Spragnieni, by kochać

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

– Musimy z tym skończyć.

Zdusiłem na ustach siarczyste przekleństwo. To powinna być moja kwestia.

Wkurzony na samego siebie odsunąłem ramię od twarzy i podparłem się na łokciu. Beznamiętnym wzrokiem obserwowałem Adę. Nadal z trudem łapała oddech, a jednak drżącymi dłońmi zapinała biustonosz. Jej długie włosy przykleiły się do wilgotnych pleców, a strużka potu spłynęła po delikatnym wgłębieniu kręgosłupa. Nieskrępowana chodziła po pokoju, zbierając swoje ciuchy z podłogi. Nie zaszczyciła mnie ani jednym spojrzeniem, nawet gdy przyklękła przy łóżku, by sięgnąć do torebki po komórkę. Odczytując wiadomość, minimalnie uniosła brew. Wyraźnie zniecierpliwiona błyskawicznie wystukała odpowiedź. I po chwili uśmiechnęła się uroczo. Tak jak kiedyś do mnie.

Domyśliłem się, z kim pisała.

– Jak widzę, kryzys zażegnany – skomentowałem drwiąco, gwałtownym ruchem odrzucając skołtunioną kołdrę. Bezceremonialnie poderwałem się z łóżka i wciągnąłem dżinsy na nagie, lepkie od potu ciało. – Pogodziłaś się ze swoim chłopakiem? – spytałem, chociaż idealnie udało mi się zrobić z tego stwierdzenie.

Podnosząc się na nogi, Ada lekko wzruszyła ramionami.

– On nie jest moim chłopakiem. W każdym razie jeszcze – dodała, nie odwracając wzroku od ekranu.

– W twoim przypadku to znacząca różnica. Życzyć ci powodzenia?

Widocznie mój oschły ton odrobinę wytrącił Adę z równowagi, bo gdy podniosła na mnie swoje ciemne oczy, dostrzegłem w nich konsternację. Ułamek sekundy później na powrót stała się szaloną dziewczyną, która niczym się nie przejmowała. I nikim. Łącznie ze mną.

– Nie bądź niemiły.

To kiedyś na mnie działało? Sposób, w jaki wydymała usta i mrugała zalotnie długimi, sztucznymi rzęsami?

Cholera, byłem takim kretynem. Właściwie byłem nim podwójnie, bo niepotrzebnie wikłałem się ponownie w pusty pseudozwiązek z Adą. Jednak dwa tygodnie temu, gdy wysłała mi esemesa, gdy napisała, że chce się spotkać, nie myślałem logicznie. Upuszczenie pary, wyładowanie frustracji – tylko to się liczyło. Kumple z korzyściami, tym wtedy dla siebie byliśmy. Od marca nic się nie zmieniło w tej kwestii, nawet gdy zaproponowałem Adzie normalne umawianie się na randki. Problem w tym, że ta dziewczyna nigdy nie widziała we mnie kandydata na potencjalnego faceta.

Bo mnie nie kochała.

Za to zabujała się w kolesiu, który obiecał jej odejść od swojej narzeczonej. I z którym właśnie esemesowała i nawet to, że stoję obok niej, że przed chwilą to ze mną się… Nawet to nie przeszkodziło jej w „byciu całej w skowronkach”.

I musiałbym być skończonym hipokrytą, gdybym teraz wyładował się na Adzie, rzucając jej prosto w twarz, że skoro kogoś kocha, to nie powinna spać z innym kolesiem. Bo co właśnie zrobiłem? Dokładnie to samo.

Narzuciłem na siebie T-shirt i próbowałem ogarnąć bałagan w głowie. W tym czasie Ada rozczesała skołtunione włosy, poprawiła makijaż, by znowu był nienaganny i pozornie niewinny.

– Więc… Tym razem ostatecznie zamykamy temat, tak? – spytałem, stając bezpośrednio przed nią.

Ada zatrzasnęła puderniczkę i wraz ze szminką włożyła do bocznej kieszonki torebki.

– Chyba tak – odpowiedziała, podnosząc się z łóżka. Zarzuciła pasek torebki na ramię i uśmiechnęła się do mnie pogodnie. – Ale było nam fajnie, nie?

– Tak. Fajnie – powtórzyłem, jednak w moim głosie na próżno było szukać jakiegokolwiek przekonania. Niemniej spróbowałem się uśmiechnąć półgębkiem, żeby nie pomyślała, że jestem skończonym dupkiem. Chcąc odrobinę rozładować atmosferę, trąciłem ją łokciem. – Nie rozrabiaj zbytnio.

Patrząc na mnie spod rzęs, pokręciła głową, a jej włosy opadły na ramiona. Na ten widok zazgrzytałem zębami.

Przypomniała mi się sierpniowa noc i pewna czarnowłosa dziewczyna, której targane wiatrem, rozpuszczone włosy tańczyły wokół spiczastego podbródka, gdy staliśmy nad brzegiem Warty. A później w moim samochodzie, kiedy zasnęła z głową na moich kolanach, mogłem ich dotknąć, przeczesywać palcami te długie kosmyki. I noc, gdy zwróciła na mnie swoje błyszczące lazurowe oczy, jakby chciała mnie upomnieć albo prosić, bym tego nie robił, bym jej nie pocałował…

Dostawałem spazmów na samo wspomnienie. I właśnie przez to poczułem się jak ostatni śmieć.

– Tym razem się ogarnę, obiecuję – odparła Ada, sprowadzając mnie na ziemię. Wyminęła mnie i ruszyła w stronę drzwi, jednak w ostatniej chwili zatrzymała się, by zerknąć na mnie przez ramię. Co dziwne, wydawała się zagubiona. Przestąpiła z nogi na nogę, jakby nie do końca wiedziała, co chce powiedzieć. – Dzięki, Eryku. I przepraszam, że tak to wyszło. Naprawdę próbowałam…

– Przecież wiem, nie usprawiedliwiaj się – przerwałem jej bezpardonowo, bo doskonale wiedziałem, co chce powiedzieć.

Nie musiałem tego słuchać kolejny raz. To sprawiłoby, że poczułbym się jeszcze bardziej winny. Kochałem inną dziewczynę, uprawiałem seks z laską, która nie czuła potrzeby, by być dla mnie kimś więcej niż koleżanką. Jak bardzo było to powalone…

Chcąc stłumić narastającą frustrację, gwałtownym ruchem odgarnąłem opadające na czoło włosy. Ada, kołysząc się na palcach, przypatrywała mi się kątem oka.

– To ja już będę szła. Nie odprowadzaj mnie. Znam drogę – powiedziała zapobiegawczo, jednak ja nawet nie ruszyłem się z miejsca. Ostatni raz obrzuciła mnie powłóczystym spojrzeniem i głęboko nabrała powietrza. – To… To uważaj na siebie. Cześć.

Tak. Ostatni raz.

Nawet nie musiałem się specjalnie wysilać, by odpowiedzieć jej z uśmiechem:

– Cześć.

Zamknęła za sobą drzwi. A później kolejne. Odrzuciłem głowę, wypuszczając z płuc powietrze. Wokół mnie nastała cisza. Była zbyt przejmująca i sprawiała, że zbyt głośno słyszałem własne myśli. Ostatnimi czasy miałem wrażenie, że każdą rzecz epicko chrzaniłem. I kompletnie nie wiedziałem, jak to wszystko ogarnąć, czy w ogóle szło w jakiś sposób to poskładać, naprawić. Zupełnie nie wiedziałem, co robić.

W swojej naiwności otworzyłem okno na oścież, by chłodne, październikowe powietrze chociaż odrobinę mnie otrzeźwiło. Jednak uświadomiłem sobie, że to nie orzeźwienia najbardziej potrzebowałem. Tylko znieczulenia. Najlepiej piwa. I prysznica.

Z tą pierwszą decyzyjną myślą wyszedłem z pokoju i boso skierowałem się do kuchni. I zamarłem w progu, widząc leniwie opierającego się o szafkę Kubę, który najspokojniej w świecie popijał zimne piwo.

– Nie wiedziałem, że już jesteś.

– Wróciłem wcześniej – odpowiedział i obrócił się, sięgając za siebie. Podał mi otwartą butelkę. – Klientce coś wypadło, więc przeniosła konsultację na jutro.

Skinąłem głową, biorąc od niego piwo. Przez chwilę staliśmy obok siebie, a jedynym ruchem, jaki wykonywaliśmy, było podnoszenie butelki do ust. W ciszy sączyliśmy alkohol. Ja próbowałem zmusić się do niemyślenia, a Kuba… Widocznie spokojnie czekał, aż podejmę temat. Tyle że nie miałem najmniejszego zamiaru się spowiadać, bo i tak nie wiedziałbym, od czego zacząć.

– Myślałem, że z nią zerwałeś – powiedział Kuba, w zamyśleniu skrobiąc paznokciem po etykiecie.

Jeszcze pół roku temu kazałbym mu się walić i nie wtrącać się w moje życie, jednak teraz… Teraz zdałem sobie sprawę, że nie potrzebowałem niczego innego, jak rozmowy z kumplem. Z przyjacielem.

– Ja też – przyznałem w końcu. – W każdym razie… Cóż, teraz to już ostatecznie – dodałem, przykładając usta do butelki, by pociągnąć solidny łyk.

Marszcząc brwi, Kuba przytaknął z wolna, podniósł na mnie oczy i przeszył mnie ostrym spojrzeniem. Ostrym, ale nie potępiającym.

– I co z tym zrobisz?

Przesunąłem językiem po zębach. Czułem, jak powoli wraca złość, której starałem się pozbyć. Ukryć i zapomnieć.

– Jeśli pytasz, czy polecę do Eweliny… Nie zrobię tego. – Zaciekle pokręciłem głową.

Słysząc moją odpowiedź, Kuba odstawił piwo na blat i złożył ręce na piersi. Ze świstem wypuścił powietrze.

– Powinieneś z nią pogadać, nie wiem, przekonać ją, że…

– Że co? – prychnąłem zajadle. – Że świadomie rozpieprza sobie życie? – Kompulsywnie zacisnąłem zęby, by nie palnąć czegoś więcej. Zamiast tego pokręciłem głową. – Ona go nie zostawi. Nie odejdzie od niego.

– Ten koleś pociągnie ją na dno – powiedział pozornie spokojnie, jednak w jego głosie dosłyszałem groźbę. I wściekłość.

– Myślisz, że tego nie wiem? – burknąłem i dopiłem piwo, a pustą butelkę cisnąłem do kosza pod zlewem. Trzasnąłem drzwiczkami bardziej niż to konieczne, ale już nie panowałem nad gniewem. By nie rozwalić czegoś więcej, zacisnąłem dłonie na rancie blatu. – Wkurwia mnie to, ale nic nie mogę zrobić. Nie, jeśli on jest dla niej wszystkim. Skoro nadal go kocha.

W odpowiedzi Kuba zaklął siarczyście.

Obaj wiedzieliśmy, że tego syfu nie da się ogarnąć.

Że nikt nie jest w stanie uratować Eweliny.

Nawet ja.

Rozdział 1

„Hey, are you really this good?

Damn, are you really this good?

Baby, you’re just like a drug

I’d bottle you up if I could

Feeling out of control with your chemicals

What’s coming over me?

 

It’s a total eclipse of rationality”

Illenium ft. Bahari – Crashing

Eryk

– No i jak? Smakowało?

Wyszczerzyłem się do Ali, która zadarła brodę, jakby szeptała: „A nie mówiłam?”. Zaczęła zgarniać na tacę niemal wyczyszczony do zera talerz i gigantyczny kubek po kawie, a ja musiałem przyznać jej rację – nawet jeśli na początku sałatka z awokado podana z tostami francuskimi brzmiała dziwacznie, to smakowała zadziwiająco dobrze.

– Było pyszne, dzięki – odparłem, puszczając jej oczko, na co moja przyjaciółka tylko przewróciła oczami.

– Powinnam ci uświadomić, że to nie ja gotowałam, przyniosłam ci tylko zamówienie do stolika, ale wtedy stracę swój napiwek – droczyła się ze mną.

– Jakbym kiedyś zapomniał ci go dać – prychnąłem.

Przełożyła tacę do drugiej ręki, wsparła dłoń na biodrze i spojrzała na mnie z góry.

– Wypominasz mi?

– Gdzieżbym śmiał. – Zaśmiałem się, unosząc dłonie w geście poddania.

Kręcąc głową, próbowała zdusić uśmiech, ale gdy zaserwowałem jej jedną z moich głupich min, poległa z kretesem.

– Dobra, dobra, nie czaruj, kiedy jestem w pracy – upomniała i wyciągnęła terminal z kieszonki na przepasce biodrowej. – Zostaw to sobie na później.

Doskonale mnie znała – odkąd rodzice założyli mi konto w banku, byłem raczej oddziałem bezgotówkowym. W portfelu miałem jedynie drobną kasę na napiwki albo na parkometr. Bez gadania przyłożyłem kartę do czytnika, a Alicja zręcznie oderwała wydrukowane potwierdzenie. Gdy zbierałem się do wyjścia, zauważyłem, że przygląda mi się z nikłym uśmiechem.

– Najedzony, napity, wyglądasz też niczego sobie… – recytowała, obcinając mnie krytycznie od góry do dołu.

– Wredna! Wyglądam obłędnie! Klientka, która okazałaby się odporna na mój urok osobisty, musiałaby być ślepa, głucha albo pozbawiona węchu.

– Z tym węchem masz rację, bo cuchniesz perfumami na kilometr – odparła, marszcząc nos. – Znowu podwędziłeś Hugo Bossa Kubie?

Wzruszyłem ramionami.

– Facet ma klasę, to muszę mu przyznać.

– Mam nadzieję, że do wieczora zapach trochę wywietrzeje, bo pamiętasz, co ci ostatnio obiecał?

– Twój chłopak mi groził, a to różnica – zauważyłem i przewróciłem oczami, widząc, jak w ciągu zaledwie ułamka sekundy policzki Alicji delikatnie się zaróżowiły. – Serio? Tyle czasu już minęło, a ty nadal szczerzysz się na to słowo?

Fuknęła, udając oburzoną, a odrzucając głowę, wprawiła w ruch sięgające ramion blond włosy.

– Bo brzmi cudownie – odparła, dając mi jasny sygnał, że nie potrzebuje żadnego usprawiedliwienia.

– Chyba nawet sowity napiwek nie przebije tego uśmiechu. Twój chłopak – rzuciłem znienacka, a Alicja gwałtownie nabrała powietrza. – O, widzisz!

Roześmiałem się i w porę uchyliłem przed podniesioną ręką przyjaciółki. Może i wyglądała niepozornie, bo sięgała mi zaledwie do ramienia, ale Kuba nauczył ją, jak wyprowadzać celne ciosy w strategiczne miejsca. Gwoli ścisłości, podczas owych treningów to na mnie ćwiczyła uderzenia. Nie wiedziałem tylko, czy pomagam przyjaciółce w opanowaniu podstawowych chwytów samoobrony, czy po prostu dostarczam wyśmienitej rozrywki jej chłopakowi. Jednak mówiąc tak zupełnie szczerze, cieszyłem się, że Alicja potrafi się obronić. I nie chodziło tylko o to, że wymagało tego od niej miejsce pracy, bo na czas wakacji znalazła etat w jednej z licznych knajpek przy poznańskim rynku, a i nierzadko wracała sama do domu. Cieszył mnie sam fakt, że potrafiła zadbać o swoje bezpieczeństwo.

Ala dała za wygraną i, w dalszym ciągu zaróżowiona po koniuszki uszu, dokończyła sprzątanie zwolnionego przeze mnie stolika.

– Idź już, bo się spóźnisz pierwszego dnia pracy.

– Idę, idę.

Przechodząc obok, niepostrzeżenie podrzuciłem na tacę kilka drobniaków i czym prędzej dałem nogę, zanim się zorientowała, ile dałem jej napiwku. I tak wiedziałem, że prędzej czy później mi się za to oberwie, a Ala po pracy kupi za te pieniądze jakieś środki czystości albo po prostu coś na kolację.

Pomachałem przyjaciółce, a ta uraczyła mnie motywacyjnym kopem:

– Tylko nie potłucz zbyt wielu szklanek.

Już miałem jej powiedzieć, że nie po to przeszedłem przez jej morderczy trening, by teraz zrobić z siebie w pracy ofermę, zdusiłem jednak kąśliwy komentarz i przepuściłem w drzwiach parę staruszków, którymi z niewymuszoną gościnnością zajęła się Ala. Mrugnąłem do niej porozumiewawczo i wyszedłem z restauracji. Dotarłem na przystanek szesnastki. Mogłem podjechać samochodem, ale ostatnio postanowiłem, że odrobinę ograniczę wydatki na transport. Moja leciwa skoda paliła jak smok, szczególnie w korkach, nie mówiąc już o piekielnie wysokich opłatach za parkowanie. Zanotowałem w myślach, by w weekend podjechać do rodziców i zabrać z domu rower. W ten sposób upiekę dwie pieczenie na jednym ogniu – oszczędzę i zadbam o formę.

Kilkanaście minut później szedłem wzdłuż Wartostrady w stronę kontenerów lub – jak brzmiała ich oficjalna nazwa – KontenerArt. Szybko zauważyłem, że pełną nazwą nikt się specjalnie nie przejmował. To właśnie tam znalazłem swoją sezonową, a zarazem pierwszą pracę. Nie żebym potrzebował kasy tak jak Ala czy Kuba, którzy żyli na własny rachunek – miałem na koncie niezłą sumkę, którą dostałem od rodziców, kiedy przyszły wyniki naboru na wydział prawa. Nie chciałem jednak z niej korzystać i czuć się jak ostatni leszcz. Nawet nie wiedziałem, że rodzice odkładali pieniądze, bym mógł bez zmartwień rozpocząć dorosłe życie. Byłem im za to wdzięczny, ale nie chciałem wyglądać gorzej w oczach swoich przyjaciół i jednocześnie współlokatorów. Dlatego postanowiłem, że przynajmniej na czas wakacji zahaczę się w jakiejś typowo studenckiej robocie, bo w sumie i tak siedziałbym bezczynnie w mieszkaniu na Sobieskiego.

Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie denerwowałem się tym pierwszym dniem. Jeszcze jako barman. Nie miałem absolutnie żadnego doświadczenia, ale właśnie takie oferty pracy królowały w internecie. „Przyjmiemy studentów, obowiązkowa książeczka sanepidu, doświadczenie nie jest wymagane, elastyczne godziny pracy”. Na drugim miejscu okoliczne siłownie szukały trenerów i pracowników recepcji. To już bardziej do mnie przemawiało, ale… Gdy zobaczyłem ofertę pracy w barze na kontenerach, rzuciłem się na nią jak ostatni głupek, bo nie mogłem pozbyć się z głowy pewnej myśli. Cholernie nielogicznej i całkowicie idiotycznej. Dlatego też, gdy Ala miała załatwiać sobie książeczkę sanepidu, poszedłem razem z nią. Ona jedna darowała sobie komentarze, bo Kuba korzystał z tego, ile wlezie, i praktycznie non stop wbijał mi szpilę w sam środek tyłka.

Oboje wiedzieli, dlaczego zdecydowałem się na pracę w tym miejscu.

Przez nią.

Obszedłem bar i próbowałem powstrzymać się od robienia maślanych oczu w tamtym kierunku. Przyspieszyłem kroku, przez co wchodząc na zaplecze, niemal zderzyłem się z właścicielem.

– Dzień dobry, panie Waldku! – zawołałem, przytrzymując za ramię mężczyznę po pięćdziesiątce, którego prawie staranowałem.

Był znacznie niższy ode mnie, krąglejszy i łysy jak kolano, ale za to miał parę imponujących wąsów, których końcówki zawijał w pierścienie.

– O, Eryk! Jesteś, chłopie! – powiedział radośnie, gdy odzyskał równowagę. Przekładając podkładkę do notowania do drugiej ręki, spojrzał na złoty zegarek na prawym nadgarstku i przytaknął z podziwem. – I to na czas.

– Punktualność to moje drugie imię.

– To bardzo dobrze się składa, bo ostatnio niektórzy są z nią na bakier. Albo postanawiają nie przychodzić do pracy bez uprzedzenia, albo spóźniają się na potęgę.

– Proszę mi wierzyć, ze mną nie będzie miał pan takich problemów – odparłem i błysnąłem swoim najlepszym uśmiechem, tym, który uwydatniał dołeczki w moich policzkach. – Dodatkowe zmiany również nie są dla mnie kłopotem.

Podlizywałem się, ile wlezie, ale miałem w tym swój cel.

Raz, że być może ze względu na mój nieodparty urok osobisty koleś przymknie oko na porażki, których z pewnością doświadczę przez te kilka pierwszych dni, i nie wywali mnie na zbity pysk. Dwa, poszperałem trochę w necie i dowiedziałem się, że mój szef jest właścicielem dwóch restauracji w okolicach rynku i jednego klubu, więc tu już nie chodziło wyłącznie o pracę sezonową, ale o możliwość zahaczenia się gdzieś na dłużej.

Na razie wszystko szło zgodnie z planem. Szef roześmiał się rubasznie i walnął mnie po plecach.

– I to mi się podoba! Determinacja i odpowiedzialność! To rzadkość spotkać młodego człowieka o takiej charyzmie.

– Oby i klienci się na tym poznali. – Mrugnąłem do niego porozumiewawczo.

– Z tym nie będzie najmniejszego problemu – prychnął szef i machnął ręką. – Już ci to mówiłem na rozmowie kwalifikacyjnej. Z miejsca cię zatrudniłem, a dopiero co się przedstawiłeś. Jednak dobry wygląd kelnera czy barmana oraz to, jak otwarcie zagaduje do klientów, jak zmyślnie lawiruje między rzuceniem uśmiechem a mrugnięciem, to pewny zysk dla knajpy. A ja jestem przedsiębiorczy i nie mogłem przejść obojętnie obok takiej szansy. Wyznaję zasadę, że doświadczenie można zdobyć wszędzie, o ile ma się zapał i zaangażowanie.

Nie byłem do końca przekonany, czy powinienem to odebrać jako dość toporny komplement. Trochę wkurzyło mnie to, że oceniał swoich potencjalnych pracowników po wyglądzie, ale jak sam wspomniał, widział w tym konkretne korzyści. Tak jak w moim przypadku. Nie miałem zielonego pojęcia o tej robocie, a i tak na mnie postawił, bo po prostu uznał, że urok załatwi sprawę.

Odchrząknąłem nieznacznie, maskując chęć zrobienia kwaśnej miny.

– Tylko pamiętaj, Eryku – powiedział do mnie szef, ponownie klepiąc mnie po ramieniu. To jakiś jego nawyk czy coś? – Jak będziesz flirtował z klientkami, rób to ostrożnie. Niepotrzebne nam tu draki i złamane serca, bo to nie sprzyja…

– Prowadzeniu biznesu – wciąłem się mu w słowo i by ukryć zniecierpliwienie, uśmiechnąłem się półgębkiem. – O to może być pan spokojny. Jestem stały w uczuciach.

Szef zamierzał chyba gorliwie potaknąć, ale w tym momencie obaj usłyszeliśmy za plecami pogardliwe prychnięcie. Mężczyzna uniósł brwi, ale ja wcale nie musiałem się odwracać.

Rozpoznałem ten nieprzyjemny dla ucha, kpiący dźwięk. Słyszałem go już tyle razy, że straciłem rachubę. Udało mi się powstrzymać chęć zerknięcia przez ramię, zamiast tego pochyliłem się w stronę szefa i spytałem go o umowę.

– Tak, tak – zgodził się, przerzucając przytwierdzone do podkładki kartki. – To chodźmy na zaplecze. Podpiszesz umowę, dam ci grafik, a później pokażę ci, co i jak.

Przytaknąłem, beznamiętnie przygryzając wewnętrzną stronę policzka.

Na co ja, do cholery, liczyłem? Że ona ucieszy się na mój widok? Że jeśli zacznę pracę w tym samym barze co ona, spojrzy na mnie nieco przychylniej?

– A mogłeś wziąć robotę na siłce – mruknąłem do siebie, idąc za szefem.

Gdy na zapleczu usiedliśmy przy małym, nieco rozklekotanym stoliku, przeczytałem dokładnie umowę, przekazałem szefowi książeczkę sanepidu i zapoznałem się z grafikiem. I absolutnie nie zdziwiło mnie to, że wpisał mnie na późnowieczorne zmiany. Dodatkowo obstawiałem prawie każdy weekend w tym miesiącu. Zerknąłem tylko na swoje godziny, po czym złożyłem kartkę na pół i wsunąłem ją do torby. Obiecałem sobie, że nawet gdy wrócę do domu, nie sprawdzę, czy którąś ze zmian będę dzielił z nią.

Gówno prawda.

Najchętniej wyciągnąłbym z powrotem tę cholerną kartkę, by jeszcze raz przeczytać imię czarnowłosej dziewczyny. Próbowałem wyrównać oddech, jednak na samo wspomnienie jej niezbyt przyjaznego parsknięcia serce mi podeszło do gardła. Całkiem możliwe, że Kuba miał rację i zwyczajnie jestem masochistą.

„Ej, koleś, znalazłeś robotę w tym samym miejscu co laska, za którą gonisz od marca. Nie jesteś masochistą, tylko stalkerem” zaśmiał się drwiąco cichy głosik w mojej głowie.

Świetnie. Jeszcze tylko brakowało, bym wyszedł na jakiegoś świra.

Szef dał mi służbową czarną koszulę z logo baru oraz czarne dżinsy. Przebrałem się, a swoje rzeczy włożyłem do szafki i zamknąłem ją na kluczyk. Właściciel czekał na mnie przed szatnią i zacmokał z aprobatą. Kazał mi podwinąć mankiety do łokci, co wyeksponowało moje umięśnione przedramiona. Jego wodniste oczka błyszczały, jakby patrzył co najmniej na garnek złota, i gdy znowu poklepał mnie po barkach, uniosłem wysoko brwi. Zaczynałem się go poważnie obawiać. Dostrzegłem obrączkę na jego placu, ale ani trochę mnie to nie uspokoiło.

 

Szef zabrał mnie do magazynu, pokazał, gdzie są jakie alkohole oraz zeszyt, w którym mieliśmy zapisywać, kiedy i co braliśmy. W międzyczasie kilkakrotnie zerknął na zegarek i gdy wyszliśmy z magazynu, odesłał mnie za bar, by ktoś inny mnie doszkolił, bo musiał jechać do innej knajpy.

Zostawił mnie samego, a ja, mimo że miałem dziewiętnaście lat na karku, mimo że wiedziałem, z kim przyjdzie mi się zmierzyć, prawie narobiłem w pory. Przełknąłem głośno ślinę, wziąłem głęboki wdech i przechodząc przez małą kuchnię, natknąłem się na obiekt mojego sfiksowania. Była ubrana w podobny uniform do mojego – czarna koszula, czarne spodnie. Ona także miała rękawy podwinięte do łokci, a wokół prawego nadgarstka zawiązała nieśmiertelną zieloną bandanę. Pamiętałem, że się z nią nie rozstawała. Ale sam sposób, w jaki te dopasowane ubrania opinały jej ciało, jak podkreślały wąską talię… Aż zakręciło mi się w głowie i musiałem przywołać się do porządku.

– Cześć – rzuciłem na wydechu i by ukryć zdenerwowanie, chciałem wcisnąć dłonie do tylnych kieszeni spodni. Okazało się to sporym wyzwaniem, bo były zdecydowanie zbyt opięte na pośladkach.

– Cześć – odpowiedziała zachowawczo Ewelina, wymijając mnie, by wrzucić pod blat baru podłużne opakowania z plastikowymi kubkami. – Co się tak gapisz?

– Pan Waldek powiedział mi, że mnie wprowadzisz. Pokażesz bar i tak dalej.

Ewelina prychnęła i przewróciła oczami, po czym spojrzała na mnie z politowaniem.

– Niech zgadnę, zabrał cię do magazynu, pokazał beczki, zaplecze i się urwał?

– Powiedział, że musi jechać do innej knajpy.

– Jak zawsze – skwitowała z przekąsem i zestawiała szary kosz, a następnie wskazała na tablicę za naszymi plecami. – Nieważne. Bar jak każdy inny, menu jest rozpisane, drinki czy piwo na tablicy, tu masz kody, które nabijasz na kasę… – Urwała, z sykiem wypuszczając powietrze. Najwidoczniej zauważyła, że patrzę na kasę i kody, jakbym do rozwiązania ich zagadki potrzebował enigmy. Mrużąc oczy, oparła się biodrem o ciemny blat. – Czekaj. Cholera, nie mów mi, że jesteś kompletnie zielony?

Nie wiedząc, co mógłbym powiedzieć na swoją obronę, niewinnie wzruszyłem ramionami i posłałem jej speszony uśmiech. Jednak i to okazało się złym ruchem, bo najwyraźniej moja gra jeszcze bardziej rozsierdziła Ewelinę.

– Okej, i tak nie mam teraz czasu na pokazywanie ci wszystkiego palcem, więc po prostu mnie naśladuj, tak będzie najlepiej. Staraj się nakłaniać klientów do kupowania piwa butelkowanego, bo ochrona środowiska i tak dalej… Jak skończy się piwo w beczce, pójdziesz po nową do magazynu, a ja pokażę ci, jak ją wymienić. Bo rozumiem, że nawet tego nie potrafisz?

Gdyby tak wojowniczo nie zadarła brody, nie stanęła na lekko rozszerzonych nogach, wspierając ręce na wąskich biodrach, i nie rzuciła tym przeszywającym spojrzeniem szafirowych oczu… Zdążyłbym ugryźć się w język. A tak odpowiedziałem jej z zapałem:

– A ja rozumiem, że nie jestem pierwszy, który stoi tu kompletnie zielony.

– Gratuluję błyskotliwej dedukcji – zadrwiła. Wymijając mnie, rzuciła: – Nie stój tak, tylko chodź. Na razie jest spokojnie, jednak prawdziwy ruch zacznie się wieczorem. I tak wtedy zamawiają praktycznie samo piwo, ewentualnie przekąski. Ogarniesz.

– Ogarnę – palnąłem, jak ona to wcześniej ujęła, błyskotliwie.

Cholera, co w tej dziewczynie sprawiało, że zapominałem języka w gębie?

I jak to możliwe, że zafascynowany latałem za nią jak łasy na uwagę piesek, w następnej sekundzie ostro się na nią wkurzałem, a chwilę później znowu zmieniałem się w bezmózgą amebę? Jeśli tak wygląda zadurzenie, to powinienem przestać wytykać Ali to, że ukradkiem śliniła się na widok Kuby, gdy ten zachowywał się wobec niej jak ostatni cham.

Po kwadransie zacząłem wątpić w swój intelekt. Skupiłem się jedynie na ruchach pełnych warg Eweliny, na jej chodzie, na ruchach jej dłoni, na trzech zmarszczkach, które pojawiały się pomiędzy jej brwiami, gdy zauważała, że się na nią gapię. Najwyraźniej ją to irytowało. Miała przyjemny dla ucha, niski, lekko zachrypnięty głos i nawet gdy niemal warczała, ucząc mnie obsługi kasy, nie mogłem odwrócić wzroku od jej twarzy.

Gdy trenowałem nalewanie piwa w taki sposób, by miało chociaż namiastkę piany, zjawił się kucharz i zgłosił gotowość na kuchni. Przyszli też pierwsi klienci. Denerwowałem się jak diabli, gdy zacząłem przyrządzać pierwsze drinki pod uważnym okiem Eweliny. Nie zdziwię się, jeśli od dziś mohito będzie mnie prześladować po nocach. Sam już nie wiedziałem, czy swoim skupieniem i starannością chciałem zaimponować Ewelinie, czy po prosu pilnowałem się, by nie spieprzyć żadnego zamówienia. Musiało mi iść całkiem nieźle, skoro po pewnym czasie dostałem swój pierwszy napiwek od grupki rozchichotanych dziewczyn. Jedna z nich ewidentnie do mnie podbijała, starałem się jednak nie przekroczyć granicy między barmanem a klientem. Podziękowałem, puszczając do niej oczko, a ta, zaróżowiona po same cebulki włosów, pospiesznie zabrała swojego drinka i dołączyła do koleżanek, które nawet nie próbowały kryć się z tym, że mnie obgadują. Usłyszałem też, że to właśnie ona została oddelegowana do zamawiania kolejnych drinków, z czego mało wiarygodnie próbowała się wykręcić.

Nim wziąłem się za przecieranie baru, zerknąłem na pieniądze, które nadal miałem w dłoni. Nie bardzo wiedziałem, co z nimi zrobić. Szef nie powiedział mi, czy dzielimy się napiwkami, czy zachowujemy je dla siebie. Moje wątpliwości rozwiała Ewelina, która akurat przysunęła się do mnie nieznacznie.

– Schowaj do kieszeni – mruknęła, nie przerywając nalewania kilku piw „z kija”.

Skinąłem głową, ale i tak wskazałem stojący na ladzie słoiczek.

– Ale mamy…

– Dostałeś do ręki? Więc to twoja kasa. – Wzruszając ramionami, przekazała zamówienie klientom, a gdy ich kasowała, dostała dychę napiwku i natychmiast wsunęła ją do tylnej kieszonki szortów. Sam nie wiem, co mnie podkusiło, ale nie bijąc się dłużej z myślami, wychyliłem się przez bar i wrzuciłem swoją kasę do skarbonki. Ewelina, splatając ręce na piersi, wysoko uniosła czarną brew. – Starasz się mi zaimponować?

– Nie – skłamałem, łapiąc za ścierkę, by przetrzeć bar. – Po prostu jestem uczciwy.

Płucząc szmatkę, kątem oka zerknąłem na stojącą obok mnie dziewczynę. Przez cały ten czas czułem na sobie jej spojrzenie, ale nie byłem pewien, czy nadal karciła mnie wzrokiem, czy może to, co zrobiłem, postawiło mnie w nieco lepszym świetle.

Ewelina dopiero po chwili zauważyła, że ją przyłapałem. Mrugając pospiesznie, gwałtownie zaczerpnęła powietrza i czym prędzej rzuciła się do przyjęcia kolejnego zamówienia. Wydawało mi się, że gdy odwracała wzrok, przez zaledwie ułamek sekundy dostrzegłem w jej oczach przelotny błysk zupełnie innej emocji, której nie potrafiłem nazwać.

Ta dziewczyna była dla mnie zagadką, bo okazywanie uczuć ograniczała do zrażania do siebie ludzi. Miałem jednak nadzieję, że Ewelina ma też inną stronę, którą ukrywa przed całym światem.

Chciałem ją poznać. Zobaczyć, jak swobodnie się uśmiecha. Jak jej piękne, niemal granatowe oczy przestają być puste i wrogie.

Czy byłem romantykiem? Całkiem możliwe. Przez prawie pół roku nie mogłem wybić sobie z głowy dziewczyny, byłem więc na dobrej drodze, by całkowicie się w niej zakochać albo już zupełnie zwariować. Chociaż dobrze by było, gdybym nie skończył jak nieszczęśliwie, a raczej beznadziejnie zakochany Werter.