Ring

Tekst
Autor:
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Ring
Ring
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 71,80  57,44 
Ring
Ring
Audiobook
Czyta Tomasz Sobczak
39,90  28,73 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Siedziała i patrzyła w to grające pudło, które było jedynym źródłem informacji na temat tego, co działo się po drugiej stronie miasta, gdzie walczył jej ukochany brat, a to, że przyrodni, tak naprawdę nie miało znaczenia. Z nerwów Alice zagryzła wargę aż do krwi, jednak dopiero jej posmak w ustach dość skutecznie ją otrzeźwił. W głośnikach usłyszała huk i jej serce na moment przestało bić. To nie mogła być prawda. Nie mogła…


Bruno właśnie nacierał na przeciwnika, kiedy poczuł przeszywający i jednocześnie rozrywający ból w plecach. Zachwiał się na chwilę, a po sekundzie coś ponownie przeszyło go na wylot. Stracił oddech, gdy kolejna fala bólu rozeszła się po jego ciele. Znieruchomiał, a potem z impetem upadł. Przygniótł Cartera, który teraz leżał oszołomiony.

– Moja siostra… – zacharczał, a na usta wypłynęła mu krew. – Chroń ją – wypowiedział te słowa tak cicho, że Carter nie wiedział, czy na pewno dobrze usłyszał.

W hali zapanował chaos. Ludzie opuszczali ją w pośpiechu. Ochrona obstawiła ring, gdy obaj trenerzy rzucili się na pomoc swoim zawodnikom.

To wszystko działo się na oczach Alice. Widziała w transmisji na żywo upadającego Bruna, widziała krew, całe zamieszanie, słyszała krzyki ludzi. Siedziała jak skamieniała. Była oszołomiona i skołowana. Ale gdy pierwszy szok minął, zerwała się z kanapy i popędziła po kluczki od auta. Musiała się tam dostać, musiała do niego jechać.

– Mordercy. Cholerni mordercy – powtarzała pod nosem, biegnąc do wyjścia. Wypadła z domu tak, jak stała. Na bosaka zbiegła po schodach i wsiadła do zaparkowanego na podjeździe samochodu, po czym ruszyła z piskiem opon. Jej brat. Te bydlaki strzelały do niego. I raptem wszystko do niej wróciło.

Pamiętajcie, że co by się nie stało, kochamy was. Nigdy nie zapominajcie, że najważniejszą rzeczą w życiu każdego człowieka jest miłość. Macie opiekować się sobą. A teraz już czas na was, bo się spóźnicie.

Właśnie w ten sposób tego pamiętnego dnia, który naznaczył później ich życie, rodzice pożegnali się z nimi. Bruno i ona nawet nie przeczuwali, że zmieni się ono o sto osiemdziesiąt stopni. Alice dopiero później, po wszystkim, zrozumiała, że mamie nie chodziło o opiekę na imprezie. Nie, miała na myśli czas przyszły. Czas, kiedy ich już nie będzie. Rodzice doskonale zdawali sobie sprawę z biegu wydarzeń, które miały nastąpić, a oni zostali pozostawieni sami sobie. Pamiętała tę sytuację, jakby wydarzyła się wczoraj. Był wieczór i wraz z Brunem, który robił za jej niańkę, poszła na imprezę. Oczywiście wrócili później, niż zakładali, toteż w środku nocy wręcz się w domu skradali, żeby nie narobić hałasu. Jednak zastali włączony telewizor oraz rodziców siedzących obok siebie na kanapie. Alice w pierwszej chwili pomyślała, że zwyczajnie usnęli. Jednak prawda nimi wstrząsnęła. To Bruno jako pierwszy odkrył, co się stało. A ona na widok dwójki ludzi z ranami postrzałowymi głowy zaczęła wrzeszczeć jak opętana. Aż do teraz niezbyt pamięta, co działo się później. Z opowieści brata dowiedziała się, że sanitariusze podali jej leki uspokajające, po których usnęła. A później ich życie zamieniło się w koszmar, który po siedmiu latach powrócił.

Alice otrząsnęła się z przykrych wspomnień i niedbale zaparkowała przed budynkiem. Wyskoczyła z auta i pognała w kierunku ratowników wsiadających właśnie do karetki. Przecisnęła się przez ludzi stojących jej na drodze i siłą wdarła do ambulansu.

– Proszę wysiąść – nakazał jej jeden z nich.

– Jestem jego siostrą – wydusiła z siebie.

– W porządku. – Drzwi się za nią zatrzasnęły. – To może pani usiąść.

Alice szybko zajęła miejsce. Miała bardzo dobry widok na nieprzytomnego Bruna. Leżał na noszach, okryty kocem termicznym. Jego widok sprawił, że łzy stanęły jej w oczach, a żal ścisnął serce. To było… Nie dało się opisać tego, co w tej chwili czuła.

– Co z nim? – Otarła dłonią łzy z policzka. – Jak poważne są obrażenia?

– Dwie rany postrzałowe. Jedna kula utkwiła w ciele, druga przeszła na wylot. Nie będę kłamał. Pani brat jest w bardzo ciężkim stanie.

Alice zamarła i cała zesztywniała. Nie dała rady wypowiedzieć ani słowa. Zresztą wszystko uleciało jej z głowy. Teraz najważniejsze było życie Bruna. Przesunęła się i chwyciła dłoń brata, która wysunęła się spod okrycia, i trzymała się jej jak tonący brzytwy. W gruncie rzeczy tonęła. Szła na dno niczym kamień. Ale jeśli Bruno umrze… wtedy nie wiedziała, co zrobi. Nawet nie chciała o tym myśleć. Wolała wierzyć, że wszystko będzie dobrze.

– Obiecałeś mi, że wrócisz. Obiecałeś. A obietnic trzeba dotrzymywać. Jeżeli umrzesz, znajdę cię nawet w piekle i wyciągnę stamtąd twój tyłek. Słyszysz mnie, Bruno? Pójdę tam po ciebie – wychrypiała. W jej oczach zgromadziło się tyle łez, że za moment miały się wylać.

Szarpnięcie przywołało ją do rzeczywistości. Wysiadła pospiesznie, robiąc miejsce ratownikom, po czym ru­szy­ła za nimi, dosłownie deptała im po piętach. Wszystko odczuwała inaczej, zupełnie jakby nie była sobą. Jakby wszystko działo się gdzieś poza nią, a ona pozostawała jedynie obserwatorem. Chciała iść dalej za bratem, ale niestety pielęgniarka zatrzymała ją przed szklanymi drzwiami z napisem „blok operacyjny”. Stała tam i tępo patrzyła w miejsce, gdzie zniknął Bruno.

– Proszę pani? – usłyszała za sobą damski głos, ale nie zareagowała. – Proszę pani? – Poczuła dłoń na ramieniu.

– Tak? – Obróciła się.

– Jest pani z rodziny?

Na krótką chwilę się zawahała, ale przecież to już nie miało żadnego znaczenia. Już nie.

– Tak, jestem – potwierdziła.

– Czy mogłaby pani to wypełnić? – Kobieta w zielonym kitlu podała jej papiery i długopis.

– Tak, oczywiście – odpowiedziała, trzymając kurczowo dokumenty, ale nic więcej nie zrobiła.

– Może niech lepiej pani usiądzie – zasugerowała pielęgniarka. – Wygląda pani dość blado.

– Tak, oczywiście – powiedziała Alice automatycznie, po czym opadła na plastikowe krzesło.

Siedziała tak przez dłuższą chwilę z plikiem kartek do wypełnienia. Była nieobecna do czasu, póki ktoś nie trzasnął drzwiami. Ocknęła się i zaczęła drżącą dłonią wypełniać rubryczki. Nawet tutaj musiała kłamać, nie mogła użyć ich prawdziwego nazwiska. Ale cóż… nie była to zbyt wygórowana cena za to, że żyli. Kiedy prawie dobrnęła do końca, na korytarz wpadła jeszcze jedna ekipa ratowników. Alice uniosła głowę w momencie, gdy pielęgniarki gnały za nimi. Kiedy przejeżdżali obok niej, jej oczy spoczęły na wytatuowanym ramieniu, które mignęło jej przez chwilę, i ciemnych włosach. Nic więcej nie zobaczyła, bo mężczyzna również zniknął za tymi samymi drzwiami co jej brat. Na chwilę zapanowała cisza, która wcale nie działała na nią kojąco i nie trwała długo. Na korytarzu powstało niemałe zamieszanie, które z każdą chwilą coraz bardziej przypominało nadciągający armagedon. Ludzie przekrzykiwali się. Robiło się jeszcze głośniej, a nerwy Alice w tym momencie były prawie na wyczerpaniu. Odłożyła wypełnione dokumenty, zacisnęła dłonie na krześle i patrzyła na tę bandę kretynów, która robiła większy zgiełk niż przedszkolaki. Jednak wśród nich wszystkich dostrzegła jedynego człowieka, którego znała. Był tutaj trener Bruna, Troy Mumford. Właśnie ją zobaczył i ruszył w jej kierunku.

– Tak mi przykro, Alice. – Postawny blondyn w średnim wieku przytulił ją. – Wiadomo już coś?

– Nie. – Pokręciła głową. – Wzięli go na blok operacyjny. Dostał dwa razy.

– Chryste.

– Nie wierzę, że to się stało – wymamrotała, gdy trener już ją puścił, a ona ponownie usiadła.

– Ja też nie. – Mężczyzna zajął miejsce tuż obok. – Wszystko będzie dobrze – pocieszał ją.

Alice nie była tego taka pewna, ale nadzieja wciąż się w niej tliła. Chciała, żeby te słowa były prorocze i wszystko zakończyło się pomyślnie.

Czas płynął powoli, co doprowadzało Alice do szału. Jedyny plus był taki, że w końcu zapanowała cisza. Ochrona uspokoiła towarzystwo i wyprowadziła tę dziką dziennikarską hordę oraz ludzi ze świata bokserskiego. Ale ona i tak siedziała skulona, czekając na jakieś wieści zza szklanych drzwi, jednak nikt przez cztery godziny stamtąd nie wyszedł. Nikt nie powiedział słowa o stanie jej brata. Nie wiedziała, co się działo. Ale za to zjawiła się policja, przed którą Alice musiała skłamać. Powiedziała im, że czekała wraz z trenerem. Nie wiedziała już, komu mogła ufać, a komu nie. To było jak rosyjska ruletka.

Po pewnym czasie miała już dość, więc żeby rozprostować zastane mięśnie, wstała i zaczęła się przechadzać po korytarzu. Była akurat na jego końcu, gdy po wielogodzinnym oczekiwaniu zza szklanych drzwi wyłonił się lekarz. Alice popędziła do niego, o mało nie taranując kogoś po drodze.

– Co z moim bratem? – zapytała na jednym wydechu, a trener stanął tuż obok niej.

– Co z moim chłopakiem? – gorączkował się.

– A o którym pacjencie mówimy? Bo zdaje się, że przywieziono do nas dwóch bokserów.

– Bruno Salt, dwie rany postrzałowe – wyjaśniła Alice. Nie zareagowała na informację o drugim poszkodowanym, ta wiadomość jakby zupełnie do niej nie dotarła.

– Miał znacznie mniej szczęścia od tego drugiego. W każdym razie kolejna doba będzie decydująca. Tyle mogę powiedzieć, trzeba czekać.

– Kiedy będę mogła zobaczyć brata?

– Pielęgniarka do państwa wyjdzie, a teraz przepraszam, ale muszę iść.

Te godziny był istnym koszmarem. Alice od śmierci rodziców nie czuła takiego lęku jak teraz, gdy czekała na wieści o swojej jedynej rodzinie. Rozejrzała się po korytarzu i zdała sobie sprawę, że została sama z trenerem. Reszta się ulotniła, a Alice nawet nie wiedziała, kiedy to nastąpiło.

 

– Rodzina Bruna Salta? – zapytała podchodząca pielęgniarka.

– Tak, to my – odpowiedziała, wiedząc, że trener też by chciał go zobaczyć.

– Proszę za mną. – Wskazała im drzwi.

– Dziękuję – szepnął mężczyzna.

– Nie ma za co, jesteś dla nas jak rodzina, a na pewno dla mojego brata – zapewniła Alice.

Właśnie kończyła zakładać ochraniacze na swoje bose stopy, gdy z daleka dojrzała dwóch mężczyzn w czarnych garniturach zmierzających do niej. Jednego poznała nawet z tej odległości i aż się zachwiała na jego widok.

– Wszystko dobrze? – zapytał ją trener.

– Tak – odpowiedziała z rosnącą gulą w gardle. – Może wejdziesz do niego pierwszy, a ja zaraz dołączę, bo muszę jeszcze włożyć to wdzianko? – Potrząsnęła trzymaną w dłoniach odzieżą ochronną.

– Jasne. – Posłał jej uśmiech, po czym zniknął za drzwiami.

Alice czekała. Czekała, aż podejdą. Przełknęła ślinę, spoglądając na znajomą twarz, której nie chciała oglądać już nigdy więcej.

– Cześć, Alice – odezwał się jeden z mężczyzn.

– Cześć, Mike – burknęła i zacisnęła dłonie w pięści. – Dlaczego mam wrażenie, że wasza wizyta ma jakiś cel i moje życie właśnie ponownie ulega zmianie?

– Wiesz, że nie mamy wyboru – odparł ten drugi.

– A on go, do cholery, miał? Mieliśmy być bezpieczni, ponoć wszyscy siedzą. Jak go znaleźli? – wycedziła pytanie.

– Przykro nam.

– Tylko tyle potrafisz powiedzieć? Że ci przykro? – zakpiła.

– Musimy już iść – naciskał Mike.

– Chyba sobie kpicie. Nigdzie nie idę – wysyczała. W tej chwili miała ochotę ich zamordować.

– Nie żartujemy.

– Dacie mi się z nim pożegnać? – Zrobili takie miny, jakby teraz to ona sobie z nich stroiła żarty. – Zresztą po co ja was pytam, mam was w dupie. To mój brat i musielibyście mnie uśpić albo uśmiercić, żeby mnie od niego odciągnąć – rzuciła i obróciła się na pięcie. Weszła do pokoju brata, zostawiając ich na korytarzu.

– Dasz mi z nim chwilę sam na sam? – zapytała trenera, który stał przy łóżku.

– Jasne, nie spiesz się.

Akurat było wręcz odwrotnie. Musiała się spieszyć. Faceci na zewnątrz wiecznie na nią czekać nie będą. Mog­ła uciec oknem, ale byli na drugim piętrze, więc pewnie przy upadku skręciłaby sobie kark. Aż tak głupia nie była.

Gdy drzwi się zamknęły, podeszła do brata. Popatrzyła na jego bladą twarz i pikające urządzenie, które wywoływało na skórze ciarki. Uniosła rękę i delikatnie pogłas­kała Bruna po policzku.

– Nie sądziłam, że to się tak skończy – wyszeptała. – Tyle lat, Bruno, przez tyle lat nam się udawało. – Łzy zakręciły się jej w oczach. – Nie mam wyjścia, oni i tak mnie zabiorą. Owszem, mogę zostać, ale – przyłożyła dłoń do brzucha – mam jeszcze kogoś, na kim mi zależy. Kocham cię. Musisz walczyć dla mnie, dla nas. Twój siostrzeniec lub siostrzenica będzie cię potrzebować. Nauczysz ją walczyć lub pokażesz, jak spuścić łomot chłopcom. Proszę, walcz, nie mam nikogo oprócz ciebie i tak mi przykro, braciszku. Tak bardzo mi przykro – szeptała już przez łzy. – Przyjechali po mnie. Znowu będę musiała wyjechać, ale będę na ciebie czekać do końca świata. Kocham cię – szepnęła.

– Alice – odezwał się Mike w progu – musimy już iść.

– Już… już.

Wytarła łzy, pochyliła się i pocałowała brata w czoło.

– Trzymaj się, jeszcze się spotkamy – obiecała, po czym wyszła. – Możemy iść – zwróciła się do agentów federalnych i nie czekając na nich, ruszyła do wyjścia.

Mike spojrzał na idącą przodem kobietę i tylko pokręcił głową.

– Powiemy jej, że ma na sobie szpitalne ubranie? – zapytał jego partner.

– Ona o tym wie – odpowiedział, ale tak naprawdę to nie był pewien.

Jedno było jasne: Alice nie była tą samą zlęknioną dziewczyną, którą zobaczyli tamtego dnia po przekroczeniu progu jej domu. Wyrosła na śliczną kobietę i do tego pyskatą. Mike ją rozumiał i chciał jej dać więcej czasu z bratem, ale mieli zadanie do wykonania. I nic nie było w stanie ich powstrzymać. Życie Bruna było już teraz w rękach Boga i lekarzy, ale życie Alice zależało od tego, jak szybko się stąd wyniosą. I zrobią… Nie, on zrobi wszystko, żeby zapewnić jej bezpieczeństwo. Przy jej bracie pozostanie ochrona i jeżeli okaże się, że przeżył, to później, zapewne gdy dojdzie do siebie, przewiozą go do siostry. Przełożeni na pewno nie będą zadowoleni, ale Mike nie miał sumienia rozdzielać rodzeństwa ponownie na lata. To była jego decyzja, a w sumie nikt by się nie dowiedział.

– Co z nim będzie? – zapytała Alice, kiedy wsiadła do czarnego SUV-a.

– Jeżeli wyzdrowieje, znowu się zobaczycie. – Mike nie miał zamiaru jej okłamywać, już nie.

– Dziękuję.

Kiedy samochód z dwójką pasażerów i kierowcą odjechał spod szpitala, na drugim piętrze w pokoju dwieście cztery zapanował chaos.

Carter obudził się jakiś czasu temu i gdy zrozumiał, gdzie właśnie przebywa, był nieziemsko wkurwiony. Rozejrzał się po szpitalnym pokoju, zaciskając dłonie w pięści. Pamiętał ostatnie wydarzenia, ale nie miał pojęcia, co robił, do jasnej cholery, w szpitalu. Przecież to Salt zwalił się na niego i go przygniótł, a on… Czuł się trochę jak po spotkaniu z ciężarówką. Bolał go bok, a kiedy próbował poruszyć nogami, ani drgnęły. Spróbował jeszcze raz i jeszcze, ale nie przyniosło to żadnego skutku. Wściekły uderzył się w nogę, ale nawet tego nie poczuł.

– Co jest, do kurwy nędzy?! – ryknął, a sekundę później drzwi od pokoju otworzyły się i do środka wszedł jego trener. – Co to ma być?! Dlaczego moje nogi są jak dwa kawałki pierdolonego drewna! – rzucił wściekle, ale mężczyzna popatrzył na niego z dziwnym wyrazem twarzy. – Gadaj, Earl!

– Przykro mi, synu, ale już po wszystkim – powiedział trener, który nie miał zamiaru ukrywać przed Carterem prawdy.

– Przykro ci? A co to ma niby znaczyć? – warknął, wciąż próbując ruszyć tymi cholernymi nogami, które go nie słuchały.

– Nie będzie walki o tytuł. Nie w twoim stanie.

– A jaki jest, kurwa, mój stan?! – wydarł się. Chciał poczuć swoje nogi. – Ktoś mi łaskawie powie czy będę żył w pieprzonej nieświadomości?!

– Proszę się uspokoić, panie Daring – odezwał się wchodzący lekarz. – Proszę mnie zostawić z pacjentem.

Mężczyzna z niewielkim oporem opuścił pokój, ale wiedział aż za dobrze, że Carter miał prawo do prywatnej rozmowy z medykiem. Na korytarzu czekał manager chłopaka i obaj wiedzieli, co się stało i jakie będą tego skutki. Teraz musiał się o tym dowiedzieć już tylko Carter.

– Zanim powiem, co panu dolega… – zaczął lekarz, ale szybko mu przerwano.

– Do rzeczy, proszę nie owijać w bawełnę. Nie wiem, co się dzieje, ale nie czuję nóg – warknął.

– No tak. – Doktor spojrzał w kartę. – Druga kula, którą pan otrzymał…

– Jak to druga? Ja nawet nie otrzymałem pierwszej. Nie wiem, co wy bierzecie w tym szpitalu, ale ostro się coś komuś pomyliło.

– Proszę mnie posłuchać. – Doktor wciąż był spokojny. – Nie wiemy, kto i dlaczego zrobił coś takiego, ale oberwał pan. Postrzelono pana w plecy. Wyjęliśmy pocisk, ale… – spojrzał na pacjenta – narobił trochę szkód i to, że nie może pan teraz ruszać nogami, jest tego następstwem. Natomiast drugi postrzał był dziwny. Oberwał pan w bok, ale to tylko draśnięcie. Albo ktoś chybił, albo pański rywal oberwał jako pierwszy, a pan już dostał tylko rykoszetem. Trudno mi coś powiedzieć, gdy nie zna się całej sytuacji. I niestety sam upadek, to, że przygniótł pana drugi bokser, spowodował również szkody.

– Czy ja dobrze usłyszałem? Zostałem postrzelony?

– Nie poczuł pan? – zapytał zaskoczony lekarz.

– Nie – zaprzeczył Carter i taka była prawda.

– Cóź… akurat tego nie potrafię wyjaśnić.

– A co, do cholery, może mi pan wyjaśnić? Bo poza tym, że nie mogę poruszyć nogami i zarobiłem kulkę, niczego się nie dowiedziałem – wycedził. – Więc może łaskawie pan opowie, co mi, kurwa, dolega. – Powoli puszczały mu nerwy.

– Utworzył się niewielki obrzęk bardzo blisko kręgosłupa i to on jest odpowiedzialny za pański stan. Jest nacisk i stąd pojawiły się problemy z czuciem w nogach, które zapewne miną za jakiś czas. Przynajmniej mam taką nadzieję.

Carter poczuł się tak, jakby zarobił kopniaka w splot słoneczny. To wszystko było jakimś nieporozumieniem i czystym absurdem. Facet gadał od rzeczy! Mimo to jego nogi ani drgnęły.

– Nadzieję? Ma pan cholerną nadzieję? To ma być ta diagnoza?! – ryknął.

– Tak. Dopiero kiedy zejdzie obrzęk, będziemy mogli sprawdzić, w jakim pan jest stanie.

– Kurwa – zaklął.

– Przykro mi, ale i tak ma pan więcej szczęścia od tego drugiego boksera.

– Nie wydaje mi się – odburknął Carter mało przyjaźnie i już nie zawracał sobie głowy doktorem. Wszystko raptem stało się jasne.

– Walczy o życie, więc pan jest w znacznie lepszym położeniu. – Słowa lekarza wywołały u niego wstyd i poczucie winy, ale nadal był wkurwiony. Właśnie stracił życiową szansę, do pioruna.

– Nieważne – mruknął.

Lekarz jeszcze coś mówił, ale Carter mógł się skupić jedynie na tym, że nie będzie mógł walczyć. Że jego szansa na tytuł odpłynęła w siną dal. Gdy tylko doktor wyszedł, mężczyzna sięgnął po coś leżącego na szafce i rzucił tym przez całą długość pokoju. To była butelka z wodą, która uderzyła z hukiem o ścianę, po czym spadła na podłogę. Plastik, cholerny plastik – pomyślał. Był wkurwiony do tego stopnia, że gdy głowa jego managera pojawiła się w drzwiach, dał upust złości.

– Wynocha!

– Carter…

– Wypierdalaj, nie mam ochoty was widzieć, zresztą możesz sobie szukać nowej roboty! – wrzasnął, a mężczyzna od razu zamknął drzwi, żeby go nie drażnić.

Carter był wściekły. Miał ochotę rozpieprzyć wszystko w tym szpitalu, ale zwyczajnie nie mógł. A dlaczego? Bo życie go tak urządziło, że teraz nie potrafił nawet wstać i iść do cholernej toalety. Nie wyobrażał sobie, żeby być od kogokolwiek zależnym. Wolał chyba naprawdę gdzieś zdechnąć niż prosić kogoś o pomoc. Ze złości zrzucił czymś jeszcze, co z hukiem rozbiło się o podłogę. Miał wszystko w dupie, a furia wrzała w jego żyłach do tego stopnia, że kiedy weszła pielęgniarka, ją też pogonił. Kobieta uciekła szybciej, niż się zjawiła.

– Carter. – Do środka wszedł trener.

– Czego chcesz?

– Musimy pogadać.

– A mamy, kurwa, o czym? Bo nie wydaje mi się. Dobrze wiesz, że walki nie będzie. Jestem skończony, rozumiesz? Skończony jako bokser.

– Nic jeszcze nie wiadomo. Na pewno walka o pas przepadła, ale będzie kolejna.

– Poważnie? Ty w to naprawdę wierzysz? I że niby jak mam walczyć? Będzie boks dla niepełnosprawnych? – zakpił. – Jaja sobie, kurwa, ze mnie robisz?! – ryczał.

– Uspokój się, przecież jeszcze nic nie jest przesądzone. Jak zejdzie obrzęk, zobaczymy, co będzie, a na razie powinieneś odpoczywać.

– Odpoczywać, jasne, i tak nie mam nic lepszego do roboty.

– Wszystko się poukłada, synu – mruknął trener, ponieważ był pełen nadziei.

– Na pewno.

– Widzimy się jutro. Siedzę tutaj od wczoraj.

– Jak chcesz.

Nawet nie spojrzał na wychodzącego mężczyznę. Może i facet chciał dobrze, ale co z tego, skoro słowa niewiele mogły pomóc. Carter wiedział, że głowa była najważniejsza. To myślenie i nastawienie się liczyło, ale w tej chwili nawet nie miał zamiaru się motywować. Niby dlaczego miałby to robić? Leżał tu niczym kłoda, a jego nogi były dwoma kawałkami drewna. Ale z jednego się cieszył, z tego, że miał sprawne ręce. Chociaż marne to było pocieszenie.

Bez przerwy użalał się nad sobą, ale po jakimś czasie przypomniał sobie o kimś innym.

Bruno Salt.

Lekarz coś wspomniał, że Carter był w lepszym położeniu, ale dla niego wcale takie nie było. Wiedział, że punkt widzenia zależał od punktu siedzenia, czy w jego przypadku leżenia. Co i tak nie zmieniało faktu, że teraz był ciekawy, co się stało. A żeby się tego dowiedzieć, musiał z kimś porozmawiać. Sięgnął do przycisku obok łóżka i wezwał pielęgniarkę.

– Coś się stało? – zapytała młoda kobieta, gdy tylko weszła, po czym jej wzrok spoczął na podłodze. – Widzę, że świetnie się pan bawił.

– Nie tak, jak bym chciał, ale powiedzmy, że owszem.

– Więc w czym mogę pomóc?

– Chciałbym się napić – skłamał, po czym dodał: – Oraz dowiedzieć, co się stało z tym drugim bokserem.

 

– Ja chyba…

– Walczyliśmy razem, trafił tutaj tak samo jak ja, więc chyba coś możesz mi powiedzieć. To chyba nie jest tajemnicą? – zapytał.

– Jego stan jest kiepski, był operowany kilka godzin. Miał krwotok wewnętrzny. Reszty może się pan sam domyślić.

Carter tylko kiwnął głową. Nie miał zamiaru tego komentować. Lekarz nie przesadzał. On leżał przykuty do łóżka, a Salt walczył teraz o życie. Finał walki okazał się zupełnie inny, niż wszyscy zakładali. Kto by przypuszczał, że coś takiego się stanie? Na pewno nie on.

– Proszę, woda. – Kobieta podała mu butelkę ze słomką.

– Dzięki. Ale mam jeszcze jedno pytanie.

– Tak?

– Czy jego siostra tutaj była?

– Chodzi o tego drugiego pacjenta?

– Tak.

– Nie mam pojęcia. Nie było mnie tutaj wczoraj, więc nie pomogę.

– Okej.

Carter oparł wygodnie głowę o poduszkę i zamknął oczy. Miał nadzieję, że kiedy się obudzi, to wszystko okaże się tylko złym snem.


W tym samym czasie na drugim końcu miasta Alice właśnie stała w łazience i pakowała ostatnie rzeczy. Agenci federalni byli na dole. Spojrzała w lustro i zobaczyła wymęczoną dwudziestopięciolatkę z masą ciemnych, kręconych włosów. Jej zielone oczy już nie świeciły tym samym blaskiem, były wręcz przygaszone. Bruno zawsze mówił, że jej oczy przypominały szmaragdy. Załkała żałośnie, zdusiła w sobie żal i zatkała dłonią usta, żeby krzyk nie wydostał się na zewnątrz. Jednak po policzkach ciurkiem poleciały łzy, które szybko starła wierzchem dłoni. Musiała być silna dla siebie, dla dziec­ka i dla Bruna.

Z walizką i podręczną torbą, w której miała laptopa, zeszła na dół. Nie miała ochoty na pomoc ze strony któregoś z tych facetów. Wystarczyło, że będzie musiała znosić ich obecność przez jakiś czas, czyli dopóki nie umieszczą jej w bezpiecznym miejscu.

– Daj – odezwał się Mike. Odebrał od niej bagaż i już szedł do wyjścia.

Pomógł zapakować rzeczy do auta, jednak wiedział, że Alice nie mogła jechać osobno. Ryzyko było za duże. Dziewczyna jednak nie protestowała, tylko grzecznie wsiadła na tylne siedzenie, co mu odpowiadało. Tak samo jak to, że nie zadawała zbędnych pytań. Nie miał ochoty na tłumaczenia. Nie było na to czasu. Alice wyglądała na zrezygnowaną, co Mike’a wcale nie dziwiło. Zapewne dlatego była tak mało rozmowna.

Gdy tylko ruszyli, skuliła się na tylnym siedzeniu. Miała ochotę zniknąć. Gdy jej jedyny brat leżał w szpitalu, ona dezerterowała. Wierzyła, że wszystko będzie z nim dobrze, że w końcu się spotkają, ale chciała się dowiedzieć, co się działo. Wyciągnęła telefon, poszukała w necie numeru do szpitala, po czym go wybrała.

– Co ty robisz? – zapytał Mike.

– Dzwonię do szpitala, chcę się dowiedzieć, co z Brunem – wyjaśniła.

– Daj mi urządzenie. – Wyciągnął po nie rękę.

– Ale po co ci ono? – dopytywała, ale podała mu telefon.

– Potrzebne. – Mike odebrał komórkę, odsunął szybę i na oczach Alice wyrzucił aparat.

– Co ty zrobiłeś?! – wrzasnęła. – Oszalałeś?!

– Nie. Telefon może być namierzany, a my nie chcemy, żeby ktokolwiek cię znalazł. Więc nie zadzwonisz do szpitala i nie zapytasz o stan brata.

– Ale ty możesz to zrobić!

– Co się nie stanie.

– Dupek – warknęła. – Bruno tam leży zupełnie sam, a ja nawet nie mogę się dowiedzieć, co się z nim teraz dzieje. Jesteś nieludzki!

– Jestem agentem federalnym, który ma zapewnić ci bezpieczeństwo, i tylko to się liczy.

– Oczywiście – syknęła i postanowiła zmienić temat. Może tym razem facet jej odpowie. – Dokąd jedziemy?

– Zobaczysz.

– Wysyłacie mnie teraz na białe niedźwiedzie czy będziecie bardziej łaskawi i zostawicie w kraju? – zapytała z przekąsem.

– Jedziesz w bezpieczne miejsce.

Tylko tyle się dowiedziała.

– Jak to miło z waszej strony – sarknęła. – Dupki.

– Alice.

– Co Alice? Chyba mam prawo wiedzieć, dokąd jadę?! Tyle jesteście mi winni.

Mike wiedział o tym i się poddał. Miał słabość do tej kobiety.

– Duluth w stanie Wisconsin. Tylko to musisz wiedzieć.

– Dzięki – odpowiedziała.

Nie miała pojęcia, gdzie leżała ta miejscowość, a teraz jeszcze nie miała samochodu.

Niebo jaśniało i tylko jeszcze kilka chwil brakowało do feerii barw, jakie pomalują horyzont w momencie wschodu słońca. Było już jutro, a to dla każdego człowieka oznaczało jakieś nowe cele, rzeczy czy marzenia. Alice marzyła, żeby znowu mieć osiemnaście lat i znaleźć się z rodzicami oraz bratem, którego więcej nie było, niż był, w domu.


Natomiast Carter, który pół nocy nie spał, marzył, żeby to wszystko okazało się pomyłką. Jednak nią nie było, o czym świadczyły wciąż bezwładne nogi.

Leżał w tym cholernym szpitalnym łóżku i przeklinał, na czym świat stoi. Jego marzenia o mistrzostwie obróciły się w pył. Był wściekły, bo być może już nigdy nie będzie miał takiej szansy. Miał ochotę wyjść na ring i skopać komuś zadek, a jedyne, co mógł zrobić, to leżeć i czekać. Czekać na wyrok.

Zamknął oczy i obrazy z walki wróciły do niego niczym bumerang. Nawet nie poczuł tych strzałów, chyba był za bardzo nabuzowany. Nie wiedział, dlaczego i kto strzelał. I kto tak naprawdę był celem. Jednak zakładając, że Bruno oberwał bardziej i prosił o przysługę… To sprawiło, że Carter zyskał pewność, o którego z nich chodziło. Nie znał jedynie powodu…

Właśnie… przysługa. Dopiero teraz powróciły do niego słowa Salta. Facet chciał, żeby Carter zaopiekował się jego siostrą. To była dziwna prośba. Ba, Carter nawet nie wiedział, czy czasem Bruno Salt już nie majaczył. A niech to diabli wezmą! On i jego poczucie winy… Sumienie nie dałoby mu żyć, nawet jeżeli wcześniej stwierdził, że nic go ta dziewczyna nie obchodzi. Sięgnął po telefon leżący na szafce i wybrał numer trenera. Miał w dupie, że była piąta rano. Musiał się dowiedzieć, czy Salt faktycznie miał siostrę.

– Czy ty wiesz, która godzina, Daring? – odezwał się skrzekliwym głosem jego mentor.

– Taa. Czy Bruno ma siostrę?

– Dlaczego pytasz?

– Tak po prostu.

– W sumie to nie wiem. Chociaż ostatnimi czasy widziałem go dwa może trzy razy z jakąś dziewczyną. I była tutaj taka jedna, którą trener Bruna tulił do siebie. Wyglądała jak siedem nieszczęść.

– Brunetka? – zapytał, ale w sumie nie wiedział, dlaczego założył, że była brunetką.

– Tak, chyba tak. Carter, co się dzieje?

– Nic takiego, chyba coś komuś obiecałem. Wiesz, jak jest.

– Aż za dobrze. Co ty planujesz?

– Nie wiem, jeszcze nie wiem. Dzięki. – Rozłączył się i odłożył telefon.

Ależ oczywiście, że wiedział. Dokładnie wiedział, co zrobi. Jednak nie teraz, nie w tym stanie. I dlaczego, do cholery, nie był świadomy tego, że Bruno miał siostrę? I dlaczego Carter nigdy jej nie spotkał? Trenowali na tej samej ulicy, co prawda w dwóch różnych budynkach, ale jednak to było dla niego zagadką. Miał wrażenie, że coś tutaj nie pasowało. Gdy tylko się dowie… Jego rozważania przerwał hałas z korytarza. Co tam się działo, do cholery? Nie mógł nawet podejść do drzwi. Ze złości oraz bezradności wbił pięść w pościel.

Zamknął oczy, a kiedy je ponownie otworzył, na dworze było jasno. Odruchowo sięgnął po telefon, ale złapał pilota od telewizora. Włączył pudło, bo miał dosyć tej ciszy. Akurat trafił na lokalne wiadomości na żywo. Mężczyzna w marynarce stał przed szpitalem i właśnie prowadził transmisję, więc Carter pogłośnił lekko i słuchał.

„Stoję przed szpitalem miejskim w Green Bay, gdzie dwa dni temu przewieziono zawodników z walki wieczoru, na której doszło do strzelaniny. Sprawcy wciąż pozostają na wolności, ale jak dowiedziałem się przed chwilą od władz szpitala, jeden z bokserów, Bruno Salt, który najbardziej ucierpiał w strzelaninie, do której doszło podczas jego walki z Carterem Daringiem, w wyniku odniesionych obrażeń zmarł dzisiaj nad ranem”.

Carterowi pilot wypadł z rąk. Patrzył w telewizor, gdzie wciąż prowadzona była transmisja, ale nie słyszał nic z tego, co mówiono. Za to powoli docierało do niego, co się przed chwilą stało. Facet, którego chciał położyć na deski, z którym chciał wygrać, właśnie przegrał najważniejszą walkę, walkę o swoje życie.

– Kurwa mać – zaklął pod nosem, nie bardzo wiedząc, co teraz powinien zrobić.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?