Niespodziewany ślub

Tekst
Z serii: Medical
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Annie O’Neil
Niespodziewany ślub

Tłumaczenie:

Iza Kwiatkowska

ROZDZIAŁ PIERWSZY

– Nie ma chętnych na „Noc z żółwiami”? – zapytała, odwracając twarz, żeby ojciec nie zauważył łez.

– Nie dzisiaj. Zanosiło się, że będzie paru chętnych, ale… – Ojciec powiódł wzrokiem po rozległej plaży. – Zdaje się, że utrzymanie sanktuarium dla żółwi nie jest takie proste, jak myślałem.

Podał jej chusteczkę. Sięgnęła po nią ze sztucznym uśmiechem i ściśniętym sercem. To drugi raz w tym tygodniu ojciec zachował jak „prawdziwy tata”.

Gdyby wcześniej wiedziała, że dla zwrócenia na siebie jego uwagi wystarczy, by narzeczony rzucił ją tydzień przed ślubem, już lata temu udałaby, że wychodzi za mąż.

Zanim ojciec ją odnalazł, siedziała przy plaży oparta o pień palmy, popłakując, spoglądała na skąpaną w blasku księżyca plażę zasłuchana w szelest liści kołysanych bryzą od Morza Karaibskiego.

Znalazła się daleko od rodzinnego domu w szkockim Craggen, mimo że tej nocy plaża nie była w jej planach.

Wcześniej pocałowała ojca na dobranoc, po czym poszła na plażę, żeby trochę popłakać w malowniczej zatoczce.

Piana kłębiąca się na falach skojarzyła się jej z bąbelkami w kieliszku szampana. Nie, nie podawano jej szampana na każde skinienie. Narzeczony, były narzeczony, nie był do tego skłonny. Na pewno nie zrobiłby tego dla niej.

Na wspomnienie jego słów znowu się rozpłakała.

– Kocham kogoś innego – powiedział bez ogródek. – Nie mogę się z tobą ożenić. Przepraszam, dziecinko. Jak wychyliłem nos poza Craggen, zrozumiałem, że jestem podróżnikiem, a ty, skarbie, jesteś nudnym prawomyślnym kujonem. Mnie to nie kręci. Ciao!

Ciao?

Tylko raz poleciał do Włoch. Nawet nie wychodził poza lotnisko, a już mówi po włosku?!

Ha! Dostała nauczkę za to, że dała się uwieść słodkim słówkom. Teraz to do niej dotarło. Kyle chciał być z kimś godnym zaufania, dopóki nie zjawi się coś lepszego. Jej kolejny mężczyzna będzie nerdem do szpiku kości.

– Nie ma nic złego w byciu osobą godną zaufania – pocieszała ją babcia. Wtedy wydawało się to zaletą.

Po tym, co powiedział Kyle, zrozumiała, że może się pożegnać z myślą o ślubie.

Nie poznała nowej koleżanki Kyle’a.

Koleżanki?! Jednak od plotek huczało niczym wodospady wpadające do jeziora Craggen. Podobno była urzekająca i piekielnie elegancka.

Co można mieć przeciwko sztruksowym spódnicom, ciepłym rajstopom i swetrom zrobionym na drutach? W Craggen jest zimno nawet w sierpniu.

I dlatego nie zabrała z sobą praktycznie nic odpowiedniego do El Valderon. Co byłoby stosowne? Chyba tylko stroje żałobne.

Nie, nie jest w żałobie po Kyle’u, ale po czymś innym, czymś nieuchwytnym. Tak czy inaczej potrzebuje nowych ubrań. Musi coś sobie kupić. Za jakiś czas.

Ta, ta, ta!

Ten odgłos ściągnął ją na ziemię. Wraz z ojcem usiłowała przeniknąć wzrokiem mrok, bo właśnie chmura przesłoniła księżyc.

– Co to było?! – zapytała, czując gęsią skórkę na całym ciele.

Nie dlatego że poczuła chłód. Ze strachu.

Przetarła oczy, żeby lepiej widzieć w ciemnościach.

– Tato! – Jeszcze przed chwilą był tuż obok.

Do strachu dołączył zadawniony gniew. Ojciec ruszył stawić czoło zagrożeniu, zamiast być z nią, gdy tak bardzo go potrzebowała?

Wytężyła wzrok.

Znowu odgłos strzałów.

– Tato! Tato…? Nic ci się nie stało?

Gdzie on się podział?

Serce waliło jej jak młotem. Nazywała go tatą lata temu. Prawdę mówiąc, dziesiątki lat temu. Teraz ma trzydzieści jeden lat, jest dorosła. I jest lekarzem. Ale strach znowu uczynił z niej małą dziewczynkę ze złamanym sercem, która przemierzyła pół świata, szukając u niego pociechy.

Teraz to przestało być ważne.

Z tych rozważań wyrwał ją rozdzierający krzyk mężczyzny, któremu wtórowały okrzyki po hiszpańsku odbijające się echem po zatoce.

Nie musiała być lekarzem, by rozpoznać krzyk bólu, i Bogu dziękowała, że nim jest. Zapomniała o strachu, bo w końcu było się czym zająć. Ratowaniem.

Odwróciwszy się, zobaczyła młodego mężczyznę, który trzymał się za ramię. Przez palce wypływała krew. No nie! Rana postrzałowa.

Od tej chwili miała wrażenie, że znalazła się w kadrze filmu oglądanego w zwolnionym tempie.

Rajską atmosferę tropikalnej zatoczki w okamgnieniu wypełnił chaos. Dwie rozwrzeszczane grupy mężczyzn ostrzeliwały się nawzajem.

Czyli to są ci faceci, którzy, jak to określił ojciec, mogą być „trochę” niezadowoleni z powodu azylu dla żółwi.

Mężczyzna, który zbliżał się do niej chwiejnym krokiem, najwyraźniej znalazł się pośrodku wymiany ognia między ochroniarzami Rezerwatu El Valderon a wytatuowanymi członkami Noche Blanca, lokalnej mafii kierowanej przez cieszącego się złą sławą Axla Cruza.

Wściekł się, gdy właściciele plantacji kawy darowali ten teren rezerwatowi. Ojciec napomknął, że z powodu cennych jaj żółwi na wyspie wzrosło napięcie. Dla Cruza były cenne, ponieważ przynosiły konkretny dochód na czarnym rynku. Dla ojca, bo należały do zagrożonego gatunku.

Nocne niebo rozjaśniały błyski wymiany ognia, trafnie ilustrując nazwę gangu – Biała Noc.

Z obu stron dobiegały ją okrzyki po hiszpańsku. Gdy księżyc wyszedł zza chmury, zobaczyła ojca.

– Tato!!!

Dokąd oni go zabierają?!

– Skarbie, nic mi nie jest! – odkrzyknął. – Zachowaj spokój, a nic ci się nie stanie. Im chodzi tylko o jaja. Rób, co ci każą. Sueltame! – Puszczajcie!

Słyszała, jak spokojnym głosem rozmawia z uzbrojonymi zbirami, jakby instruował wycieczkę chętnych nocą obserwować żółwie.

Od śmierci mamy żył na innej planecie. Bo jak inaczej wytłumaczyć, że człowiek inteligentny wierzy, że uda mu się odwieść gang przestępców od nielegalnego handlu żółwimi jajami?

To dlatego babcia, która ją wychowywała, wpoiła jej poczucie rozsądku i odpowiedzialności.

To dlatego jest „nieciekawa”.

Odsunęła od siebie okrutne słowa byłego narzeczonego, postanawiając zastosować się do rad ojca. Może jest szalony, ale za nic w świecie nie chce stracić i jego.

Oto ma przed sobą człowieka, który został postrzelony i potrzebuje pomocy. Natychmiastowej.

Ku swojemu zdziwieniu uśmiechnęła się do jednego ze zbliżających się mężczyzn. Kruczoczarne włosy miał związane w kucyk. Gdyby je rozpuści i się uśmiechnął, mogłaby wyobrazić go sobie jako czyjegoś ojca albo syna.

Odchrząknął, odwracając wzrok.

Nie pora na wymianę uśmiechów.

Od ojca dowiedziała się, że łup jednej nocy często pozwala całej rodzinie utrzymać się przez cały rok. Nic dziwnego, że niektórzy weszli na ścieżkę przestępczą, gdy ta część wyspy stała się obszarem chronionym.

Za słabo chronionym.

Przedsięwzięcie ojca miało położyć kres przemocy, ustanowić miejsca pracy, ochronić ginący gatunek. Ale na to trzeba czasu, ale tym ludziom się spieszy.

Jeden z mężczyzn chwycił ją za ramię.

Ma być zakładniczką!

Odwróciwszy się, zobaczyła, jak jej ojciec jest wleczony do jednego z budynków zajmowanych przez pracowników rezerwatu. Nim zniknął jej z oczu, usłyszała jego wołanie o pomoc.

Ścierpła.

Skąd pomoc? Jak mają sobie pomóc? Znalazła się na wyspie kilka dni temu tylko po to, żeby opłakiwać zerwane zaręczyny. Odezwała się w niej mała dziewczynka. To ojciec ma tu sieć zwolenników. To on jest dorosły!

Gdy ranny mężczyzna z jękiem osunął się na ziemię, poczuła, że i ona jest dorosła. Że może pomóc.

Mężczyzna z kucykiem wymierzył karabin w odległy brzeg zatoki. Uniósł go i wystrzelił w niebo. Chyba raczej jako jakiś sygnał niż z zamiarem przepędzenia w góry personelu azylu.

Niepokoiła się o tych ludzi. Byli wśród nich kucharze, farmerzy, murarze, ojcowie, których jedynym pragnieniem było dożyć końca przemocy na wyspie.

Zalała ją fala oburzenia. Nie zasłużyli na życie w ciągłym strachu.

– Stop!

Ku jej zdumieniu kanonada i krzyki ucichły, dając jej szansę posłuchać, czy ktoś się zbliża, albo ewentualnych instrukcji od ojca.

Cisza. Martwa cisza.

Uświadomiła sobie jedynie, że lada moment serce wyskoczy jej z piersi.

Dwa tygodnie wcześniej ukryłaby się w swoim łóżku w Craggen, a nie jak teraz stała z rozpostartymi ramionami między dwoma rywalizującymi grupami facetów niczym skołowany policjant kierujący ruchem.

Czy zerwane zaręczyny raczej wzmacniają charakter niż kaleczą duszę? Czy może prawda jest znacznie prostsza?

Odsunęła od siebie swoje problemy. Ojciec przybył na wyspę, by pomagać tej wyspiarskiej społeczności, a nie jej przeszkadzać, a ona nie po to przemogła lęk przed lataniem, żeby dać się tu zabić.

Miała tu kurować zbolałe serce. I wcale nie cieszyła ją perspektywa ratowania rannych kłusowników tylko dlatego, że nie widzieli sensu w poczynaniach ojca.

Ojciec zapomniał ją ostrzec, że El Valderon bardziej przypomina dawny Dziki Zachód niż karaibski kurort.

Niewykluczone, że po prostu nie chciał widzieć tej ciemnej strony wyspy.

Odetchnęła. Ojciec w końcu zrobił dla niej coś dobrego, proponując miejsce, w którym mogła się schronić przed spojrzeniami sąsiadów w Craggen. Pozbierać się po tym, jak się dowiedziała, że jest najnudniejszą dziewczyną na tej planecie.

Cóż, Kyle też byłby nudny, gdyby jego matka zginęła, a ojciec odleciał. Ktoś musiał być rozsądny, ktoś musiał zająć się babcią, ktoś musiał trzeźwo stąpać po ziemi.

 

Gdy facet z kucykiem wycelował w nią broń, nie odwróciła wzroku. Oto szansa pokazać Kyle’owi, jak wygląda bycie nudnym.

Opuściła wzrok na czerwieniejący od krwi piasek.

Błyskawicznie podjęła decyzję.

Nie jest nudna, ani nie będzie się mazać jak porzucona kochanka. Uratuje tego człowieka, a potem odszuka ojca, żeby pomagać mu w realizacji marzenia uratowania ginącego gatunku.

Tak, dobitnie pokaże Kyle’owi, jak ekscytujące bywają „odcienie bycia nudnym”.

Diego z wściekłością rzucił telefonem o mur otaczający skromny szpitalik.

Jeżeli te dranie z Noche Blanca postępują jak jaskiniowcy, to byłoby bardziej wskazane, żeby wysyłali sygnały dymne, jeśli potrzebują jego pomocy.

Pod wpływem chwili miał ochotę im powiedzieć, gdzie mogą sobie wsadzić to wezwanie, ale równie szybko ochłonął.

Pacjent to pacjent. Nawet jeżeli to skończony idiota. Traf chciał, że tym idiotą okazał się syn bezwzględnego szefa gangu, Axla Cruza. Gdyby chłopak zszedł, Axl nie omieszkałby się zemścić.

Pozbierał kawałki telefonu, po czym kręcąc głową, wsunął je do kieszeni. To trzecia komórka na kartę, którą unicestwił w tym tygodniu. Wczoraj, zszywając poharataną dłoń jednego z pandilleros, który zamachnął się na szybę, postawił sprawę jasno – pomoc będzie im udzielana tak długo, jak długo będą się trzymać z daleka od rezerwatu.

Okres przejściowy musi trochę potrwać, więc, co jasne, pozbawia ludzi zarobku, ale ostateczną nagrodą jest spokój oraz praca dla wszystkich mieszkańców wyspy. Tego nie da się przecenić. Z tego powodu polecił swojej rodzinnej firmie przekazać ziemię pod sanktuarium dla żółwi.

Wchodząc do szpitala, klął jak szewc. Nie obchodziło go, czy ktoś to słyszy.

Amigo, zatrzymaj się! – Antonio Aguillera, pierwszy chirurg, zrównał się z nim.

– Co się stało?

Mina Diega mówiła wszystko.

– Wezwę wsparcie – zaproponował lekarz.

– Zajmę się nimi w przychodni. – Diego pospiesznie się przebierał.

Ci pacjenci byli na bakier z prawem.

– Ale mam słabe zaopatrzenie – zauważył Diego.

Niedawno zamówił trochę leków w Stanach, ale jak we wszystkich krajach na dorobku, przesyłki potrafiły po drodze zaginąć.

– Okej. Powodzenia – rzucił Antonio, znikając w magazynku leków. Wrócił po chwili z jutowym workiem na kawę wypchanym lekami.

Oficjalnie takich leków nigdy by od dyrekcji szpitala nie dostał bez względu na to, ilu ludziom niezwiązanym z Noche Blanca uratował życie. W podzięce Diego klepnął Antonia w plecy. Bez słowa.

Nikt nie zastąpi mi brata, ale dziękuję ci z całego serca. Obaj wiemy, że z Noche Blanca nie ma żartów.

– Do zobaczenia jutro rano.

Miejmy nadzieję.

– Doktorze Vasquez, chwileczkę!

Znowu się w nim zagotowało. Nie miał najmniejszej ochoty ponownie walczyć z dyrekcją.

Maria del Mar.

Pół-syrena, pół-potentatka biznesowa. Szkoda, że wybrała lecznictwo, by pokazać obie strony swojej osobowości. Zarządzanie szpitalem było spełnieniem jej ambicji. Decydowanie o życiu i śmierci, status, wcielanie się w rolę Boga… albo w jej przypadku bogini.

Podjął się pracy w tym szpitalu tylko dlatego, że przysiągł sobie, że nie może narazić mieszkańców wyspy na jej idiotyczne decyzje.

Był to też sygnał dla Noche Blanca. Używacie broni? To wasz problem.

Niestety ta granica się rozmazywała, gdy szło o jego brata.

– Maria, nie mam czasu.

Od rezerwatu motorówką dzieliło go dziesięć minut. Jemu i profesorowi MacLeayowi wydawało się, że gdy żółwie jaja staną się legalnym towarem, Noche Blanca się wycofa. Że Axl przeniesie się na inną wyspę tak, jak zajął tę piętnaście lat temu.

Chwiejąc się na niebotycznych szpilkach, Maria podeszła bliżej. Co ta baba tu robi po godzinach?!

Wzruszył ramionami.

W jej życiu nic się nie dzieje. Podobnie jak w twoim.

O nie, różnica polega na tym, że w jego życiu coś się dzieje w odróżnieniu od życia brata, który zginął kilka kilometrów od szpitala.

Nico nie był przestępcą. Był niepokorny, ale miał złote serce. Gdy grupa bandilleros z sąsiedniej wyspy próbowała przejąć El Valderon, wystawił się na strzały, żeby chronić najstarszego syna Cruza. Chyba pomyślał, że lepsze jest mniejsze zło.

Maria uznała młodszego brata Diega za sprzymierzeńca Noche Blanca i tak oto kilka kilometrów od szpitala Nico wykrwawił się na śmierć, bo karetka nawet nie ruszyła spod szpitala.

Wiązało się to z ryzykiem? Oczywiście. Ale od czego są kamizelki kuloodporne oraz policja? Większość członków Noche Blanca nie była przestępcami. Ci ludzie byli słabi i zastraszeni, dali się przekonać komuś, kto obiecywał złote góry, czego nie miał prawa robić.

Jedyną zaletą Cruza było to, że nie dopuszczał innych na El Valderon.

Lepsze znane zło…

– Diego, dlaczego wychodzisz z workiem naszej kawy?!

Doskonale wiedziała, że w worku jest co innego.

– Płynę na ratunek jednemu z mieszkańców tej pięknej wyspy. – Nie lubił kłamać.

– Lepiej, żeby ten mieszkaniec nie był umoczony i nie miał kastetów.

Wzruszył lekceważąco ramionami.

– Dowiem się dopiero na miejscu.

– Kto zadzwonił? – zapytała podejrzliwym tonem.

– Zaniepokojony obywatel.

Wiedział, jak z nią rozmawiać. Odpowiadać mało konkretnie. Taka była niepisana umowa, której się trzymał. Dopóki będzie miał dostęp do szpitalnych zasobów, będzie tu pracował. Jak tylko Maria go od nich odetnie, odejdzie. Hasta luego, mamuśka!

– Spotkajmy się potem na drinka. Porozmawiamy o przydzieleniu ci więcej dyżurów.

Roześmiał się. W tym była dobra. Jeżeli czegoś chciała, twardo do tego dążyła. Jej mąż chyba był świętym. Diego odnosił się do niej z szacunkiem, ale wiedział, że za nic w świecie nie przejdzie z nią na stopę przyjacielską.

– Maria, czas na mnie. Obowiązek wzywa.

Wyjął z kieszeni kluczyki do motorówki, po czym ruszył biegiem do przystani. Nie pozwoli, by Maria przeszkodziła mu ratować czyjeś życie.

To się nie powtórzy.

ROZDZIAŁ DRUGI

Miała do wyboru albo pozwolić, by puściły jej nerwy, pokazując, że Kyle miał rację, odchodząc do kogoś z „większym biglem”, albo zachować się tak, by rodzice byli z niej dumni.

Zdecydowała się na to drugie.

Owszem, mama już jej nie zobaczy, a o tacie trudno powiedzieć, że jest bezpośrednim świadkiem – tym bardziej że przyszło jej ratować człowieka niszczącego zagrożony gatunek – ale doszło do strzelaniny i polała się krew.

Co gorsza, te dranie wzięły go jako zakładnika.

Wystarczy, że straciła matkę. Niemal się załamała, gdy parę lat temu odeszła też babcia. Nie pozwoli odebrać sobie ojca. Nie ma ochoty zostać sierotą.

– Puścisz mnie do niego czy nie? – Spiorunowała wzrokiem zbira z kucykiem.

Gdy podszedł bliżej, na jego policzku dostrzegła pokaźną bliznę. Ewidentnie od ciosu nożem.

Ładne szwy, odnotowała. Ten, kto je zakładał, znał się na tej robocie. Nie wspominając o tym, że prawdopodobnie uratował mu życie.

Kucyk warknął coś pod jej adresem. Zdecydowanie coś nieprzyjemnego.

Wskazała na plażę.

– Jeżeli ten młody człowiek ma rozerwaną tętnicę… – rzuciła mu wymowne spojrzenie – to już po nim. Muerto. – Przewróciła oczami, gestem podcinając sobie szyję.

Kucyk podszedł jeszcze bliżej ze spluwą wymierzoną prosto w jej twarz, po czym wezwał kompanów.

Nie jest dobrze.

Trzeba popracować nad językiem ciała.

Westchnęła.

– Jestem lekarzem. Medico. – Wskazała na siebie.

Przysięgała, że udzieli pomocy każdemu pacjentowi. Nawet tym przyłapanym na kradzieży żółwich jaj uznawanych za afrodyzjak.

Gdy tylko ten ranny chłopak znajdzie się w sali pooperacyjnej, nie omieszka mu wyjaśnić, że jedyny pożytek z tych jaj jest taki, że wykluwają się z nich żółwie i że ich jaja nie gwarantują upojnych nocy w łóżku. Chyba że będzie miał niedobór żelaza. Wtedy zaleci suplement.

W chwili, gdy zwróciła się w kierunku rannego, wszystkie lufy uniosły się wyżej. Jawne przypomnienie, że jej wolność nie zależy od niej.

– Muszę go zbadać.

Zero reakcji.

– Umrze, jeżeli mnie do niego nie puścicie.

Milczenie.

– Może utonąć. Popatrzcie.

Chłopak leżał na samym brzegu z rozrzuconymi nogami i dłońmi przyciśniętymi do klatki piersiowej, a nadchodził przypływ. Nieuchronny. Podobnie jak zbir niespuszczający z niej wzroku.

Obłęd!

Przeniosła wzrok na strażników. Odebrano im broń i przywiązano do pni palm.

Fantastycznie. Kiedy to się stało?

– Może ktoś zechce mi powiedzieć, dlaczego nie mogę udzielić pomocy temu człowiekowi. – Rzuciła Kucykowi pytające spojrzenie. – Jestem lekarzem – warknęła. – Dottore… – Wskazała na siebie, zastanawiając się, dlaczego odzywa się po włosku.

Może dlatego że jesteś nudnym lekarzem rodzinnym, który świat ogląda tylko w telewizorze.

Uciszyła echo okrutnych słów Kyle’a i rzuciła Kucykowi surowe spojrzenie. Patrzyła tak, ilekroć pani MacGregor odmawiała przyjęcia insuliny. Jeżeli działało na krnąbrną pacjentkę, to i tym razem powinno odnieść pożądany skutek.

– Muszę mu pomóc – powtórzyła z naciskiem.

Kucykowi nie drgnęła nawet powieka. Byłby świetny w roli drzewa w szkolnym przedstawieniu. Wyobrażając sobie tę scenę, poczuła, że boi się go trochę mniej.

Mijając faceta przed sobą, zdecydowanym krokiem ruszyła w kierunku rannego.

Cisza. Nikt nie odbezpieczył broni. Nie znała się na tym, ale wiedziała, że to ważne.

Czy przez minione lata podchodziła do życia z założoną blokadą?

Hm… Teraz jednak maszeruje do pacjenta, jakby przysięga Hipokratesowa sprawiła, że stała się kuloodporna.

Jeżeli zginie, to w pełni chwały. Gen MacLeayów! I będą się o niej rozpisywały wszystkie gazety w Craggen.

Popatrzyła na swój zmięty T-shirt i pogniecioną spódniczkę, przeciągnęła palcami po zmierzwionych rudych lokach. Od kiedy wysiadła z samolotu, nie miała serca się nimi zająć. Jeszcze. Przez tydzień płakała i była dopiero w połowie użalania się nad sobą.

Wzruszyła ramionami. Wygląd to nie wszystko. Poza tym jeszcze nikt do niej nie strzelił, więc możliwe, że wygląd nie będzie istotny.

Nie odrywała wzroku od rannego. Nie miał nawet dwudziestu lat, więc tym bardziej zasłużył na drugą szansę. Żeby wybrać inną drogę. I ona da mu tę szansę. Potem pandilleros uwolnią ją oraz ojca i życie wróci do normalności.

Gdy w ciemnościach rozległ się huk silnika motorówki, Kucyk coś krzyknął do niej, potem do kompanów. Coś, co zabrzmiało jak medico. Nie zwalniała kroku.

Nareszcie do nich dotarło, że chce pomóc. Niewykluczone, że ta motorówka pełni rolę karetki.

Fale przypływu już zaczynały oblewać leżącego na piasku. Ściągnęła z siebie lekki sweterek, po czym bez trudu odsunęła ręce chłopaka od rany. Z łatwością, bo tracił siły. Oddychał z trudem. Zbadała tętno. Przyspieszone.

Przydałoby się prześwietlenie. Jeżeli na wejściu kula uszkodziła płuco, do jamy opłucnej mogło dostać się powietrze oraz krew, a to zagraża życiu.

– Mam na imię Isla – powiedziała po hiszpańsku.

Nie zareagował.

Kurczę, nieważne, czy zna jej imię, czy nie. Ważne, by udało się zatrzymać krwawienie.

Strach w jego oczach umocnił ją w postanowieniu, że za wszelką cenę musi mu pomóc.

Uświadomiła sobie nagle, ile zawdzięcza rodzicom.

Tak, przez większą część dzieciństwa wyjeżdżali na wyprawy badawcze, ale miała babcię. Miała pewność, że rodzice zawsze robią wszystko, by wrócić na święta lub jej urodziny. Miała się w co ubrać, co jeść i czuła, że jest kochana.

To dlatego uznała, że po śmierci matki musi być dla ojca niezachwianą podporą. Tamtego dnia jego świat się zawalił, więc, jak wcześniej babcia, postanowiła go wspierać. By mógł na niej polegać w każdej sytuacji.

Potrząsnęła głową. Nudna czy nie, ma pacjenta.

– Isla – powtórzyła. – Nie znam hiszpańskiego – dodała.

Jasne.

– Jestem tu, żeby ci pomóc.

Z przerażeniem patrzyła na otwartą ranę. Czegoś takiego nie spotkasz w klinice w Loch Craggen. Najgorsza, jaka się jej tam trafiła, była konsekwencją konkursu rzucania widłami.

 

Ucisnęła ranę tamponem ze sweterka, po czym delikatnie przełożyła rannego na bok, by zobaczyć, czy kula przeszyła go na wylot. Nie.

Przypomniał się jej pierwszy przypadek, z jakim zetknęła się w Glasgow tuż po studiach. Rany postrzałowe i kłute. Mieli wtedy do dyspozycji całą radiologię, aparaty rentgenowskie oraz tomograf komputerowy. Tym razem nie przydałby się jedynie rezonans magnetyczny, bo metalowa kula mogła znajdować się blisko ważnych tkanek miękkich.

Ucisnęła tętnicę szyjną. Jeżeli chłopak straci jeszcze więcej krwi…

Wyrzucała sobie, że w tę podróż nie wzięła torby lekarskiej. Teraz oddałaby wszystko za apteczkę z opatrunkami.

Chłopak powinien znaleźć się w szpitalu, żeby otrzymać krew i antybiotyki. Należałoby go prześwietlić oraz założyć mu dren odprowadzający powietrze z klatki piersiowej.

Na odgłos zbliżającej się motorówki otaczający ją pandilleros zaczęli się przekrzykiwać.

Skupiła wzrok na wysiadającym. Kruczoczarne włosy, sylwetka jak u modela, a język ciała wskazujący, że przybysz należy do elity samców alfa, których nie spodziewała się spotkać w całym swoim życiu, a co dopiero na zapyziałej tropikalnej plaży.

Takim nie należy ufać, przeszło jej przez myśl. Pod żadnym pozorem.

Omiótł wzrokiem rozgrywającą się przed nim scenę. Ośmiu facetów otaczających coś lub kogoś. To dlatego wezwano go na El Valderon. Do Paza „Cruzito” Cruza, najmłodszego syna Axla.

To przykre, że ten młody człowiek ryzykuje życie, żeby ktoś inny mógł połykać surowe jaja żółwi, popijając je piwem.

Poznał Cruzito już wcześniej. Chłopak zdecydowanie nie był materiałem na zawodowego przestępcę, ale robił wszystko, by zadowolić ojca. Im prędzej do niego dotrze, że zdobycie ojcowskiego uznania graniczy z niemożliwością, tym lepiej.

Ugryzł się w język, by już na wstępie nie prawić kazań. Najpierw uratuje mu życie, a potem go ochrzani. Oraz przekaże ojcu, żeby przemówił mu do rozumu jeszcze dobitniej.

Jego wzrok spoczął na zakrwawionym kawałku tkaniny przyłożonym do rany. Na kobiecych dłoniach, delikatnych i zadbanych. Spojrzawszy na jej twarz, szerzej otworzył oczy, a serce o mało nie wyskoczyło mu z piersi.

Tak pięknej kobiety jeszcze nie widział. Totalnie urzekająca. Jak bajkowa wróżka. Takie istoty żyły w zaczarowanych lasach w dalekich krajach zasypanych śniegiem oraz skutych lodem i miały moc uwodzenia mężczyzn.

Nie wyglądała na kogoś, kto ma serce z lodu. Nic z tych rzeczy. Ani nie sprawiała wrażenia kogoś, kto potrzebuje pomocnika. Wręcz przeciwnie.

Gdy podniosła na niego spojrzenie, z jej niebieskich oczu wyczytał, że ona robi wszystko po swojemu.

– Będziesz tak stał? Lepiej mi pomóż.

Szkocki akcent kazał mu się domyślić, że to córka Douga MacLeaya. Bez cienia wątpliwości. Dewizą profesora było „ochłońmy i spokojnie porozmawiajmy”, ale odniósł wrażenie, że jego córka to istny wulkan tuż przez erupcją.

Powiodła wzrokiem po otaczających ją mężczyznach, którzy w końcu opuścili broń.

– Żaden z nich nie potrafił się znaleźć. Mam nadzieję, że jesteś inny. Zestaw medyczny i stosowny cewnik też by się przydał.

Uśmiechnął się. Cenił bezpośredniość. Hola! Axl Cruz ma w nosie, że najpiękniejsza kobieta na wyspie pochyla się nad jego synem. Zobaczyła za dużo, a tej nocy Cruzito nie będzie jedyną ofiarą strzelaniny. Już samo to, że akurat teraz znalazła się na wyspie, skazuje ją na śmierć.

– Lepiej powiedz, że ta łódź wraca do szpitala.

– Nie. – Pokręcił głową. – Ale przypłynąłem z pomocą. Diego Vasquez – przedstawił się.

– Okej. – Przewróciła oczami. – Myślisz, że ten mój sweterek uratuje mu życie?

Takiej reakcji się nie spodziewał. Raczej omdlewania i głębokich westchnień albo trzepotu rzęs, jak robi to ta pielęgniareczka z pediatrycznego.

Lubił, gdy tak okazywano mu poirytowanie, ale jeszcze bardziej lubił ratować ludzkie życie.

Gdy powiedział coś po hiszpańsku, pandilleros rzucili się biegiem do łodzi. Sekundy później znalazły się nosze oraz torba z medykamentami i instrumentami.

– Jesteś lekarzem? – zapytał już po angielsku.

– Tak. Jestem Isla, córka Douga MacLeaya.

Isla.

– Piękne imię dla pięknej kobiety.

Chyba obojgu nie spodobał się taki tani komplement, ale nie zamierzał przepraszać. Wystarczyło kilka sekund, by ta kobieta roznieciła w nim ogień, o jakim już dawno zapomniał. Nie bez powodu. Jakikolwiek związek oznacza oddanie, a to prowadzi do straty.

Jego już nie interesuje żadna strata.

– Mam nadzieję, że są tu opatrunki. Nie mam pojęcia, czy kula uszkodziła któryś z narządów, ale podwyższone ciśnienie i problemy z oddychaniem mogą wskazywać na płuco. Albo wbił się w nie odprysk kości żebrowej. – Wzruszyła ramionami.

Niestety wiedział, co to znaczy.

Wyjął z worka opatrunki gazowe, a gdy we dwoje opatrywali ranę, nakrył jej dłonie swoimi, nie zważając na dreszcz, jaki poczuł.

– Mam jeszcze kilka opakowań soli z antybiotykiem – powiedział. – Już teraz mu się przyda.

Uwolniwszy dłonie, opłukała je w morzu.

– Po pierwsze… – Sięgnęła po worek z kroplówką, przeczytała etykietę, po czym wprawnym ruchem wbiła igłę w ramię chłopaka. – Liczę, że masz też krew. A po drugie, uprzedzam, że bez ojca stąd się nie ruszę.

– Byłoby lepiej, gdybyś go w to nie mieszała.

– Mojego jedynego krewnego?! – Zagotowało się w niej. – Nie ma mowy!

Diego zniżył głos.

– Jeżeli gdzieś się ukrył, to najbezpieczniej będzie, jak pozwolisz mu tam zostać.

– Za późno – warknęła. – Dwaj twoi ludzie pod bronią już go stąd wyprowadzili. Muszę go zobaczyć, zanim cokolwiek postanowię. – Zerknęła na pacjenta. – Zator gazowy poważnie zagraża człowiekowi na granicy życia i śmierci – zauważyła.

Poczuł, że nie ma mowy, by Isla pozwoliła Cruzito umrzeć. Widać to było choćby po tym, jak konsekwentnie uciska ranę mimo pięciu karabinów wymierzonych w jej głowę. Tylko lekarz wierny przysiędze Hipokratesa jest gotowy walczyć o życie człowieka odpowiedzialnego za uprowadzenie ojca.

Zdawał sobie sprawę, że wystarczy jedno jego słowo, żeby ją odciągnęli. Żeby zniknęła. Jednak bez wyrzutów sumienia nie mógłby przenieść Cruzito do łodzi i odpłynąć. Ta kobieta walczyła o najbliższą sobie osobę.

Zwrócił się do El Loco.

Donde esta el Profesor? – Gdzie jest profesor?

Od największego osiłka usłyszał, że profesor został „zatrzymany”. Oraz że dowiedziawszy się o Cruzito, El Jefe zadzwonił i powiedział, że chce „zamienić z nim słówko”.

Diego uniósł brwi. To „słówko” równie dobrze mogło oznaczać kulę w łeb i tajemnicze zniknięcie.

To jego niedopatrzenie, bo to on powinien zażyczyć sobie rozmowy z El Jefe. Nikomu nie powiedział, że to on przekazał ziemię rezerwatowi, więc większość uważała, że ta ziemia należy do państwa, czyli jest niczyja.

Dopiero gdy pojawił się profesor, Noche Blanca zdali sobie sprawę, że przybył nie tylko w dobrych zamiarach, ale też z pieniędzmi. A to oznaczało zmianę układu sił na wyspie.

– Hej! – Isla pomachała mu dłonią przed twarzą. – A może w tej twojej magicznej torbie znajdzie się też pojemnik z tlenem?

Błyskawicznie nałożył chłopakowi maskę.

– Dostanę igłę czternastkę?

Spełnił jej życzenie.

– A rękawiczki?

– Tak.

Zafascynowany patrzył, jak Isla wbija rzeczoną czternastkę w drugą przestrzeń międzyżebrową, a następnie prosi o skalpel, żeby obciąć palec rękawiczki i nakłada go na drugi koniec igły. Odetchnęła z wyraźną ulgą, gdy obcięty palec zadrżał wypełniany powietrzem, a oddech Cruzita zaczął się wyrównywać.

Diego był pod wrażeniem jej zdolności improwizacji. Był wprawdzie specjalistą w tej dziedzinie, ale tej metody nie znał.

– Wiesz, jak się tu funkcjonuje? – zapytał półgłosem, udając, że rozmawia z nią o pacjencie. – Z Noche Blanca?

– Domyślam się.

Nie wyglądała na przestraszoną, chociaż powinna się bać. Życie ojca oraz jej samej było zagrożone, a jedyne, co mógł zrobić, by przeżyła, to sprawić, żeby to ona uratowała Cruzita.

– Pomóż mi unieruchomić tampon, żebyśmy mogli przenieść go na łódź.

Kiwnęła głową.

– Poznałaś El Jefe?

Nie.

– To szef Noche Blanca, a to jest jego syn.

Na moment zesztywniała, ale nie przerwała mocowania opatrunku. Większość ludzi błyskawicznie by się ulotniła albo zalała łzami, ale ona przyjęła to ze stoickim spokojem, napędzana adrenaliną. Dobrze znał to uczucie.

Znalazł się w jej skórze siedem lat wcześniej, ale nadal nie potrafił zapomnieć tamtej nocy.

– Noche Blanca rządzi tą wyspą od mniej więcej dziesięciu lat.

– Wojna o wpływy? Są jeszcze inne gangi?

– Nie. Chodzi o to… Na El Valderon to skomplikowana sprawa. To jakby odrębne państwo… Znasz powiedzenie, że farmer dopieszcza swojego lisa?