Marzenia bez granic

Tekst
Z serii: Medical
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ROZDZIAŁ TRZECI

Przeciągnął palcami po przydługich włosach. Przydałaby się wizyta u fryzjera. Miał sobie za złe, że za mało się postarał, że nie pokazał, jak bardzo mu zależy.

Wczorajsze spotkanie z Maggie spełniło jego nadzieje. Obudziło w nim to, co czuł, że umarło wraz z małą Amalie Jean-Luca.

Gdy ich wargi się spotkały, zaiskrzyło. Szkoda, że nie całował się z nią lata temu, ale matka Jean-Luca kategorycznie mu tego zakazała, więc był posłuszny.

Gdyby rodzina przyjaciela nie rekompensowała mu tak bardzo braku poczucia stabilności wyniesionego z domu, sprawdziłby, czy Maggie czuje to samo.

Wieczorem był tego pewien.

Rano… już niezupełnie.

Słuchając teraz uważnie, gdy recytowała z listy nazwy poszczególnych elementów wyposażenia karetki, miał wrażenie, że znalazł się na licytacji w jej najgorętszym momencie. Maggie od chwili, gdy stawiła się w pracy, nawet na niego nie spojrzała, czyli nie znaczy dla niej tyle, ile ona dla niego.

– Raphael! – Uderzyła dłonią w drzwi ambulansu, by ściągnąć jego uwagę. – Słuchasz? Wszystko jasne?

Tylko przytaknął, ponieważ nie miał serca powiedzieć, że jeszcze w samolocie wykuł na pamięć instrukcję, którą otrzymał wraz z potwierdzeniem zatrudnienia.

– Tutaj mamy dreny, leki specjalistyczne, pompy infuzyjne oraz dożylne płyny nawadniające. O tej porze roku to nie problem, ale kiedy indziej całkiem spory. – Skrzywiła się. – W Paryżu zdarza się hipotermia?

Pospiesznie odwróciła wzrok na pojemniki z lekami, jakby patrzenie na niego dłużej niż trzy sekundy przyprawiało ją o wysypkę.

– Na tak, przecież macie śnieg – odpowiedziała sama sobie. – La neige, prawda?

– Mags! Wychodzi na to, że zespół A został rozdzielony.

Zza karetki wyłonił się blondyn po czterdziestce, a za nim mocno przestraszona kobieta.

– Stevo, wszystko, co dobre, kiedyś musi się skończyć – odparła z westchnieniem Maggie, po czym rzuciła Raphaelowi przepraszające spojrzenie. – Raphael, poznaj Steve’a Laughlina, mojego byłego partnera.

– Kurczę, Maggie… Minęło dopiero dziesięć minut, jeszcze nie wszystko przepadło. Bez urazy, nowicjuszu.

Odwrócił się do młodej kobiety i znienacka tak mocno klepnął ją po ramieniu, że aż kolana się pod nią ugięły, po czym spojrzał na Raphaela.

– Miło cię poznać, stary. – Energicznie potrząsnął dłonią Raphaela. – Szczęściarz z ciebie, bo dostała ci się najlepsza dziewczyna w Bondi Junction. Opiekuj się nią!

– Sama sobą się zaopiekuję, dzięki za troskę! – Maggie weszła mu w zdanie.

– Jasne… – Steve szturchnął Raphaela w żebra. – Każda marzy o silnym facecie, który się nią zaopiekuje. – Napiął biceps jak u Popeye’a.

– Tak, tak, Steve. Zamiast spędzać tyle czasu na siłowni, mógłbyś pomóc żonie zmywać naczynia – żachnęła się Maggie, wyraźnie uodporniona na jego wdzięki. – Żeby było jasne. Dam sobie radę bez umięśnionego Tarzana, bo obok mnie będzie siedział chirurg z prawdziwego zdarzenia. Założę się, że obsłużymy dwa razy więcej pacjentów w dwa razy krótszym czasie.

Posłała Raphaelowi pytające spojrzenie, oczekując potwierdzenia.

Skrzywił się lekko, bo wolałby nie przechwalać się swoimi kwalifikacjami.

– Okej. – Steve nie zauważył zakłopotania Raphaela. – Jeżeli przez kilka następnych godzin nie będziecie zajęci leczeniem całego Sydney, mógłbyś spróbować tę dziewczynę trochę rozruszać. Kiedy usłyszeliśmy, że jesteś Francuzem, zrobiliśmy zakłady, ile czasu zajmie ci umówienie się z nią po godzinach. Wiesz co? Ona ma bzika na punkcie Francji. – Szacował go spojrzeniem. – Jesteś przystojniejszy ode mnie, więc może masz szansę.

– Akurat! – wyrwało się Maggie.

– Spokojnie, Mags. – Lekko ją przytulił. – Lubię się z tobą podroczyć. Daj chłopakowi szansę, dobra? Martwimy się o ciebie. Pracujesz i pracujesz, żadnych rozrywek…

– Steve, zrozumiałam. Nie masz nic innego do roboty?

Raphael trzymał się z boku.

Wyszedł z cienia, gdy Steve przedstawiał swoją nową koleżankę, po czym oboje wrócili do swojego ambulansu. Maggie całą złość przekuła w energię, z jaką wstawiała kolejne skrzynki do karetki.

Pomysł umówienia się z nim po pracy najwyraźniej jej nie odpowiadał. Powiedział wczoraj coś, co ją uraziło?

Ostatnimi laty podejmowanie złych decyzji stało się jego specjalnością. Podjął się operacji dziewczynki, która była mu bardzo bliska, a potem musiał powiedzieć najlepszemu przyjacielowi, jej ojcu, że przez jego błąd zmarła na stole operacyjnym. Jean-Luc nigdy mu tego nie wybaczy.

Starał się zepchnąć słowa przyjaciela do jak najgłębszych zakątków umysłu, ale okazało się to niewykonalne, bo słyszał te okrutne słowa noc w noc.

– Ty tylko bierzesz!

Z raportu medycznego wynikało coś całkiem innego. Że zgon Amalie był nieunikniony z powodu odniesionych obrażeń i nadmiernej utraty krwi.

Raphael przeniósł wzrok na Maggie, która stanąwszy przed karetką, wykonała triumfalny gest.

– Ta-da! Gotowi? Jestem za szybka czy za powolna? Czy mam się w ogóle zamknąć?

Spojrzenie jej zielonych oczu mówiło wyraźnie, że jego obawy, że nie chce pracować razem z nim, były absurdalne. W tych kocich oczach migotały iskierki nadziei i niepokoju, dowód, że jej nerwowa energia nie jest skierowana przeciwko niemu. Że Maggie się boi, że on nie jest zainteresowany. Oraz ma nadzieję, że będzie z nią dzielił jej fascynację pracą ratownika.

– Jak leci, Francuzie? Jak się odnajdujesz w nowej robocie?

Odwróciwszy się, Raphael stanął twarzą w twarz z postawnym brunetem.

– Marcus Harrison – przedstawił się. – Ratownik. Przezywają mnie Cyklopem. Zgadnij dlaczego. Do trzech razy sztuka.

Raphael zerknął na Maggie, która przewróciła oczami, jakby chciała powiedzieć „Zrób mu tę przyjemność. To tylko dwie minuty”.

Nagle na wyciągniętej męskiej dłoni ujrzał gałkę oczną.

– Szklane. Mam tylko jedno oko. W dzieciństwie grałem w rugby, ale pewnego dnia… dostałem w oko.

Za plecami Marcusa Raphael usłyszał szept Maggie, by kolega już dał mu spokój.

Niezrażony Marcus umieścił sztuczne oko z powrotem w oczodole, po czym aż zgiął się ze śmiechu.

– Stary, szkoda, że nie widziałeś swojej miny. Bezcenne!

– Skończyłeś? – zapytała Maggie ostrym tonem, choć z nutką sympatii.

– Tak, ale…

– Marcus, staram się zapoznać nowego kolegę z wyposażeniem karetki.

– Po co? Poradzi sobie. Podobno byłeś chirurgiem w Paryżu?

Raphael przytaknął, wyczuwając w tym pytaniu aluzję.

– Daj mu spokój. Ma na głowie większe zmartwienia niż oglądanie twoich tajemnic i wypytywanie o kwalifikacje.

Krokiem podwórkowego koguta Marcus przemaszerował jej przed nosem.

– Kochana, zapewniam cię, że możesz oglądać moje tajemnice o każdej porze dnia i nocy.

Maggie znowu przewróciła oczami. Nie po raz pierwszy dała odpór zalotom kolegi. Posiadanie trzech starszych braci ma dobre strony.

Marcus podszedł do niej, by głośno cmoknąć ją w policzek, klepnął Raphaela w plecy, po czym pogwizdując jakiś przebój, ruszył w stronę kantyny.

– On chyba… – Raphael szukał właściwego słowa, ale Maggie go ubiegła.

– Kompletny wariat, ale… – uniosła palec wskazujący – w pracy jest niezrównany. Chciał zostać spadochroniarzem, ale przez ten wypadek zrozumiał, że jego marzenie się nie spełni. I tak został ratownikiem medycznym.

– A ty i on? Byliście parą? – Raphael z zapartym tchem czekał na jej odpowiedź.

– Chyba żartujesz?! – Parsknęła śmiechem i równie niespodziewanie spoważniała, spoglądając w kierunku kantyny. – To bardzo fajny chłopak i na pewno komuś da dużo szczęścia. – Spojrzała mu w oczy. – To naprawdę dobry człowiek. Cieszę się, że go znam. Bardzo dużo się od niego nauczyłam.

Lojalność.

Przypomniał sobie, dlaczego znalazł się w Sydney. Bo Maggie jest lojalna. Nawet nie pytała, dlaczego przeleciał taki szmat drogi. Po prostu mu pomogła.

Kaszlnął. Maggie nie zna całej historii. Odwrócił się, gdy pstryknęła palcami, po czym gestem prowadzącej teleturniej pokazała mu przezroczysty plastikowy worek.

– Okej. Wracamy do roboty. Nazywamy to AAMS. Zestaw do wentylacji.

Très bien. Wygląda znajomo – przytaknął świadom, że jego uwaga jest podzielona.

W służbowym kombinezonie prezentowała się jak bohaterka komiksu walcząca z powodzeniem z międzygalaktycznymi stworami.

Niesforne włosy splotła w gruby warkocz, a jej piwne oczy kontrastowały z jasną karnacją. Nagle spochmurniał.

– Ty tylko bierzesz!

O śmierci jedynego dziecka nie można zapomnieć.

Potarł kark, nadal słysząc ponury klangor dzwonów, gdy chowano małą Amalie. To na tym pogrzebie po raz ostatni widział Jean-Luca i resztę jego rodziny.

I to wtedy po raz pierwszy doszło między nimi do starcia. Potem kontakt się urwał.

– Najpierw brałeś od moich rodziców, a teraz zabrałeś moją córkę. To koniec!

Otworzywszy oczy, zorientował się, że Maggie macha mu ręką przed twarzą.

– Halo! Wszystko w porządku? Pora wsiadać. Mamy wezwanie. Do rodzącej. Siedem minut stąd. Kolego, jedziemy!

Jechali już pięć minut, a ona nadal nie wiedziała, co myśleć. Kolega? Po drodze zastanawiała się, dlaczego tak się do niego zwróciła. Brzmiało to równie fatalnie jak wtedy, gdy Cyklop i Stevo nazwali go Francuzikiem.

Ech… Zamiast obudzić tego paryskiego motyla, który gdzieś w niej drzemał, bliskość Raphaela dodawała energii prowincjuszce, która usiłowała wyrwać się z Broken Hill.

Możliwe, że w ogóle go nie obchodzi. Z jego twarzy trudno było cokolwiek wyczytać. Niewykluczone, że przez ten całus wcale nie spędził bezsennej nocy. Oby jej emocje nie były aż tak widoczne.

 

Udając, że rozgląda się, czy nikt nie jedzie, zerknęła na Raphaela. Nadal pociągający, nadal tajemniczy.

Ale nieobecny, co dawniej mu się nie zdarzało.

Czy można zmienić się aż tak bardzo, by zapomnieć, jakim się było? No cóż, sama się zmieniła i najlepsze czasy ma już za sobą.

– W porządku? – Szturchnęła go łokciem.

W odpowiedzi tylko skinął głową.

– To nie jest twoja pierwsza akcja od wyjazdu z Francji, prawda?

– Uhm – mruknął, nie odrywając oczu od drogi.

Okej, nie jesteśmy dzisiaj w nastroju do pogaduszek.

Jesteś niesprawiedliwa. Facet znalazł się w obcym kraju, wokół słyszy obcy język. Przyjaciel z dawnych lat…

Stary przyjaciel, którego na nowo musi poznawać.

Tamten Raphael w tej chwili by się śmiał i żartował, może nawet wypytywał, dlaczego pracuje w ambulansie z niebieskimi światłami, a nie w niebieskim stroju chirurga.

Ten milczał jak zaklęty.

Gdy powiedziała, że pora wsiadać do karetki, wykonali komiczny taniec, nawzajem schodząc sobie z drogi. Choćby już samo to powinno wywołać uśmiech.

Ale nie na twarzy Raphaela.

Nie miała pojęcia, co się z nim dzieje, dlaczego znalazł się w Australii, dlaczego podjął pracę poniżej swych kwalifikacji. Może to być ucieczka od bolesnych wspomnień?

– Jeżeli chcesz o porozmawiać…

– O pracy? – zapytał, ściągnąwszy brwi. – Nie, nie ma potrzeby.

– Albo o czymś innym… – Wzięła ostry zakręt, z ponurą satysfakcją odnotowując na jego twarzy ledwie dostrzegalną zmianę. Od obojętności do uznania.

Dlaczego nie chce z nią pogadać? Kiedyś mówili sobie o wszystkim.

Prawdę mówiąc, nigdy nie rozmawiali o swoim pochodzeniu ani dzieciństwie. Raczej o przyszłości. Ich życie koncentrowało się na ich paryskiej rodzinie. Dużo czasu poświęcali na zwiedzanie i naukę na kocu pod wieżą Eiffla, a odłożywszy na bok podręczniki, podziwiali tego żelaznego kolosa, snując marzenia o przyszłości.

Raphael osiągnął cel. Nagle półtora roku temu w jego życiu dokonał się zwrot: wolontariat w obozach dla uchodźców oraz w nieodpłatnych szpitalach w krajach rozwijających się, a na koniec przylot do Sydney.

Do tej pory jego życie daleko odbiegało od tymczasowej pracy ratownika w Sydney bez szansy na awans.

Daj spokój.

Wróciwszy z Francji, dowiedziała się, że matka zmarła kilka godzin wcześniej. Po czymś takim trudno się podnieść. Potem doszedł szok, że wręczając jej bilet do Paryża, matka wiedziała, że jest chora i że pogrążeni w żałobie ojciec oraz bracia oczekują, że przejmie jej rolę. Jeszcze za życia matka kazała jej przysiąc, że nigdy tej roli się nie podejmie.

Odsuwając jak najdalej marzenie o osiedleniu się w Paryżu i pracy chirurga, gotowała, sprzątała, prała setki skarpet, podczas gdy mężczyźni cieszyli się życiem…

Wyrwanie się z tej roli zabrało jej całe lata, ale w końcu dopięła swego. Teraz żyje po swojemu. Może niezupełnie… Bo cztery tygodnie w roku poświęca na pranie skarpetek, szorowanie podłóg i gotowanie, ale to i tak istotny krok do przodu. Kto wie? Może pewnego dnia zostanie dziewięćdziesięcioletnim młodszym chirurgiem.

Raphael milczał, a ona przeciskała się przez poranne korki. Jednak nie to było przyczyną jego ściągniętych rysów. W całym jego zachowaniu było coś tragicznego.

Jeżeli uciekał od przeszłości, to sprawiał wrażenie przegranego. Jakby to te upiory zgasiły blask w jego oczach. Szkoda, że ona nie potrafi tego blasku przywrócić.

Jakiś wewnętrzny głos ostrzegał, że jej się to nie uda.

– Więc… – Podjęła próbę wciągnięcia go do rozmowy. – Kiedy ostatnio odbierałeś poród poza szpitalem?

– Nie ma tam położnej?

– Wezwano ją, ale nie wiadomo, kto pierwszy będzie na miejscu. W porannym korku mamy słabe szanse na czas dowieźć tę kobietę do szpitala. Podobno już prze.

Raphael się zamyślił.

Na pewno nie obawiał się tego porodu. Być może…

Nie czas na zgadywanie, co dzieje się w jego życiu. Sam ci opowie, gdy do tego dojrzeje.

Mars zniknął z jego czoła. Praca pomoże mu się odnaleźć. Jej zawsze pomaga wydostać się z dołka. Dzięki pracy wyrwała się z Broken Hill.

Tamta dwunastogodzinna podróż do Sydney była aktem nadzwyczajnego heroizmu. Głównie dlatego, że postanowiła sobie, że nie będzie drogi odwrotu. Że zaglądać do Broken Hill będzie tylko od czasu do czasu.

Raphael w milczeniu patrzył na mijane domy po drodze do chrześcijańskiej dobroczynnej placówki, skąd przyszło wezwanie.

Odezwała się, by przerwać tę nieznośną ciszę.

– Matka podobno pochodzi z Konga. Z Demokratycznej Republiki Konga. Znalazła się tu jako uchodźca. Słabo znam lingala. A ty?

Nieznacznie się uśmiechnął.

– Wiemy o niej coś więcej?

– Nie. – Zatrzymała się na poboczu. – Sami musimy ją o to wypytać.

Wkrótce dwoje ratowników, nosze na kółkach oraz dwa zestawy położnicze, zatrzymali się przed grupą mężczyzn tarasujących wejście na centralny podwórzec.

– Ona jest tam. – Siostra wskazała im drogę.

Na ich widok mężczyźni rozstąpili się niczym Morze Czerwone przed Mojżeszem.

Zostawiwszy wózek na podwórzu, Maggie porwała zestaw porodowy, ale puściła Raphaela przodem. Gdy wchodził do środka, zauważyła, że wyraz zadumy zniknął z jego twarzy.

Gdy kilkanaście kobiet w długich barwnych spódnicach zrobiło im przejście, ich oczom ukazała się urodziwa kobieta na łóżku z jakiegoś powodu wstawionego do pokoju dziennego. Już na pierwszy rzut oka było widać, że poród się rozpoczął.

– Zbadaj ją, a ja rozłożę podkłady higieniczne – powiedziała Maggie.

- Bien.

Jego ruchy były szybkie i pewne jak u kogoś, kto jest w swoim żywiole mimo słabego oświetlenia i tłumu gapiów.

Jednak nie wyczuwało się w nim ciepła. Ale, na Boga, ta kobieta rodzi! Przydałoby się trochę empatii!

– Nie przeszkadza pani taka publiczność? – zapytał, po raz pierwszy od rana się uśmiechając.

Nareszcie! To tam jest, tylko trudno do tego dotrzeć.

Przyszła matka przytaknęła, pojękując.

No. Voici ma famille. – Nie, to moja rodzina.

– Aha! Vous parlez français? Très bien. – Zwrócił się do Maggie. – Możesz tłumaczyć?

Uśmiechnęła się. Szczęściarz z niego. Jego pierwsza pacjentka w Australii mówi po francusku!

Strumień informacji bez problemów popłynął od matki do Raphaela, do Maggie i z powrotem. Kobieta miała na imię Divine. Piękne imię. Jakby to już matka tej kobiety przesądziła, że córka będzie piękna i kobieca. Maggie imiona były raczej obojętne, ale Daggie, jak nazywali ją bracia, sprawiało, że czuła się jak brudna ścierka.

– Niesamowite.

– Divine czyli Boska? – Uśmiechnęła się do rodzącej. – Piękne imię.

– To jej czwarta ciąża – wyjaśnił.

Do końca będzie taki zasadniczy?

Trzy bezproblemowe ciąże oznaczały, że i ten poród pójdzie gładko. Czwórka dzieci przed trzydziestką to jednak trochę za dużo, pomyślała Maggie.

Matka poszła tą samą drogą i wystarczy popatrzeć, czym się to skończyło. Gotowaniem i sprzątaniem, aż dopadł ją rak z przerzutami. Przynajmniej odeszła szybko, ale to słaba pociecha.

– Pierwszy raz rodzisz nie w szpitalu? – zapytała Maggie, by nie roztrząsać swojej instynktownej reakcji na myśl o życiu dla rodziny. Miała tego przedsmak i czuła, że to jeszcze nie czas na powrót w domowe pielesze.

– Nie – odparła Divine, dysząc. – Wszystkie dzieci urodziłam w domu.

– No i dobrze – mruknął Raphael po francusku. – Bo już widzę główkę.

Ku zaskoczeniu Maggie kobiety w pewnej chwili zaczęły śpiewać. W atmosferze święta, gdy ich oczom ukazała się już cała główka, Maggie z szerokim uśmiechem pogratulowała Divine, że obeszło się bez pęknięć albo środków przeciwbólowych. Raphael sprawdzał ułożenie pępowiny.

– Dasz radę przeć jeszcze jeden raz? – zapytał Raphael, niemal przekrzykując śpiewy. – Czekamy na ramionka.

Chwilę później dziecko przyszło na świat.

– Gratulacje, Divine, masz ślicznego chłopczyka.

Beznamiętny ton Raphaela wstrząsnął Maggie. Dlaczego jak ona nie daje się ponieść radosnej atmosferze? Cud narodzin pośród śpiewu…

Były to chwile… pełne szczęścia, wyjątkowo radosne. Jeden z niewielu magicznych momentów w pracy ratownika. Wzruszający za każdym razem.

Otarła łzy, bo Raphael akurat był zajęty oczyszczeniem nosa i jamy ustnej noworodka.

Niemal w tej samej chwili, gdy urodziło się łożysko, do pokoju wpadła położna.

– Witam panie! Nareszcie dotarłam! Bierzemy się do dzieła?

Położna się zrelaksowała, bo maluszek właśnie dał pokaz swoich możliwości wokalnych.

Raphael i Maggie zbierali się już do wyjścia, ale Divine ich zatrzymała, więc Raphael podszedł do łóżka, by wziąć malca na ręce. Znowu ten smutek w jego oczach, ale nie aż tak głęboki, by przyćmić szczerą radość na widok zdrowego noworodka.

– Jak panu na imię? – zapytała Divine łamaną angielszczyzną. – Dziękuję za pomoc. Jak panu na imię? Żeby kiedyś mu o panu opowiedzieć.

Upłynęła ledwie pierwsza doba jego nowego życia, a już zdążył pomóc przyjść na świat dziecku, które być może będzie nosiło jego imię. To się nazywa zrobić wrażenie!

Zauważyła jednak, że Raphael nie jest taką perspektywą tak zachwycony jak ona.

– Raphael – odparł po chwili wahania, ale nieznacznie pokręcił głową, bez słów dając do zrozumienia, że sobie nie życzy, by chłopiec nosił jego imię.

Kobieta przyjęła tę milczącą odmowę z godnością. W geście podziękowania uścisnęła mu dłoń, po czym wyciągnęła ramiona, by znowu przytulić synka.

– Dziękuję, Raphael. Merci.

Tylko pokiwał głową.

– Divine, jesteś niesamowita. – Maggie nie wytrzymała. – Mogłabyś rodzić codziennie.

Jej również Divine podziękowała.

– Chyba… – omiotła wzrokiem Raphaela, Maggie, zebrane kobiety – dam mu na imię…

Wszyscy nastawili uszu.

– Walter.

– Walter?! – Maggie podniosła dłoń do ust.

Morze głów zgodnie potakiwało. Nawet Raphael.

Może we Francji to imię nie śmieszy, ale ona z trudem powstrzymywała się od śmiechu. Walter!

– Ruszamy? – niecierpliwił się Raphael przekładając torbę z ręki do ręki, jakby sytuacja wytrąciła go z równowagi.

– Oczywiście. – Sięgnęła po torbę z lekami i środkami opatrunkowymi.

Spisując notatki, starała się otrząsnąć z niepokoju, który stwarzał barierę oddzielającą ją od Raphaela.

Que sera sera. Będzie, co ma być.

Gotując się z wściekłości, z torbą na ramieniu, mijała zgromadzonych na zewnątrz mężczyzn. Była zła na siebie. Oraz na Raphaela o to, że tak brutalnie zgasił jej radość.

W tej pracy takie chwile zdarzały się nader rzadko! Niemal jak złoty pył. Zaskakujące imiona dla nowo narodzonych dzieci, śpiewająca żeńska grupa wsparcia, poczęstunek…

Sądząc po skwaszonej minie Raphaela, uleganie radosnym chwilom nie znajdowało się w jego repertuarze. To znaczy, że znalazł się w niewłaściwym kraju, bo Australijczycy są optymistami. A jej się wydawało, że i on jest optymistą…

Mnóstwo razy tarzali się ze śmiechu na trawniku u stóp wieży Eiffla, na przykład naśladując nauczycieli, albo kiedy Raphael naśmiewał się z niej, że jej ulubione miejsce w Paryżu jest tak banalne.

Tłumaczyła mu wtedy, że wieża Eiffla wcale nie jest banalna, a wręcz nieodzowna. Że nie przyjechała do Paryża, by przesiadywać w barach z hamburgerami albo mlecznych.

– Na pewno wszystko w porządku? – powtórzyła, gdy uzupełniali zapasy w podręcznych torbach.

Odpowiedział jej pytającym spojrzeniem.

– Poszło ci świetnie. Wcale nie brakuje ci kwalifikacji…

– Ale…?

– Nic nie sugeruję. – Przeniosła wzrok na pedantycznie poukładane pojemniki.

– Maggie, jeżeli coś robię źle, musisz mi o tym powiedzieć. Zanim dostaniemy nowe wezwanie. – Postukał w szkiełko zegarka.

Przygryzła wargę. Ktoś ukradł Raphaela, a na jego miejsce podrzucił robota.

– Jesteś doskonały. Ale… myślę sobie, że twoje podejście do pacjenta mogłoby być trochę bardziej… nie wiem… francuskie.

– Jak mam to rozumieć?

Miły, ciepły, bardziej współczujący.

– No wiesz… trochę bardziej Casanova niż lekarz.

– Casanova był Włochem.

 

Ups! Zanosi się na długą zmianę.

Na szczęście w jej radiotelefonie rozległ się znajomy sygnał.

– Dziesięć przecznic stąd ktoś się pośliznął i upadł, potem mamy drugie wezwanie. – Przyspieszyła, ignorując jego kwaśną minę.

Zrobiła, co mogła. Znalazła mu pracę, zabrała do kina. Raphael jest dużym chłopcem.

Dorosłym facetem, który wyraźnie cierpi.

Trzecie wezwanie. Gdy skończą z dwoma pierwszymi, mają przewieźć kogoś do szpitala. Nie pora przejmować się emocjami.

Gdy otwierała drzwi karetki, by wstawić torby, niespodziewanie poczuła pieczenie pod powiekami. Szkoda, że nie może z kimś podzielić się swoimi nadziejami i marzeniami. Nie z byle kim, ale z Raphaelem.

Ale on już nie jest tym optymistą, którego znała lata temu. Oboje noszą niewidoczne blizny po ranach zadanych przez los i oboje muszą znaleźć sposób, by się dogadać.

– Gotowy? – zapytała bez sensu, bo Raphael już wsiadł do karetki, z całej siły trzaskając drzwiami.

– Jak zawsze.

Zawsze będzie taki drętwy? Czy tylko w jej obecności?

– Okej. – Włączyła niebieskie światła i syrenę.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?