Parker Rain

Tekst
Autor:
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Parker Rain
Parker Rain
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 71,80  57,44 
Parker Rain
Parker Rain
Audiobook
Czyta Wojciech Stagenalski
39,90  28,73 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Nie wiedzieliśmy, że to twoja kobieta. – Faceci podrywają się gwałtownie. – Nic do niej nie mamy. – Odchodzą, a ona dalej patrzy na mnie, jakby wyrosła mi druga głowa.

– Co ty tutaj robisz, do jasnej cholery? – pytam chyba zbyt ostro, bo kobieta mruży na mnie oczy.

– To wy się znacie? – Zaskoczenie Tima mnie bawi.

– Jesteśmy sąsiadami – odpowiadam.

– Owszem, ale – Corina wstaje i trąca mnie palcem w klatę – nie jestem dzieckiem. Wolno mi nawet wypić piwo – drwi sobie. Chyba wciąż jest zła. – A tobie nic do tego. Poza tym, co ty tutaj robisz?

– Zdradzę ci pewien sekret. To mój pub – oświadczam z dumą, bo naprawdę jestem dumny z posiadania tego miejsca.

– Ach. Nie wiedziałam i cześć. – Wymija nas szybko, ale kieruje się nie do wyjścia, tylko w stronę barmana.

– W dupę – mamroczę pod nosem.

– Nie mówiłeś, że masz za sąsiadkę taki gorący towar. – Słysząc te słowa, odwracam się do kumpla.

– Nie mów tak o niej… – warczę.

– Cholera. Podoba ci się – stwierdza wesoło. – O, bracie. Od czasu Ka…

– Nie kończ – ostrzegam go, bo nigdy więcej nie chcę słyszeć o tej suce.

– Okej. – Unosi ręce. – Ale przyznaj, że blondynka jest gorąca.

– Tak, ale nie jest dla ciebie – uświadamiam mu pewien oczywisty fakt, tak dla zasady. – Nawet nie myśl o niej w ten sposób, rozumiesz?

– Jasne. – Uśmiecha się jak idiota. – Jest twoja.

– Ona nie jest…

– …Twoja – kończy za mnie. – Taa, i dlatego zachowujesz się jak pies ogrodnika albo neandertalczyk, co? Sam nie zjesz i nikomu nie dasz? Coś mi się nie wydaje. Widziałem, jak na nią patrzyłeś.

– Niby jak? – Splatam ramiona na piersi.

– Jakbyś miał zaraz podpalić bar i wszystkich kolesi wokół.

– Cóż… – Wzruszam ramionami.

– Pójdziesz do niej?

– Nie. Prędzej mnie pogryzie. Odczekam, przecież mieszka w sąsiednim domu, więc w końcu i tak na siebie wpadniemy.

Corina

Rany, ale wtopa. Ten dzień chyba powinnam nazwać „dniem upokorzenia Coriny”. Kiedy postanowiłam przyjść na drinka, chciałam po prostu miło spędzić wieczór. I nie wiedziałam, że Parker jest właścicielem baru. Zresztą skąd niby miałabym mieć takie informacje, skoro nie jestem stąd i nic nie wiem o moim sąsiedzie? Powinnam chyba powiedzieć, bardzo gorącym i seksownym sąsiedzie. Może nie jest modelem z okładek magazynów, ale ma w sobie to coś, co przyciąga kobiece spojrzenia. Cholera, moje też. I nie będę udawać, że mi się nie podoba, bo jest wręcz odwrotnie. Poza tym nie jestem zakonnicą, a posucha w tym temacie trwa stanowczo za długo.

– Mogę postawić ci drinka? – Słyszę z lewej i tylko wzdycham.

– A czy ja – odwracam głowę w stronę nieznajomego – wyglądam na taką, która potrzebuje, żeby jej ktoś stawiał? – kpię, pokazując barmanowi, żeby podał mi jeszcze jedno piwo.

– Nie, ale zapytać nie zaszkodzi. To jak?

– A czy ty czasem nie chcesz czegoś w zamian?

– O, bystra jesteś. Więc…

– Daruj sobie. Stać mnie na alkohol, ale może ona – wskazuję na ładną dziewczynę, która wygląda, jakby tylko czekała, żeby ktoś jej coś postawił – skorzysta.

Facet odchodzi, a ja rozmyślam nad tym, co jest nie tak z tutejszymi mężczyznami, że już nie wspomnę o tej dwójce, która się do mnie dosiadła. Nie lubię nachalnych typów, a to już trzeci. Czy ja mam wypisane na czole, że jestem zdesperowana? Że zostałam porzucona? Nie, więc nie mam ochoty na żadne nowe znajomości ani bzykanko na jedną noc.

Dopijam piwo, kładę na blacie pieniądze i wychodzę na zewnątrz. Biorę głęboki oddech i delektuję się lipcowym powietrzem, a potem spoglądam na swój samochód. Raczej postoi sobie do jutra. Niby dużo nie wypiłam, ale wolę nie ryzykować, a spacer dobrze mi zrobi. Jednak kiedy jestem w połowie drogi do domu, zmieniam zdanie. W aucie człowiek nie liczy kilometrów. Teraz tylko cicho wzdycham i siadam na ławce na przystanku autobusowym, następnie wybieram numer do przyjaciela. Zapewne, jak go znam, niedawno wrócił do domu.

– Cześć, słońce – wita się.

– Cześć, Cole. Nie przeszkadzam?

– Nie, niedawno wszedłem. Jak u ciebie? Jak chata?

– Tak jakby – odchrząkuję – kupiłam ją.

– Że co zrobiłaś?

– Kupiłam dom – mówię powoli i wyraźnie. – A teraz wracam do niego z baru i to na nogach. – Zmieniam temat.

– Nie było tam jakiegoś przystojniaka, który mógł­by cię podwieźć? – Już widzę, jak zabawnie porusza brwiami.

– Wyobraź sobie, że z tutejszymi facetami jest coś nie tak.

– A co dokładnie?

– W sklepie zaczepił mnie jeden, w barze dosiadło się dwóch, a na koniec mój seksowny sąsiad odgonił ich ode mnie. Okazało się, że jest właścicielem baru, do którego zawitałam.

– Jesteś seksowna i to chy… Czekaj, wróć. Co mówiłaś o swoim sąsiedzie, promyczku? Czyżbym usłyszał „seksowny”?

– Że ich pogonił? – Śmieję się.

– Nie, nie udawaj, że nie wiesz, o co mi chodzi.

– Mam cholernie seksownego sąsiada, mieszka w domu obok. Jest cały pokryty pięknymi tatuażami – wyjaśniam i słyszę, jak Cole się śmieje, bo sam jest fanem tuszu na ciele.

– Cholera, ale ci się trafił egzemplarz.

– Oczywiście, i do tego ponoć siedział.

– Chcesz powiedzieć, że jest przestępcą?

– Nie wiem, tak tylko słyszałam. Przecież nie powiem do obcego mężczyzny na dzień dobry: „przepraszam, ale czy byłeś w więzieniu za zabicie kogoś?”.

– To lepiej to sprawdź.

– Wiesz, że takie rzeczy zawsze same wychodzą.

– Wiem. Ale wygląda na to, że twój sąsiad to niegrzeczny chłopiec. Ja bym tam chętnie się z tobą zamienił.

– Bo lubisz wszystko, i cipki, i penisy. A ja niekoniecznie mam na niego ochotę. – Ależ kłamczucha ze mnie.

– Oj, masz, masz. Przecież ten ciul Harry nawet nie potrafił cię zadowolić. Kiedy ostatnio miałaś orgazm, co?

– Jezu, Cole… – jęczę.

– Nie Jezu. Kochanie, jesteś sfrustrowana seksualnie, a ponieważ ja nie mogę cię zadowolić z wiadomych względów, to pozostaje ci twój seksowny sąsiad.

– Cole!

– Tak tylko mówię. Dobra, muszę kończyć. Dzwoń jakby co – żegna się i rozłącza.

Chowam telefon do kieszeni jeansów i zastanawiam się, czy powinnam skręcić w prawo, czy może w lewo. Jakoś nie za bardzo kojarzę okolicę. Już wstaję, kiedy naprzeciwko mnie zatrzymuje się czarne auto. Szyba zjeżdża w dół i nie wierzę w to, co widzę.

– Wskakuj, podwiozę cię. Jest ciemno.

– I nikt nas nie zobaczy, co?

– To nie tak – protestuje.

– Dobra. W sumie nie mam ochoty już iść. – Otwieram drzwi od strony pasażera i zajmuję miejsce, stwierdzając, że przecież wcale nie muszę z Parkerem gadać.

Przez jakiś czas jedziemy w kompletnej ciszy, jedynie z radia cicho płynie melodia. Przyglądam się okolicy oblanej światłem ulicznych latarni, uporczywie ignorując bruneta, który na mnie spogląda. Cały czas udaję, że tego nie dostrzegam. W ciężkiej atmosferze dojeżdżamy pod dom Raina. Już łapię za klamkę, jednak przed otwarciem drzwi powstrzymuje mnie jego dłoń.

– Corina?

– Tak? – W końcu odwracam głowę w kierunku mężczyzny i patrzę w głębokie szare oczy.

– Nie gniewaj się.

– A dokładnie za co? – Nie jestem aż tak znowu zła, w sumie to wcale nie jestem, ale w życiu nic nie przychodzi łatwo. Może się teraz trochę popłaszczyć za te głupoty, które mówił do mnie dzisiaj.

– Za to w barze – odpowiada i patrzy wyczekująco.

– Pomyślę – mówię zgodnie z prawdą. – Bezpodstawne czepianie się nie jest w porządku.

– Ale byle nie za długo. – Posyła mi uśmiech, a ja zaraz wysiadam.

– Dobranoc, Parker. Dziękuję za podwózkę.

Parker

Cztery dni. Tyle minęło, odkąd Corina wysiadła z mojego samochodu. To wręcz dziwne, że jej nie widuję, przecież mieszkamy obok siebie. Nie wiem, czy jest zła z powodu mojego zachowania, czy może się obra­ziła? Nie daje mi to spokoju i kilka razy już prawie wychodziłem sprawdzić, czy żyje, jednak w ostatniej chwili zawsze rezygnowałem. A dlaczego? Bo doszedłem do wniosku, że nie będę nachalny i dam jej swobodę. Przecież tak naprawdę jej nie znam. Przyjechała tutaj nie wiadomo skąd. Nic o niej nie wiem prócz tego, że lubi piwo, ma cięty język, pogoniła Tima – akurat to mnie cieszy – i bardzo mi się podoba. Cholera, zdecydowanie bardziej, niż powinna. Kurwa, pierdolę od rzeczy i próbuję sobie wmówić, że lepiej dla mnie, żebyśmy się już nie spotkali. Sam starałem się ją odstraszyć, ale jakby w ogóle nie chciała przyjąć moich słów do wiadomości.

Przez ostatnich kilka miesięcy spotykałem się ze zgoła z inną reakcją. I to zapewne dlatego mam ochotę iść do niej, zapukać do drzwi i spojrzeć w jej cudowne niebieskie tęczówki. Pierwszego dnia zauważyłem, że ich kolor zmienia się w zależności od światła, raz są mocno niebieskie, a raz wpadają w szarość. Coś urzekającego. Do tego dochodzą długie, lekko kręcone blond włosy oraz cudowny zapach, który czułem w samochodzie, gdy wracaliśmy razem z baru. Wszystko to sprawia, że chcę więcej i pragnę ją bliżej poznać. Niby nie powinienem, ale cóż… Kumpel miał rację, blondynka mi się podoba. I rzeczywiście od czasu Kat nie miałem nikogo na stałe, a to było przeszło dwa lata temu. Muszę coś zrobić z obecną sytuacją, bo Corina nie ułatwia sprawy. Postanawiam zaprosić ją na kawę. Skoro ona się nie kwapi, ja przejmę inicjatywę.

 

Wychodzę na zewnątrz, czuję zapach skoszonej przez mnie rano trawy. Poprawiam włosy, które chyba powinienem obciąć, i zbiegam z werandy. Przecinam trawnik i kieruję się prosto na jej podjazd. Wciąż mnie dziwi, że nikt wcześniej nie postawił płotu między domami, jedyne ogrodzenie jest od frontu. W sumie ja też się tym nie zająłem, bo do tej pory nie musiałem, przecież mieszkałem tutaj sam. Podchodzę bliżej i ją dostrzegam. Właśnie wyszła na werandę. Ma na sobie kolorowe leginsy oraz kusy podkoszulek. W uszach błyszczą słuchawki i Chryste… nawet w takim wydaniu wygląda bardzo seksownie.

Szlag! Muszę przestać myśleć kutasem.

Staję przed jej furtką i czekam, aż mnie zauważy, co dzieje się prawie od razu. Na mój widok mruży oczy i schodzi ze schodów. Niepewnie idzie w moim kierunku.

– Cześć – odzywam się.

– Cześć.

– Pomyślałem, że może wypijemy razem kawę? Wiesz, takie sąsiedzkie zaproszenie – od razu tłumaczę i przy okazji wzruszam ramionami, żebym nie wyszedł na zdesperowanego.

– Um… – przygryza wargę – prawdę powiedziawszy, miałam właśnie zamiar pobiegać.

– Widzę, ale jeżeli nie masz nic przeciwko, dołączę. – Uśmiecham się na myśl, że jednak spędzę z nią trochę czasu.

– Skoro chcesz, to nie ma sprawy. – W jej oczach widzę powątpiewanie, zupełnie jakbym porywał się na rzecz niemożliwą. Chociaż może to z powodu tego, co mam na sobie: szare spodenki oraz biały podkoszulek i zwykłe skórzane buty. Jednak jak się powiedziało A, to i trzeba dodać B.

Okazuje się, że do biegania wybrała to samo miejsce, które zwyczajowo też odwiedzam. Tylko że ja biegam wyłącznie od czasu do czasu, i to z samego rana, kiedy nie jest jeszcze tak gorąco. Nie ma znaczenia, że teraz bryza morska lekko studzi rozgrzane powietrze oraz piasek. Uważam, że jest zwyczajnie za gorąco na sport, ale jednocześnie nie przeszkadza mi to truchtać z Coriną ramię w ramię. Ruszamy w stronę plaży. Kątem oka dostrzegam, że dziewczyna ma zacięty wyraz twarzy. Z jej słuchawek dolatuje cicha melodia. Muza i jej grymas nie pasują do siebie, więc zapewne moja obecność jest powodem tego szkaradztwa na jej ślicznej buźce. Nie podo­ba mi się, że mnie całkowicie ignoruje i odcina się ode mnie. Cholera, to miało wyglądać zupełnie inaczej. Miała być kawa, miła rozmowa, a jest chujowe bieganie po piasku i milczenie. Corina traktuje mnie niczym powietrze. Jednak nie odpuszczę. Mam całkiem dobrą kondycję, więc jeśli myśli, że mnie zmęczy, to jest w błędzie. Tylko te buty… Zatrzymuję się, szybko je ściągam, chwytam w rękę i ją doganiam. Czuję ciepły piasek pod bosymi stopami.

Przez kilka następnych minut jestem sukcesywnie ignorowany. Myśli, że tak łatwo się poddam. Naprawdę chcę wyjaśnić całą sytuację. Nie lubię takich wiszących spraw. Poza tym nic nie zrobiłem. Może zachowałem się trochę chamsko, ale podwiozłem ją do domu, a to się chyba jednak liczy i powinno mnie w jej oczach po części zrehabilitować.

Corina

Biegam z Parkerem od kilku minut i analizuję wszystkie zdarzenia z ostatnich dni. Wyglądam, jakbym była zła na bruneta, ale wcale tak nie jest, po prostu mam własne problemy na głowie. A kiedy myślę o problemach, w grę wchodzi tylko jedna osoba – Harry. Nie wiem, co kieruje tym człowiekiem. Czyżby sądził, że może zostawić mnie przed ołtarzem i ot tak po prostu zostać młodszym wspólnikiem? Niedoczekanie. A po rewelacjach, które przed trzema dniami przekazał mi Cole, myślałam, że wsiądę w pierwszy lepszy samolot i wrócę do Nowego Jorku, żeby udusić Grisona. Nikt nie będzie próbował mnie szantażować. I nawet przez krótką chwilę przeszło mi przez myśl, żeby jednak Duży John się nim zajął. Jednak Cole powstrzymał mnie przed powrotem, uświadamiając mi, że Harry to zwykły kutas niewarty nawet mojego spojrzenia i że zawsze sam może pogadać z wujkiem. W sumie miał rację. Ale jeśli problem z byłym narzeczonym się nasili, będę musiała rozwiązać go osobiście.

Przez to wszystko przez ostatnie dni nie byłam w stanie rozmawiać z Parkerem. Nie tylko on ściga własne demony, każdy je ma w swoim życiu. Czasem duże, czasem mniejsze, ale zawsze jakieś istnieją. Żeby nie zwariować, musiałam zająć czymś myśli, więc trzy dni temu wzięłam się za porządki w domu i niewielki remont. To jednak pochłania czas. Pomalowałam swoją sypialnię i zamówiłam meble, które mają przyjść jeszcze w tym tygodniu, i teraz biegam, albo raczej próbuję to robić z natrętem przy boku. Zgodziłam się tylko dlatego, żeby dał mi święty spokój. Nie chciałam wyjść na totalnie wredną sukę. Między nami panuje totalna cisza. Towarzystwa dotrzymuje mi muzyka, a jeśli chodzi o Parkera, to może wrócić do domu. Kawy możemy się napić innym razem. Dzisiaj mam gdzieś cały rodzaj męski, oczywiście oprócz Cole’a. Ale on to prawie jak rodzina, więc się nie liczy.

Wciąż biegnę przed siebie brzegiem oceanu i mimo płynącej ze słuchawek melodii słyszę Raina, który próbuje przekrzyczeć muzykę. To niegrzeczne, ale przyspieszam, zostawiając go w tyle. Kiedy zaczynają się pierwsze takty We Don’t Talk Anymore, czuję, że zostaję poderwana do góry. Działam instynktownie. Mimo iż wiem, że to Parker, wyrywam się, w wyniku czego oboje upadamy na piasek. Rain zwisa nade mną i jednym szarpnięciem wyrywa mi z uszu słuchawki.

– Zwariowałeś?! – krzyczę i uderzam go w klatkę piersiową. – Złaź ze mnie!

– Ignorujesz mnie – mówi wkurzony, ale w końcu odpuszcza i mnie uwalnia.

– I co w związku z tym? – Wstaję i strzepuję z siebie złote drobinki. – Z czym masz problem, co? Nie prosiłam cię, żebyś ze mną biegał.

– Ignorujesz mnie od czterech dni i teraz też.

– Nie ignoruję, po prostu nie miałam czasu, Parker! – Nie chcę mu się tłumaczyć. Nie musi znać powodu mojego zachowania.

– Nie? A mnie się wydaje, że jednak tak. Nie odzywasz się do mnie od powrotu z baru. Obiecałaś, że się do mnie odezwiesz.

– Powiedziałam, że pomyślę i jak widać to długi proces. – Drażnię go, bo wcale nie jestem zła, jedynie potrzebuję czasu dla siebie, żeby przemyśleć pewne sprawy.

– Z tobą nie da się normalnie porozmawiać! – Wyrzuca ręce w górę.

– Tak? A to nie ty przypadkiem nie chciałeś się ze mną pokazać w mieście? – wytykam mu. – Więc ułatwiam ci zadanie i schodzę z twojego pola widzenia – mówię może złośliwie, ale taka już jestem. Odwracam się i kieruję w stronę domu.

– A więc o to chodzi? – Rusza za mną.

– O nic nie chodzi. Jestem zmęczoną tą rozmową, Parker.

– Ależ chodzi. Jesteś zła o to, co ci wtedy powiedziałem.

Boże, co za uparty cielak.

– Już mówiłam, że nie. A skoro mi nie wierzysz, to jesteś idiotą, tak jak każdy facet, i nie wypiję z tobą żadnej kawy – mówię dobitnie i próbuję mu uciec. Znowu jednak ląduję w piachu, tym razem dla odmiany twarzą, przygnieciona ciałem Parkera.

– Jesteś cholernie irytującą kobietą – szepcze mi do ucha, przyciskając mnie do podłoża.

– Puszczaj – warczę, czując na pośladkach jego twardego penisa.

Chryste Panie, rzeczywiście mały to on nie jest.

Wciąż mnie przygniata, a moje zdradzieckie ciało pragnie go, chociaż umysł podpowiada, że ten facet może być dla mnie zabójczym wyborem. Oddech więźnie mi w płucach, kiedy jego ręka przesuwa się po mojej dłoni. Czuję się tak, jakby ktoś podłączył mnie do prądu, a iskry urządziły sobie w moim ciele zmysłowy taniec pożądania. Od tak dawna tego nie doświadczyłam, iż prawie zapomniałam, jak to jest. I również od bardzo długiego czasu nie pożądałam w ten sposób mężczyzny, a przecież mój wieloletni związek dopiero co się rozpadł. Czuję się zaskoczona i trochę przerażona tym, że tak niewiele mi potrzeba i że pociąga mnie mój sąsiad, którego przyrodzenie w tej chwili wbija mi się dosyć boleśnie w pośladki. Jakby tego było mało, ruch jego bioder jeszcze potęguje to uczucie. Zdaje się, że zrobił to nieświadomie, nie wiedząc, że jeszcze chwila a podpali lont.

Chyba oszalałam. Muszę to przerwać, zanim coś sobie pomyśli. Nie mogę, zwyczajnie nie mogę dopuścić do czegoś więcej w tym miejscu i właśnie teraz.

Boże, dopomóż.

– Parker, puszczaj mnie, do cholery! – syczę, próbując się wyczołgać spod umięśnionego ciała, które działa na mnie niczym magnes.

– Cor, uspokój się. – Czuję jego oddech przy moim uchu. – Proszę, chcę tylko wypić z tobą kawę.

– Jeżeli się zgodzę, zejdziesz z mnie? – wyduszam z siebie.

– Tak, wróbelku – czule szepcze mi do ucha, a potem składa na nim lekki jak piórko pocałunek. Nawet nie komentuję tego, jak mnie nazwał, bo czuję się z tym tak, jak nie powinnam, czyli zbyt dobrze.

Odsuwa się i wstaje, po czym przed oczami widzę całą jego sylwetkę. Wyciąga pomocną dłoń, ale ignoruję jego gest. Jeżeli teraz chociażby go dotknę, to po mnie. Rzucę się na niego jak jakiś cholerny zwierz, a bardzo bym nie chciała wyjść na zdesperowaną. Strzepuję ponownie piasek, zwłaszcza między piersiami, gdzie mam pełno złotych drobinek. Odsuwam się od bruneta i dostrzegam na jego ustach cwany uśmieszek.

Ach, to tak chcesz grać, więc z tobą zagram, Parker.

Parker

Przez chwilę poczułem się jak nastolatek, napalony i gotowy. Oczywiście ona teraz patrzy na mnie, jakbym był co najmniej wężem w boskim ogrodzie i właśnie namawiał Ewę do grzechu. Cholera, ale w sumie to chciałbym z nią zgrzeszyć, zwłaszcza kiedy widzę jej pokryte piaskiem piersi, tylko chyba w tej chwili nie mam na to szans. Będę się za to smażył w piekle.

– Czyli na kawie nie wstydzisz się ze mną pokazać? – Jej głos ocieka kpiną. Słodką, ale jednak kpiną.

– Skąd ci przyszedł do głowy tak absurdalny pomysł, że mogę się ciebie wstydzić? – Gromię ją spojrzeniem. – To raczej ty powinnaś się wstydzić pokazywać ze mną. Nie jestem odpowiednią osobą dla ciebie. – Jezu, ale pieprzę głupoty.

– Nie jesteś odpowiednią osobą dla mnie? A skąd ty możesz wiedzieć, kto jest dla mnie odpowiedni? – rzuca wściekle. – Skoro tak uważasz, to nie rozumiem, po cholerę mi głowę zawracasz? – Krzyżuje ramiona na piersi.

Dobre pytanie. Sam tego nie rozumiem. To znaczy trochę tak…, chyba. Chcę ją poznać i być może w jakiś sposób mieć dla siebie, ale moja reputacja nie jest kryształowa. Zresztą od zawsze byłem zabijaką. Jednak również niejednokrotnie spuszczałem łomot tym, którzy gnębili słabszych. I w tym momencie moje zachowanie to zwykła obawa przed odrzuceniem. W sumie nie powinno mi zależeć, tyle czasu już jestem sam, ale jednak. I może to jest powód? Corina patrzy na mnie tak zwyczajnie, normalnie i dlatego nie potrafię odmówić sobie jej towarzystwa. Po prostu nie chcę. To popieprzone.

– Wiem, że zadawanie się ze mną może nie wyjść ci na dobre. – Staram się jakoś ją ułagodzić, mówiąc szczerą prawdę.

– Pozwól, że samodzielnie to ocenię. – Rusza w stronę domu, a ja za nią. – Sama sobie wybieram znajomych i – odwraca się do mnie – coś ci powiem, panie Rain. Nie oceniam książki po okładce, więc daruj sobie głodne kawałki, że twoje towarzystwo nie jest dla mnie. Myślisz, że nie będę chciała mieć do czynienia z wytatuowanym gościem o niezbyt przejrzystej przeszłości? Nic o mnie nie wiesz, o moim życiu też, więc bądź tak dobry i pozwól, że sama zdecyduję, kto jest dla mnie odpowiedni. Dobrze?

Jej słowa totalnie mnie zadziwiają, nie tego się spodziewałem. Wszystkie kobiety zawsze chciały ode mnie tylko jednego – seksu, o dłuższej znajomości nigdy nie było mowy. Zresztą doskonale zdawałem sobie z tego sprawę, więc godziłem się na taki układ, ale teraz zwyczajnie chcę czegoś więcej. Chcę Cor i mimo iż jedyna kobieta, którą kochałem, zraniła mnie, pragnę spróbować jeszcze raz. Marzę o tym, żeby dziewczyna stojąca przede mną dała mi szansę – w sumie na cokolwiek. Zadowolę się nawet przyjaźnią. Głupie, bo ile się znamy? Kilka dni? Ale taki już jestem.

– Nie chcę cię rozczarować – oświadczam i zacis­kam usta.

– Ach… To czego tak naprawdę chcesz, Parker? – pyta i już mam odpowiedzieć, że tylko ją poznać, ale przerywa mi jej dzwoniący telefon.

Dostrzegam piękny uśmiech, kiedy odbiera. Nie mam pojęcia, z kim rozmawia, ale jej głos jakby ożył. Przyjemnie jej słuchać, kiedy jest wesoła, a także wtedy, gdy wzdycha. Tylko jest jeden problem – zdaje się, że najwyraźniej mam rywala. A to sprawia, że cały zielenieję z irracjonalnej zazdrości.

– Ja też cię kocham, Cole. – Gdy to słyszę, krew mnie zalewa. Zaciskam szczękę tak mocno, że aż boli.

– Kim jest Cole? – cedzę przez zęby.

 

– Nie powinno cię to obchodzić – rzuca od niechcenia i wkłada klucz do zamka, a ja dopiero teraz się orientuję, że stoimy przed jej domem.

– Ale należy mi się kawa. – Wpycham ją do środka i zatrzaskuję za nami drzwi. – Chcę się po prostu napić kawy – mówię z miną niewiniątka. Czuję chęć wypytania jej, kim jest facet, z którym rozmawiała, jednak odpuszczam.

– Chcesz kawy? To sobie musisz zrobić, bo ja idę wziąć prysznic.

– Czy to propozycja? – Jestem bezczelny.

– Chciałbyś – prycha. – W kuchni jest rozpuszczalna, możesz się napić. – Kiwam głową i ruszam na poszukiwanie kofeiny.

Szybko zauważam puszki z farbą i pędzle, czyli Corina robi remont. I być może to jest powód tej kilkudniowej ciszy. Cholera, ale ze mnie kretyn. Ale raptem do głowy przychodzi mi iście szatański pomysł, który może sprawić, że będę mógł widywać ją częściej. Cel uświęca środki, czyż nie?

Po niespełna dziesięciu minutach blondynka wchodzi do kuchni z mokrymi włosami, które teraz ciężko opadają jej na plecy. Niebieskie tęczówki przybrały lekko zielony odcień i skanują moją postać, ale wyraz twarzy Cor niczego nie zdradza. Jest inna od wszystkich kobiet, jakie znam, i wiem, że ciężko będzie mi ją zdobyć. Ale czyż nagroda nie smakuje lepiej, jeżeli trzeba się wysilić? Złapię króliczka w moje sidła.

– Dlaczego się tak na mnie patrzysz? – pyta i mruży oczy.

– Patrzę na piękną kobietę, to chyba nie jest zabronione. – Podaję jej kubek z kawą.

– Zapamiętałeś. – Pewnie ma na myśli mleko. – I daruj sobie błazenady typu „jesteś piękną kobietą”. Nie rusza mnie to.

Widzę, że tak do niczego nie dojdziemy, więc muszę zmienić taktykę.

– Sądząc po tym, że stoją tu puszki z farbą, stwierdzam, że robisz remont. – Wskazuję na akcesoria do malowania.

– Tak, staram się trochę odświeżyć dom. – Wzdycha, jakby to było ponad jej siły. Więc bingo.

– Znam się na tym trochę, więc z chęcią ci pomogę – proponuję z uśmiechem.

– Co ty knujesz?

Bystra jest.

– Ja? Nic, po prostu chcę ci pomóc.

– A co z tego będziesz miał? – Nie wierzy w moją bezinteresowność i ma trochę racji.

– Nie pogardzę domowym obiadem i może ewentualnie jakimś ciastem. – Chciałbym jeszcze dodać, że nie pogardzę nią jako deserem, ale odpuszczam. Na takie rewelacje przyjdzie jeszcze czas.

– Obiad i ciasto za pomoc w remoncie? – pyta, jakby nie dowierzała.

– Tak.

– A skąd – uśmiecha się – pomysł, że potrafię gotować? Może mam dwie lewe ręce i jestem w tym naprawdę beznadziejna?

– Hm. – Drapię się po brodzie. – Nie jesteś. Widziałem brudne naczynie po zapiekance, więc potrafisz coś przygotować – mówię z pewnością w głosie.

– Dobry jesteś niczym szpieg.

– Dziękuję. To jak będzie?

– Dobrze. To, kiedy zaczynasz, moja darmowa siło robocza?

– Jutro z samego rana. – Cor kiwa głową. – Ale płacisz w naturze. – Na moje słowa krztusi się kawą.

– Słucham? – Robi wielkie oczy, a ja mam ochotę wybuchnąć śmiechem.

– Ugotujesz mi obiad, to chyba można podciągnąć pod naturę. – Puszczam do niej oko, po czym śmieję się na widok jej miny.

– Jesteś niemożliwy. – Rzuca we mnie serwetką.

– Owszem, ale jestem też dobrym sąsiadem i do tego całkiem przystojnym. – Sugestywnie poruszam brwiami.

– Mam sąsiada z nadętym ego.

Nie zaprzeczam, nie ma po co. Ona i tak powie, co będzie chciała. A jaki jest sens zabraniać jej tego, jeśli mnie nie obraża?

Kończymy pić kawę i omawiamy remont. Ustalamy jeszcze listę rzeczy, które będą potrzebne, ale przerywa nam telefon. Corina rozgląda się po pomieszczeniu, próbując zlokalizować, skąd dochodzi dźwięk, a kiedy w końcu namierza komórkę i ją podnosi, jej twarz wykrzywia grymas niezadowolenia. Odkłada wciąż dzwoniące urządzenie, a w jej oczach dostrzegam groźne pioruny – aż mnie przechodzą ciarki. Ktoś po drugiej stronie słuchawki musiał ją chyba wcześniej bardzo wkurzyć, ale teraz i tak nie daje za wygraną i ciągle dzwoni.

Corina

Ten drań po tym wszystkim, co mi zrobił, ma jeszcze czelność do mnie dzwonić! Jak w ogóle może? Telefon brzęczy raz za razem, a ja w końcu nie wytrzymuję.

– Niech go szlag! – mamroczę pod nosem.

Chwytam urządzenie i pokazuję Parkerowi, że wychodzę na zewnątrz. Nie chcę, żeby słyszał, o czym dyskutuję z tym zdradzieckim gnomem. Chociaż bardzo nie chcę z nim rozmawiać, to jednak wiem, że muszę to załatwić. Jeśli Harry dzwoni z powodu tego, o czym mówił Cole, to naprawdę się doigra.

– Czego chcesz? – rzucam na powitanie.

– Corina… – wita się ze mną ciepłym głosem, czym doprowadza mnie do czystej furii.

– A niby kto inny, Harry? Po co telefonujesz? – Nie bawię się w subtelności. Rozmowa z nim jest jak rozprawa na sali sądowej. Nie ma litości.

– Chciałbym pogadać.

– Pogadać? A niby o czym? – Chodzę po trawniku w tę i z powrotem. – Bo mnie się zdaje, że jednak nie mamy niczego do obgadania.

– O nas. – Ja się chyba przesłyszałam.

– Ty tak na poważnie? Nie ma żadnych nas – cedzę. – Sam do tego doprowadziłeś i muszę stwierdzić, że wyświadczyłeś mi tym przysługę.

– Wysłuchaj mnie, kochanie… – Słysząc ostatnie słowo, mam ochotę skopać tę jego zdradziecką dupę. Już ja mu dam!

– Masz minutę, dosłownie pieprzoną minutę, żeby powiedzieć, czego tak naprawdę chcesz, a potem zapomnisz, że kiedykolwiek mnie znałeś. Rozumiesz, Harry?

– Dobrze wiesz, czego pragnę. Przedstawiłem propozycję, ale odesłano mnie z kwitkiem. Chcę wejść z wami w spółkę i wiem, że decyzja należy do ciebie.

– I myślisz, że jak będziesz wygadywał na mój temat głupoty albo zadzwonisz do mnie po tym wszystkim, to co się stanie? Cole chyba ci coś powiedział i wiele wytłumaczył.

– Wytłumaczył? Kazał mi wypierdalać. – Cały Cole. – To się tak nie skończy, wiesz o tym. – Czy ta szuja mi grozi?

– Ależ skończy. Powiem to tylko raz. Po moim trupie zostaniesz wspólnikiem. Prędzej Cole wszystko dostanie. Mogłeś nie robić ze mnie idiotki. I radzę ci siedzieć cicho.

– Nie możesz – cedzi przez zęby. – Tyle lat zapieprzałem, a ty mi mówisz, że przez jeden błąd ten twój przydupas ma wszystko dostać?! – drze się.

Ach, wychodzi jego prawdziwa natura. Nie jestem mściwa, ale Harry pożałuje, jeśli będzie mi groził.

– Jeden błąd? Ty to nazywasz błędem?

– Tak. I radzę, żebyś uważała. Wiem dużo o twojej rodzinie.

– Wiesz co, Harry? – Mój ton łagodnieje. Mimo że mam ochotę udusić tego dupka, to stwierdzam, że nie ma co się z nim użerać.

– Tak? – Słyszę nadzieję w jego głosie.

– Pieprz się i uważaj na pasach. – Rozłączam się.

Nie do wiary, że po tym wszystkim, co zrobił, nadal sądził, że zostanie wspólnikiem. Niby nie powinno mieszać się interesów z życiem prywatnym, ale ja to zrobiłam i kiepsko na tym wyszłam. Jednak to jego tupet właśnie sięgnął wszelkich granic. Jestem wściekła, wszystko też do mnie wróciło. Nie kochamy się, jednak nie zmienia to faktu, że tak się nie zachowuje dorosły człowiek. Ale Harry widocznie do nich nie należy. Takie sprawy można załatwić inaczej. Naprawdę mam ochotę zadzwonić do Dużego Johna i powiedzieć mu, żeby pozbył się tej gnidy. Ale czy wtedy byłabym lepsza od własnych klientów? Nie, nie. To głupi pomysł. Muszę po prostu ochłonąć. Ochłonąć z dwóch ostatnich lat.

Biorę głęboki, drżący oddech, odwracam się i mój wzrok napotyka stojącego nieopodal Parkera. Zapewne wszystko słyszał. Zresztą nawet gdyby był w domu, moje wrzaski też by do niego dotarły. Zamykam na chwilę oczy i postanawiam stawić czoła własnemu życiu.

– Słyszałeś?

– Tylko tyle, że kazałaś spieprzać jakiemuś kolesiowi o imieniu Harry. – Podchodzi bliżej.

– Przepraszam. Nie powinieneś słuchać tych krzyków.

– Nic się stało. – Staje tak blisko mnie, że prawie stykamy się ciałami.

– Stało – mówię drżącym głosem.

– Wróbelku – szepcze i obejmuje mnie ramionami, na co mu pozwalam. – Nie wiem, o co chodzi. Nie będę pytał, ale jestem przy tobie.

Nieprawda. Nie ma przy mnie nikogo. Zostałam sama.

Coś we mnie pęka i pierwszy raz od dawna, będąc w ramionach w sumie obcego mężczyzny, pozwalałam sobie na łzy. Od zawsze udaję, że wszystko jest w porządku, ale nie tym razem. Zwyczajnie nie jest i tak naprawdę od dwóch lat nie było. Nawet po śmierci rodziców nie pozwoliłam sobie się rozsypać – ani po śmierci Matta. Nawet po innej stracie nie dałam sobie szansy na żałobę. Wiedziałam, że jeśli tylko dopuszczę do siebie odrobinę słabości, rozpadnę się niczym domek z kart. A na to przenigdy nie chciałam pozwolić. Tylko że czasem przychodzi taki dzień jak dzisiaj, kiedy człowiek nie ma już siły, żeby udawać. Nawet ten wyjazd chyba spowodowany był desperacją. Przecież mogłam zostać w domu… Ale tak naprawdę za dużo było w nim demonów, które ścigały mnie każdego dnia. Zawsze jest za dużo wspomnień, za dużo wszystkiego. Więc gdy Parker oferuje swoje wsparcie, chociażby na chwilę, korzystam z tego, mimo iż zapewne nie powinnam.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?