oliwek, salami, krakersów, serów i winogron.

Choć starała się skupić na całościowej analizie miejsca zdarzenia, trudno było jej zignorować kałużę krwi. Za każdym razem, gdy podnosiła wzrok, widziała ją na drugim końcu pomieszczenia. Czerwona plama hipnotyzowała. Doprowadzała ją do mdłości.

Parter domu zbudowano co prawda na planie otwartym, ale umeblowano licznymi fotelami, kanapą, regałami na książki, stolikami i lampami. Wszędzie potencjalne kryjówki. Diane poruszała się ukradkiem, z pistoletem gotowym do strzału, omiatając wzrokiem każdy cichy kąt.

Kiedy dotarła do stołu śniadaniowego, musiała zacząć patrzeć pod nogi. Dookoła walały się okruchy potrzaskanych kieliszków, mniejsze i większe odłamki szkła. Jedno z czterech żółtych wyściełanych krzeseł wokół stołu było przewrócone, na innym widniała o ton ciemniejsza plama w miejscu, w którym coś się wylało. Obok przewróconego krzesła leżała mokra fotografia.

Diane pochyliła się i przyjrzała zdjęciu. Widniały na nim dwie brunetki. Tego jednego była pewna – wyraźnie było widać długie, rozwiane włosy. Kobiety stały przed jakimś nietypowym budynkiem. Wyglądał z lekka bliskowschodnio, prawie jak meczet, ale bez minaretu. Płyn rozlany na podłodze przesiąkł przez papier, więc rysy kobiet się rozmazały. Diane wyobraziła sobie, jak ktoś siedzący przy tym stole trzymał fotografię niedługo przed tym, jak spadła na ziemię. Jakieś wspominki? „A pamiętasz, jak…?”, „Tak, poczekaj, przyniosę zdjęcie…”

Kuchnię od salonu oddzielała wyspa w kształcie półksiężyca. Wzdłuż blatu stało kilka wysokich stołków. Dopiero kiedy Diane minęła szklany stół, zobaczyła przestrzeń za kuchennym bufetem.

Kałuże różniły się rozmiarem, choć wszystkie były raczej małe i wyglądały jak coś, co zostaje na chodniku po ulewie. Tyle że były szkarłatne. Prowadząca od nich linia kropli przypominała naszyjnik z koralików, cienki sznur krwawych pereł.

Do rzezi doszło między lodówką a wewnętrzną stroną bufetu, gdzie znajdowały się zlew i zmywarka. Ściany i urządzenia wokół były zbryzgane krwią. Diane ścisnęło w gardle. Drzwi lodówki były zaklejone dziecięcymi obrazkami, teraz artystycznie skropionymi czerwonymi plamkami. Upiorny deszcz padający na urocze domki, trzyosobową rodzinę ludzików z kresek, puchate chmurki i uśmiechnięte słoneczko.

 

Szlak krwawych koralików prowadził od drobnych kałuż w kuchni do wielkiej plamy na środku pomieszczenia. Była rozmazana, jakby mopem czy ścierką, i Diane wyobraziła sobie, jak ktoś czołgał się na czworakach, zanim zdołał się podnieść na chwiejnych nogach, napędzany zdumiewającą wolą przetrwania. Czuła irracjonalną pokusę, żeby zacząć biegać po domu i wołać dziecko, ale pogwałciła już dziś jedną procedurę, wchodząc do środka.

Na przeciwległej ścianie wisiała owalna drewniana afrykańska maska z dziurami w miejscu oczu i ust, która gapiła się na nią z przerażoną miną.

Diane niespokojnie obejrzała się przez ramię na zastawiony stół – to miał być przyjemny wieczór ze znajomymi przy winie i serze. Potem znów spojrzała przed siebie na ślady koszmarnej jatki, które zdawały się ją zachęcać, żeby podeszła bliżej i sama się przekonała, do aktów jakiego okrucieństwa tu doszło.

MADDIE

Dziesięć tygodni wcześniej

Jej wzrok ciągle wraca w lewy górny róg mojej twarzy. Ucieka spojrzeniem w stronę okna, na sztuczny zalew, który widać z gabinetu (znajdującego się w jej domu), ale potem znów patrzy na miejsce, w którym pozszywano mnie z powrotem w całość.

Nie wiem, jak to ma wyglądać. Na stronie internetowej napisała, że jest „przede wszystkim wyrozumiałą, empatyczną i dyskretną psycholożką z doświadczeniem, stosującą terapię przez pisanie w walce ze stanami lękowymi”. No to niech się, do kurwy nędzy, przestanie gapić. Powiedziałam jej, że jestem tutaj, bo chcę się mniej denerwować.

Uśmiecha się do mnie. No, teraz lepiej. Odzywa się melodyjnym głosem lektorki z reklamy społecznej:

– W ramach terapii przez pisanie wykorzystuje się wiele niezwykle pomocnych ćwiczeń. Najbardziej doceniam w niej fakt, że jedynym ograniczeniem są nasze indywidualne zahamowania i wyobraźnia. Spróbujemy rozmaitych metod i zobaczymy… – Przechyla głowę na bok ruchem, który jest ewidentnie przećwiczony, a jednocześnie dziwnie atrakcyjny. – Zobaczymy, która jest dla ciebie najlepsza.

Kiwam głową, tak że włosy, które mam zaczesane na lewą stronę twarzy, poruszają się. Udaje całkowitą obojętność, ale nie potrafi ukryć zaciekawienia. Wcale mnie to nie dziwi. Krwiak już się wchłonął, lecz miejsce urazu nadal wygląda dość przerażająco.

Czuję zniechęcenie. Chcę, żeby terapia zadziałała, potrzebuję tego, ale ta kobieta nie odpowiada moim wyobrażeniom. Bardzo mi zależało na terapii przez pisanie, tyle że wybór okazał się mocno ograniczony. Kiedy zdecydowałam się na wizytę u doktor Camilli Jones w prywatnym gabinecie w Overland Park, spodziewałam się poważnej kobiety w eleganckiej garsonce i rozsądnych pantoflach na płaskim obcasie. Kobiety o sympatycznych oczach i srebrnych włosach.

Natomiast ta kobieta, Camilla, powiedziała mi na wstępie, że jej imię rymuje się z „Pamela”. Co? Nie chce, żebym się do niej zwracała per pani, mam jej mówić „Cami J.”. Ma na sobie kwiecisty podkoszulek, luźny i opadający z ramion, spodnie do jogi i bejsbolówkę. Nie lubię się czepiać, ale muszę zauważyć, że na czapce ma diamenciki. Na całym przodzie. Wszędzie. Chyba równie trudno jest mnie się nie gapić na jej czapkę, co jej na moją twarz. Centralny element czapki stanowi gigantyczna lilijka ze świecących kamyczków. Nieswojo mi z tym. Babka musi być po sześćdziesiątce, chociaż trzyma się zajebiście. Ale serio, nie chcę terapeutki, która wygląda jak instruktorka zumby.

W końcu patrzy mi w oczy.

– Maddie?

– Tak? – Nie wiedzieć czemu zaczynam zaciskać pięści, potem je rozwieram, a potem znowu zaciskam. Cierpiałam dawniej na zespół cieśni nadgarstka, spowodowany intensywnym pisaniem, i to było jedno z ćwiczeń na złagodzenie bólu. Powstrzymuję się.

– Przejdźmy do meritum, zaczynając od czegoś prostego. Proszę, żebyś wypisała dwadzieścia rzeczy, które wywołują u ciebie stany lękowe. – Podaje mi długopis i kartkę z notatnika w linie. – Postaraj się zbyt długo nie zastanawiać. Chodzi o rzeczy, które budzą w tobie strach, smutek czy zdenerwowanie. Zapisuj pierwsze, co wpadnie ci do głowy, dobrze?

– Dobrze.

1. Kiedy Charlie płacze. Że stanie mu się coś złego.

2. Kiedy Ian pije wódkę w piwnicy. Albo kiedy nie mogę go dobudzić.

3. Kiedy ktoś strzela do dzieci w szkole, a właściwie zawsze, kiedy ktokolwiek strzela do przypadkowych ludzi, szczególnie do dzieci. Nie podoba mi się też, że mamy w domu broń.

4. Kiedy ktoś wjeżdża ogromną ciężarówką na promenadę nad morzem we Francji i przejeżdża wszystkich spacerowiczów.

5. ISIS.

6. To głupie, ale czuję strach, kiedy idę na jakieś spotkanie z nowymi ludźmi, a oni każą mi usiąść w kółku i opowiadać o sobie. Nie chodzę już na brunche dla matek z Meadowlark.

7. Kiedy jakiś facet z Bliskiego Wschodu na siłowni schodzi z bieżni i gdzieś sobie idzie, ale zostawia wielki plecak.

8. Kiedy wołam psy, a one nie przychodzą i nie mogę ich znaleźć. (Pewnie dlatego, że zdarzyło się to wczoraj wieczorem. Podkopały się pod płotem, ale nic ich nie przejechało. Załatałam ogrodzenie w miejscu, przez które uciekły).

9. Kiedy Charlie albo moi rodzice chorują. Nowe, śmiertelnie groźne szczepy grypy.

10. Kiedy Ian jeździ do pracy do niebezpiecznych krajów. Tam wszystko może pójść nie tak.

11. Pogrzeby. Szpitale i jeziora.

12. Kiedy Ian złości się na Charliego.

13. Że aligator mógł tak po prostu wyskoczyć z jeziorka w Disneylandzie i wyrwać małego chłopca ojcu, który trzymał go na rękach.

14. Kiedy serce zaczyna mi walić jak młotem i nie mogę tego opanować. Zdarza się to zwykle, kiedy zaczynam tęsknić za Joanną i myśleć, że prawdopodobnie nadal mnie nienawidzi.

15. Topienie się, zwłaszcza utopieni mali Syryjczycy wyrzucani na brzeg. Nie potrafię sobie z tym poradzić, czasem przez wiele dni śni mi się, że Charlie się topi, czasem się martwię, że psy się utopią. Tsunami.

16. Kiedy wyprowadzam Charliego do parku i nagle on gdzieś znika, a ja nie mogę go znaleźć.

17. Mrok czający się w niektórych ludziach. Jak u tego faceta z Niemiec, który zapłacił innemu facetowi, żeby ten odkrawał go po kawałeczku, gotował i zjadał.

18. Kiedy Charlie płacze.

19. Kiedy muszę zostawić Charliego z Ianem.

20. Że coś jest ze mną nie tak.

Podaję kartkę Cami J., a raczej „Cami Toe”, jak mam ochotę nazywać ją w myślach ze względu na sposób, w jaki jej bardzo obcisłe spodnie do jogi w stylu dzwonów z lat siedemdziesiątych układają się w newralgicznym miejscu…

Zaczyna po cichu czytać listę.

– Chyba się powtórzyłam – mówię. – Zdaje się, że dwa razy napisałam o płaczu Charliego.

Kiwa głową, czytając w skupieniu.

– Powtórzenia bywają znaczące.

Po kilku minutach podnosi wzrok znad kartki i patrzy na mnie, tym razem już nawet nie próbując zachowywać pozorów. Jej oczy wędrują w górę i w dół wzdłuż krętej, poszarpanej drogi prowadzącej od mojej wargi do brwi.

– Boli jeszcze?

– Trochę, kiedy się uśmiecham.

– To dlatego się nie uśmiechasz?

– Jak to? Dałabym głowę, że się uśmiecham. – I uśmiecham się, żeby dowieść swojej racji.

– Oglądał cię jakiś chirurg plastyczny?

– Nie. Ale w końcu będę musiała się umówić.

Prawdę mówiąc, zawsze byłam, jak powiedziałaby moja babcia, jolie laide. Piękną brzydulą. Moje oczy są jasnoszare i osobliwe. Mam asymetryczny uśmiech, a kształt mojej twarzy przywodzi na myśl pysk lisa. Nigdy nie narzekałam na brak zainteresowania ze strony mężczyzn, ale zdaję sobie sprawę, że cały mój urok tkwi właśnie w tej dziwaczności. Jeszcze nie zdecydowałam, czy podoba mi się moja blizna, czy niekoniecznie. Czasem, kiedy patrzę w lustro, myślę sobie, że to zdecydowanie uczciwsza okładka dla mojej osobowości.

Cami J. kiwa głową, oczy ma wilgotne od matczynego współczucia. Stuka w moją listę.

– Masz tendencję do tak zwanego katastrofizowania.

– Nigdy nie słyszałam takiego określenia.

– To coraz powszechniejsze w dzisiejszych czasach, kiedy stale płyną do nas złe wieści z całego świata. Irracjonalny strach przed katastrofą. Nietrudno przeszacować prawdopodobieństwo, że jakaś niezwykle rzadka tragedia przytrafi się nam albo komuś nam bliskiemu.

Zastanawiam się, czy nie opowiedzieć jej o moich osobistych doświadczeniach z rzadkimi tragediami, ale w końcu odpuszczam.

– Wypadki chodzą po ludziach – mówię po prostu. – W każdej chwili może nam się coś przytrafić.

– Ale co? Aligatory? – Uśmiecha się, nachyla do przodu i puszcza do mnie oko. – Niemieccy kanibale?

Wzruszam ramionami i mimowolnie parskam śmiechem. Niemieccy kanibale.

– Ale zauważyłam tu też coś więcej – mówi. Luzacka instruktorka zumby znika bez śladu, a jej miejsce zajmuje śmiertelnie poważna terapeutka. – Chciałabyś powiedzieć mi coś więcej o związku z Ianem? To ojciec Charliego, tak?

Kiwam głową. Żeby było jasne: bardzo chciałabym jej opowiedzieć o Ianie. Naprawdę, to świetna historia. Ale z jakiegoś powodu nagle odbiera mi mowę i przytłacza mnie myśl o tym, co się stało z Ianem. Ogarnia mnie paraliż, język wypełnia mi usta jak oślizgła ryba, w nosie czuję bagienną wodę. Czasem mi się to dzieje. Pamiętam, jak byłam trzymana siłą, z twarzą zaledwie kilka centymetrów od powierzchni, oczy wychodziły mi z orbit, a powietrze zdawało się tak bliskie, tak zachęcające, że otworzyłam usta, żeby zrobić wdech…

A wtedy woda wdarła mi się do ust i gardła. Zalała mnie całą i już. Wszystko się zmieniło.

– Którędy do łazienki? – udaje mi się wydusić, gdy wstaję z fotela. – Niedobrze mi.