Atlantyda pod Krakowem

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 5. Sowa, mapa i klucz

Daniel przeciął osiedle Szklane Domy i zbliżał się do Łaźni Nowej. Przywitał go tam leciwy i surowo spoglądający portier.

– Słucham, w czym mogę pomóc? – Zagrodził Cisowskiemu drogę.

– Szukam mapy starej Nowej Huty albo kogoś, kto wie coś na ten temat.

– To starej czy nowej? I tak nie ma pan tu czego szukać.

– Doszły mnie słuchy, że kiedyś zbieraliście materiały o tej dzielnicy.

– Tak, ale nie ma tu nic dla pana.

– Skąd pan wie?

– Na spotkania proszę się umawiać telefonicznie. Ja tu tylko pilnuję.

Daniel wyszedł, nie żegnając się z opryskliwym portierem. Znał ten typ człowieka. Niezadowolony ze swej pracy i korzystający ze swej pozornej władzy. Jako architekt spotykał wielu takich urzędników. Nieuprzejmość jest często wpisana na stałe w ich zawód. Swoje kroki skierował teraz do Muzeum Historycznego Miasta Krakowa na osiedlu Słonecznym. Gdy szedł, jego myśli powróciły do propozycji na weekend, którą dostał od żony. „Dom pod Strzechą? Brzmi całkiem miło. Dom pod… no jasne! Jak mogłem na to nie wpaść? Dom pod Sową. O to chodzi w tym liście. Gdzieś w Krakowie pewnie jest taki dom”. Był jeszcze oszołomiony swym odkryciem, gdy otworzył szklane drzwi muzeum. Zastanawiał się nad tym, o co właściwie ma się zapytać.

– Mapy. Mają panie może jakiekolwiek mapy Nowej Huty? – skierował pytanie do obydwóch pań siedzących przy osobnych biurkach.

Jedna zupełnie go zignorowała, czytając dalej gazetę pod stołem, druga zaś wyglądała jak zaczarowana z otwartymi w lekkim uśmiechu ustami. Wśród czarnych bujnych loków błyszczały niebieskie oczy. Coś elektryzującego było w tej sytuacji. Daniel czuł się dziwnie miło, gdy na niego patrzyła. Działała na niego tak, że chciał ją otoczyć sobą, swoją opieką i ramionami. On był ogromny, ona taka drobniutka.

– Mapa? Tak. Nie. Nie mamy. Zdjęcia. Jakiej Nowej Huty? To znaczy z którego okresu? – Zapatrzonej w Daniela młodej kobiecie plątał się język.

Cisowski podszedł do niej bliżej i spytał szeptem:

– Podziemnej Nowej Huty. Słyszała pani może coś o schronach przeciwatomowych? – Daniel obrócił się, by zobaczyć, czy druga kobieta im się nie przysłuchuje.

– Proszę ze mną na zaplecze. Tam panu podyktuję numer do odpowiedniej osoby.

– Dziękuję. – Skinął głową.

Na zapleczu młoda kobieta z ciemną burzą loków pokazała mu krzesło i zasugerowała, by na nim usiadł. Sama zajęła miejsce naprzeciwko.

– Po co panu taka mapa?

– To poważna sprawa. Sam dokładnie nie wiem, o co chodzi. – Rozmawiał z tą młodą osobą, jakby znali się od lat.

– Muzeum, nawet gdyby miało taką mapę, nie wydałoby jej panu. Mój tata był kiedyś w jej posiadaniu. Ale nie wiem, czy jeszcze ją ma. Brał udział w budowaniu tych tuneli. W zasadzie nie powinnam panu nawet o tym mówić. Kim pan w ogóle jest?

– Przepraszam, nie przedstawiłem się. Daniel Cisowski. – Wstał i kurtuazyjnie ucałował rękę speszonej nieco kobiety.

– Nic nie szkodzi. Borkowska. Sara Borkowska. Czy my się gdzieś wcześniej nie spotkaliśmy? – Nie wyjmowała dłoni z jego uścisku przez dłuższą chwilę, patrząc mu prosto w oczy.

– Nie. Raczej nie. Pamiętałbym taką ładną kobietę. – Znów wywołał w niej lekkie onieśmielenie.

– Zapytam tatę o tę mapę. Proszę zostawić mi swój numer telefonu. – Spuściła wzrok, by ukryć swoje zawstydzenie.

– Dobrze. Byłbym wdzięczny. A… przyszło mi do głowy coś jeszcze. Czy macie może jakiś zbiór nazw domów i kamienic w Krakowie?

– Niestety nie. Ale znam człowieka, który jest w ich posiadaniu. Proszę poczekać. – Wyciągnęła notes z torebki i zaczęła dyktować: – Profesor Bartnicki. Można go spotkać w Instytucie Historii Architektury i Konserwacji Zabytków na Kanoniczej 1. Ale łatwiej będzie pod adresem domowym. – Podsunęła mu karteczkę z namiarami na profesora.

– No tak. Mogłem sam na to wpaść.

– Nie rozumiem?

– Przepraszam. Z zawodu jestem architektem.

– O jak miło. To mój wujek. Proszę się powołać na mnie. Powinien pomóc. I niech pan się nie przejmuje, jeśli wujek będzie nieuprzejmy, ma już swoje lata.

Daniel pożegnał się z kobietą, patrząc jej głęboko w oczy. „Masz żonę, idioto” – skarcił się w myślach i wyszedł. Do profesora postanowił iść jutro. Było już południe, a chciał jeszcze sprawdzić wszystkie możliwe miejsca, gdzie ktoś mógłby mu pomóc z drugą połówką mapy. Odwiedził Urząd Miasta Krakowa na Rynku Podgórskim, Grodzki Ośrodek Dokumentacji Geodezyjnej i Kartograficznej na Grunwaldzkiej i Urząd Marszałkowski na Racławickiej. I nic. Wszyscy słuchali go, jakby mówił o jakiejś ciekawostce, a potem szybko kończyli rozmowę, twierdząc, że o niczym takim jak schrony przeciwatomowe w Nowej Hucie nie słyszeli. Zaczynał wątpić, że druga część mapy w ogóle istnieje. Starszy pan podrzuciłby mu przecież obydwie części, gdyby je miał. Coś mu tu nie pasowało.

Następnego dnia odpowiedź przyszła sama. Stojąc przed drzwiami profesora Bartnickiego, strach ścisnął mu żołądek. Wiedział, o co ma pytać, ale przez wzgląd na respekt do profesorów ze swej uczelni czuł lekki strach. Zupełnie jak za czasów studenckich.

– Dzień dobry. Nazywam się Daniel Cisowski. Dostałem namiary do pana od pańskiej… od Sary Borkowskiej, która pracuje w Muzeum Hist…

– Wiem, gdzie pracuje moja chrześnica, i mam ją jedyną, więc niech pan mi już nie tłumaczy. W czym mogę pomóc?

Mężczyzna, choć w podeszłym wieku, wyglądał nienagannie. Był surowy w rozmowie, ale zarazem elegancki i dystyngowany. Daniel czuł, że ta rozmowa będzie krótka i konkretna.

– Przyszedłem zapytać o dom bądź kamienicę pod Sową. Czy mówi panu coś ta nazwa? – zaczął bez zbędnych wstępów, co spodobało się profesorowi.

Uprzejmym gestem zaprosił gościa, by wszedł dalej. Daniel schylił się, gdyż pawlacz nad wejściem nie pozwalał mu się wyprostować. „Pawlacze – pomyślał z dezaprobatą – najbardziej szpetny i zapychający przestrzeń wymysł architektów wnętrz wychowanych na komunizmie. Już sama nazwa takiego schowka, którym wypełniano każde wolne miejsce pod sufitem, jest śmieszna i nie na czasie”.

– Proszę wejść dalej. Rozmawiam z panem tylko dlatego, że przysłała tutaj pana moja chrześnica. Proszę mi powiedzieć dokładnie, czego pan szuka. Zaparzę tylko herbatę i czekam na wyjaśnienia.

Starszy pan Bartnicki po dłuższej chwili wyszedł z kuchni ze szklankami w metalowych koszyczkach. Cukierniczka, z maleńką srebrną łyżeczką, stała już na środku okrągłego, drewnianego stołu, przykrytego ciężkim koronkowym obrusem. Fusy jeszcze nie zdążyły opaść na dno, a Daniel już poparzył sobie język. Nic jednak nie dał po sobie poznać. W małym pomieszczeniu, nieco mrocznym w wystroju, ale z ogromną ilością detali, czuł się trochę jak w pułapce. W centralnym miejscu pod ścianą stał duży przeszklony kredens z ciemnego i połyskującego drewna. Ustawiono w nim cały serwis filiżanek i kryształowych kieliszków, misy i małe aniołki przy szybie. Okno przysłaniała ciężka, zielona, zamszowa kotara. Na ścianach wisiały obrazy. Kiczowate, niepasujące do siebie i w większości przedstawiające myśliwskie polowania. Tylko jeden z nich przedstawiał starą kamienicę, narysowaną ołówkiem. „Czas tu naprawdę się zatrzymał” – pomyślał Daniel. Pan Bartnicki zauważył, na czym Daniel skupił swój wzrok, i powiedział:

– To Sara naszkicowała tę kamienicę.

– Aha. Bardzo ładna.

– Sara?

– Nie, kamienica. – Daniel z przerażeniem popatrzył na profesora. – Dużo detali, mocna kreska, pewny szraf, idealne przedstawienie światłocienia – tłumaczył speszony.

– Dostała za to tylko czwórkę. Ale to prezent, więc zachowałem. Wróćmy do pana kamienic. Pod Sową, mówi pan? Mogę wiedzieć, po co to panu? – zapytał Bartnicki

– Otóż poszukuję pewnej informacji… eee… ktoś chce mi coś przekazać, ale pozostawił niewiele wskazówek. Studiowałem architekturę, również w pana katedrze, ale nie mam pamięci do nazw. To bardzo ważna sprawa. Może nawet życia i śmierci.

– Dobrze więc. Pomogę panu, tylko co ja z tego będę miał? – Starszy pan upił łyk, bacznie przyglądając się swojemu gościowi.

„Myśl Daniel, myśl. Taka okazja może się już nie pojawić. Jesteś już blisko. Jak go przekonać? – Pot wystąpił mu na czoło. – Czy profesor nie zasugerował mi właśnie łapówki?” – pomyślał.

– I jak, panie Danielu? – Starszy pan uśmiechnął się.

– Chce pan pieniądze? – Daniel nie mógł uwierzyć, że właśnie to powiedział.

Na szczęście Bartnicki zobaczył niesmak na twarzy Cisowskiego. Koszyczek ze szklanką wyślizgnął się Danielowi z rąk i herbata wylała się na śnieżnobiały obrus. Zesztywniał z przerażenia.

– Ha, ha, ha! – zaśmiał się głośno profesor. – Niech się pan nie stresuje, żartowałem. Widzę, że dobrze panu z oczu patrzy. Obrusem proszę się nie przejmować. Pokażę panu te kamienice bez żadnych gratyfikacji. Chrześnica nie przysłałaby mi tu byle kogo, prawda?

– Chyba nie. – Daniel otarł czoło. – O matko! Ależ mnie pan wystraszył. Jest mi niezmiernie przykro, że tak się wygłupiłem. Ja taki nie jestem – zaczął się bez sensu tłumaczyć. Nie dowierzał, że posunął się do takiego kroku, by zdobyć informacje. „Czy ja zaczynam być taki jak Oskar, który załatwia sprawy od ręki i zawsze skutecznie?” – męczyły go wyrzuty sumienia.

– Ja też taki nie jestem. Potraktujmy to jak rozluźnienie sytuacji. Rzadko mnie tutaj ktoś odwiedza. Mówi pan, że ma słabą pamięć do nazw? To jak pan skończył studia?

– Jakoś mi się udało. – Uśmiechnął się niewinnie.

– Proszę poczekać. – Profesor podszedł do biblioteczki i wyciągnął z niej stary album o Krakowie. Założył okulary i przewertował parę kartek. – Tak. Są trzy obiekty, które mają w swych detalach sowy. Pierwszy z nich, o którym książki na ogół nie piszą, to Dom pod Globusem. – Profesor zmroził pytające spojrzenie Daniela. – Tak. Na rogu Basztowej i Długiej. Niewiele osób wie, że na dachu dawnej Izby Handlowej i Przemysłowej widnieje sowa jako symbol wiedzy. Czy coś panu to mówi? Czy to ten obiekt?

 

– Nie. Chyba nie ten. Wskazówka mówiła coś o podniesionych skrzydłach sowy. To chyba raczej bardziej widoczny symbol.

– Przejdźmy zatem dalej. Najbardziej znanym Domem pod Sową jest ten na Rynku Dębnickim. To najstarszy budynek w tamtej zabudowie. Sowa jest płaskorzeźbą wieńczącą fasadę. Wykonał ją Wilczyński w 1926 roku. Proszę zobaczyć na tym zdjęciu. – Postukał palcem w czarno-białą fotografię.

– Hmm… A ta ostatnia, która przychodzi panu do głowy? Chcę mieć porównanie. Może mnie olśni.

– Ostatni obiekt to Kamienica pod Sową, w której mieści się do dziś antykwariat. Projektował ją Bandurski w 1907 roku. Tak wygląda sowa z tej kamienicy. – Profesor pokazał wolnostojącą rzeźbę u szczytu z podniesionym jednym skrzydłem. – A adres? Zaraz, zaraz… mam: Aleje Krasińskiego 21.

– Tak! To ta! Aleje, oczko i sowa z podniesionym skrzydłem. – Daniel odłożył szklankę i wstał energicznie.

– Pomału. Jeszcze mi pan potłucze wszystko. To o nią panu chodziło?

– Tak! Serdecznie panu profesorowi dziękuję. Będę już leciał. Czas na mnie. – Ukłonił się w pośpiechu, uścisnął mocno rękę profesora i wyszedł.

Po jakimś czasie zaparkował swoje audi A10 zaraz pod wejściem do antykwariatu. Pchnął ciężkie drzwi z napisem „Otwarte” i wszedł po cichu do środka. Chciał się rozejrzeć niezauważony, ale dzwonek nad drzwiami uprzedził zaczytaną panią siedzącą za ladą.

– Witam, w czym mogę pomóc?

– W zasadzie to sam nie wiem.

– Czego pan szuka?

– Mam prosić o klucz – wyjaśnił krótko.

Kobieta stanęła za ladą na baczność ewidentnie ożywiona prośbą.

– Jaki? – Chciała wybadać, czy przyszła do niej odpowiednia osoba.

– Miał być tu zostawiony dla mnie specjalny klucz. Nazywam się Cisowski. Może to nazwisko coś pani powie.

– To mi w zupełności wystarczy. – Szczupła kobieta uśmiechnęła się nerwowo i zniknęła na zapleczu. Chwilę później położyła na ladzie stary klucz i podała Danielowi list. – Starszy pan prosił o przekazanie jeszcze tego.

– Czy wie pani, jak się nazywał ten pan?

– Nie. Niestety nie. Nie widziałam dobrze jego twarzy. Wydaje mi się, że nie jego powinien pan szukać.

– Rozumiem. Dziękuję w takim razie. Do widzenia. – Skinął lekko głową i wyszedł.

W samochodzie obejrzał dokładnie otrzymany klucz. „Z pewnością nie do podrobienia” – pomyślał, patrząc z uznaniem na małe dzieło sztuki. Jego górna część przypominała gotycki portal, dolna zaś miała zęby w kształcie litery E. Zagłębienia ząbków przypominały krzyże. Cmoknął z podziwem i włożył go do schowka. Potem otworzył list i przeczytał głośno:

W Mozaice druga połowa za klucz będzie ci dana.

Daniel pamiętał restaurację Mozaika na osiedlu Szkolnym ze swego dzieciństwa. Prężnie działająca, elegancka, z wykwintnym jedzeniem. Potem był tam jeszcze raz i mocno tego żałował. Kiedy wszedł tam parę lat temu, wszyscy spojrzeli znad swoich kufli w jego stronę, dym szczypał w oczy, a pani szatniarka spała w najlepsze. Gdy przejeżdżał przez skrzyżowanie na B1, zastanawiał się, co zastanie tam tym razem. W Nowej Hucie było parę takich nieśmiertelnych miejsc. Jednym z nich był fryzjer przy dawnym Świecie Dziecka na osiedlu Zgody. Tam czas naprawdę się zatrzymał. Maskotki, które ozdabiały wystawę, były chyba starsze od niego, z wybrakowanymi włosami bardziej straszyły dzieci, niż zachęcały do pierwszego cięcia włosów.

Stanął teraz przed metalowymi drzwiami restauracji i z obawą mocno je pchnął. Nie drgnęły. Spróbował jeszcze parę razy, aż w końcu naparł na nie całym ciałem. Puściły. Roztarł ramię i wszedł powoli do środka. Ku jego zaskoczeniu lokal, choć w PRL-owskim stylu, wyglądał całkiem nieźle. Jasne pomieszczenie i nowy wystrój zachęcały. Podszedł do baru i pokazał klucz, nic nie mówiąc. Barman poprosił o cierpliwość. Wrócił po chwili z łysym mężczyzną, w wieku może pięćdziesięciu lat.

– Słucham. Mogę w czymś panu pomóc? – Zmarszczył brwi.

– Dzięki temu podobno mam coś tutaj dostać. – Jeszcze raz wyciągnął z kieszeni klucz i ostrożnie pokazał łysemu mężczyźnie.

– No wreszcie. Chcę się już pozbyć tej tuby. – Uśmiechnął się z ulgą. – Ponoć będzie pan wiedział, co z tym zrobić.

– Tak. Tak mi się wydaje. Dziękuję. Czy to wszystko? Nie ma pan dla mnie jeszcze jakiejś informacji?

– Nie. Dlatego pytam, czy wie pan, co z tym zrobić.

– Zobaczę. – Uśmiechnął się i uścisnął dłoń mężczyzny.

Wychodząc stamtąd, Daniel zastanawiał się, dlaczego starszy pan tak komplikuje przekazywanie wiadomości. Był już zmęczony tymi podchodami. Odpowiedź przyszła szybciej, niż myślał. Gdy doszedł do audi, zauważył, że coś jest nie tak. Zamek w drzwiach był wykrzywiony. Na chodniku leżał wytrych.

– Cholera! Włamanie.

Ktoś się spieszył. Otworzył powoli drzwi, by zobaczyć, jakie zniszczenia zastanie w środku auta. Na pierwszy rzut oka wszystko było na swoim miejscu. Nic nie zniknęło. Nawet radyjko.

– O co chodzi?… Schowek! Ktoś szukał klucza! – Ścisnął go mocno w dłoni.

Zawartość schowka leżała na wycieraczce pod siedzeniem pasażera. Daniel wsiadł do środka. Chciał jak najszybciej stamtąd odjechać. Czuł się obserwowany. To wszystko zaczynało nabierać kryminalnego rozmachu. To już nie była zabawa w podchody, tylko wyścig z czasem o coś poważnego. Chciał być już w domu, przy Darii. Wiedział, że musi jak najszybciej rozwiązać tę sprawę. Zaczynał się bać.

Gdy wrócił do domu, Daria poczekała, aż Daniel chwilę odsapnie. Lubiła go obserwować. Wydawał jej się bardzo przystojny. Prawie dwa metry wzrostu robiły na niej wrażanie za każdym razem. Zresztą nie tylko na niej. Był umięśniony, ale nie tęgi, taki w sam raz. Najbardziej podobały jej się jego szerokie ramiona. Po ciężkim dniu Daria odnajdywała w nich poczucie bezpieczeństwa i ciepło. Po pół godzinie zaczęła delikatnie wypytywać go o dzień.

– Nie pytaj. Jeszcze tyle dziwnych rzeczy co dziś w życiu mi się nie przytrafiło.

– Aha. Opowiesz mi o nich? – spytała, podając spaghetti na stół.

– Dziś chyba nie. Głowa mi pęka od tego wszystkiego.

Stanęła za nim i zaczęła masować mu skronie.

– To może ten weekend razem?

– Myślę, że to będzie dobry pomysł. Musimy stąd uciec. – Uśmiechnął się sam do siebie, myśląc o tym, ile w tym stwierdzeniu dosłowności.

– W porządku. Jestem za! Zaraz zarezerwuję miejsca.

– Załatwię jeszcze tylko parę spraw do końca tygodnia. Ale w piątek po południu możemy wyjechać.

Gdy zjedli, Daniel położył się, próbując zdrzemnąć się na chwilę i oczyścić umysł od setek pytań i niepokoju. Gdy tylko zamknął oczy, zobaczył burzę loków Sary, dziewczyny z muzeum. Nie chciał, by wspomnienie odpłynęło. Umysł w stanie alfa pracuje na zwolnionych obrotach i świadomość podpowiada wiele rozwiązań lub przypomina o zapomnianych rzeczach do zrobienia. Sara zniknęła w jego głowie. Pojawił się obraz starca, z którym się zderzył i od którego wszystko się zaczęło. Pomyślał, że pierwszy list otrzymał na konferencji w urzędzie, gdzie walczył o nową nazwę Nowej Huty. „To logiczne. Przecież on tam był. Sprawdzę jutro po pracy listę zaproszonych uczestników. Pewnie jest jakimś profesorem albo urzędnikiem”.

Rozdział 6. Podwójne życie

Daniela obudził sen. Przerażający. Rozmawiał z samym sobą. Miał kobiece rysy twarzy, ale to był on. Na pewno. Atmosfera we śnie była napięta. Ta postać naprzeciwko próbowała mu coś wytłumaczyć i coraz bardziej denerwował ją fakt, że Daniel nie może jej usłyszeć. Za nią stały cztery skrzynie. Kolorowe i bardzo stare. Całe oblepione błotem. Ta postać pokazywała to na niego, to na skrzynie. Daniel ocknął się w pokoju. Otworzył oczy, ale było jeszcze ciemno. Odetchnął głęboko, wstał, wziął szklankę z wodą ze stołu i podszedł do okna. Daria przebudziła się i sennym wzrokiem patrzyła na niego. Uchylił zasłonę. Oparł głowę o framugę okna i patrzył na mokrą ulicę, jakby czegoś tam szukał. Blady świt na chwilę rozświetlił mu rysy twarzy. Były ostrzejsze. Zmarszczki wokół oczu pogłębiły się i tym samym dodawały uroku osobistego. Oczy w ciemnościach wyglądały jak dwa węgielki. Daria pomyślała, że takie magnetyczne, głębokie spojrzenie przyciągało do niego niejedną kobietę. Była tego świadoma. Ufała mu i wiedziała, że w tym olbrzymim ciele kryje się nieśmiały chłopiec, który nie jest zdolny do zdrady. Czuł się wręcz nieswojo w sytuacjach z kobietami. Przez swój wzrost patrzył na nie z góry i bardzo tego nie lubił.

– Co się stało, kochanie?

– Nic, śpij, już do ciebie wracam.

– Miałeś zły sen? – Próbowała oderwać go od mrocznych myśli.

Zastanawiał się przez chwilę, czy jej nie powiedzieć, co go ostatnio spotkało. Chciał zrzucić z siebie ciężar niebezpiecznej tajemnicy. Jednak za bardzo się o nią bał. Czasem lepiej czegoś nie wiedzieć. Położył się obok. Daria włożyła mu ciepłe kolano między uda, a głowę położyła na jego sercu. On zaś odgarnął jej z czoła kosmyk włosów i uśmiechnął się, patrząc na jej spokojną twarz.

Wydawało mu się, że zamknął oczy tylko na chwilę. Obudził go głośny dźwięk szybko odsuwanej zasłony. Daria była jeszcze naga, a jej ciało oświetlone pierwszymi promieniami słońca wydawało się niemal majestatyczne. Daniel zapatrzył się na ten widok, ale o dziwo nie czuł pożądania. To było uczucie empatii i bliskości, które żywił do żony. Cieszył się, że tak swobodnie się przy nim czuje. Zanim Daria skończyła brać prysznic, odpłynął jeszcze na chwilę. Z letargu wyrwała go myśl, z którą wczoraj zasnął. Miał dziś wiele do zrobienia. Przede wszystkim chciał poznać tożsamość starszego pana. Dowiedzieć się bezpośrednio od niego, co ma zrobić z mapami, czego szukać, jak poważna jest sprawa i jak niebezpieczni są ludzie, którzy depczą mu po piętach. Zastanawiał się, dlaczego starszy pan nie powiedział mu wszystkiego od razu. „A może przekazuje mi to w częściach, chroniąc mnie przed tamtymi? Przecież mnie nie dotkną, jeśli nie będę mieć wszystkich elementów układanki – te niepokojące myśli obudziły go, skutecznie podnosząc poziom adrenaliny. – No nic. Pora wstawać. Najpierw mechanik. Może da się jeździć z tym zamkiem? Pokrzywiony, ale działa”.

Do pokoju weszła Daria, wciąż w negliżu, ale z białym ręcznikiem zawiązanym na głowie. Kropelki niewytartej wody skrzyły się na jej piersiach.

– Może ten wyjazd w góry potraktujemy jako obchody naszej ósmej rocznicy ślubu? To nie okrągła data, ale dobry pretekst nie jest zły.

– O matko! Kiedy to? Zapomniałem… – Było mu głupio, że przez ostatnie wydarzenia zapomniał o ich święcie.

– Spokojnie, to za miesiąc, ale możemy przyspieszyć obchody, czyż nie?

Znali się od dwudziestu jeden lat. Ona, jako jedyna dziewczyna w osiedlowej paczce, wybrała właśnie jego. Urzekł ją swoją wrażliwością na świat. A zaczęło się wiele lat temu, gdy zemdlała. On jako jedyny podbiegł do niej i delikatnie ocucił. Daria zawsze opisuje tę historię, jakby miała miejsce wczoraj. Dziś tworzyli dograny układ partnerski. Łączyło ich przyzwyczajenie i głęboka przyjaźń. Fundamenty mają te same… religia, rodzina, znajomi, parę wspólnych pasji, ale było też wiele przeciwieństw, które przyciągały do siebie ich wzajemną ciekawość.

Daniel złapał Darię w pasie, przewracając ją na łóżko. Objął jej twarz i pocałował delikatnie.

– Chodź no tu do mnie, skarbie!

– Ej! Nie mam czasu na gierki. Nie mogę spóźnić się do mojej fascynującej pracy. – Uśmiechnęła się ironicznie i poddała się jego pieszczotom. – Pamiętasz, gdzie mi się oświadczyłeś?

– No… na dachu NCK-u. Wpuścił nas tam twój tata. – Rozbawiło go to wspomnienie.

– Może zrobimy tam kiedyś romantyczną kolację? Jakoś tak ostatnio nie mamy czasu dla siebie.

– Niezły pomysł. O ile nas tam ktoś wpuści.

Daniel miał podobne odczucia jak Daria odnośnie do ich związku. Nie było w nim spontaniczności i zabawy. Wdarła się codzienność. A do tego teraz te dziwne liściki i nowy projekt. To wszystko skutecznie odwracało uwagę Daniela od życia osobistego.

– Widziałam, że używałeś kijków do nordic walkingu. – Daria ucieszyła się, że trafiła z prezentem.

– Tak – odparł krótko, by nie było widać po nim emocji związanych z podarunkiem.

– No to super. Zobaczymy się wieczorem – zakończyła, puszczając do niego oczko.

 

Drzwi zatrzasnęły się za nią. Para z czajnika, nad którym był nieco pochylony, zaczęła łaskotać mu twarz. Ocknęło go to z rozmyślań o Darii. Gdy tylko guzik pstryknął, Daniel poderwał czajnik, dolał wrzątek do ostudzonej wody i zalał nią yerba mate. Potem zebrał się w ciszy i też zatrzasnął za sobą drzwi.

W drodze do biura spotkał Pawła, najlepszego przyjaciela z dziecięcych lat. Byli dla siebie jak bracia. Chłopcy znali się najwcześniej z całej grupy znajomych. Rozstali się, gdy przyszło do wyborów szkół. Paweł, gdy kończył technikum mechaniczne na osiedlu Szkolnym, miał w głowie plan. Chciał iść na studia, na mechatronikę na Akademii Górniczo-Hutniczej, i mieć takie możliwości, o jakich pisali w prospekcie: „Absolwenci znajdują zatrudnienie w różnej wielkości przedsiębiorstwach przemysłu elektromaszynowego, motoryzacyjnego, lotniczego”. Na uczelnię udało mu się dostać za trzecim razem. Pomimo tego dziś i tak pracuje jako operator koparki na budowie. Lubi tę pracę, tym bardziej że jest dochodowa. A wśród morza intelektualistów i indywidualistów tacy ludzie jak on, z fachem w ręku, są na wagę złota. Tak jak Daniel zmienia Nową Hutę dzięki swojej pracy. Choć widywali się rzadko, łączyły ich mocne więzi. Obydwaj dorastali w tej dzielnicy. To ich jeszcze bardziej zahartowało. W wielu sytuacjach byli zmuszeni udowadniać innym, na co ich stać.

– Jak tam kijki od Darii? Widzę, że chyba nie służą – zaczął z uśmiechem Paweł.

– Skąd wiesz, że mi je podarowała? Nie daję rady iść z nimi do pracy. Za bardzo się spieszę – skłamał.

– Aha. Spotkałem Darię parę dni temu, prosiła o radę w tej kwestii. – Na policzek Pawła wypłynął rumieniec. Nie chciał być posądzony o spędzanie czasu z żoną przyjaciela. – A może wyskoczymy do kina? Zrealizowalibyśmy twój kolejny prezent. – Starał się dorównać w szybkim kroku przyjacielowi.

– Przepraszam cię, ale nie dam rady. Dziwnie się teraz u mnie dzieje.

– Masz kłopoty? – spytał zaniepokojony.

– Mam nadzieję, że nie. Słuchaj, może jednak wyskoczmy gdzieś dzisiaj. Przyjdź po mnie do pracy około osiemnastej. Na kino nie mam czasu, ale kawa? Czemu nie. – Zrobiło mu się żal Pawła.

– Super! Będę czekał pod ARC-em.

Daniel wszedł do biura, rzucił skórzaną teczkę na biurko, rudą zamszową kurtkę powiesił na wieszaku za drzwiami i nabrał powietrza głęboko w płuca.

– Piękny dzień. Nowe siły, inspiracje. Koniecznie trzeba to szybko przelać na papier.

Daniel wcisnął guzik przy biurku, by uruchomić program z hologramem.

– Witam pana Cisowskiego. Nie ma pan żadnych wiadomości na skrzynce e-mailowej. Czy mam powiadomić panią Joannę, by zaparzyła panu yerba mate jak zwykle? – miły kobiecy głos rozległ się z głośników.

– Nie, dziękuję. Sam zaraz do niej pójdę.

Ktoś nacisnął klamkę i uchylił drzwi. Daniel zdziwił się, że nie usłyszał pukania. Obrócił się i lekko speszył.

– A, to ty!

– A któż by inny? Rozmawiasz dalej z tym automatem? – Oskar wsunął głowę między futrynę a uchylone skrzydło drzwi.

– Mógłbyś nauczyć się pukać.

– Przepraszam. Słuchaj, wpadnij do mnie koło południa z tymi szkicami, OK?

– Dobra. – Daniela zmroziło, bo jeszcze ich nawet nie zaczął, ale nie dał nic po sobie poznać.

– Mam spotkanie z branżystami w sprawie Galerii Światła, ale powinno się skończyć koło dwunastej.

– OK. To tyle? – spytał chłodno, wciąż zły z powodu drwin wspólnika.

– Tak. Na razie. – Drzwi się zamknęły.

Daniel przekręcił klucz od wewnątrz i ponownie usiadł za biurkiem. Przeciągnął się, założył ręce za głowę i pogrążył się w myślach, co zrobić najpierw. „Najważniejszy jest plan działania. Mapy! One są najistotniejsze”. Rozłożył dwie płachty drobno naszkicowanych planów podziemi i podkleił je gęsią skórką od spodu. Tylko to miał pod ręką. „Przynajmniej nie zniszczy mapy” – pomyślał i zaczął przyglądać się całości wielkiego arkusza centymetr po centymetrze. Najpierw obejrzał pieczątkę w prawym dolnym rogu. Była stara, ale udało mu się odczytać nazwiska głównych projektantów: Ptaszycki, Juchnowicz, Ingarden, Fołtyn. Rok 1949. Po dłuższej chwili cienkie linie projektu zaczęły mu się zlewać i przeskakiwać. Dopiero teraz zauważył na nim maleńkie krzyżyki. Były zaznaczone czerwonym cienkopisem. Ktoś musiał nakreślić je niedawno. Miejsca były różne i oddalone od siebie. „Co to? Trzy miejsca ukrycia?” – zastanawiał się. Daniel podniósł mapę, by obejrzeć ją pod słońce. Nic nie zwróciło jego uwagi. Żadnej wskazówki. Obrócił mapę na drugą stronę. Prócz niewielkich plam nic. „Nie mam szczęścia do tej mapy” – pomyślał z rezygnacją i zwinął ją paroma szybkimi ruchami. Gdy już miał ją włożyć z powrotem, zauważył na tubie wyskrobany napis, niemal niewidoczny: „BARYCENTRUM”.

– Co to jest barycentrum?

Odpalił komputer i wpisał w wyszukiwarce to słowo.

– Powinienem znać tę definicję z geometrii. – Uśmiechnął się lekko. – „Środek geometryczny trójkąta, punkt dzielący każdą środkową na dwie części”. Hmm? „Odcinek łączący barycentrum z wierzchołkiem jest dwa razy dłuższy od odcinka łączącego barycentrum ze środkiem boku trójkąta” – czytał dalej. – No dobra! Chodzi pewnie o te krzyżyki. Tworzą trójkąt. A tu mają swoje… baryyyycentrum. Czy tu są te twoje ukryte informacje, mój ty tajemniczy starszy panie? – mruczał pod nosem, ołówkiem delikatnie łącząc punkty na mapie. – No proszę, i mamy! Super! Chociaż jedna rzecz mi się dzisiaj udała.

Wstał i przeciągnął się. Schował mapę i klucz do tuby i ukrył je dobrze w biblioteczce. Po chwili szkicował już na kalkach projekt koncepcyjny dla inwestycji w okolicach Przylasku Rusieckiego. Do dwunastej były jeszcze dwie godziny.

– Zdążę coś wymyślić – uspokoił sam siebie i dał się ponieść wenie.

Nawet nie zauważył, jak był już kwadrans po dwunastej. Zerwał się na równe nogi, poskładał wszystkie kalki i ruszył na spotkanie z Oskarem. Chciał jeszcze dokończyć rozmowę ze wspólnikiem. W jego głowie pojawiły się kolejne pomysły, uwagi i pytania. Spojrzał w stronę mapy schowanej w biblioteczce i westchnął. Miał poczucie, że od kilku dni prowadzi podwójne życie. Jedno niczym z kryminalnych seriali, a drugie to swoje, zwykłe, które bardzo lubił, jako architekt, mąż i przyjaciel.

Na dwóch płaszczyznach działał też Oskar. Dziś jednak miał w planach wciągnąć Daniela w swój drugi, mroczniejszy świat. Wczoraj, gdy Daniel biegał po urzędach, szukając mapy, którą ostatecznie dostał od niejakiego Romana w Mozaice, Oskar też układał swój niecny plan. Zrobił „ogon” Danielowi, wysyłając swojego człowieka od brudnej roboty. Sam zaś udał się do Urzędu Miasta na Rynku Podgórskim. Wbiegł po schodach i stanął przed pokojem 401. Chciał złapać za klamkę, ale odczekał jeszcze parę sekund, aż nieco ochłonie. Zapukał i wszedł. Usiadł na wskazanym przez urzędnika miejscu naprzeciwko i utkwił wzrok w pęknięciach na ścianach. „Ten budynek nadaje się do rozbiórki” – pomyślał. Gdy urzędnik skończył rozmowę przez telefon, Oskar postanowił się przywitać:

– Witam!

– Mmm…

Nastała cisza. Krępująca cisza. Nagle ogromny mężczyzna, przekręcając swoje ogromne ciało na fotelu obrotowym, odłożył okulary i spojrzał na Oskara.

– Co cię do mnie sprowadza, przyjacielu? – odezwał się ironicznie tubalnym głosem. Ten zwrot pachniał przyjaźnią za duże sumy.

– Już dawno nie ubiliśmy żadnego interesu, Wiktorze.

Dopiero teraz Oskar czuł, jak się rozluźnia. Przez głowę przemknęła mu myśl, że może jeszcze się wycofać. Szybko ją jednak porzucił. Sprawy zaszły za daleko. A pod skórą czuł, że dzięki temu może się szybko wzbogacić. Wiele razy obiecywał sobie przestać, ale rosnące sumy na szwajcarskim koncie sprawiały, że uzależnił się od przekrętów. Traktował je jak swego rodzaju sport.

– A czy nie mieliśmy ograniczyć naszej znajomości do spotkań na mieście przy herbatce, a interesy chwilowo odstawić na bok? – mówił spokojnie tłusty mężczyzna, a jego podgardle falowało razem z każdym słowem.