Światła i CienieTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Shadows and light

Copyright © 2001 by Anne Bishop

All rights reserved.

Copyright © for the Polish edition by WYDAWNICTWO INITIUM

Tłumaczenie z języka angielskiego: MARTA WERONIKA NAJMAN (DO STRONY 269)

KAROLINA PODLIPNA (OD STRONY 270)

Redakcja: AGNIESZKA SZMATOŁA

Korekta: NATALIA MUSIAŁ

Projekt okładki, skład i łamanie: PATRYK LUBAS

Współpraca organizacyjna: ANITA BRYLEWSKA, BARBARA JARZĄB

Fotografia użyta na okładce:

AA1886659 / Roderique Arisiaman / Arcangel

Wydanie I

ISBN 978-83-66328-25-9


Wydawnictwo INITIUM

www.initium.pl

e-mail: initium@initium.pl

facebook.com/wydawnictwo.initium

SPIS TREŚCI

Podziękowania

Rozdział 1

Rozdział 2

Rozdział 3

Rozdział 4

Rozdział 5

Rozdział 6

Rozdział 7

Rozdział 8

Rozdział 9

Rozdział 10

Rozdział 11

Rozdział 12

Rozdział 13

Rozdział 14

Rozdział 15

Rozdział 16

Rozdział 17

Rozdział 18

Rozdział 19

Rozdział 20

Rozdział 21

Rozdział 22

Rozdział 23

Rozdział 24

Rozdział 25

Rozdział 26

Rozdział 27

Rozdział 28

Rozdział 29

Rozdział 30

Rozdział 31

PODZIĘKOWANIA


Dziękuję Blair Boone za to, że była pełną entuzjazmu pierwszą czytelniczką; Mari Anderson za udzielenie głosu Klejnotom miłości; Deb Coates, Lindzie Antonnsen, Mindy Klasky, Dorannie Durgin, Vondzie McIntire, Deborah Wheeler, Julie Czernedzie oraz Jennifer Roberson za informacje i spostrzeżenia na temat koni i psów; Nadine Fallacaro za przejrzenie kwestii medycznych; Kandrze za jej wysiłek i czas poświęcony stronie internetowej; Michelle Zymowski, Rickowi Kohlerowi, Cortney Heitzman i Halowi Leaderowi za pomoc przy mapie oraz Pat i Billowi Feidnerom za to, że przy mnie byli.

ROZDZIAŁ 1


Lyrra siedziała ze skrzyżowanymi nogami pośrodku łóżka, na zapadającym się, wyboistym materacu, czesząc ciemnorude włosy i rozglądając się po niewielkim pokoju, który dzieliła z Aidenem. Przynajmniej był to czysty pokój. Podłogę zamieciono, nieliczne meble odkurzono i wypolerowano. A żona właściciela gospody z dumą podkreślała, że zawsze zmienia pościel na świeżą, nawet jeśli gość zatrzymuje się tylko na jedną noc.

Pomimo stanu materaca pokój można było uznać za luksusowy w porównaniu do tego, w którym spali dwa tygodnie wcześniej. Śmiała mała mysz przebiegła jej po stopie, kiedy myła się w wyszczerbionej miednicy, co w tejże gospodzie uchodziło za odpowiednik kąpieli. Lyrra wrzasnęła i wyrwała Aidena z głębokiego snu. Ten próbował zerwać się na nogi, ale zaplątał się w koce. Przynajmniej wylądował na łóżku – w większości – i nie uderzył twarzą o podłogę.

Napisał o tym piosenkę, przy której mężczyźni zanosili się śmiechem, a kobiety posyłały jej współczujące uśmiechy. Co za drań.

Z dolnego piętra gospody dobiegł ją męski śmiech.

Lyrra zmarszczyła nos, a potem się uśmiechnęła. Aiden musiał dojść do tego etapu wieczoru, kiedy nastał czas sprośnych piosenek. A Bard znał ich mnóstwo.

Ale kilku sprośnych utworów już nie śpiewał. Kiedy ktoś poprosił o któryś z nich, mówił, że go nie zna. Co oczywiście było kłamstwem. Aiden był Panem Piosenki. Był Bardem, a część tego daru stanowiła znajomość słów każdej pieśni i umiejętność zagrania każdej melodii, jaką kiedykolwiek usłyszał.

Doskonale się domyślała, kiedy przestał śpiewać bardziej… bezczelne… utwory o kobietach i mężczyznach, gdyż miało to związek z piosenką, którą zaczął wykonywać w każdej gospodzie czy zajeździe, w którym zatrzymywali się na posiłek i nocleg.

– Uprzejmość i kurtuazję, szacunek i lojalność jej dam – zaśpiewała cicho Lyrra. – Złączę je moją miłością. „Oto klejnoty dla kogoś takiego jak ja. Oto klejnoty dla kogoś takiego jak ja”.

Piosenka nosiła tytuł „Klejnoty miłości”. Fae wcześniej nazywali ją „Lamentem kochanka” i większość wciąż używała tego tytułu. Ale Aiden śpiewał teraz dodatkowe zwrotki, których nauczył się ostatniego lata. Nauczył się ich od młodej wiedźmy, która zmieniła ich pojmowanie świata i zostawiła w ich rękach konieczność przywrócenia właściwego biegu sprawom.

To nie była wina Ari. Nie prosiła się, by Fae wtargnęli do jej życia. Ale tak się stało, a oni dowiedzieli się więcej, niż kiedykolwiek chcieli.

Lyrra westchnęła i odłożyła szczotkę na chybotliwy stolik przy łóżku. Zamknęła oczy i siedziała w ciszy przez moment. Gdyby sięgnęła do swojego daru, gdyby pozwoliła mu przeniknąć przez tę niewielką osadę i otaczające ją farmy, tak by dotknął otwartego, chętnego serca – co ta osoba otrzymałaby dziś od Muzy? Wiersz, sztukę, opowieść? Każda z tych opcji wchodziła w grę. Ale byłby to wiersz, sztuka lub opowieść o smutku i żalu. A tutejsi mieszkańcy mieli tego aż nadto. Kiedy Aiden śpiewał piosenkę ostrzegającą przed Czarnymi Płaszczami, widziała, jak na twarzach mężczyzn pojawia się gniewny grymas, zaś w oczach kobiet błyszczą łzy i strach. Tego miejsca nie dosięgnęła jeszcze ręka Inkwizycji, ale wioski na wschód stąd swoje wycierpiały. Dlatego też ona i Aiden trzymali się zabawnych bądź romantycznych pieśni i historii, takich, które podniosą słuchaczy na duchu i pokrzepią serca.

Jako że wszystko, co mogłaby wysłać tego wieczoru, nie podniosłoby nikogo na duchu, postanowiła zostawić swój dar dla siebie. Ale przetrzymywanie go napawało ją smutkiem i skłaniało do rozważań, czy opowieść wypełniona łzami nie była lepsza od braku opowieści.

Odsunęła od siebie te uczucia, usłyszawszy kroki przed drzwiami pokoju. Kiedy drzwi otworzyły się, miała już wypracowany powitalny uśmiech.

Jej uśmiech zbladł, kiedy czarnowłosy, niebieskooki mężczyzna wkroczył do pokoju. Przez ramię przewieszony miał pokrowiec z harfą. W dłoniach trzymał parujący kubek i niewielki talerz z dwiema kromkami posmarowanego masłem chleba oraz kawałkiem ciasta.

– Pomyślałem, że może miałabyś ochotę na herbatę i coś do przegryzienia – powiedział Aiden, zamykając drzwi stopą i podchodząc na tyle blisko łóżka, by wręczyć swój podarek.

Biorąc od niego kubek i talerz, Lyrra pomyślała, że wygląda na zmęczonego. Cóż, oboje byli wyczerpani, a ona podróżowała z nim raptem od kilku tygodni, odkąd powrócił do Brightwood, by dowiedzieć się, czemu nie spotkała się z nim zgodnie z planem. Ale on podróżował od ostatniego lata, śpiewając w ludzkich osadach, przestrzegając mieszkańców przed Czarnymi Płaszczami, Inkwizytorami – a do tego podróżował też lśniącymi drogami, by opowiadać klanom Fae, że mieszkające w Starych Miejscach wiedźmy to potomkinie domu Gaian, a ich śmierć z rąk Inkwizytorów była powodem znikania fragmentów Tir Alainn. Pozostawanie w świecie ludzi i nieustanne, codzienne podróżowanie po to, by śpiewać piosenki i opowiadać historie, było wyczerpujące fizycznie. Przechodzenie przez Zasłonę oddzielającą świat ludzi od Tir Alainn, by odwiedzać klany Fae, oglądanie ich upartych twarzy i słuchanie lekceważących uwag, podczas gdy ona i Aiden próbowali tłumaczyć im, że wiedźmy potrzebują ochrony ze strony Fae, było wyczerpujące psychicznie.

 

– Wypij herbatę, póki jest ciepła – powiedział Aiden. Zamknął drzwi na zasuwę, a następnie przeszedł przez pokój, by ostrożnie odłożyć harfę obok stołu i dwóch krzeseł stojących pod oknem. Rozebrał się, odwrócony do niej plecami, zostawiając tylko koszulę do momentu, aż wślizgnął się do łóżka obok niej i przykrył od pasa w dół.

Zaniepokojona tą nietypową dla niego skromnością Lyrra upiła łyk herbaty i zjadła kromkę posmarowanego masłem chleba. Od kilku lat byli okazjonalnymi kochankami, kiedy oboje zatrzymywali się w tym samym klanie w Tir Alainn oraz podczas krótkich wspólnych podróży do Sylvalanu. Wtedy był bezczelny, arogancki, pewien tego, że będzie mile widziany w roli kochanka. I nie wahał się rozbierać przed nią.

Podała mu kubek, by podzielić się herbatą, nalegała też, by zjadł drugą kromkę chleba i połowę ciasta. Była dość głodna, by zmieścić wszystko, ale i on był głodny mimo obfitej kolacji, którą otrzymali jako część zapłaty za ich występ. Ostatnio zbyt często jadali skromnie.

Kiedy skończyli, odłożyła kubek i talerz na nocnym stoliku, obok szczotki i świecy, którą zapalała po wejściu do pokoju – i zdecydowała, że to najwyższy czas, by dowiedzieć się, co go ostatnio gnębi. Chodziło o coś więcej niż zniknięcie kolejnego fragmentu Tir Alainn, o coś więcej niż utratę kolejnej córki z Domu Gaian.

– Aidenie, co cię trapi?

Zdjął koszulę i odrzucił ją na jedno z krzeseł, a potem znów się położył. Podłożył jedną rękę pod głowę. Drugą położył na brzuchu.

– A co mnie nie trapi? Od blisko roku mówię, i mówię, i mówię – nikt nie słucha. Stare Miejsca wciąż pozostają bez ochrony, wiedźmy wciąż pozostają bez ochrony, a Fae siedzą niewzruszeni w Tir Alainn, oczekując, że wszystko ułoży się samo, bez podejmowania żadnego wysiłku, by o to zadbać. Nieczyste myśli i uczucia, które Inkwizytorzy sprowadzili ze sobą z Wolframu w ubiegłym roku, wciąż przenikają ludzkie serca i umysły. Co więcej, te myśli rozprzestrzeniają się, powoli wnikając w inne rejony Sylvalanu. Ich słowa wciąż zatruwają ludzkie serca i nastawiają mieszkańców przeciwko Wielkiej Matce i wszystkim kobietom, a w szczególności wiedźmom.

– Ale tak się dzieje od miesięcy – powiedziała łagodnie Lyrra. – A teraz gnębi cię coś jeszcze.

– To nic takiego.

– Tak – odparła sucho – a świnie potrafią latać.

Obdarzył ją cieniem dawnego uśmiechu.

– Być może potrafią w jakiejś odległej, zamorskiej krainie.

Lyrra zesztywniała, rozumiejąc, że bardziej zabolało ją serce niż duma. Zadała poważne pytanie, oferując mu wsparcie. A on to zbywał, jakby chodziło o jej kaprys. Niech więc tak będzie.

Pochyliła się, by zdmuchnąć świecę, gdy powiedział:

– Jeśli strach stale ci towarzyszy, w pewnym momencie zacznie się to na tobie odbijać.

Obróciła się, by na niego spojrzeć.

– Boisz się, że możesz wpaść na Inkwizytorów?

– Nie. Boję się, że ty możesz.

Nie wiedziała, co powiedzieć. Na wieść o tym, że mu zależy, poczuła lekkość w sercu. Ale strach przed torturami Inkwizycji, które spotykały kobiety oskarżone o bycie czarownicami, sprawiał, że czuła ucisk w żołądku i robiło się jej niedobrze.

– Pod koniec lata odwiedziłem klan oddalony o pół dnia drogi na wschód stąd – powiedział Aiden, nie patrząc na nią. – Nie chcieli mnie słuchać. Dwie wiedźmy mieszkały w niewielkiej chacie w Starym Miejscu, które zakotwiczało terytorium tego klanu do świata ludzi, ale Fae nie posłuchali moich ostrzeżeń przed niebezpieczeństwem wkraczającym do Sylvalanu pod postacią Inkwizytorów. Kiedy wracałem, kierując się do Brightwood, w Starym Miejscu mężczyźni ścinali drzewa. Wiedźm już nie było, lśniąca droga zniknęła – a wraz z nią kolejny fragment Tir Alainn. Myślałem o tobie, Lyrro. Gdybyś wyjechała z Brightwood, żeby się ze mną spotkać, tak jak pierwotnie planowaliśmy, mogłabyś zatrzymać się w domu klanu. I gdybyś znalazła się tam w nieodpowiednim czasie, mogłabyś zniknąć wraz z resztą mieszkających tam Fae, a ja nie mógłbym temu zapobiec.

– Ktoś inny zostałby Muzą – wymamrotała Lyrra.

– Ale ona nie byłaby tobą – odparł cicho Aiden. Wziął głęboki oddech, po czym powoli wypuścił powietrze. – Kilka dni przed tym, nim dotarłem do Brightwood, widziałem dziewczynkę z rudymi włosami. I pomyślałem… że gdybyś miała dziecko, to tak właśnie by wyglądała – urocza, rudowłosa dziewczynka ze słodkim uśmiechem, która po kilku latach wyrosłaby na pyskatą pannicę.

Przełknął ślinę, a mięśnie na jego gardle zadrgały z wysiłku.

– Pomyślałem też, że gdybym to ja spłodził twoje dziecko, nie byłbym zadowolony, wiedząc, że w jej wychowaniu będą pomagać ci twoi męscy krewni. To ja chciałbym kołysać ją nocą do snu, uczyć ją piosenek i całować zdarte łokcie lub obite kolana. Ja chciałbym być jej ojcem, a nie tylko ją spłodzić.

– Fae nie żyją w ten sposób – powiedziała Lyrra. Poczuła, jak łzy napływają jej do oczu i nie była nawet pewna, dlaczego chciałaby się rozpłakać.

– Może i nie, ale zwyczaje Fae nie muszą odpowiadać wszystkim Fae – odpowiedział nieco ostrzej.

– Istnieją powody, byśmy żyli właśnie w ten sposób – powiedziała, również przybierając ostrzejszy ton głosu. – Głównym z nich jest to, że mężczyźni Fae nie są zdolni do wytrwania przy jednej kochance.

Dłuższa pauza.

– Nie byłem wcale w tak wielu łożach, jak ci się zdaje – odparł Aiden, odwracając głowę, by na nią spojrzeć. – I zawsze wracałem.

– By zatańczyć z Muzą.

– By być z tobą, Lyrro. A i ty nie pozostawałaś samotna, gdy mnie nie było.

Niewypowiedziane pytanie rozbłysło w jego oczach.

– Ja…

Coś tu się rozgrywało. Coś między mężczyzną a kobietą, nie między Bardem a Muzą.

– Nie zapraszałam wcale tak wielu mężczyzn do mojego łoża, jak ci się zdaje.

Zaśpiewał cicho:

– Uprzejmość i kurtuazję, szacunek i lojalność jej dam. Złączę je moją miłością.

– Oto klejnoty dla kogoś takiego jak ja – dokończyła równie cicho, czując lekkie zawroty głowy.

– Czy faktycznie wystarczyłyby? – zapytał, a w jego głosie pobrzmiewało dziwne napięcie. – Czy gdybym oferował ci je każdego dnia, to wystarczyłyby ci?

– Byłyby cenne – wymamrotała. – Bezcenne.

Pochyliła głowę, tak że jej włosy opadły do przodu i skryły jej twarz przed jego wzrokiem. Jej serce biło szybciej. Miała wrażenie, że nie nabiera w płuca dość powietrza, by normalnie oddychać. Czuła, jakby Aiden był w posiadaniu skarbu, którego pragnęła, i trzymał go poza jej zasięgiem.

– Czy wystarczyłyby ci, byś zaakceptowała jednego mężczyznę jako przyjaciela i kochanka? Jako… partnera na wyłączność?

Odgarnęła włosy i przyjrzała się jego twarzy, zaskoczona niepewnością czającą się w jego oczach.

– Pytasz, czy przyjęłabym cię jako mojego wyłącznego partnera? Jako…

Jak ludzie to nazywali? Znała to słowo równie dobrze, co własne imię. Ale w tej chwili nie była w stanie przypomnieć sobie ani jednego, ani drugiego.

– Jako męża – podpowiedział cicho Aiden. – Tak. O to pytam.

Łzy napłynęły jej do oczu. Przycisnęła dłoń do ust, nie mając pewności, czy zacznie się śmiać, czy płakać. Kołatało się w niej zbyt wiele uczuć.

Odsunęła dłoń od ust, położyła ją na gardle, by poczuć dziko bijący puls.

– Pozostali Fae powiedzą, że skaziło nas zbyt długie przebywanie w świecie ludzi.

– To nasze życia i nasze wybory – powiedział, siadając, tak by patrzyli sobie w oczy. – Czy naprawdę obchodzi cię, co powiedzą lub pomyślą inni Fae?

Lyrra potrząsnęła głową, sięgnęła ku niemu.

Wziął ją w ramiona i mocno objął.

– Tak – wyszeptała mu do ucha. – Tak, przyjmę klejnoty miłości, które oferujesz, a w zamian obdaruję cię swoimi i zaakceptuję jako przyjaciela, kochanka i męża.

Kiedy spróbował ją pocałować, przycisnęła głowę do jego ramienia i zapłakała.

– Lyrro – powiedział zaniepokojony. Posadził ją na swoich kolanach i zaczął kołysać. – Dlaczego płaczesz? Skoro pragniesz tego równie mocno jak ja, dlaczego płaczesz?

Z dużym wysiłkiem powstrzymała łzy, by móc odpowiedzieć.

– Kiedy spędzałam zimę w Brightwood, czytałam dzienniki kobiet z rodziny Ari, które zostały w chacie. One właśnie tego pragnęły. Każda z nich kiedyś tego doświadczyła i chciała doświadczyć ponownie. Tego Ari nigdy nie otrzymałaby od Luciana. Spotkałam ją tylko raz, ale polubiłam ją. To takie niesprawiedliwe, że przez to, iż ją poznaliśmy, ja spełnię pragnienie mojego serca, a ona… – Lyrra przełknęła łzy. – A ona otrzymała zaledwie łaskę Morag należną duszom, które Zbieraczka prowadzi do Cienistej Zasłony.

Aiden kołysał ją kolejną minutę. Burza emocji, która w niej rozgorzała, powoli cichła, pozostawiając ją słabą i wyczerpaną. Kojący ruch i dotyk jego ramion dookoła niej sprawiały, że zaczęła odpływać do krainy snu.

– Wszyscy mamy swoje sekrety – powiedział cicho. – Sprawy, o których wiemy, a którymi nie dzielimy się z takich czy innych powodów. Wszyscy mamy prawo do myśli, które są prywatne. Ale zauważyłem, że wśród ludzi dzielenie się sekretami przez męża i żonę nie jest zwykle traktowane jako nadużycie czyjegoś zaufania.

– To część miłości – odpowiedziała.

Wziął głęboki oddech, powoli wypuścił powietrze.

– Lyrro, czasami słowa kłamią, nawet, gdy mówią prawdę.

– Jestem tego świadoma – powiedziała nieco zaczepnie. – W końcu jestem Muzą.

– Ari odeszła.

Poczuła, jak łzy znowu napływają jej do oczu. Nie musiał mówić jej oczywistości. Czy sama nie wspomniała o tym chwilę temu? Ari została pojmana przez Inkwizytorów, a Morag powiedziała Diannie i Lucianowi…

Powoli usiadła.

Czasami słowa kłamią, nawet gdy mówią prawdę.

– Ari odeszła – powtórzyła, obserwując oczy Aidena, dostrzegając w nich niemą wiadomość: coś czaiło się pod powierzchnią tych słów; coś, na co musiała zwrócić uwagę. Przez ostatnie kilka tygodni coraz lepiej wychodziło im przekazywanie sobie tych milczących wiadomości, kiedy śpiewali i opowiadali historie, i słuchali, co mówią wieśniacy oraz farmerzy – a czego nie mówią.

– Morag powiedziała Diannie i Lucianowi, że Ari odeszła – kontynuowała. Prawda i kłamstwa. – A jako że Morag jest Zbieraczką, założyli, że Ari nie żyje. Ale Morag wcale tego nie powiedziała. Powiedziała jedynie, że Ari odeszła.

– Tak – zgodził się Aiden – tylko to powiedziała.

Lyrra zamyśliła się na moment, a potem potrząsnęła głową.

– Ale Morag zabrała dwie dusze do Cienistej Zasłony.

– Owszem.

– W takim razie… – Lyrra przerwała. Ahern, Pan Koni, został zabity w starciu z Inkwizytorami, którzy przybyli do Ridgeley – i Brightwood – ostatniego lata. Czy w Brightwood był ktoś jeszcze? Ktoś, o kim nie wiedzieli Fae, ale o kim wiedziała Morag? – Co się stało z młodym mężczyzną, którego Ari zamierzała poślubić? Jak on miał na imię? Neall. Tak, Neall. Morag powiedziała, że i on odszedł.

– Uprzejmość i kurtuazję, szacunek i lojalność jej dał – zaśpiewał cicho Aiden.

Nie mogąc dłużej usiedzieć bez ruchu, Lyrra wygramoliła się z łóżka i zaczęła przechadzać się po niewielkim pokoju.

Jesteś Muzą. On jest Bardem. On oczekuje, że będziesz w stanie usłyszeć to, co niewypowiedziane. Tak jak Morag spodziewała się, że on zrozumie to, czego ona nie powiedziała wprost.

Poszedł zobaczyć się z Morag po raz ostatni, nim opuściła farmę Aherna. Dlaczego miałaby mu cokolwiek mówić? Ponieważ opłakiwał śmierć Ari – i utratę córki domu Gaian.

– Uratował ją przed nimi – powiedziała Lyrra, bardziej do siebie, by usłyszeć te słowa na głos, niż do Aidena. – Jakimś cudem Neall uratował Ari z rąk Inkwizycji. A potem zabrał ją z dala od Brightwood. – Przycisnęła dłonie do twarzy. – Jeśli Światły i Łowczyni kiedykolwiek dowiedzą się, że ostatnia wiedźma z Brightwood wciąż żyje…

 

– Będą jej szukać, póki jej nie znajdą, i sprowadzą ją do Brightwood, niezależnie od tego, czego pragnie sama Ari – odparł Aiden. – Dianna sprowadziłaby ją po to, by to ona nie musiała przebywać w świecie ludzi i być kotwicą, dzięki której lśniąca droga pozostaje otwarta, a należąca do jej klanu część Tir Alainn jest nietknięta. A Lucian sprowadziłby Ari, aby uczynić ją swoją kochanką, tylko dlatego, że ją stracił, nim się nią znudził – i dlatego, że jego duma nie zniosłaby prawdy, czyli tego, że Ari wybrała ludzkiego mężczyznę zamiast niego. – Przerwał. – Ale to tylko moje spekulacje. Morag powiedziała, że Ari odeszła, a Zbieraczka wie o tym najlepiej z nas wszystkich.

– Na łaskę Matki, Aidenie. – Lyrra usiadła na skraju łóżka. – Miejmy nadzieję, że oni nigdy nie uświadomią sobie, że Morag miała na myśli coś innego, niż założyli. – Odwróciła się i posłała mu wspaniały uśmiech. – Ari odeszła. Czy to nie wspaniale?

Odwzajemnił uśmiech i wyciągnął w jej stronę dłoń. Kiedy ujęła ją w swoją, przyciągnął ją do siebie, jednocześnie się kładąc, tak że ona wylądowała na nim.

Bawiąc się jej włosami, powiedział:

– Kiedy ludzie pobierają się, wygłasza się mowy i przestrzega zwyczajów, by przypieczętować ten układ. My złożyliśmy sobie przysięgi, pozostaje więc jeszcze tylko jedno, by zwieńczyć nasz ślub.

Spojrzał w jej oczy pełne pożądania i rozbawienia.

Pocałowała go delikatnie, a potem zakołysała delikatnie swoim ciałem, by wywołać jego reakcję.

– Lisica – powiedział, otaczając ją ramionami.

– Wcale nie! – zaprotestowała. – No dobrze, tak. Czasami.

Śmiejąc się, przetoczył się, tak by ona znalazła się pod nim.

– Chodź, żono. Przypieczętujmy ten układ.

Tym razem, kiedy oddawali sobie swoje ciała, jednocześnie dawali o wiele więcej.

Aiden wpatrywał się w sufit. Lyrra spała spokojnie obok niego.

Tak, mężowie i żony miewali przed sobą sekrety, ale musiał powiedzieć jej o tym teraz, dla jej dobra. Gdyby coś mu się stało, musiała wiedzieć, dokąd powinna uciekać – a jakich miejsc unikać za wszelką cenę. Kobieta nie mogła już bezpiecznie samotnie podróżować wzdłuż wschodniej granicy. W niektórych miejscach niebezpieczne było już samo bycie kobietą, od kiedy Inkwizytorzy przybyli do Sylvalanu i jakimś sposobem przekonali baronów na wschodzie – a za ich pośrednictwem także pozostałych mężczyzn – że kobiety to niższe istoty, pozbawione własnych celów i wartości, przeznaczone jedynie do zapewniania mężczyznom wygód w domu, seksu i potomstwa.

Aiden obrócił się i przytulił do Lyrry, spragniony jej bliskości.

Tęsknił za nią przez ostatni rok tak żarliwie, że odczuwał ból. I choć czasami martwił się, że Inkwizytorzy mogliby powrócić do Brightwood, cieszył się, że tam została – póki do niej nie wrócił i nie dowiedział się, że nie została tam z własnego wyboru. Wówczas złość i frustracja, które czuł do swoich pobratymców, zwróciły się przeciwko Diannie, Pani Księżyca, Łowczyni, przywódczyni Fae. Ona i Lyrra były jedynymi Fae w Brightwood, które władały jakimś aspektem mocy umożliwiającym im zakotwiczanie magii w Starym Miejscu i, dzięki obecności innych Fae, utrzymywanie otwartej lśniącej drogi do Tir Alainn.

Ostatniego lata, po tym jak część klanu przeniosła się do świata ludzi, Dianna poprosiła Lyrrę o pozostanie w Brightwood przez kilka dodatkowych dni, podczas gdy sama udała się do Tir Alainn, by zająć się kilkoma sprawami, nim osiądzie w chacie, która wcześniej należała do rodziny Ari. Dianna powróciła do Tir Alainn – i tam została, zmuszając Lyrrę do dokonania wyboru, czy pozostanie kotwicą lśniącej drogi, czy też odejdzie i narazi cały klan na niebezpieczeństwo.

Dopiero gdy on powrócił, Lyrra przesłała ostrzeżenie za pośrednictwem innego Fae, że odchodzi. To sprowadziło Diannę z powrotem do Brightwood. Lyrra nie chciała mu powtórzyć, o czym rozmawiały przed jej odejściem, ale wyobrażał sobie, że nie była to przyjemna pogawędka na pożegnanie. A chłodna uprzejmość, z jaką witano ich za każdym razem, gdy podróżowali lśniącą drogą do domu klanu w Tir Alainn, powiedziała mu, że Dianna rozsiewała swoje rozgoryczenie związane z koniecznością pozostania w świecie ludzi przed każdym, kto chciał jej słuchać. On i Lyrra zostali obwinieni za postawienie klanu Dianny w ryzykownej sytuacji i skazanie jej samej na „wygnanie” do Brightwood.

Fakt, że żadna Pani Księżyca z innego klanu nie zaoferowała swojego przyjazdu do Brightwood i pomocy w kotwiczeniu magii w Starym Miejscu, był dość wymowny. Być może stał za tym egoizm naturalny dla większości Fae – a być może, mimo ochoczego potępiania Lyrry za jej decyzję, nikt nie ufał Diannie na tyle, by zaproponować pomoc, nie po tym, jak złamała obietnicę daną Muzie.

Mógł zwalczać chłodną uprzejmość klanu za pomocą ostrych słów, ale nie mógł walczyć z tym, co działo się w Sylvalanie. To, co widział w niektórych wioskach, przez które przejeżdżał ostatniego lata i jesieni, zmroziło go. Kobiety nosiły coś zwanego wędzidłem sekutnicy, co pozbawiało je możliwości mówienia. Widział obnażoną kobietę przytroczoną do słupa w miejscu publicznym, podczas gdy mężczyźni obserwujący jej kaźń nie byli w stanie powiedzieć mu, co takiego zrobiła, by zasłużyć na takie traktowanie – wspominali jedynie, że konieczne było nauczenie jej skromności i uprzejmego zachowania.

To było wystarczająco złe. Ale przez zimę coś jeszcze przybyło zza rzeki, z Wolframu; coś, co wprawiało ludzi w taki niepokój, że nie chcieli o tym rozmawiać. Coś, co nakazywali wdrażać w życie baronowie na wschodzie, by upewnić się, że kobiety będą zajmować odpowiednie dla nich miejsce w społeczeństwie. „Procedura”, mamrotali mężczyźni, by wyrugować z kobiet niezdrowe uczucia.

Aiden zadrżał i przytulił się mocniej do Lyrry.

Nie był w stanie dowiedzieć się, czym było to nowe niebezpieczeństwo, ale lęk przed nim był jednym z powodów, przez które pogalopował z powrotem do Brightwood.

Cokolwiek złego działo się w ludzkich osadach w Sylvalanie, rozprzestrzeniało się. Nawet taka wioska jak ta, gdzie wszystko wydawało się być na swoim miejscu, budziła w nim niepokój. Tym bardziej teraz, kiedy potrzeba chronienia Lyrry była silniejsza od jego woli przetrwania.

Jutro wyruszą w stronę wiosek położonych bliżej Wzgórz Matki, miejsc bardziej oddalonych od wschodniej granicy Sylvalanu. Może dotrą do Starego Miejsca i stamtąd wyruszą lśniącą drogą z powrotem do Tir Alainn, by odpocząć tam przez kilka dni. I spróbują, raz jeszcze, przekonać Fae, że świat ludzi nie jest już miejscem, gdzie mogli zażywać rozrywek, a przez resztę czasu je ignorować.

Jeśli zaś Fae wkrótce nie powezmą kroków, by ochraniać wiedźmy i pomagać ludziom bronić się przed Inkwizytorami w Sylvalanie, to nikt z nich – ani ludzie, ani wiedźmy, ani Mały Lud zamieszkujący Stare Miejsca, ani nawet sami Fae – nie przetrwa.