Atlantyda pod Krakowem

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Prolog

Rozdział 1. Zapach ziemi

Rozdział 2. Walka o Modrą Wodę

Rozdział 3. Piksele Nowej Huty

Rozdział 4. Przekręt

Rozdział 5. Sowa, mapa i klucz

Rozdział 6. Podwójne życie

Rozdział 7. Płotka idzie na dno

Rozdział 8. Plan B

Rozdział 9. Przyjaciel?

Rozdział 10. Opętany samotnością

Rozdział 11. Kochając dwóch

Rozdział 12. Ślady na piasku

Rozdział 13. Rozprawa

Rozdział 14. Na zamku w Nowym Wiśniczu

Rozdział 15. Pobity anioł

Rozdział 16. Przeszłość – teraźniejszość

Rozdział 17. Kolejne próby

Rozdział 18. Projekt: życie

Rozdział 19. Poszukiwania

Rozdział 20. Ona i on. On i ona

Rozdział 21. Wspomnienia mogilskie

Rozdział 22. Dwie ostatnie skrzynie

Rozdział 23. Historie zamknięte w szufladach

Epilog

Dziękuję za wsparcie mężowi Wojtkowi – dzielnemu, cierpliwemu i nader mądremu mężczyźnie mojego życia. Każdego dnia uczy mnie, skąd czerpać siłę. Mojej córeczce Kamili dziękuję za uczenie mnie prostego pojmowania świata oraz miłości do samej siebie. Macierzyństwo jest przystankiem w moim pospiesznym życiu architekta, który pomaga mi zastanowić się nad sensem życia. Dziękuję też rodzicom. Mama zaszczepiła we mnie zamiłowanie do pisarstwa, tata do architektury. Nauczyli mnie wytrwałości w dążeniu do celu. Chcę podziękować też Adze M. za bycie przy mnie w trakcie mojej burzliwej przemiany.

Za trudy w redagowaniu tekstu – ukłon dla Ani D.

Książkę zaś dedykuję samej sobie – walczyłam nią o swoje „ja”.

Mam nadzieję, że uda mi się przekazać ci, Drogi Czytelniku, ciekawą historię. Życzę i Tobie, byś oddał się swoim pasjom, nawet na przekór innym. Pielęgnuj swoje oryginalne „ja”. Pałac, który zbudujesz na tym fundamencie, sięgnie nieba. I pamiętaj, samo budowanie jest jak tort. Cel jest jak wisienka na nim.



Prolog

A jeśli to prawda, że żyłeś już wcześniej? Czy nie wykorzystałbyś w obecnym życiu wiedzy z przeszłości? To jak sen, który śnisz i dzięki któremu możesz zmienić bieg wydarzeń w swoim prawdziwym życiu, nie popełnić błędów, poświęcić sobie więcej czasu, kochać mocniej, rozmawiać więcej, by nie żałować, że jest już za późno. Wiedza z przeszłości być może pozwoliłaby ci zyskać coś lub kogoś wyjątkowego w przyszłości. Zastanawiałeś się kiedyś nad tym?

Rozdział 1. Zapach ziemi

Jest listopad 2025 roku. Zapada zmierzch, cienie zalewają Nową Hutę, ale Daniel nie poddaje się. Kopie już od paru godzin zwykłą sztychówką. Zapach mokrej, świeżej ziemi przechodzi jego nozdrza na wskroś. Jest początek listopada, jest mu coraz chłodniej. Ręce mu zgrabiały, a uczucie niepewności co chwilę przyprawia go o ścisk w żołądku. Z głębokiego dołu widzi już gwiazdy. „Nie poddam się. Skrzynia gdzieś tu musi być – myśli, przypominając sobie wszystkie wskazówki. – A jeśli to wszystko to wytwór mojej wyobraźni?”

Po kolejnym kwadransie Daniel jest zrezygnowany. Kopie jeszcze chwilę, ale zaczyna padać deszcz. Zbiera w pośpiechu sprzęt i zostawia rozkopaną ziemię. Wsiada zły do zimnego, wilgotnego samochodu. Z ciężkim westchnięciem przekręca kluczyk w stacyjce. Nie cierpi tego uczucia porażki. Przepełnia go uczucie pustki, a brak planu sprawia, że czuje się bezradny. Tak długo czekał na tę chwilę. To miało odmienić jego życie. Choć stanął na nogi, liczył, że los wreszcie się do niego uśmiechnie. Będzie musiał zrobić to jeszcze raz. Znowu stać się małą, zagubioną dziewczynką.

Rozdział 2. Walka o Modrą Wodę

Lipiec 2023 roku. W sali konferencyjnej Urzędu Miasta Krakowa było coraz duszniej. Szpitalny wygląd nie inspirował do niczego. Miętowe ściany wcale nie napawały świeżością, pionowo zwisające żaluzje były mocno wybrakowane, olbrzymi stół, a przy nim na zniszczonych biurowych fotelach cała śmietanka krakowskich architektów. Daniel usiłował jeszcze raz zebrać myśli i walczyć. Z drugiej strony chciał jak najszybciej opuścić to przygnębiające miejsce.

– Panie Danielu, wniosek o uznanie Nowej Huty jako miasta przechodzi dalej. Przecież o to panu chodziło. Niech pan już da spokój swoim idyllicznym pomysłom.

– To, że dzielnica będzie teraz autonomicznym miastem, jest podstawą jej dalszego rozwoju. Gdy była częścią Krakowa, nie inwestowaliście w nią. Pod względem urbanistycznym jest przecież idealna. Ma największe perspektywy rozwoju. Spójrzcie chociażby na Park Technologiczno-Przemysłowy w Branicach.

– Chce pan sobie zrobić autoreklamę?

– Nie! Chcę pokazać wam wszystkim, jak bardzo Nowa Huta potrzebuje zmian. To jak strzepnięcie pokomunistycznego kurzu. Skoro funkcje kombinatu uległy diametralnym zmianom, dlaczego nie pójść za ciosem i nie pozbyć się raz na zawsze tej obciążonej peerelowskim wspomnieniem nazwy? – Wiedział, że niewiele wskóra swoimi teoriami. Miał wrażenie, że stoją za tą sprawą większe pieniądze. Nikt z zebranych nie patrzył mu prosto w oczy.

– Powtarzam panu, autonomiczne miasto tak, ale zmiana nazwy na Modrą Wodę nie ma racji bytu! Nie można ot tak zmieniać nazwy. – Stary urzędnik z podwójnym podbródkiem popatrzył po wszystkich, szukając aprobaty.

– Jak to nie?! Do niedawna nikt nie przejmował się Nową Hutą. Uznaliście ją za najniebezpieczniejszą część Krakowa. Pomimo badań socjologów wskazujących Podgórze i Bieżanów jako bardziej niebezpieczne dzielnice.

– Większość mieszkańców nie wyraziła potrzeby zmiany nazwy. Sam pan zbierał te dane. Wynika z nich jasno, że wynik jest niejasny. – Urzędnik zarechotał z ironicznej gry słów, jaka mu wyszła.

– Drogi panie, po pierwsze był to zogniskowany wywiad grupowy. A większość badanych odpowiedziała pozytywnie. Ludzie chcą pozbyć się wszystkiego, co kojarzy im się z przeszłością.

– Przypomnę panu, że do zmian potrzebna jest przeważająca większość. Są ludzie, którzy utożsamiają się z tą nazwą i nic przeciwko niej nie mają. – Urzędnik denerwował się coraz bardziej.

– Zorganizujmy badania socjologiczne wśród mieszkańców. Zapytajmy ich, co o tym sądzą! – Daniela olśniło.

– Ha, ha, ha! Najpierw zróbmy głosowanie wśród nas, czy tego chcemy.

Daniel popatrzył po wszystkich i już znał wynik głosowania. Średnia wieku była bardzo wysoka, a większość ze zgromadzonych stała murem za panem z podwójnym podbródkiem. „Cholera – pomyślał – gdyby był dziś przy mnie Oskar… Nie mam takiej siły przebicia w pojedynkę”. Wsparł głowę o ręce i pochylił się, przeczesując włosy palcami.

Zaczęło się głosowanie. Stary urzędnik uśmiechnął się szyderczo, nie zliczając nawet podniesionych rąk.

– No i jak, panie Danielu? Da pan już spokój? Chyba sobie pan za dużo pozwala, będąc w tej komisji. – Urzędnik znów rozglądnął się po wszystkich, szukając aprobaty krytyki młodego architekta.

– To nie ma znaczenia. Walczę o dobrą sprawę. Mam takie samo prawo do głosu jako architekt co pan jako urzędnik.

– Skąd w ogóle pomysł na taką nazwę? – Pan Podwójny Podbródek próbował odwrócić uwagę.

– Już tłumaczyłem, wszystko jest w dokumentach. – Daniel nabrał powietrza do płuc i powoli je wypuścił. – Modra Woda, ponieważ Zalew Mogilski, który powstał na dawnych Łąkach Nowohuckich, przybrał taki właśnie kolor. Modry. Jak państwo zapewne wiedzą, jest to związane z występowaniem na tym obszarze czarnoziemów. Według mojego wstępnego rozeznania mieszkańcom najbardziej do serc przypadła ta właśnie nazwa.

 

– Mówi pan zapewne o tej połowie mieszkańców, która wyraziła taką chęć?

– Tak, o tej młodszej ich części, która chce nowego, i o tej starszej, która chce pozbyć się blizn politycznych i społecznych.

– Dlaczego w takim razie nikt wcześniej o to nie prosił? Nowa Huta ma prawie siedemdziesiąt pięć lat.

– Z tego samego powodu, z jakiego dopiero teraz walczy się o jej autonomię. Ci ludzie po prostu do tego dojrzeli. Chcą zrzucić łańcuchy niewygodnej przeszłości. Uatrakcyjnić i uaktywnić miejsce, w którym mieszkają. Znaleźć pracę.

– Ja rozumiem zmieniać nazwy ulic, nawet w Nowej Hucie zmieniono ich parę. O! Choćby aleja Planu 6-letniego to dziś aleja Jana Pawła II albo aleja Rewolucji Październikowej to dziś aleja Generała Andersa. Ale o zmianie nazwy miast czy dzielnic nie słyszałem.

– W takim razie wygląda na to, że nie bardzo pan szukał. Gdyby znał się pan nieco na toponimii[1], wiedziałby pan, że było wiele przypadków zmiany nazw miejscowych, w tym nawet nazw państw. – Daniel z dumą rozglądnął się po sali.

– Państw? Proszę o przykłady. – Pan Podwójny Podbródek pocierał ze zdenerwowania nos, nie lubił, gdy wychodziła na jaw jego niewiedza. A nazwy tej nawet nie znał.

– Proszę bardzo. – Daniel miał chwilową przewagę. – Kampucza na Kambodżę, Cejlon na Sri Lankę, Rodezja na Zimbabwe. Mam wymieniać dalej?

– Proszę o przykłady miast. Co mi pan tu o zapyziałych państwach opowiada.

– Nowy Amsterdam dziś jest Nowym Jorkiem. Pewnie ten przykład już coś panu mówi?

– Oczywiście, że mówi, ale ja proszę o przykład polskiego miasta!

– Proszę bardzo, Kętrzyn był kiedyś Rastemborkiem.

– Mądrala się znalazł – prychnął z oburzenia urzędnik.

– Z ciekawostek dorzucę tylko Rynek Główny w Krakowie, który w czasie wojny nosił nazwę Adolf Hitler Platz.

– To akurat wiedziałem. – Pan Podwójny Podbródek zachowywał się jak mały chłopczyk wywołany do tablicy.

– Panowie, panowie! Więcej powagi. Kłócicie się jak dzieci. Wystarczy tych popisów. To nie zabawa w „państwa, miasta”. To poważne spotkanie! – wtrącił się jeden z profesorów. – Proszę nas już nie dręczyć. Sprawa jest przegłosowana.

– No właśnie. – Urzędnik ucieszył się ze wsparcia. – Może pan próbować innych sposobów na zmianę nazwy Nowej Huty. Naszej przychylności pan nie zyska. – Popatrzył po wszystkich, by upewnić się, że nadal ma w nich wsparcie.

Większość zebranych spuściła wzrok, by ukryć zakłopotanie. Spotkanie zostało oficjalnie zamknięte i wszyscy zaczęli się zbierać do wyjścia, robiąc niemożliwy hałas odsuwanymi krzesłami.

W tym momencie Daniel w kieszeni marynarki, w której szukał telefonu, dotknął jakiegoś papierowego rulonika. „Co to?” Rozejrzał się w poszukiwaniu właściciela liściku, ale nie widział nikogo podejrzanego. Otworzył go więc delikatnie. Na wyrwanej z zeszytu kartce było napisane:

Proszę walczyć o tajemnice tej dzielnicy, panie Danielu!

Niech Pan będzie czujny.

I tyle. Żadnego podpisu, wskazówki, o co chodzi. Nic. „To przecież normalne, że będę bronił Nowej Huty pod każdym względem” – pomyślał z oburzeniem. Po słownej potyczce z urzędnikiem w jego krwi nadal buzowała adrenalina. Zwinął szybko papierek i włożył go do rudej kieszeni swojej zamszowej kurtki. Chwilę później zbiegał po ogromnych schodach z wyżłobionego od starości lastrika. Rozmyślał o decyzjach podjętych na spotkaniu: „Dobrze, że chociaż zostaniemy uznani za osobne miasto. To oznacza więcej inwestycji i możliwości działania”.

Cisowski od dawna chciał zmienić stereotyp miejsca, w którym mieszkał. Chciał, by ludzie nie byli anonimowi dla siebie, ale by połączyli swoje siły i stworzyli coś wspólnego. Minęły już czasy, gdy „zło” wylewało się na ulice razem z cieniami przy zachodzącym słońcu. Niektórzy zaczynali dumnie mówić o Nowej Hucie: „młodsza siostra Krakowa”, i to było dla niego pocieszające. Ale nawet mimo to najbardziej decyzyjni ludzie w Krakowie nie zauważali drzemiącego tutaj potencjału. Przyklejono mu łatkę Hutasa, młodego gniewnego architekta z Nowej Huty.

Początkowo odrzucano jego projekty. Nie raz miał ochotę wyjechać i stać się wreszcie kimś. Wiedział jednak, że tak naprawdę nie walczy o sławę czy pieniądze, ale o miejsce, w którym się wychował. Za cel postawił sobie pokazanie światu potencjału, który kryje się w tej ziemi. Danielowi marzyło się nocne życie, jakim tętniły centrum Krakowa czy Kazimierz. Piwnice, kamienice pełne rozmawiających ludzi. Gwar i ogólna wesołość. To było to, czego brakowało Nowej Hucie. On sam chciał pracować za dnia, a wieczorem spędzać beztrosko czas z rodziną i przyjaciółmi. Chciał połączyć te dwa światy.

Ocknął się z rozmyślań i spojrzał na zegarek.

– O cholera, jak późno! Miałem jeszcze wpaść do rodziców.

Chwilę później siedział w wagonie, rozmyślając o tym, co się dziś zdarzyło. Metro pędziło ciemnym tunelem, zbliżając się do końcowego przystanku pod placem Reagana w Hucie. Na peronie uderzył Daniela zimny powiew powietrza. „Lipcowe wieczory…” – pomyślał, porównując ten orzeźwiający chłód z tym z klatek schodowych bloków z wielkiej płyty. To właśnie tam najczęściej bawił się z kolegami w upalne dni.

Nawet nie wiedział, kiedy znalazł się pod blokiem rodziców. Pukał do drzwi, ale nikt mu nie otwierał. Sięgnął po zapasowe klucze, które zawsze przy sobie nosił. Zamek przeskoczył i Daniel uchylił stare drzwi. Do jego nozdrzy wdarły się zapachy z dziecięcych lat. Świeża pościel, ciasto z brzoskwiniami i boazeria w długim przedpokoju.

– Mamo!? Tato!? Jesteście?

Odpowiedziały mu cisza i ciemność. Daniel poczuł narastający niepokój. Jego myśli się rozszalały. Oczami wyobraźni widział już to, co najgorsze. Z drugiej strony starał się myśleć logicznie. Pomimo że rodzice zaprosili go na kolację, zastał puste mieszkanie? Wszedł szybkim krokiem głębiej i zapalił światło w salonie.

„Gdzie oni się podziali? – pomyślał. – Przecież nie wychodzą o tej porze z domu”. Serce zaczęło mu mocniej bić. Biegał po całym domu, wchodząc do kolejnych pomieszczeń i zapalając w nich światło. Kuchnia. Łazienka. Nic. Uchylił przymknięte drzwi do sypialni. Widział tylko zarys okna. Po ścianach przebiegały światła samochodów z ruchliwej ulicy. Gdy jego oczy przyzwyczaiły się do ciemności, zobaczył zarys jakiejś postaci. Coś poruszyło się w ciemnościach. Był gotowy zaatakować intruza.

„Coś stało się rodzicom” – do głowy wpadła mu niechciana myśl. Nie myśląc wiele i poddając się adrenalinie, uderzył ręką po prawej stronie, by trafić w włącznik światła. Chybił. Ręce zaczęły mu się trząść. Po omacku przejechał dłonią w górę i pstryknął plastikowy włącznik.

– Sto lat! Sto lat! Niech żyje, żyje nam! Jeszcze raz! Jeszcze raz! Niech żyje, żyje nam! – rozległo się dookoła.

Daniel ze stresu nie rozpoznawał osób, ale jego serce i umysł powoli zalewały euforia i poczucie ulgi. Wszyscy byli bardzo bliscy jego sercu. Tata Daniela należał do klasy robotniczej i jeszcze parę lat temu pracował w hucie. Kiedyś nie był z tego dumny, ale dziś w natłoku ludzi wykształconych liczy się fach w ręku. Daniel postawił na wiedzę, a jego projekty pozwalały mu na życie w luksusowej kawalerce. Lubił być niezależny i działać. Jego tata zawsze mówił: „Chodzić! Ruszać się! Nie stać!”. A on powtarzał to jak mantrę, gdy chciał się do czegoś zmobilizować. Rozejrzał się teraz dookoła i głęboko westchnął, przeczesując ręką włosy. Dziś kończył czterdzieści dwa lata. Cieszył się, że ma jeszcze oboje rodziców, siostrę Oliwię, żonę Darię i garstkę przyjaciół – to był dla niego najlepszy prezent. Ci wszyscy ludzie dawali mu poczucie przynależności do czegoś bezcennego. Popatrzył na oświetlone świeczkami twarze, które czekały niecierpliwie, aż pomyśli życzenie. Był zadowolony z życia, ale chciał czegoś więcej. „Hmm… niech spotka mnie coś niesamowitego!” – pomyślał i dmuchnął z całej siły.

– Do takiej ilości świeczek trzeba mieć nie lada płuca – dodał głośno.

Po pokoju rozszedł się zapach dymu. Mama Daniela zaświeciła resztę lamp, zmieniając atmosferę z nastrojowej na radosną. On zaś skorzystał z tego, że jest w centrum uwagi i powiedział:

– Słuchajcie, chcę powiedzieć to głośno: jesteście wspaniali! I choćby nie wiem co się jutro działo, zawsze będę was kochał. A teraz prezentyyy! – Na jego twarzy pojawiła się czysta dziecięca ciekawość i beztroska radość.

Po gwałtownym skoku adrenaliny przyszło rozluźnienie. Gdy rozdzierał kolejne papiery pakunkowe, by dostać się do tego, co skrywają, siostra Oliwia poinformowała go ze smutkiem:

– Daria dzwoniła, że nie zdąży przyjść. Musiała zostać dłużej w pracy.

– Mhmm… – mruknął szybko, nie przerywając rozpakowywania prezentów.

Dwa z nich miały związek z zapachami, które uwielbiał. Pierwszy należał do rzadkiej odmiany kawy z Afryki, którą dostał od rodziców. Do zrobienia tego trunku używał starodawnej kawiarki, choć było go stać na najdroższe ekspresy ciśnieniowe. Drugi zaś zapach, którym się delektował, to książki. Dostał je od siostry. Lubił wtykać nos pomiędzy kartki. Od swojego przyjaciela Pawła dostał bilet na seans w kinie w technologii 5D. Daniel bardziej cieszył się z technologii wielowymiarowości filmu niż z jego fabuły. Widzowie mogli między innymi wdychać zapachy odpowiadające konkretnym scenom w filmie. Hologramy bohaterów nie były dla niego nowością. Sam posiadał jeden na własny użytek w domu. Gdy podziękował każdemu z osobna za prezent, zauważył, że połowa tortu szwarcwaldzkiego zniknęła. Mama dostrzegła jego niepokój i od razu podała mu talerz z jego porcją, mówiąc:

– Daniel, pozwolisz na słówko do drugiego pokoju?

– Jasne! Co się stało?

Odpowiedzi jednak nie usłyszał. Zrozumiał, że to jakaś poważniejsza sprawa do przedyskutowania na osobności. Mama Daniela przymknęła za sobą drzwi do sypialni i zaczęła z niepokojem:

– Był tu jakiś pan i pytał o ciebie.

– O mnie? Jaki pan?

– Nie wiem. Był uśmiechnięty, wzbudził zaufanie. Taki starszy, siwy.

– Mówił, że mnie zna?

– Nie. Ale dał mi to. Kazał ci to przekazać. Mówił, że będziesz wiedział, o co chodzi.

Mama Daniela wyciągnęła z kieszeni fartucha kopertę. Daniel domyślił się, że informacja może mieć związek z wcześniejszą, którą dostał po spotkaniu w Urzędzie Miasta. Charakter pisma tylko to potwierdził:

Dunbar otworzy puszkę Pandory ze wschodu.

Jest Pan jedynym, który może ją zamknąć raz na zawsze.

– Dawno temu tu był?

– Jakiś kwadrans przed tobą. Chciał dać ci to osobiście, ale się spieszył.

– Skąd wiedział, że tu będę? – Daniel zadał to pytanie bardziej sobie niż mamie.

– Nie wiem, kochany, zaskoczył mnie. Myślałam najpierw, że to ty. Czekaliśmy na ciebie w ukryciu, ale dzwonek do drzwi dzwonił i dzwonił. Wiedziałam, że masz klucze. Poszłam więc sprawdzić, kto to. Wydawał się sympatycznym starszym panem. – Mama Daniela była coraz bardziej zdenerwowana. – Co to za wiadomość? Czy to coś złego?

– Jeszcze nie wiem, ale się dowiem. Nie martw się. – Ucałował ją w czoło i przytulił. Z oparcia krzesła podniósł zamszową kurtkę i szybkim krokiem ruszył do reszty towarzystwa.

– Wybaczcie mi, ale już późno. Jeśli nie macie nic przeciwko, pożegnam się.

Gdy wyszedł, nabrał powoli w płuca chłodnego lipcowego powietrza. Popatrzył w gwiazdy i ruszył w stronę swojego mieszkania, które mieściło się kilka ulic dalej. Rozmyślał o tajemniczym starszym panu i jego wiadomościach. „Co może mieć ze sobą wspólnego niejaki Dunbar, wschód i Nowa Huta?”

Nim się obejrzał, był już na klatce schodowej w swoim bloku. Było już późno, więc wszedł cicho i prawie szeptem spytał:

– Daria, jesteś?

Cisza. Wszedł do salonu. Przez głowę przemknęła mu myśl o kolejnej niespodziance. W mieszkaniu nie było nikogo. Na szklanej ławie leżał pakunek. Podłużny z aksamitną czerwoną kokardą. Pomyślał z uśmiechem, że może to kolejna erotyczna zabawka. Daria ostatnio lubiła kupować takie gadżety. Nie bardzo mu się to podobało. Odbierał to jako ostrzeżenie przed nudą. Odpakował prezent i nie mógł uwierzyć. Było jeszcze gorzej, niż myślał.

– Co?! Jestem aż tak stary?

[1] Toponimia – nauka badająca znaczenie nazw miejscowych (przyp. aut.)

 

Rozdział 3. Piksele Nowej Huty

Następnego ranka szedł nieco onieśmielony w stronę biura z… kijkami do nordic walkingu. Uwielbiał przemierzać tę trasę pieszo, ale dziś czuł się dziwnie.

– Odciąża stawy, dobre sobie – mruczał pod nosem. – Cholera! Czterdzieści dwa lata to nie powód, by dostawać takie prezenty. Chociaż… może mój długi jak u żyrafy kręgosłup odpocznie? – przyznał.

Minął Teatr Ludowy i zatrzymał się przed drewnianym krzyżem, symbolem, o który walczył sam Karol Wojtyła. Nowa Huta doczekała się niejednego kościoła, a i Daniel, jako znany architekt, miał w tym swój udział. „»Proszę walczyć o tajemnice tej dzielnicy«… O co może chodzić? »Niech Pan będzie czujny«?” – analizował każde tajemnicze słowo z krótkich listów, ale nic nie przychodziło mu do głowy.

Ruszył dalej. Gdy za kościołem skręcił w prawo, ktoś na niego wpadł. Zrobił to z takim impetem, że obydwaj wylądowali na chodniku. Daniel próbował się pozbierać, by pomóc starszemu panu, ale uniemożliwiały mu to wplątane w nogi kijki. Starszy pan był już na czworakach i szukał teraz swojego kapelusza. Danielowi było wstyd. Czuł się nieporadnie. Po chwili obaj strzepywali kurz z ramion i kolan i przepraszali się nawzajem. Starszy pan był nieco zdenerwowany.

– Nic się panu nie stało? Niezdara ze mnie.

– Nie, skąd. Wybaczy pan, ale nieco się spieszę. O! Coś panu wypadło. – Starszy pan wyciągał w stronę Daniela małą tubę oprawioną w starą skórę.

– Nie. To na pewno nie moje.

– Moje też nie. Może panu z teczki wypadło?

– Nie poznaję tej rzeczy. Pewnie ktoś to zgubił.

– Proszę to wziąć i zobaczyć, co to. Ja naprawdę muszę już iść. Jestem spóźniony. – Starszy pan wetknął zdziwionemu Danielowi tubę w dłonie i zniknął za zakrętem.

Skóra miała ciekawą fakturę. Była brązowa i ciepła. Daniel zmarszczył czoło. Gdy udało mu się odkręcić wieczko, ze środka wypadł rulon papieru związany tasiemką. Gdy go podniósł, na chodnik ze środka rulonu wypadła jeszcze mała karteczka.

– O nie! Znam ten papier! Proszę pana!!! – Daniel podbiegł i zajrzał za zakręt, ale po starcu nie było już śladu. – Jak mogłem być taki nieuważny? Przecież to był on! To było oczywiste. To dziwne… Daje mi te zaszyfrowane liściki, jakby chciał chronić coś ważnego. Może ktoś go śledzi? Bo niby dlaczego się ze mną po prostu nie spotka i powie, o co chodzi? Zobaczmy, co tu jest napisane…

Młodszej córce Krakowa potrzebna jest nie tyle zmiana nazwy, co zamknięta w jej zakamarkach wiedza – trzeba ją wyzwolić.

Świat powinien poznać prawdę. Właśnie teraz. Proszę się spieszyć!

Niech Pan dobrze ukryje ten fragment mapy podziemnej Nowej Huty.

Znaczenie powyższych słów znajdzie Pan w „Dialogu”, tom 53, RSW „Prasa” 2008, s. 12.

Dalsze wskazówki niebawem.

Niech Pan wybaczy, że nie osobiście, ale ktoś nam depcze po piętach.

Daniel automatycznie rozejrzał się po okolicy, sprawdzając, czy ktoś go nie obserwuje, ale prócz starszej pary na ławeczce nie zauważył nikogo podejrzanego. Mimo to schował niewielką tubę z rulonem do wewnętrznej kieszeni kurtki, list zaś do reszty wskazówek, które trzymał w prawej kieszeni od wczoraj. „O co chodzi?” – był coraz bardziej zaniepokojony. Ruszył szybkim krokiem w stronę swojego biura. Złapał się na tym, że nerwowo przekłada kijki z ręki do ręki i przez chwilę chciał je zostawić w krzakach aż do czasu powrotu do domu. Nie chciał urazić Darii. Na razie nie radził sobie z nową aktywnością. Tym bardziej że był cały rozdygotany po zderzeniu ze starszym panem.

Minął swoją dawną podstawówkę nr 91. Spędził tu jedne z najbardziej beztroskich lat. W oddali widział już mały budyneczek, do którego dzieciaki biegały po zakończeniu roku szkolnego na automaty z grami. Dziś to miejsce nie wyglądało już tak zachęcająco, zapomniane i doprowadzone do ruiny przez kolejnych właścicieli, którzy chcieli zrobić z niego melinę. Ten widok wywoływał w Danielu smutek. Odbierał to jak zamach na swoje wspomnienia. Wiedział, że tylko on może zmienić to miejsce na lepsze. Był typem artysty. W jego głowie wybuchały kolory i kształty. Czasem nie umiał oddzielić rzeczywistości od wyobraźni. Godzinami w swej głowie tworzył wizje miejsc, które mogłyby zainteresować rzesze ludzi. Jednym z nich był projekt Centrum Wirtualnego Nieba. Nowoczesne konsole, hologramy, a dla pań fitness z wirtualnym tańcem. Pierwszy raz widział hologram piętnaście lat temu w podziemiach Sukiennic na krakowskim rynku. Obracające się trójwymiarowe zabytki na wyciągnięcie ręki utkwiły mu w pamięci jako marzenie. Teraz można było rozmawiać z czyimś hologramem po wejściu do własnego domu. Pokolenie jego rodziców widziało coś takiego na filmach. Pokolenie jego dziadków było zafascynowane samochodami, a jeszcze wcześniejsze pokolenie nie wierzyło, że człowiek będzie mógł wzbić się wysoko czymś takim jak samolot. Chciał porozmawiać o tym pomyśle ze swoim wspólnikiem Oskarem. Jednak w pierwszej kolejności postanowił sprawdzić informacje, które wyjaśnią tajemnicę liścików od starszego pana. Czuł, że sprawa nie będzie prosta. Sam sposób przekazywania wiadomości był dość intrygujący.

Przyspieszył kroku i doszedł nad wysoką skarpę. Spojrzał w dół na taflę wody. Była to dla niego najprzyjemniejsza część trasy. Szedł wzdłuż dawnych Łąk Nowohuckich, dziś nazywanych Zalewem Mogilskim. Pomimo protestów ekologów dawne koryto Wisły zostało zalane. Daniel uważał, że woda to nieodłączny element krajobrazu. W tym przypadku oaza spokoju i wytchnienia od zgiełku miasta. Uśmiechnął się, gdy po drugiej stronie, obok molo, widać było dwa małe żagle. „Trochę wcześnie jak na żeglugę” – pomyślał. Sam czasem wypożyczał z przystani po drugiej stronie zalewu archaiczny rowerek wodny. Lubił to, gdyż na środku tafli wody był już zupełnie sam. Zamykał oczy i nasłuchiwał odgłosów z miasta lub z pobliskiego Parku Sportowego zbudowanego na terenie dawnych ogródków działkowych. Teraz stał na dziesięciometrowym wzgórzu i patrzył na Mogiłę po lewej stronie i Podgórze, nieco bardziej w prawo. Był to jego stały rytuał. Dziś jednak było inaczej. Nerwowo. Westchnął i zrezygnował z codziennej podróży w czasie. Wiedział, że jeśli nie rozwiąże zagadek, nie uspokoi się.

Zza gęstych liści drzew widać już było budynek starego Nowohuckiego Domu Kultury. „A może to faktycznie za dużo zachodu ze zmianą nazwy. Nawet ten dom kultury musiałby być przemianowany na Modrowodrzański… Dziwnie to brzmi. Biblioteka! – Daniela olśniło. – Która jest? Po dziewiątej. Zdążę. Może uda mi się sprawdzić chociaż jedną rzecz”.

Chwilę później czytał pani z biblioteki symbole i skróty dotyczące informacji od starszego pana, które rzekomo miały mu coś wyjaśnić. Nie skończył jeszcze czytać, gdy starsza pani z czarnym, natapirowanym kokiem przerwała mu bezceremonialnie:

– A tak, wiem, o co chodzi.

– Wie pani?

– Tak. Ostatnio ktoś czytał to tutaj u nas na miejscu.

– Kto?

Starsza pani ściągnęła okulary na łańcuszku i popatrzyła na Daniela przenikliwie.

– A skąd ja to mam wiedzieć? Nie znam wszystkich osób, które tu przychodzą – prychnęła. Daniel wiedział, że więcej od Pani Natapirowanej nie uda mu się dowiedzieć. Znał jednak odpowiedź. Wszedł za nią między regały i czekał, aż znajdzie to, o co prosił.

– Na miejscu? – zapytała po chwili.

– Proszę?

– Pytam, czy będzie pan czytał na miejscu.

– Tak.

Zaprowadziła go szkolnego biurka z niewygodnym krzesłem i zostawiła.

– No dobrze, co my tu mamy?

Gdy Daniel otworzył pięćdziesiąty trzeci tom „Dialogu” na dwunastej stronie, coś wypadło na ziemię. Nie zauważył tego i zaczął pospiesznie czytać. Doszedł do cytatu z Alberta Einsteina: „Dzisiejszemu światu jest potrzebna nie tyle energia termojądrowa, ile raczej energia zamknięta w ludzkim sercu, którą trzeba wyzwolić”. To zdanie do złudzenia przypominało to z liściku, który znalazł po konferencji w urzędzie. Światem była Nowa Huta, a energią ludzkich serc – wiedza, którą on ma niby wyzwolić. Ale z czego, gdzie i jak? Pytania zalewały jego umysł. Zapatrzył się w brudne okno, szukając związku między wszystkimi informacjami. „Może nazwisko Dunbar powie mi coś więcej. Przejrzę fragment mapy. A wschód? Co to wszystko ma znaczyć? – myślał zdezorientowany. – Dobra, czas się zbierać. A co to?” Gdy odsuwał krzesło, pod jego butem coś zaszeleściło. Pomyślał, że może to zakładka do książki. Ale gdy poniósł papierek, poznał jego fakturę i od razu wiedział, od kogo to. Szybkim krokiem ruszył w stronę drzwi, lekko kłaniając się Pani Natapirowanej. Gdy podniósł głowę, wyrosło przed nim coś czarnego. Zderzył się z jakimś mężczyzną, po czym złapał go za ramiona, przepraszając. Chciał jak najszybciej stąd wyjść. Sytuacja była krępująca. Gdy duże drewniane drzwi obite dermą zamknęły się za nim, wypuścił z ulgą powietrze.

„Co za dziwny dzień – pomyślał. – Ciągle na kogoś wpadam. A tu co mamy?” Jego serce znowu zaczęło mocniej bić, gdy wziął do ręki list. Pomyślał, że czuje się jak w grze w podchody, w którą uwielbiał się bawić jako dziecko. W całej okolicy, szczególnie w wakacje, pojawiały się tajemnicze strzałki, narysowane kredą na chodnikach. Uwielbiał być w drużynie uciekającej, w której wymyślał zadania i dalszą trasę ucieczki. „Teraz młodzież już się nie bawi w takie rzeczy. Tworzą swoje wirtualne światy. Szkoda, bo samo miasto może stać się na chwilę prawdziwym wymiarem pełnym zasadzek, tajemniczych miejsc i punktów do zdobycia” – myślał, gdy rozrywał kopertę z informacją od starszego pana.

Na alei – oczko. Sowa ze skrzydłem w górze. Proś o klucz.

– Z tego to już nic nie rozumiem. To jakieś miejsce, w którym dostanę klucz do czegoś. Sowa? Muszę to przemyśleć.

Daniel schował kartkę z kolejną informacją do wewnętrznej kieszeni kurtki, zaraz obok mapy, i wyszedł z budynku. Przeszedł obok wystawy z fotografiami sprzed ponad stu lat. Widać było, że przyciągają one turystów i cieszą oko potomków ludzi, którzy mieszkali tu przed Nową Hutą. Zawsze wydawało mu się, że spoglądające na niego postacie są jak żywe i chcą mu coś powiedzieć. Czasem przystawał koło nich i spoglądał głęboko w ich oczy w kolorze sepii. Miał wyrzuty sumienia, że chce projektować i ulepszać Nową Hutę, która zabiła ich tożsamość. Wina nie leżała po jego stronie. Czuł w duchu, że chce naprawić błąd i załagodzić socrealistyczne decyzje, monotonię i szarość. Z zamyślenia wyrwał go tłum ludzi, który wyszedł teraz z tunelu metra. Niestety prace nad metrem bardzo się wloką i końcowa stacja jest właśnie tutaj, naprzeciwko Nowohuckiego Centrum Kultury. Daniel nie mógł się już doczekać, aż połączą Nową Hutę z lotniskiem w Balicach. Wszyscy, którzy przyjechali tu z centrum Krakowa, rozpierzchli się teraz jak mrówki, przechodząc przez światła w stronę kwiaciarni. Miał wrażenie, że jest obserwowany. Obrócił się parę razy za siebie, ale nikogo nie widział. Uśmiechnął się pod nosem rozbawiony myślą, że ma już omamy i poddał się całej tej tajemniczej sprawie.