Bardzo upalne lato – wakacyjny trójkąt

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Annah Viki M.

Bardzo upalne lato – wakacyjny trójkąt

Lust

Bardzo upalne lato – wakacyjny trójkąt

Zdjęcie na okładce: Shutterstock

Copyright © 2021 Annah Viki M. i LUST

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788728012420

1. Wydanie w formie e-booka

Format: EPUB 3.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą Wydawcy oraz autora.

Miałam już dość tamtego lata. Było upalne i wilgotne, przez co cholernie męczące. Noce nie dawały wytchnienia. Odpoczywałam jedynie zanurzona w jeziorze, ale nawet ono nie dawało mi wtedy radości. Nic mi jej nie dawało. Siedziałam na ławce na ostródzkim deptaku i gapiłam się na wodę, czując, jak biała sukienka na ramiączkach przykleja mi się do ciała. „Namiętność” – powtarzałam w myślach. Dobre sobie. Zapomniałam, że coś takiego istnieje. Wyłączyłam w sobie tę potrzebę i niespecjalnie miałam ochotę włączać. Przez moje ciało przebiegł dreszcz, bynajmniej nie podniecenia – raczej przerażenia, że mogłabym to znów poczuć i nie móc spełnić tej jakże przyziemnej potrzeby. Tak naprawdę to nie wiem, czy kiedykolwiek spełniałam się w namiętności tak do końca, tak na sto procent. No ale już na pewno tamtego lata nie chciałam sobie przypominać, czym ona jest. Jedyną moją namiętnością były lody. Waniliowe, w polewie czekoladowej, z ciągnącym się karmelem w środku. Obłęd. Wtedy, na tej ławce, w lepiącej się do ciała sukience, także jadłam lód, który się roztapiał i ściekał mi po palcach. Oblizywałam je, jednocześnie liżąc słodką i obłędnie dobrą chłodną masę umieszczoną na patyku. Czy namiętność do lodów spełniłaby oczekiwania profesora?

Smutek przyfrunął skądś wraz z wiatrem i usiadł mi na ramionach. Swoje ważył. Próbowałam go strzepnąć, ale przyczepił się kurczowo. Wciąż bolało. Policzyłam miesiące. Siedem. Siedem długich miesięcy, a jednak nadal sobie nie poradziłam. Siedem. Magiczna cyfra, symbol całości i dopełnienia. Ja czułam się wyjątkowo niepełna i dziurawa. I jakaś taka potłuczona. Myślałam, że może te zajęcia z malarstwa oderwą mnie od tego, od czego chciałam się oderwać, i wtedy dostaliśmy to zadanie. „Namaluj namiętność”. Prychnęłam, a kawałek lodu skapnął mi wprost na kolana, zahaczając o skrawek sukienki. Szybko wyrzuciłam do śmietnika resztę rozmemłanego wafelka i próbowałam ratować kieckę, trąc chusteczką, co oczywiście tylko pogorszyło sprawę. Westchnęłam. Miałam dość słońca. Rozejrzałam się dookoła. Na deptaku tłum ludzi. W szczególności rodziny z dziećmi i pary zakochanych. Moją uwagę przyciągnęła dziewczyna mniej więcej w moim wieku, nie miała więcej niż trzydzieści lat. Stała zwrócona bokiem w moją stronę i trzymając za rękę chłopaka, coś do niego mówiła. Jej ciało wydawało mi się idealne. Była wysoka, szczupła, opalona na złocisty brąz, a jej czarne, lekko falowane włosy spływały swobodnie aż do jej zaokrąglonych pośladków, które wcisnęła w szare legginsy kończące się tuż przed kolanem. Do tego włożyła biały, opięty top, dzięki czemu ja oraz każdy, kto na nią spojrzał, mogliśmy podziwiać jej umięśniony, płaski brzuch i średnie, jędrne piersi, które nie potrzebowały stanika. Westchnęłam z zazdrością. Mojemu ciału zdecydowanie brakowało tej sprężystości. Może i byłam szczupła, ale piersi miałam zdecydowanie mniejsze i trochę się ich wstydziłam, za to mój tyłek rozlewał się radośnie na boki. Paweł mówił, że to seksowne. Widocznie nie na tyle, by powstrzymało go to przed odejściem tuż przed świętami Bożego Narodzenia po dziesięciu latach trwania naszego związku. Potrzebował przestrzeni. Nie zdążył poznać świata i się dusił. Tak właśnie powiedział. Czego ja potrzebowałam – nie zapytał. Otrząsnęłam się z tych myśli, bo smutek był wystarczająco ciężki. Znów spojrzałam na piękną dziewczynę i jej partnera. Był jej wzrostu, a może nawet ciut niższy. Zupełnie nie oszałamiał urodą: równie szczupły co ona, co u mężczyzn uważałam za wadę, twarz zupełnie nijaka, włosy ani ciemne, ani jasne. Nie wyróżniał się niczym. Nawet brzydotą. Bo brzydki też nie był. Był zwyczajny. Jednak ona wpatrywała się w niego tak, jak ja kiedyś parzyłam na Pawła. Później nasze spojrzenia się rozjechały, tak jak rozjechał się nasz związek i ja na jego końcu także. Tak właśnie się czułam. Rozjechana i odrętwiała. To nie był dobry czas na namiętność. A jednak profesor malarstwa sprawił, że wracałam myślami do tego tematu już od kilku dni.

Bogumił Bystrzycki. Chciał, żeby właśnie tak się do niego zwracać. „Pani Maleno, mam na imię Bogumił” – powiedział, gdy zwróciłam się do niego per panie Bogdanie. Powiedział to grzecznie, acz dobitnie. Na tyle, że nigdy więcej nie pozwoliłabym sobie zwrócić się do niego inaczej. Myślę, że dobiegał pięćdziesiątki. Wskazywały na to jego szpakowate włosy i zmarszczki wokół oczu oraz na czole. Poza tym był wysoki i przystojny. Krok miał sprężysty, a spojrzenie szarych oczu – bystre. Kiedyś pewnie zwróciłabym na niego uwagę, jednak tamtego lata wszystko było mi obojętne. Przystojni faceci nie robili na mnie żadnego wrażenia.

Podniosłam się w końcu z ławki i ruszyłam w stronę mieszkania. Jeszcze raz spojrzałam w kierunku pary, która wcześniej zwróciła moją uwagę. Tym razem spletli się w namiętnym pocałunku. On zawinął jej włosy na swojej ręce i trzymał w mocnym uścisku, przyciskając jej usta do swoich ust. Drugą rękę umieścił bezczelnie między jej nogami, zupełnie nic sobie nie robiąc z tego, że znajdują się w miejscu publicznym. Jej ręce zwisały swobodnie, a ona oddawała się mu w niemej uległości. Westchnęłam, odwróciłam wzrok, zawstydzona, że ich podglądam, choć chyba chcieli być podglądani, skoro robili to w takim miejscu, i powoli ruszyłam w stronę miasta. Do bólu dosiadła się zazdrość. O to, że mają siebie. I że siebie chcą. Ile mogli być ze sobą? Miałam ochotę podejść, wyrwać ją z jego objęć i zapytać. I nie uwierzyłabym, gdyby powiedzieli, że wiele lat. Z mojego doświadczenia wynikało, że po kilku latach namiętność znika. Ale jakie ja miałam doświadczenie? Jeden związek, i to od ogólniaka. Jeden nieudany związek. Czy Paweł kiedykolwiek trzymał mnie tak mocno? Nigdy. I właśnie wtedy, w tamtej sekundzie, zapragnęłam, by ktoś mnie tak złapał i przytrzymał. By wziął mnie jak swoją, bo mógł i chciał. Chciałam, by ktoś mnie chciał. Wtedy coś drgnęło nieznacznie w moim ciele. Jakiś zalążek tego, czym powinna być namiętność. Drgnęło i uleciało. A ja się wzdrygnęłam i poszłam. Noga za nogą do dusznego mieszkania.

Tamtego wieczoru aura nadal była ciężka. Upał nie odpuszczał nawet na chwilę. Mimo otwartych w mieszkaniu okien powietrze ani drgało. Włączyłam wiatrak, który rozgarnął ten ciężki żar i dał chwilowe wytchnienie. Postanowiłam sobie jeszcze pomóc prysznicem. Chłodny strumień sprawiał ulgę. Zmywał także pot, brud i zmęczenie. Tylko smutku nie chciał zmyć. Stałam tak chwilę, rozkoszując się zimną wodą, aż w końcu ją zakręciłam i wyszłam. Gorąca masa dopadła mojej skóry i znów na niej osiadła, jeszcze bardziej przygniatając do moich barków smutek i zazdrość. Uznałam, że się z nimi rozprawę. Ruszyłam nago przez mieszkanie, ociekając wodą i zostawiając mokre ślady na wielkich, szarych kaflach. Zatrzymałam się w sypialni przed dużym, stojącym lustrem w srebrnej ramie. Fantastycznie korespondowało z fioletem ścian. Przez chwilę się sobie przyglądałam, jednak zawstydzona zamknęłam oczy, by po chwili znów je otworzyć. Mokre włosy przyklejały się do zaróżowionej twarzy. W jasnoniebieskich oczach czaiło się zmieszanie. Mimo to spojrzałam niżej, tak jak nigdy wcześniej na siebie nie patrzyłam. Nie pod kątem tego, jak wyglądam, ale tego, co to ciało mogłoby mi dać. Niepewnie podniosłam dłoń i chwyciłam ciemny sutek. Nie zareagował. Potarłam go więc i szczypnęłam. Drgnął, skóra się ściągnęła, a on wyprężył w kierunku moich palców. Złapałam więc i wykręciłam leciutko. Zamrowiło. Puściłam. Zostawiłam go, choć prężył się zachęcająco. Nie miałam jednak litości. Nie poświęciłam mu już uwagi. Oklapł odepchnięty. Dotknęłam płaskiego brzucha, zatoczyłam koło wokół pępka i zjechałam na uda, w moim odczuciu zbyt masywne. Za to obsypane piegami. Jakby natura chciała dodatkowo wyróżnić właśnie tę część mnie. Poza piegami tam miałam jeszcze trzy na nosie. I tyle. Przypomniałam sobie nagle, jak Paweł, gdy się poznaliśmy, kładł się na tych moich udach i liczył piegi. Raz, dwa, trzy, cztery i znów: raz, dwa, bo się pogubił, bo ominął, bo policzył dwa razy, raz, dwa, trzy, śmialiśmy się wtedy jak dzieci. I znów, raz, dwa, trzy… I w końcu miał dość liczenia. Kusiło go coś innego. Udawał, że szuka kolejnych piegów, aż w końcu lądował z palcem na mojej kobiecości. Wstydziłam się wtedy tak leżeć przed nim obnażona, z nogami rozłożonymi. Ale on chciał. Chciał na nią patrzeć. I patrzył. Rozszerzał jej płatki i patrzył. Czasem dmuchał, na co moja łechtaczka reagowała. Wypychałam więc biodra w jego kierunku, a on cofał się, przytrzymywał moje uda i dalej patrzył. I nic się nie działo długie minuty. Tak, w tamtych chwilach byłam obiektem jego pożądania. Smutek powrócił ze zdwojoną siłą na te wspomnienia. W moich oczach pojawiły się łzy i jeszcze większe zawstydzenie. Zabrałam dłoń z mojego ciała i szybko odwróciłam się w kierunku szarej szafy. Wyciągnęłam lnianą, beżową sukienkę i wciągnęłam ją na siebie. Zapomniałam o majtkach, ale w tamtej chwili to już nie miało znaczenia. Uciekłam z sypialni w poszukiwaniu telewizora. Odkrywanie namiętności nie było dla mnie. Postanowiłam, że powiem to profesorowi Bogumiłowi na kolejnych zajęciach. Uznałam, że nie może tego ode mnie wymagać.

***

Patrzył poważnie, kiwając głową, ale dałabym sobie rękę uciąć, że w kącikach jego ust drgał uśmiech. Drwił?

 

– Pani Maleno, sztuka polega na przekraczaniu barier – powiedział mi wtedy.

– Panie Bogumile, kiedy ja tego nie czuję – przyznałam i spuściłam głowę.

– To proszę poczuć. – Uśmiechnął się lekko, gdy na niego spojrzałam.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?