Monstruarium

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Anna Wie­czor­kie­wicz

Mon­stru­arium


Spis treści

  Apologia potwora

  Rozdział I Narodziny monstrum

  Rozdział II Pozór nieporządku

  Rozdział III Kryzys słów / triumf rzeczy

  Rozdział IV Renesans monstrów

  Rozdział V Monstra medyków

  Rozdział VI Języki monstrualności

  Rozdział VII Narzędzie nauki

  Rozdział VIII Dzikość opanowana

  Rozdział IX Mięsień i dusza

  Rozdział X Osobny świat osobliwości

  Rozdział XI Dziwoląg – figura wyobraźni

  Rozdział XII Powroty monstrów

  Rozdział XIII Pozytywna retoryka potworności

  Epilog Epoki monstrualności

  Apologia autora

  Przypisy

  Bibliografia

  Filmografia

  Nota edytorska

P R Z Y G O D Y C I A Ł A

Apologia potwora

Był wiek XVII, kie­dy ksiądz Ni­co­las Ma­le­bran­che, czło­nek Kró­lew­skiej Aka­de­mii Nauk, w swym trak­ta­cie o po­szu­ki­wa­niu praw­dy pi­sał o pew­nej ko­bie­cie, „któ­ra ze zbyt­nią gor­li­wo­ścią wpa­try­wa­ła się w ob­raz świę­te­go Piu­sa, gdy aku­rat ob­cho­dzo­no świę­to jego ka­no­ni­za­cji. Po­wi­ła ona dziec­ko cał­kiem po­dob­ne do przed­sta­wie­nia tego świę­te­go. Mia­ło twarz star­ca, o ile jest to moż­li­we u dziec­ka po­zba­wio­ne­go bro­dy. Ra­mio­na były skrzy­żo­wa­ne na pier­si, oczy skie­ro­wa­ne ku Nie­bu, a czo­ło ni­skie, gdyż wi­ze­ru­nek świę­te­go, zwró­co­ny w górę ku skle­pie­niu ko­ścio­ła, spo­glą­dał ku Nie­bu, tak że pra­wie nie było wi­dać czo­ła. […] Cały Pa­ryż mógł je oglą­dać rów­nie do­brze jak ja, po­nie­waż prze­cho­wy­wa­no je dość dłu­go w spi­ry­tu­sie win­nym” (Ma­le­bran­che 1910: I 170). Brak tu in­for­ma­cji o śmier­ci no­wo­rod­ka – po­boż­na mat­ka ro­dzi dziec­ko, po czym wy­sta­wia się je na po­kaz i au­tor nie wi­dzi w tym nic nie­sto­sow­ne­go. In­te­re­su­ją go je­dy­nie przy­czy­ny spra­wia­ją­ce, że re­gu­ły do­ty­czą­ce wy­glą­du zgod­ne­go z wie­kiem ule­ga­ją za­ła­ma­niu. Po­da­jąc ów przy­kład, do­wo­dzi, że wy­obraź­nia cię­żar­nej może wpły­nąć na płód dzię­ki ko­mu­ni­ka­cji ner­wów ko­bie­ty i ner­wów isto­ty roz­wi­ja­ją­cej się w jej ło­nie, a roz­wa­ża­nia te snu­je w du­chu kar­te­zjań­skim. (W isto­cie ko­rzy­sta z daw­ne­go wąt­ku – w prze­ko­na­nie o wpły­wie mat­czy­nej wy­obraź­ni na wy­gląd po­tom­stwa, wy­ra­żo­ne nie­gdyś przez Em­pe­do­kle­sa, prze­ka­za­ne my­śli ary­sto­te­le­sow­skiej, przez całe wie­ki wle­wa się zmien­ne tre­ści (Huet 1993)). Owe na­ro­dzi­ny mają pew­ne rysy cudu; cud po­wo­łu­je do ży­cia wi­do­wi­sko, a ono wpi­su­je się w tra­dy­cję wy­sta­wia­nia na po­kaz mon­strów ro­zu­mia­nych zgod­nie z za­war­tą w ich na­zwie su­ge­stią. Ich za­da­nie to mon­stra­re – a za­tem po­ka­zy­wa­nie, od­sy­ła­nie do zna­czeń sy­tu­ują­cych się poza nimi sa­my­mi. Sen­sy nie­zwy­kłych na­ro­dzin, jak­kol­wiek pod­po­rząd­ko­wa­ne per­swa­zyj­nym ce­lom trak­ta­tu na­uko­we­go i fi­lo­zo­ficz­ne­go, opa­li­zu­ją.

Dziś ta­kie po­trak­to­wa­nie ludz­kie­go pło­du lub mar­twe­go no­wo­rod­ka (nie wie­my bo­wiem, któ­ry z nich wcho­dził w grę) uzna­no by za nie­do­pusz­czal­ne, wi­do­wi­sko oce­nio­no by jako nie­smacz­ne, a wi­dzów po­są­dzo­no o brak wraż­li­wo­ści. Mon­stru­al­ność nie kry­ła­by się w dziec­ku-star­cu, ale w ludz­kiej re­ak­cji na jego po­ja­wie­nie się na świe­cie.

Czy rze­czy­wi­ście? A może wca­le by tak nie było – może wy­star­czy­ło­by do­ko­nać nie­wiel­kie­go re­tu­szu sy­tu­acji, by wszyst­ko mo­gło się to­czyć swym try­bem… Trze­ba by wpi­sać spek­takl w inne krę­gi zna­czeń, za­ape­lo­wać do in­nej wraż­li­wo­ści, ale efekt był­by po­dob­ny, a ludz­kie zdzi­wie­nie „cu­dem na­tu­ry” zy­ska­ło­by uspra­wie­dli­wie­nie.

Po­stąp­my krok da­lej – prze­kuj­my to przy­pusz­cze­nie na hi­po­te­zę:

Mon­strów, po­two­rów, dzi­wo­lą­gów nie spo­sób usu­nąć z ludz­kie­go świa­ta. Opa­no­wy­wa­ne i ujarz­mia­ne, wy­rzu­ca­ne ze świa­ta ro­zum­ne­go jako aber­ra­cja lub za­bo­bon, jako cho­ro­ba, prze­sąd czy zmy­śle­nie, wró­cą do nas tyl­ny­mi drzwia­mi. Za­wsze gdzieś w koń­cu je doj­rzy­my – co wię­cej, bę­dzie­my ich szu­kać, gdyż ich na­tu­ra in­try­gu­je nas i po­cią­ga. Znaj­dzie­my cia­ła, do któ­rych da się przy­cze­pić ową nie­jed­no­znacz­ną ety­kie­tę; wy­sta­wi­my je na po­kaz, tłu­ma­cząc, że to po­trzeb­ne, gdyż od­stęp­stwo wska­zu­je re­gu­łę, bo nie­fo­rem­ność uczy, czym jest for­ma. Za­ma­że­my sło­wo „mon­strum” z jego daw­ny­mi ko­no­ta­cja­mi, a je same uczy­ni­my uży­tecz­ny­mi dla na­uki, spek­ta­ku­lar­ny­mi dla roz­ryw­ki. Wów­czas po­twor­ność nie od razu nam się ob­ja­wi, okry­ta wo­alem utka­nym z wąt­ków wzię­tych z dys­kur­sów edu­ka­cyj­nych, lu­dycz­nych czy jesz­cze in­nych – wo­alem nie do koń­ca szczel­nym, po­zwa­la­ją­cym do­strzec kształt po­twor­no­ści. Te sy­tu­acje wy­da­ją się naj­bar­dziej za­sta­na­wia­ją­ce.

Dzie­je się tak, jak­by mon­stra chcia­ły udo­wod­nić, że do cze­goś są nam po­trzeb­ne, jak­by chcia­ły po­wie­dzieć, że bez nich nie okre­śli­my na­szej wła­snej na­tu­ry i nie zro­zu­mie­my świa­ta, któ­ry chce­my upo­rząd­ko­wać i roz­ja­śnić.

O tym wła­śnie opo­wie ta książ­ka.

Cho­dzi w niej o pew­ną ideę, prze­wi­ja­ją­cą się przez dzie­je i przy­bie­ra­ją­cą róż­ne kształ­ty. Nie przed­sta­wię tu jed­nak jej hi­sto­rii w ści­słym tego sło­wa zna­cze­niu. Bę­dzie to ra­czej in­ter­pre­ta­cja ze­spo­łu zja­wisk, przy­pusz­czal­nie jed­na z moż­li­wych – in­ter­pre­ta­cja, któ­ra (być może nie­zbyt skrom­nie) chcia­ła­by wejść w krąg bu­dow­ni­czych „an­tro­po­lo­gii mon­stru­al­no­ści”. Sama tej an­tro­po­lo­gii nie zbu­du­je, gdyż z za­ło­że­nia po­mi­ja wie­le ob­sza­rów, któ­ry­mi owa dzie­dzi­na mu­sia­ła­by się za­jąć (po­czy­na­jąc od po­twor­no­ści mi­to­lo­gicz­nej, a na pro­jek­tach trans­hu­ma­ni­zmu koń­cząc).

To praw­da, że samo okre­śle­nie „mon­strum” wy­dać się dziś może ana­chro­nicz­ne jako po­ję­cie no­szą­ce śla­dy prze­są­dów, nie­pra­wo­moc­ne, gdy sto­su­je­my je w od­nie­sie­niu do isto­ty ludz­kiej (An­cet 2006:7). Mówi się wpraw­dzie o mon­strach w sen­sie mo­ral­nym – o po­zba­wio­nych wy­obraź­ni emo­cjo­nal­nej prze­stęp­cach, o se­ryj­nych mor­der­cach. Okre­śla­jąc ich w ten spo­sób, sta­wia­my ba­rie­rę mię­dzy tym, co ce­chu­je nas, lu­dzi w peł­nym tego sło­wa zna­cze­niu, a be­stial­skim wy­kro­cze­niem poza pra­wa mo­ral­ne. Okre­śle­nie „mon­strum” to znak wy­klu­cze­nia. Na­to­miast nie­ty­po­we ufor­mo­wa­nie cia­ła dane przez na­tu­rę lub zy­ska­ne na mocy przy­pad­ku nie może być po­wo­dem do tego, by ob­da­rzać ko­goś tym mia­nem. Tu­taj nie wol­no nam sta­wiać ba­rie­ry wy­klu­cza­ją­cej jed­nost­kę. Dys­po­nu­je­my me­dycz­ny­mi okre­śle­nia­mi po­zwa­la­ją­cy­mi na­zwać pro­blem in­a­czej, być może w spo­sób mniej styg­ma­ty­zu­ją­cy. Czy jed­nak po­ję­cie mon­strum – prze­su­nię­te tro­chę w inne ob­sza­ry, pod­da­ne re­tu­szo­wi ma­sku­ją­ce­mu pew­ne jego rysy – nie wy­stę­pu­je w na­szym my­śle­niu, czy nie od­ci­ska swych kształ­tów na róż­nych prak­ty­kach spo­łecz­nych i na ak­tach twór­czych? Wy­da­je się, że na wie­lu świa­dec­twach kul­tu­ry wid­nie­ją śla­dy apo­rii nor­mal­no­ści – nie­wąt­pli­we zna­ki dzia­ła­nia mon­strów… Te wła­śnie zna­ki będę tro­pić w ko­lej­nych roz­dzia­łach.

Skła­niam się do tego, by trak­to­wać mon­strum ra­czej jako pew­ną ka­te­go­rię i zwią­za­ny z nią, zmien­ny hi­sto­rycz­nie ze­spół prze­ko­nań niż jako kon­kret­ny, da­ją­cy się zde­fi­nio­wać ro­dzaj bytu. Jak pi­sa­ła Za­kiya Ha­na­fi: „Więk­szość mon­strów ist­nie­je ra­czej dzię­ki temu, że wciąż się je opi­su­je, niż dla­te­go, że na­praw­dę się je oglą­da” (Ha­na­fi 2000:6). Nie zna­czy to, że po­zo­sta­ją one w sfe­rze fan­ta­zji; wręcz prze­ciw­nie, rze­czy­wi­ste wy­da­rze­nia czę­sto leżą u pod­ło­ża owych prze­ko­nań – po­ru­sza­ją ludz­kie umy­sły, każą szu­kać przy­czyn, pod­da­wać pod roz­wa­gę idee, któ­re zra­zu wy­da­wa­ły się nie pod­le­gać dys­ku­sji, po­bu­dza­ją do two­rze­nia opo­wie­ści i ob­ra­zów1. W ko­lej­nych roz­dzia­łach tej książ­ki zaj­mę się kul­tu­ro­wym opra­co­wy­wa­niem mon­stru­al­no­ści, a ra­czej nie­ustan­nym jej prze­pra­co­wy­wa­niem. Nie daje się ona za­mknąć w jed­nej for­mu­le, wciąż otwar­ta na róż­ne spo­so­by wy­ko­rzy­sta­nia. Zo­ba­czy­my, jak za­chwyt i za­dzi­wie­nie mogą się mie­szać z po­czu­ciem skon­fun­do­wa­nia i pew­ne­go za­gu­bie­nia; dys­kom­fort nie­zro­zu­mie­nia – z wolą po­zna­nia, we­wnętrz­ne­go wzbo­ga­ce­nia i po­bu­dze­nia es­te­tycz­ne­go; pra­gnie­nie po­rząd­ku – z py­ta­niem o jego gra­ni­ce.

 

Oś wy­wo­du uwzględ­nia chro­no­lo­gię; sta­ram się jej trzy­mać, po­ka­zu­jąc prze­mia­ny w spo­so­bach trak­to­wa­nia nie­zwy­kło­ści, mon­stru­al­no­ści, po­twor­no­ści. Czę­sto jed­nak mo­ty­wy z róż­nych epok od­sy­ła­ją do sie­bie wza­jem­nie, ich sen­sy zda­ją się po­wra­cać w zmie­nio­nych kształ­tach, w in­nych kon­tek­stach, zmu­sza­jąc do za­ta­cza­nia krę­gów i do py­ta­nia o to, czy wciąż mamy do czy­nie­nia z tym sa­mym zja­wi­skiem, czy też ule­gło już ono cał­ko­wi­te­mu prze­kształ­ce­niu, a daw­ny sens gdzieś się za­gu­bił.

In­te­re­su­je mnie no­wo­żyt­ność, ale tro­piąc zna­ki po­twor­no­ści, po­ru­szam się po roz­le­głym ob­sza­rze cza­so­wym – od eu­ro­pej­skie­go Śre­dnio­wie­cza do cza­sów współ­cze­snych. Ro­bię też wy­ciecz­ki w stro­nę sta­ro­żyt­no­ści, gdyż tam wi­dzę źró­dła pew­nych idei snu­ją­cych się przez stu­le­cia. (Ary­sto­te­les, Pli­niusz czy Ga­len dłu­go po­zo­sta­ją tymi, do któ­rych od­wo­łu­je się myśl świa­ta za­chod­nie­go). Taka za­chłan­ność te­ma­tycz­na nie­wąt­pli­wie skła­nia do pew­nych po­mi­nięć, cza­sem wy­mu­sza my­ślo­wą dro­gę na skró­ty. Są­dzę jed­nak, że tyl­ko w tym uję­ciu owa pro­ble­ma­ty­ka na­bie­ra od­po­wied­niej wy­ra­zi­sto­ści. Po­dob­ne in­ten­cje sto­ją za wy­bo­rem ob­sza­rów kul­tu­ro­wo-geo­gra­ficz­nych, na któ­rych kon­cen­tru­je się uwa­ga w po­szcze­gól­nych czę­ściach książ­ki. W toku tej opo­wie­ści ze śre­dnio­wiecz­nej i no­wo­żyt­nej Eu­ro­py prze­miesz­czę się do Sta­nów Zjed­no­czo­nych epo­ki in­du­stria­li­za­cji, a po­tem do rze­czy­wi­sto­ści me­dial­nej ery glo­ba­li­za­cji – sta­ram się za­wsze zna­leźć tam, gdzie prak­ty­ki kul­tu­ro­we zwią­za­ne z mon­stru­al­no­ścią i od­no­szą­ce się do niej prze­ko­na­nia da­dzą się trak­to­wać jako zna­ki ogól­niej­szych ten­den­cji. Będę przy tym szu­kać kon­tek­stów (mo­ral­nych, in­te­lek­tu­al­nych, spo­łecz­nych), w któ­rych tkwią czyn­ni­ki po­bu­dza­ją­ce do owych prze­mian. Ma­te­riał, z któ­re­go ko­rzy­stam, na pierw­szy rzut oka wy­da­je się bar­dzo nie­jed­no­rod­ny: są tu i trak­ta­ty na­uko­we, i be­le­try­sty­ka, ilu­stra­cje z daw­nych ksiąg me­dycz­nych i współ­cze­sne ob­ra­zy fil­mo­we. O do­bo­rze za­de­cy­do­wa­ła re­pre­zen­ta­tyw­ność po­szcze­gól­nych prze­ka­zów, ro­zu­mia­na przede wszyst­kim jako zdol­ność ilu­stro­wa­nia szer­szych kwe­stii. Ogni­sko­wa­łam uwa­gę na tych ob­sza­rach kul­tu­ry, gdzie po­wsta­ją łą­cza mię­dzy róż­ny­mi aspek­ta­mi ży­cia spo­łecz­no-kul­tu­ro­we­go, na przy­kład mię­dzy my­ślą fi­lo­zo­ficz­ną, wie­dzą na­uko­wą, prak­ty­ka­mi co­dzien­ny­mi i sfe­rą za­ba­wy – to wła­śnie jest głów­ne kry­te­rium do­bo­ru ma­te­ria­łu2.

W po­szcze­gól­nych roz­dzia­łach kła­dę na­cisk na róż­ne ro­dza­je przy­czyn wpły­wa­ją­cych na prze­mia­ny w kul­tu­ro­wym sta­tu­sie mon­strów, ku­rio­zów i oso­bli­wo­ści. Cza­sem ak­cent pada na kwe­stie na­tu­ry fi­lo­zo­ficz­nej i epi­ste­mo­lo­gicz­nej, kie­dy in­dziej na czyn­ni­ki spo­łecz­ne. Za­wsze kon­cen­tru­ję się na tym, co uzna­ję za do­mi­nu­ją­ce w pej­za­żu prze­mian, o któ­rym w da­nej chwi­li opo­wia­dam; za­ry­so­wu­ję bo­wiem nie tyle po­stęp, ile wła­śnie układ prze­mian. Mam przy tym świa­do­mość, że uprosz­czeń unik­nąć się nie da, je­śli chce się ogar­nąć zja­wi­sko tak zło­żo­ne i wie­lo­aspek­to­we. Wska­za­nie owych miejsc ak­cen­tu musi być czę­ścio­wo ar­bi­tral­ne, co nie ozna­cza, że w in­nych sfe­rach kul­tu­ry nic się nie dzia­ło (w mia­rę moż­li­wo­ści skró­to­wo sy­gna­li­zu­ję owe inne aspek­ty); cho­dzi ra­czej o to, że w pew­nym ob­sza­rze naj­wy­raź­niej ujaw­nia się na­tu­ra prze­mian.

Nie­rzad­ko z nar­ra­cji, ob­ra­zu, spek­ta­klu lub czy­jejś bio­gra­fii czy­nię exem­plum w daw­nym tego sło­wa zna­cze­niu – trak­tu­ję je jak opo­wieść przy­kład­ną, od­sy­ła­ją­cą do cze­goś, co prze­kra­cza płasz­czy­znę przed­sta­wio­nych expres­sis ver­bis zda­rzeń3. Sta­ram się przy tym za­cho­wać her­me­neu­tycz­ne po­dej­ście do owych prze­ka­zów – otwo­rzyć się na ewo­ko­wa­ne przez nie sen­sy, nie­od­łącz­nie zwią­za­ne z ma­cie­rzy­stą epo­ką, ale tak­że wpro­wa­dzić do gry in­ter­pre­ta­cyj­nej wła­sne ro­zu­mie­nie świa­ta.

Waż­ne są nie tyl­ko fak­ty, ale i re­ak­cje, ja­kie wzbu­dza­ją – prze­waż­nie żywe i nie­jed­no­znacz­ne. To praw­da, że mogą się one wy­da­wać po­wszech­ne, „na­tu­ral­ne”, czy też „oczy­wi­ste”. Nie mamy jed­nak do nich do­stę­pu w for­mie czy­stej. To, co okre­śli­li­by­śmy jako spon­ta­nicz­ne – prze­ra­że­nie, wstręt, współ­czu­cie, zmie­sza­nie, cie­ka­wość, za­chwyt – zo­sta­ło już wy­do­by­te ze sfe­ry moż­li­wo­ści i pod­da­ne kul­tu­ro­wym for­mu­łom do­świad­cza­nia. W pro­ces en­kul­tu­ra­cji wpi­sa­ne są bo­wiem ćwi­cze­nia w za­chwy­cie, zmie­sza­niu czy prze­ra­że­niu. To praw­da, że po­zo­sta­je znacz­ny mar­gi­nes dla in­dy­wi­du­al­nych wa­rian­tów do­świad­cza­nia, ale wa­run­ki ich urze­czy­wist­nie­nia okre­śla­ne są na po­zio­mie po­nadin­dy­wi­du­al­nym. Dzie­je się to mię­dzy in­ny­mi za spra­wą in­sty­tu­cjo­na­li­za­cji kon­tak­tu z od­mien­no­ścią za­rów­no w miej­scach mar­gi­na­li­zo­wa­nych, jak i na sce­nach umiej­sco­wio­nych po­śród ży­cia pu­blicz­ne­go. Wią­żą się z tym sce­na­riu­sze za­cho­wań, okre­śla­ją­ce nie tyl­ko po­ziom ge­stów, słów i czy­nów, ale i do­pusz­czal­nych, pra­wo­moc­nych re­ak­cji emo­cjo­nal­nych. To, w jaki spo­sób spo­łecz­ność trak­tu­je po­twor­ność, gdzie ją wi­dzi i ja­kie po­sta­wy wo­bec niej pro­mu­je, sta­no­wi prak­tycz­ny pro­bierz ofi­cjal­nie uzna­wa­nej wraż­li­wo­ści mo­ral­nej. W syn­te­tycz­ny spo­sób ujął to nie­miec­ki li­te­ra­tu­ro­znaw­ca Hans May­er, na­zy­wa­jąc po­two­ra „skraj­nym przy­pad­kiem czło­wie­czeń­stwa” (May­er 2005:5).

Nie ukry­wam, że się­ga­jąc po daw­ne źró­dła, czę­sto od­czu­wa­łam zmie­sza­nie, za­że­no­wa­nie, nie­smak… Okrut­ne trak­to­wa­nie od­mień­ców, wy­sta­wia­nie ich na po­kaz – jak­że to obce dzi­siej­szej wraż­li­wo­ści! Nic nie po­win­no uspra­wie­dli­wiać ma­ni­pu­lo­wa­nia ludź­mi, wy­ko­rzy­sty­wa­nia ich ciał dla roz­ryw­ki, zy­sku czy też wąt­pli­wej na­uki. Bez­tro­ska i brak wraż­li­wo­ści dają się za­uwa­żyć w miej­scach za­ska­ku­ją­cych – tak jak we frag­men­cie otwie­ra­ją­cym tę książ­kę. Kon­takt z prze­ka­zem wpra­wia w ruch krę­gi her­me­neu­tycz­nych po­szu­ki­wań. Tkwi­my we wła­snym śro­do­wi­sku kul­tu­ro­wym, za­nu­rze­ni w swo­im cza­sie; mamy do dys­po­zy­cji po­ję­cia i wzor­ce in­ter­pre­ta­cyj­ne – ale za­nim je za­sto­su­je­my, je­ste­śmy w sy­tu­acji za­bu­rze­nia po­jęć i war­to­ści.

Po­ja­wia się tu moż­li­wość ta­kie­go do­świad­cze­nia, o ja­kim pi­sał Hans-Georg Ga­da­mer, z jed­nej stro­ny uzna­jąc przy­na­leż­ność od­bior­cy do jego wła­sne­go świa­ta, a z dru­giej wska­zu­jąc zna­cze­nie, ja­kie ma wy­kra­cza­nie ku świa­tom in­nym, da­nym po­przez róż­ne­go ro­dza­ju prze­ka­zy: „Nig­dy gra­ją­cy, twór­ca lub widz nie są wcią­ga­ni tyl­ko w obcy świat cza­rów, rau­szu, snu, lecz ra­czej wcho­dzą w bar­dziej wła­ści­wy spo­sób we wła­sny świat, głę­biej się w nim roz­po­zna­jąc” (Ga­da­mer 1993:147).

Oczy­wi­ście mu­szą się tu po­ja­wić py­ta­nia: Co na­praw­dę zo­sta­je nam udo­stęp­nio­ne w ta­kim do­świad­cze­niu? Na czym po­le­ga ro­zu­mie­nie emo­cji, któ­re chce się­gać w prze­szłość lub prze­kra­czać gra­ni­ce swoj­sko­ści? Czy w pró­bach zro­zu­mie­nia In­nych za­wsze nie­zmien­nie wra­ca­my do sie­bie nie­zmie­nio­nych, czy też ja­kąś cząst­kę In­nych wno­si­my do na­sze­go świa­ta?

Zo­staw­my na ra­zie owe py­ta­nia na boku i wejdź­my w grę, o któ­rej pi­sał Ga­da­mer.

Rozdział I Narodziny monstrum

Ro­dzi się… Mon­strum?!

Na świat przy­cho­dzi dziw­na isto­ta – nie­mow­lę o dwóch gło­wach albo o cie­le po­zba­wio­nym koń­czyn, albo też ta­kie, któ­re­go płci nie da się okre­ślić. Te na­ro­dzi­ny czy­nią wy­rwę w po­rząd­ku ży­cia, ła­mią ja­kieś nor­my – wzbu­dza­ją strach, oszo­ło­mie­nie, cie­ka­wość, na­mysł nad na­tu­rą świa­ta… Jak to wy­ja­śnić? Czy pa­trząc na owo cia­ło, moż­na do­strzec ja­kiś sens – taki, któ­ry wy­kro­czył­by poza cie­le­sność?

Dla­cze­go w ogó­le się uro­dzi­ło? Tego py­ta­nia nie spo­sób unik­nąć – szu­kaj­my więc przy­czyn, py­taj­my mę­dr­ców, wni­kaj­my w sie­bie, by zro­zu­mieć, skąd bio­rą się od­mień­cy, po­two­ry, mon­stra.

Przy­czy­ny mogą być róż­ne. „Pierw­sza to na chwa­łę Bożą. Dru­ga – przez jego gniew. Trze­cia to zbyt duża ilość na­sie­nia; czwar­ta – ilość zbyt mała. Pią­ta – za małe lub za wą­skie łono. Szó­sta – hi­po­tro­fia, czy­li zbyt mała ma­ci­ca. Siód­ma – nie­wła­ści­wa po­zy­cja mat­ki, zbyt dłu­go sie­dzą­cej z za­ci­śnię­ty­mi uda­mi lub ści­ska­ją­cej brzuch. Ósma to upa­dek lub ude­rze­nie w brzuch cię­żar­nej. Dzie­wią­ta to cho­ro­ba odzie­dzi­czo­na lub przy­pad­ko­wa. Dzie­sią­ta to ze­psu­cie się na­sie­nia, je­de­na­sta jego wy­mie­sza­nie. Dwu­na­sta to sztucz­ki wę­drow­nych że­bra­ków, trzy­na­sta to dzia­ła­nie de­mo­nów i dia­błów” – pi­sał w XVI wie­ku na­dwor­ny chi­rurg kró­lów Fran­cji Am­bro­ise Paré w dzie­le Des mon­stres et pro­di­ges (Paré 2003:86).

Od­mie­niec po­ja­wia­ją­cy się w ło­nie wła­sne­go spo­łe­czeń­stwa wy­wo­łu­je re­ak­cje inne od tych, któ­re wzbu­dza­ją od­mień­cy przy­by­sze. Lęk przed spoj­rze­niem na mon­strum zro­dzo­ne z ko­bie­ce­go łona może prze­pla­tać się z eks­cy­ta­cją – trud­no oprzeć się po­ku­sie pa­trze­nia. Za­bu­rze­nie ładu zmniej­szy się, je­śli wpro­wa­dzi­my ja­kiś układ po­rząd­ku­ją­cy, któ­ry po­ję­cio­wo za­po­śred­ni­czy kon­takt po­mię­dzy dziw­nym wi­do­kiem a zdez­o­rien­to­wa­nym, lecz chcą­cym zro­zu­mieć ob­ser­wa­to­rem. Moż­na na przy­kład uznać, że isto­tą od­mien­no­ści bywa nad­miar, brak lub po­dwo­je­nie. Tak wła­śnie uczy­nił wspo­mnia­ny Paré, wy­róż­nia­jąc mon­stres par excès, mon­stres par défaut, mon­stres do­ubles. Za mon­stru­al­ne i cu­dow­ne uwa­żał on jed­nak w za­sa­dzie wszyst­ko to, co wy­kra­cza poza zwy­czaj­ny bieg na­tu­ry. Cu­dow­ne wy­da­wa­ły mu się oka­zy jed­nost­ko­we i wy­jąt­ko­we (ta­kie jak owca o trzech gło­wach), ale i rze­czy po­wta­rzal­ne, choć od­le­głe – oglą­da­ne w ko­smo­gra­fiach i geo­gra­fiach zwie­rzę­ta, dziw­ne na­cje, o któ­rych pi­sa­li Pli­niusz, Ho­mer czy He­ro­dot. Cu­dow­ne były bliź­nię­ta sy­jam­skie i ży­ra­fy, her­ma­fro­dy­ci i sło­nie, jed­no­roż­ce, egip­skie sy­re­ny i ko­me­ty – a za­tem to, co na­sza myśl chęt­nie roz­dzie­li­ła­by, okre­śla­jąc jed­ne jako isto­ty fan­ta­stycz­ne, inne jako oka­zy pa­to­lo­gicz­ne, jesz­cze inne jako eg­zo­tycz­ne zwie­rzę­ta czy zja­wi­ska na­tu­ral­ne.

Jed­no jest pew­ne: mar­gi­nal­ność od­mień­ców nie jest raz na za­wsze zde­ter­mi­no­wa­na.

W kla­sycz­nej pra­cy an­tro­po­lo­gicz­nej Czy­stość i zma­za Mary Do­uglas znaj­du­je­my zna­mien­ne stwier­dze­nie: „każ­da kul­tu­ra war­ta tego mia­na za­wie­ra roz­ma­ite za­le­ce­nia po­zwa­la­ją­ce ra­dzić so­bie z ano­ma­lia­mi i przy­pad­ka­mi nie­jed­no­znacz­ny­mi” (Do­uglas 2007:80). Au­tor­ka po­rząd­ku­je owe za­le­ce­nia zgod­nie z per­spek­ty­wą swo­jej dzie­dzi­ny, uwzględ­nia­jąc ich funk­cje w utrzy­my­wa­niu spo­łecz­ne­go i sym­bo­licz­ne­go ładu, któ­ry okre­śla wa­run­ki kul­tu­ro­we­go ist­nie­nia człon­ków da­nej gru­py:

„Po pierw­sze, dwu­znacz­ność moż­na zmniej­szyć, de­cy­du­jąc się na tę lub ową in­ter­pre­ta­cję. Kie­dy na przy­kład ro­dzi się po­twor­ko­wa­te dziec­ko, za­gro­żo­ne mogą być gra­ni­ce de­fi­ni­cji czło­wie­ka i zwie­rzę­cia. Mo­że­my oca­lić te ka­te­go­rie, je­śli przy­po­rząd­ku­je­my po­twor­ko­wa­te­mu dziec­ku ety­kie­tę jako przy­pad­ko­wi szcze­gól­ne­go ro­dza­ju. Tak więc Nu­ero­wie trak­tu­ją ta­kie dzie­ci jako no­wo­rod­ki hi­po­po­ta­mów na­ro­dzo­ne przez przy­pa­dek wśród lu­dzi. Przy­po­rząd­ko­wa­nie ta­kiej ety­kie­ty od razu dyk­tu­je wła­ści­wy spo­sób dzia­ła­nia – Nu­ero­wie de­li­kat­nie ukła­da­ją ta­kie dzie­ci na dnie rze­ki, gdzie ich miej­sce.

 

Po dru­gie, ist­nie­nie ano­ma­lii moż­na kon­tro­lo­wać fi­zycz­nie. Na tej za­sa­dzie, wsku­tek na­ka­zu za­bi­ja­nia bliź­niąt tuż po uro­dze­niu, nie­któ­re ple­mio­na Afry­ki Za­chod­niej eli­mi­nu­ją ano­ma­lię spo­łecz­ną, po­nie­waż wy­zna­ją po­gląd, że dwóch lu­dzi nie może uro­dzić się w tej sa­mej chwi­li z jed­ne­go łona. Albo ko­gu­ty, któ­re pie­ją w nocy – je­śli szyb­ko skrę­cić im szy­ję, nie będą dłu­żej ży­wym za­prze­cze­niem de­fi­ni­cji ko­gu­ta jako pta­ka, któ­ry pie­je o świ­cie.

Po trze­cie, za­sa­da uni­ka­nia ano­ma­lii umac­nia i po­twier­dza de­fi­ni­cje, z któ­ry­mi są one nie­zgod­ne. Gdy w «Księ­dze Ka­płań­skiej» wy­ra­ża­ny jest wstręt do stwo­rzeń peł­za­ją­cych, po­win­ni­śmy po­strze­gać tę obrzy­dli­wość jako ne­ga­tyw wzor­ca rze­czy apro­bo­wa­nych.

Po czwar­te, ano­ma­lie moż­na ety­kie­to­wać jako za­gro­że­nia. Trze­ba przy­znać, że jed­nost­ki od­czu­wa­ją nie­kie­dy za­gro­że­nie w ob­li­czu ano­ma­lii. Błę­dem by­ło­by jed­nak trak­to­wa­nie in­sty­tu­cji tak, jak gdy­by wy­ewo­lu­owa­ły one w ten sam spo­sób jak spon­ta­nicz­ne re­ak­cje czło­wie­ka. Ta­kie pu­blicz­ne wie­rze­nia czę­ściej po­wsta­ją w toku re­duk­cji dy­so­nan­sów mię­dzy in­ter­pre­ta­cja­mi jed­nost­ko­wy­mi a ogól­ny­mi. […]

Po pią­te, dwu­znacz­ne sym­bo­le mogą być wy­ko­rzy­sty­wa­ne w ry­tu­ałach dla tych sa­mych ce­lów co w po­ezji i mi­to­lo­gii, to zna­czy dla wzbo­ga­ce­nia pa­le­ty sen­sów skie­ro­wa­nia uwa­gi na inne wy­mia­ry ist­nie­nia. […] ry­tu­ały, wy­ko­rzy­stu­jąc sym­bo­le ano­ma­lii, mogą łą­czyć zło i śmierć, jak rów­nież do­bro i ży­cie w ra­mach jed­ne­go wiel­kie­go, uni­fi­ku­ją­ce­go wzor­ca” (Do­uglas 2007:80–81).

Dwa ukła­dy wy­ra­żo­ne w for­mie enu­me­ra­cji – pierw­szy ze­sta­wio­ny przez szes­na­sto­wiecz­ne­go chi­rur­ga, dru­gi przez przed­sta­wi­ciel­kę dwu­dzie­sto­wiecz­nej an­tro­po­lo­gii – wpro­wa­dza­ją szcze­gól­ny ład w te miej­sca kul­tu­ro­we­go po­strze­ga­nia świa­ta, w któ­rych ewi­dent­nie ob­ja­wia się brak ładu. Wy­god­niej nam pew­nie uży­wać do my­śle­nia po­jęć, któ­re pro­po­nu­je Mary Do­uglas – pas­sus z tek­stu Pa­régo uwie­dzie nas je­dy­nie eg­zo­ty­ką sfor­mu­ło­wań i ba­jecz­nych po­my­słów na wy­ja­śnia­nie dziw­nych zja­wisk. Oba ze­sta­wy ka­te­go­rii są jed­nak za­ko­rze­nio­ne epi­ste­mo­lo­gicz­nie i w okre­ślo­nych kon­tek­stach oka­zu­ją się sku­tecz­ne pod wzglę­dem swych zdol­no­ści eks­pli­ka­cyj­nych oraz uśmie­rze­nia nie­po­ko­ju wy­wo­ła­ne­go nie­zro­zu­mie­niem roz­bi­te­go po­rząd­ku.

Spo­łe­czeń­stwa wy­pra­co­wu­ją róż­ne spo­so­by po­zwa­la­ją­ce lu­dziom oswo­ić się z wi­do­kiem ano­ma­lii, czy też od­mien­no­ści, osa­dza­ją­ce je w szer­szych ukła­dach po­jęć i war­to­ści. W na­szych cza­sach po­ręcz­ną ka­te­go­rią jest cho­ro­ba. Dys­kurs me­dycz­ny po­zwa­la na­zwać pro­blem; wska­zu­je też spo­so­by jego roz­wią­za­nia. Mamy tak­że in­sty­tu­cje spo­łecz­ne sta­wia­ją­ce so­bie za cel za­po­bie­ga­nie mar­gi­na­li­za­cji pew­nych jed­no­stek. (Oczy­wi­ście są i inne ścież­ki szu­ka­nia sen­su tego ro­dza­ju przy­pad­ków, uj­mo­wa­nia ich w szer­szej per­spek­ty­wie eg­zy­sten­cjal­nej – na przy­kład ścież­ka wia­ry i dys­kurs re­li­gij­ny). Nie ule­ga wąt­pli­wo­ści, że Paré, choć me­dy­cy­na nie była mu obca, po­strze­gał te kwe­stie in­a­czej niż my; in­a­czej też szu­kał związ­ków mię­dzy róż­ny­mi ele­men­ta­mi rze­czy­wi­sto­ści. Dla­te­go łą­czył to, co my roz­dzie­la­my, a dzie­lił to, co nam wy­da­wa­ło­by się jed­no­ścią. O czym my­ślał ów chi­rurg, gdy pi­sał o cu­dach i nie­zwy­kło­ściach? Czym w ogó­le były dla ów­cze­snych lu­dzi mon­stra? Czy wszy­scy wi­dzie­li je tak samo? Czy ich po­strze­ga­nie rze­czy­wi­ście tak bar­dzo róż­ni­ło się od na­sze­go? Aże­by wy­ja­śnić kli­mat, w ja­kim ro­dził się sens mon­strów, przyj­rzyj­my się bli­żej jed­ne­mu z nich. Przy oka­zji za­ry­su­ją się przed nami róż­ne szla­ki in­ter­pre­ta­cyj­ne. Przy­kład bę­dzie po­cho­dził z ob­sza­ru za­chod­nio­eu­ro­pej­skie­go Re­ne­san­su; wy­bra­łam go ze wzglę­du na to, że bar­dzo wy­raź­nie może nam owe szla­ki wska­zać. Na­braw­szy wy­obra­że­nia o ich ukła­dzie, zwró­ci­my się ku daw­niej­szym eta­pom hi­sto­rii mon­stru­al­no­ści.

Mon­strum z Ra­wen­ny

Dziw­ne nie­mow­lę, któ­re przy­szło na świat w Ra­wen­nie w roku 1513, było skrzy­dla­te i ro­ga­te. Mia­ło tyl­ko jed­ną nogę, po­kry­tą łu­ską, opa­trzo­ną okiem w miej­scu ko­la­na i za­koń­czo­ną ku­rzym pa­zu­rem. Na jego tor­sie wid­niał krzyż i li­te­ra Y. Stwór miał her­ma­fro­dy­tycz­ną na­tu­rę – nad dzi­wacz­ną nogą znaj­do­wa­ły się za­rów­no mę­skie, jak i żeń­skie na­rzą­dy płcio­we. Tak przy­najm­niej opi­sał je wspo­mnia­ny wcze­śniej Am­bro­ise Paré.

Było to w cza­sie, gdy kon­flikt mię­dzy pa­pie­żem Ju­liu­szem II a kró­lem Fran­cji Lu­dwi­kiem XII przy­brał na sile. Woj­ska Ita­lii wła­śnie po­nio­sły sro­mot­ną klę­skę w bi­twie pod Ra­wen­ną. Owe na­ro­dzi­ny zda­wa­ły się zna­kiem – to Bóg kie­ru­je do lu­dzi prze­sła­nie od­no­szą­ce się do wal­ki po­mię­dzy wła­dzą du­chow­ną a świec­ką. Moż­na było rzec śmia­ło: to mon­strum.

Samo sło­wo wy­wo­dzo­no nie tyl­ko od ła­ciń­skie­go mon­stra­re, ozna­cza­ją­ce­go „po­ka­zy­wać”, ale i od mo­ne­re, czy­li „prze­po­wia­dać”, „zwia­sto­wać”. Oszo­ło­mie­nie wi­do­kiem dziw­ne­go cia­ła mie­sza­ło się z czcią dla po­nad­ludz­kie­go bytu, któ­ry nadał mu taką for­mę – przy­pusz­czal­nie po to, by coś lu­dziom za­sy­gna­li­zo­wać. Pro­ro­czy sta­tus po­zwa­la wpi­sać każ­dy dziw w po­rzą­dek świa­ta – a wów­czas mię­dzy wy­da­rze­nia­mi, któ­re prze­kra­cza­ją gra­ni­ce co­dzien­no­ści, do­strze­ga się „oczy­wi­ste” związ­ki.

Mon­strum z Ra­wen­ny zy­ska­ło roz­głos. Jego wi­ze­run­ki po­ja­wia­ły się w uczo­nych księ­gach i w dru­kach ulot­nych. Za­sta­na­wia ich róż­no­rod­ność oraz wie­lo­kie­run­ko­wa in­ter­pre­ta­cja jego ist­nie­nia. Mniej lub bar­dziej me­to­dycz­nie wy­ja­śnia­no zna­cze­nie szcze­gó­łów ana­to­micz­nych. Fran­cuz Pier­re Bo­aistu­au pi­sał na przy­kład: róg na gło­wie ozna­cza dumę i am­bi­cję, skrzy­dła – nie­fra­so­bli­wość i nie­sta­łość, brak rąk wska­zu­je na brak do­brych czy­nów, oko w miej­scu ko­la­na to zbyt wiel­kie umi­ło­wa­nie rze­czy ziem­skich, noga to chci­wość i li­chwiar­stwo, a po­dwój­ne na­rzą­dy płcio­we – grzech so­do­mii. Li­te­ra Y i krzyż – zna­ki zba­wie­nia – wska­zu­ją dro­gi unik­nię­cia klę­ski.


Mon­strum z Ra­wen­ny we­dług Pier­re’a (Hi­sto­ires pro­di­gieu­ses 1560)

W za­pi­skach flo­renc­kie­go ap­te­ka­rza Luki Lan­duc­cie­go wy­glą­da­ło to tro­chę in­a­czej: „Sły­sze­li­śmy o na­ro­dzo­nym w Ra­wen­nie mon­strum, któ­re­go ry­su­nek tu­taj przy­sła­no. Na jego gło­wie ster­czał róg, pro­sty jak miecz, miast ra­mion mia­ło dwa skrzy­dła nie­to­pe­rza; na pier­siach po jed­nej stro­nie wid­niał znak Y, po dru­giej krzyż, a po­ni­żej na tor­sie dwa węże. Był to her­ma­fro­dy­ta; na pra­wym ko­la­nie znaj­do­wa­ło się oko, zaś lewa noga mia­ła kształt or­lej. Wi­dzia­łem jego wi­ze­ru­nek, a mógł to we Flo­ren­cji uczy­nić każ­dy, kto tyl­ko tego ze­chciał” (Lan­duc­ci 1927:249).

Czy Fran­cu­za po­nio­sła fan­ta­zja, czy też Włoch nie grze­szył do­kład­no­ścią? W Ita­lii stwór ma dwie nogi, we Fran­cji już tyl­ko jed­ną. Zni­kły węże w oko­li­cach ta­lii. Roz­bu­do­wa­niu ule­gła na­to­miast ale­go­rycz­na na­tu­ra mon­strum. O ile Bo­aistu­au ana­li­zo­wał mon­stru­al­ne cia­ło, roz­wo­dząc się nad zna­cze­niem po­szcze­gól­nych człon­ków, o tyle Lan­duc­ci pod­su­mo­wał rzecz całą la­pi­dar­nym stwier­dze­niem: „wiel­kie nie­szczę­ście za­wsze do­ty­ka mia­sto, gdy ro­dzi się coś ta­kie­go” (Lan­duc­ci 1927:250).

Wi­ze­run­ki dzi­wacz­nej isto­ty z Ra­wen­ny krą­ży­ły z mia­sta do mia­sta, prze­kra­cza­ły gra­ni­ce państw, a dziś trud­no do­ciec jego for­my pod­sta­wo­wej. Stwór mie­wał skrzy­dła nie­to­pe­rza lub pta­ka. Nie za­wsze był her­ma­fro­dy­tą – na nie­któ­rych ilu­stra­cjach zda­wał się wy­raź­nie mę­ski ze swym człon­kiem w sta­nie erek­cji.

Co kry­ło się za tymi prze­mia­na­mi? Czy to tyl­ko ludz­ka fan­ta­zja szła za po­ku­są osnu­wa­nia opo­wie­ści wo­kół dziw­ne­go cia­ła, do­da­wa­nia i uj­mo­wa­nia mu pew­nych ele­men­tów, czy też w prze­mia­nach była ja­kaś me­to­da? Gdzie szu­kać re­guł trans­for­ma­cji?

Jed­na z naj­wcze­śniej­szych (je­śli w ogó­le nie naj­wcze­śniej­sza) zna­na in­for­ma­cja po­cho­dzi od rzym­skie­go kro­ni­ka­rza Se­ba­stia­na di Bran­ca Te­dal­li­nie­go. Pod datą 8 mar­ca 1513 roku za­no­to­wał on: „Opi­szę te­raz dzie­cię zro­dzo­ne w Ra­wen­nie z mnisz­ki i bra­ta za­kon­ne­go. Mia­ło wiel­ką gło­wę, na czo­le róg i wiel­kie usta; na pier­si były trzy li­te­ry, tak jak je tu wi­dać: YXV, i trzy kęp­ki wło­sów. Jed­ną nogę mia­ło wło­cha­tą z dia­blim ko­py­tem, dru­gą ludz­ką z okiem po­środ­ku. Nig­dy jesz­cze za ludz­kiej pa­mię­ci coś ta­kie­go się nie zda­rzy­ło. Pan tej zie­mi ka­zał słać wieść o tym do pa­pie­ża Ju­liu­sza II” (cyt. za: Nic­co­li 1990:35).