Grzech pierworodnyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Dla Darii i Tomka

SPIS TREŚCI

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

ROZDZIAŁ 3

ROZDZIAŁ 4

ROZDZIAŁ 5

ROZDZIAŁ 6

ROZDZIAŁ 7

ROZDZIAŁ 8

ROZDZIAŁ 9

ROZDZIAŁ 10

ROZDZIAŁ 11

ROZDZIAŁ 12

ROZDZIAŁ 13

ROZDZIAŁ 14

ROZDZIAŁ 15

ROZDZIAŁ 16

ROZDZIAŁ 17

EPILOG

ROZDZIAŁ 1

Miłość sprawia, że choć przez chwilę możemy zapomnieć o przeklętej ciemności, która jest kresem wszystkiego. (…) Miłość jest jedyną rzeczą, która trwa. Góry na przestrzeni milionów lat rozpadają się, formują się od nowa (…).

Morza wysychają. Pustynie ustępują oceanom.

Czas niszczy każdą budowlę wzniesioną przez człowieka. (…) Ale miłość jest siłą, energią, potęgą.

Dean Ray Koontz, Grom

Do domu zakradłam się niepostrzeżenie.

Nie zauważyłam rodzinnego vana stojącego na podjeździe, co oznaczało, że rodzice pojechali na wieczorne zakupy, a Bartkowi przypadła w udziale opieka nad Kacprem. W tej chwili obaj ucinali sobie wieczorną drzemkę na niebieskim kocyku w salonie, wśród rozsypanych szczątków kolorowego plastiku i kółek, niegdyś będących samochodzikami.

Na palcach wdrapałam się po schodach i zamknęłam za sobą drzwi sypialni. Bałagan, jaki zostawiłam po sobie, aż raził w oczy – rozrzucone brudne ciuchy i bogata zawartość torebki wysypana na podłogę psują wystrój dziewczęcej sypialni. Ale czy ja byłam tą samą Nelą?

Zdecydowanie nie.

Nie po tym, co przeszłam.

Teraz czułam się bardziej… Dojrzała? Rozważna? Świadoma? Silna?

Z całą pewnością.

Ale co najważniejsze, był ktoś, komu mogłam całkowicie i bezwarunkowo zaufać. Kto ochroni mnie przed każdym zagrożeniem. Kto zajmie się mną i osłoni własnym ciałem. Kto zabierze mnie do naszego prywatnego świata, gdzie nikt nie będzie miał wstępu. Z kim mogłam otwarcie rozmawiać. Komu mogłam powiedzieć, że go kocham, a on odpowie mi tym samym.

Szloch wymknął się z zaciśniętego gardła.

Musiałam być silna. Bo przecież mu obiecałam.

Nie mogłam płakać z tego powodu.

Telefon zawibrował w tylnej kieszeni spodni. Szybko przetarłam oczy, wycierając nagromadzone w kącikach łzy. Wyciągnęłam komórkę z kieszeni i usiadłam powoli na parapecie, wśród dziesiątek ozdobnych, ręcznie tkanych poduszek.

Na wyświetlaczu pojawiło się imię, a przed moimi oczami, jakby na rozkaz, stanęło widmo jego uśmiechu, ciemnych oczu, rozwianych, nieposkromionych włosów oraz ust twardych i zaborczych.

Przycisnęłam telefon do ucha.

– Wróciłaś już do domu?

Głos Gilberta trafił wprost do mojego serca, które wywinęło salto godne cyrkowca światowej sławy.

– Tak. Bez problemu. Rodziców nie ma, a Bartek śpi z małym w salonie. Nikt nie zauważył, że mnie nie było.

Chłopak wydał z siebie westchnienie ulgi i usłyszałam, jak jego samochód przyśpiesza.

– W takim razie mogę spokojnie wracać do siebie. Choć nie miałbym nic przeciwko, gdybyś wróciła ze mną. Miałbym cię cały czas przy sobie.

Uśmiechnęłam się na samą myśl, podciągnęłam nogi i oparłam brodę na złączeniu kolan.

– Płakałaś.

Spięłam się nieświadomie. To nie było pytanie, tylko stwierdzenie.

– Nie, ja tylko… Dziwnie się czuję – wyznałam. Nie chciałam mieć przed nim tajemnic. Przed jedyną osobą, która mnie rozumie.

– Boli cię coś? Masz mdłości? – gorączkował się Gilbert po drugiej stronie. Odniosłam wrażenie, że nieco zwolnił i zaraz potem się zatrzymał.

– Nie… Może trochę te… siniaki… mi dokuczają. I zadrapania lekko pieką.

Odpowiedziała mi cisza. Przez chwilę myślałam, że coś przerwało połączenie.

– Gilbert? Jesteś?

– Tak – niemal warknął przez zaciśnięte zęby. Mogłam sobie wyobrazić, jak niemożliwie spięte było jego ciało. Jak napinał mięśnie ramion i wrogo zaciskał pięści. – Tylko… Kurwa, Nelka… Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałbym być teraz przy tobie.

– Ja też. Sprawiasz, że czuję się bezpiecznie.

– Wiem.

Ta odpowiedź mnie zaintrygowała.

– Skąd wiesz?

– Zeszłej nocy nie pozwalałaś mi się odsunąć ani o centymetr. Cały czas wtulałaś się w moje ramię. Dopiero gdy nad ranem naprawdę mocno zasnęłaś, mogłem się wymknąć do łazienki i szybko wziąć prysznic.

Uśmiechnęłam się pod nosem na myśl, że spędziłam całą noc w ramionach Gilberta. Szkoda, że tego nie pamiętałam.

– Nelka, czy chciałabyś…? Masz czas w poniedziałek?

– Chyba tak – odpowiedziałam powoli. – A dlaczego pytasz?

– Zobaczysz. To będzie niespodzianka.

– Szkoda. Lubię niespodzianki, o których z góry wiem – wymamrotałam cicho.

– Nie dąsaj się. Zobaczysz, pokochasz to.

– To? – zareagowałam natychmiast.

– Nie ciągnij mnie za język. I postaraj się zasnąć. Najlepiej, jak prześpisz całą niedzielę. Chcę, żebyś wypoczęła, tak abym w poniedziałek mógł cię zobaczyć uśmiechniętą.

Teraz do mnie doszło.

Poniedziałek.

Szkoła.

Uczniowie.

Rogucki…

Nieoczekiwany dreszcz obrzydzenia poraził moje ciało, a żołądek skurczył się do rozmiarów orzeszka.

– Co się stało?

– Już nic… Już dobrze.

Wzięłam kolejny wdech, podczas gdy Gilbert próbował nawiązać ze mną kontakt.

– Ja po prostu… Szkoła w poniedziałek… Ja… Ja się boję… Myślałam, że dam radę, ale… To jest silniejsze.

Przez kilka sekund panowała cisza. Gdy Gilbert odezwał się spokojnie, przeraziłam się siłą jego opanowania.

– Nelka, posłuchaj mnie teraz uważnie. Pojedź z Olgą do szkoły, ja będę jechał za wami. I nie martw się. Zadbałem o to, by ten fiut zapłacił za to, co zrobił – dodał groźnym głosem, od którego aż zjeżyły mi się włosy na karku.

– Co chcesz… Co zrobiłeś? – zreflektowałam się po namyśle. W końcu to był Gilbert Kraszewski. On nie planuje, nie pyta o zgodę, nie patrzy na konsekwencje – on działa.

– Nic, czym miałabyś się martwić. Ani nim, ani jego przydupasami.

– Gilbert, proszę, powiedz, co im zrobiłeś, naprawdę się boję…

– Zaproponowałem przeniesienie do innych szkół. Ich rodzice od razu się na to zgodzili. Mieli do wyboru oskarżenie o… – Gilbert się zawahał, przełknął głośno ślinę, po czym kontynuował mocnym głosem: – Rozbój i posiadanie narkotyków lub wyniesienie się z miasta. W przypadku Roguckiego doszła próba gwałtu, więc jego ojciec zgodził się na wszystko, co zaproponowałem. I bądź spokojna. Przyrzekli, że nikomu nic nie powiedzą. Mam to na piśmie. Jest tam też punkt o zakazie zbliżania się do ciebie. Jeśli złamią umowę, mogą się pożegnać z bezproblemowym życiem. Nelka, zabezpieczyłem cię przed nimi wszelkimi sposobami. Nie musisz się już bać. On cię nie skrzywdzi.

– Kiedy zdążyłeś to wszystko załatwić?

– Jak tylko odwiozłem cię do domu. Wtedy od razu pojechałem do… W każdym razie załatwiłem wszystko.

– Dziękuję – wymamrotałam nadal zszokowana.

– To mój obowiązek chronić ciebie. Muszę i chcę tego. – Jego czułość i dobroć spłynęły na mnie, pozostawiając widoczny ślad w sercu. – Kocham cię.

Silny dreszcz przemknął przez moje ciało. Kocham cię wypowiedziane przez Gilberta sprawiało, że rozpływałam się wewnętrznie.

– Ja też cię kocham.

– Mógłbym ci to mówić do znudzenia, choć naprawdę wątpię w to, by kiedykolwiek miało mi się to znudzić – odparł ze śmiechem. – Będziesz wypoczywać?

– Tak. Cały jutrzejszy dzień przeleżę w łóżku.

– I będziesz jeść każdy posiłek?

– Cokolwiek rozkażesz.

– Przestań pajacować, Augustyniak. Jestem teraz zabójczo poważny. Ostrzegam, przyślę Olgę na przeszpiegi i dowiem się wszystkiego.

– To teraz spiskujesz z moją najlepszą przyjaciółką? Bezczelność.

– A żebyś wiedziała. Posłuchaj, muszę jeszcze coś załatwić, więc będę kończył. Jutro postaram się powstrzymać i do ciebie nie pisać, ale nie obiecuję. Mam naprawdę słabą wolę, jeśli o ciebie chodzi.

– Też będę tęsknić. – Zdusiłam w sobie jęk. Całą sobą próbowałam się powstrzymać od powiedzenia mu, jak bardzo go potrzebuję i jak bardzo chcę, żeby był teraz przy mnie. Żeby wziął mnie w swoje silne ramiona.

 

– Kocham cię. Do poniedziałku.

– Do zobaczenia – odpowiedziałam i odłożyłam telefon dopiero, gdy usłyszałam dźwięk monotonnego sygnału.

Ostrożnie ściągnęłam ciuchy i dorzuciłam je do kupki brudów piętrzącej się na środku pokoju. Odwróciłam się od lustra.

Nie chciałam oglądać swojego odbicia.

Niemal natychmiast po tym, jak włożyłam piżamę składającą się z rozciągniętego podkoszulka i spodni do joggingu, położyłam się do łóżka i zakopałam po sam czubek nosa w chłodnej pościeli.

Ale to nie było to… Czegoś mi brakowało.

Chciałam się poczuć bezpiecznie, jak przy Gilbercie.

Długo się wierciłam, nie mogąc zasnąć, nim w końcu przyszło olśnienie.

Tak szybko, jak tylko pozwoliły mi na to moje zbolałe mięśnie, zerwałam się z łóżka i pognałam do łazienki, w drodze ściągając przez głowę podkoszulek. Na szafce leżało moje antidotum na wszelki stres i strach. Porwałam koszulkę, która nosiła jego zapach. Szybko wciągnęłam ją na siebie i zatopiłam nos w błogim zapachu. To było to, czego potrzebowałam.

I nim się spostrzegłam, zasnęłam z chwilą, gdy dotknęłam głową poduszki.

***

Tak jak życzył sobie Gilbert i ku zadowoleniu mojej mamy, przeleżałam całą niedzielę i zjadałam każdy posiłek oraz piłam ohydne wzmacniające zioła.

Nuda wręcz biła drzwiami i oknami. Dlatego większość czasu przespałam. A to był przecież tylko jeden dzień.

Gilbert, tak jak przewidywał, nie powstrzymał się i przysłał mi wiadomość, po której dostałam ognistych rumieńców, aż moja mama zdenerwowała się, że mam gorączkę.

Oj, miałam, miałam. Byłam chora z miłości.

Ale wbrew temu, jak bardzo starałam się ignorować to uczucie niepokoju, słowa Marcela powracały do mnie natrętnie.

Wciąż.

I wciąż…

Nawet we śnie.

Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie próbowałam się z nim skontaktować, ale miał wyłączoną komórkę. Kilka razy zostawiłam mu wiadomość, jednak za piątym razem, gdy odezwała się poczta głosowa, odłożyłam słuchawkę.

Rozgoryczona, zła na siebie i smutna, przekręciłam się na drugi bok.

We wczesny poniedziałkowy ranek do mojego pokoju wbiegł huragan o nazwie Olga. Dosłownie wpadła; rzuciła się na łóżko z siłą dwustukilogramowego zapaśnika sumo.

– Cholera, wybacz mi, Neluś! – Odskoczyła ode mnie, gdy jęknęłam, czując na sobie jej ciężar. – Gilbert dzwonił, że nic ci się nie stało, a później dostałam czterdziestoośmiogodzinnego bana. Zakaz upłynął dokładnie minutę temu, więc musiałam od razu przyjść i zobaczyć, jak się czujesz i czy wypoczęłaś, tak jak chciał Gilbert…

– Olga! Zwolnij, wdech-wydech – zaleciłam, przysiadając na łóżku i przytulając delikatnie przyjaciółkę. – Poza tym od kiedy to słuchasz poleceń Kraszewskiego?

– Uwierz mi, jego poleceń nie da się nie słuchać. – Przewróciła oczami i odwzajemniła uścisk. – I całkowicie się z nim zgadzałam, że potrzebowałaś odpoczynku. Ale… jak się czujesz?

Olga spojrzała na mnie z troską, a ja nie potrafiłam jej okłamać. Musiałam opowiedzieć jej każdy szczegół z piątkowego wieczoru i sobotniego wyznania Gilberta. Po kwadransie obie płakałyśmy, totalnie olewając problem zniszczenia naszymi łzami drogiej bluzki Olgi.

– Dobrze, że Gilbert załatwił tego skurczygnoja, bo nie wiem, co by się z nim stało, gdyby trafił w moje łapy – zagroziła, rozrywając zmoczoną łzami chusteczkę. Miałam wizualny przekaz zapowiadanej masakry, której cudem udało się zapobiec.

– Olga, ja naprawdę chciałabym o tym wszystkim zapomnieć. Nie wiem, co mi odbiło. Nigdy tak się nie upiłam i na pewno nigdy więcej tego nie zrobię – wyznałam cicho, gapiąc się na swoje poranione dłonie i posiniaczone przedramiona.

I mimo wielkiej, przeszkadzającej w mówieniu, oddychaniu czy płakaniu guli w gardle musiałam z siebie wyrzucić tłumione emocje. Wszystkie lęki, cały strach, każdą cząstkę przerażenia, które towarzyszyły mi od dwóch dni. To wszystko gotowało się we mnie niczym produkowana przez organizm żółć, która powoli zaczyna truć człowieka od środka. Tych kilka godzin, w trakcie których byłam zamknięta sama z sobą, z myślami i wspomnieniami, wciąż powracającymi w koszmarach…

Czułam, że wariuję.

– Może przesadzam… W końcu… dzięki wam do niczego nie doszło – ciągnęłam drżącym głosem. – Ale te urywki wspomnień pozostały i nadal kłębią się w mojej głowie. Nie chcą mnie zostawić i odejść. Nawet w śnie. Każdy krzyk słyszę sto razy głośniej, każde… jego dotknięcie jest o wiele wyraźniejsze, niż było w rzeczywistości… Zapach, smak, dotyk, słuch… Te zmysły się wyostrzają i… One mnie przytłaczają…

Olga przytuliła mnie do siebie i mocno trzymała, gdy się trzęsłam. Te sny były najbardziej realne z możliwych. Gdy tylko przymykałam powieki, one już się czaiły, by zaatakować.

– Neluś… – Olga chwyciła moją twarz w obie ręce i spojrzała mi głęboko w oczy. Dłońmi odgarnęła przylepione do wilgotnych policzków włosy. – Nie powiem, że rozumiem, co teraz przeżywasz. To, co cię spotkało, to jedna z największych krzywd, jaką można wyrządzić drugiemu człowiekowi, szczególnie kobiecie. Nie wiem, w jaki sposób ci pomóc, bo nie wiem, czy potrafię! Ale kocham cię i jesteś najbliższą mi osobą na całym świecie. I bądź pewna, że zawsze będę przy tobie. Nieważne, co się stanie, zawsze będę się starała ci pomóc. Możesz na mnie liczyć.

Żadne słowa nie oddałyby tego, co poczułam, gdy Olga z determinacją i głęboką wiarą mówiła o swoich uczuciach i o bezwzględnym oddaniu dla przyjaźni, jaka nas łączyła. Nie umiałam nawet odpowiedzieć. Po prostu mocno ją przytuliłam, całując w policzek.

– Nie jesteś sama, Neluś – dodała kojącym szeptem, a dłońmi zataczała kręgi na moich plecach. – Ja i Gilbert w każdej chwili będziemy się starali ci pomóc, jak tylko będziemy potrafili. Ale jesteś dzielna. Nie znam drugiej twardszej dziewczyny. Jesteś silna. Nie możesz się poddać czy załamać, bo takich słów nie ma w twoim słowniku! Masz walczyć, Nelka! Walcz dla lepszego jutra!

Pokiwałam gorliwie głową i starłam wierzchem dłoni pozostałości po ostatnich wylanych łzach. Wzięłam głęboki oddech.

– Jeśli zajdzie taka potrzeba, przeniosę się do ciebie na jakiś czas. W końcu i tak praktycznie tu mieszkam – dodała Olga z lekkim uśmiechem, pocierając moją rękę. – Więc będę mogła czuwać przy tobie w nocy i budzić cię, gdy nadejdą koszmary.

– Nie, Oluś – przerwałam jej ostrym tonem. – Nie będę od ciebie wymagać, żebyś zarywała noce z mojego powodu…

– Nawet nie chcę cię słuchać – oświadczyła bojowo i wstała z łóżka. – To mój pomysł i moja decyzja. I nie masz tu nic do gadania. A teraz masz się ubrać i zawlec swój zgrabny tyłek do szkoły!

Przytaknęłam z wdzięcznością i po ostatnim motywującym uścisku poczłapałam do szafy. Nie wiedziałam, co mam zrobić w sprawie mundurka. Nogi i ręce miałam w nie najlepszym stanie, na dodatek na mojej szyi widniał paskudny siniak. Może nie był bardzo wyraźny, ale każdy, kto znalazłby się w odległości metra, od razu zauważyłby fioletowo-żółtą plamę po lewej stronie.

Uratowała mnie Olga, która wyminęła mnie gładko i wyciągnęła z szafy spódnicę od mundurka. Przesuwając metalowe haczyki wieszaków po stalowej rurze, znalazła białą koszulę z długim rękawem. Z szuflady wyciągnęła parę czarnych rajstop i krawat.

– Masz, weź to i ubierz się do szkoły – powiedziała, wkładając mi ubrania w ręce. – Ja w tym czasie spakuję ci rzeczy.

– Dziękuję – odparłam cicho i posłusznie ruszyłam do łazienki.

Dziesięć minut później wyszłam kompletnie ubrana i z lekkim makijażem na twarzy. Olga zaatakowała mnie szczotką i rozczesała splątane włosy. Włożyła mi na głowę opaskę, pozwalając, by włosy opadały na ramiona swobodną falą. Kazała mi też założyć zegarek na grubym pasku, aby ukryć siniaka na ręce.

Nim wyszłyśmy do szkoły, zabrałam z pokoju czarne baleriny i torebkę naszykowaną przez przyjaciółkę. Działałam jak robot przełączony na tryb automatu, a rzeczy, które działy się wokół mnie… zupełnie nie zwracałam na nie uwagi. Podejrzewam, że nawet przeszłabym obok mamy, która czekała u stóp schodów, chcąc odprowadzić nas do drzwi i pożegnać, jak każdego ranka. Zupełnie odruchowo przyjęłam jej pocałunek w policzek.

Dopiero gdy znalazłyśmy się przy aucie, świat odzyskał kolory.

Za wycieraczkę samochodu Olgi wetknięty był pojedynczy czerwony tulipan. Gdy wzięłam go do ręki, wydał mi się taki mały i kruchy. Przytknęłam krwistoczerwone płatki do ust.

Szybko rozejrzałam się w obie strony… i był tam.

Samochód Gilberta stał zaparkowany jakieś pięćdziesiąt metrów ode mnie. Zamrugał światłami, na co ja pomachałam mu dyskretnie ręką i pogładziłam płatki.

– Widzę, że nasz Romeo nie próżnuje – skwitowała Olga, obchodząc samochód. Posłałam jej zimne spojrzenie, gdy otwierała drzwi od strony kierowcy. – Pakuj się! Im szybciej dojedziemy do szkoły, tym szybciej będziesz mogła paść w objęcia twojego obrońcy nocy.

Przewróciłam oczami i jeszcze raz zerknęłam na koniec ulicy, po czym wsiadłam do auta.

– Martwi mnie jedno – zaczęła Olga, gdy wyjechałyśmy z osiedla, a ja natarczywie wpatrywałam się w lusterko, starając się nie zgubić z oczu Gilberta. – Dlaczego Marcel jeszcze się do nas nie odezwał?

Na sekundę się spięłam i zerknęłam przelotnie na przyjaciółkę.

– Nawet do ciebie nie zadzwonił?

Wydęła wargi i pokręciła przecząco głową.

– Nie wiem, co ten pawian z kolorowym tyłkiem sobie myśli!

– Może jest zajęty…

– Oszukujesz sama siebie. Przez całe dwa dni? Proszę cię – parsknęła kpiąco. – Na jeden telefon albo wiadomość to chyba jeszcze by znalazł czas.

– Pewnie się na mnie obraził – stwierdziłam, wzruszając ramionami, chociaż mój żołądek wywijał z nerwów coraz większe fikołki. – W sumie mu się nie dziwię. Przecież dałam mu kosza.

– A ty dalej jedziesz swoje – westchnęła Olga. – Dziewczyno, to facet! Powinien pozbierać swoje dupsko od razu, a nie obrażać się na ciebie! Zobaczysz, ja sobie dzisiaj z nim pogadam. Jeszcze mu przemówię do rozsądku.

– Wolałabym zostawić to tak, jak jest – zasugerowałam nieśmiało, zerkając z ukosa na wzburzoną przyjaciółkę. – Mam na myśli… Żeby Marcel sam ułożył sobie wszystko w głowie, bez żadnego nacisku z mojej czy twojej strony. Sama będę musiała się powstrzymać, żeby nie odszukać go na pierwszej przerwie.

– Wiesz, właśnie zdałam sobie sprawę, że po raz pierwszy od naprawdę dłuższego czasu Marcel nie przyjechał po nas w drodze do szkoły.

To zdołowało mnie jeszcze bardziej. Wątpiłam szczerze, czy chciałby w ogóle na mnie spojrzeć.

– Tylko się nie obwiniaj! – kontynuowała Olga, wjeżdżając na prawie całkowicie zapchany parking. – Naprawdę masz dziwną przypadłość brania na swoje barki grzechów całego świata.

Uśmiechnęłam się krzywo pod nosem.

– Gilbert powiedział mi to samo.

– Widzisz? Trzymaj się nas, a nie zbłądzisz. – Mrugnęła i zgrabnie stanęła na swoim miejscu parkingowym.

– Swoją drogą, to od kiedy żyjesz z Gilbertem w takiej zgodzie? – spytałam, odpinając pas i chwytając za torebkę. Kwiat delikatnie zamknęłam w rękach, uważając na niego niczym na najcenniejszy i jednocześnie kruchy skarb.

– Od kiedy zobaczyłam, że możesz na nim bardziej polegać niż na Marcelu czy Bartku – oświadczyła twardo, wysiadając z samochodu. – I mimo że obu znam praktycznie od piętnastu lat, to nadal nie mam pewności, czy są gotowi poświęcić się dla ciebie. Wystarczyło, że na przyjęciu Wery podeszłam do Gilberta i powiedziałam, że nie mogę cię znaleźć, a od razu rzucił się na poszukiwania.

– A co robił w tym czasie Marcel?

– Leżał totalnie przyćmiony w salonie – wyznała cicho Olga, nie patrząc na mnie.

Ciepłe ręce owinęły się wokół moich bioder i zostałam przyciągnięta do twardego ciała. Gdyby nie to, że dotyk Gilberta rozpoznawałam spośród tysięcy innych, pewnie zaczęłabym wrzeszczeć.

– Więc anioł Prywatnego Liceum Stanisława Augusta Poniatowskiego, Nel Augustyniak, związała się z chuliganem Gilbertem Kraszewskim? Świat się wali… – zadrwiła z przekąsem Olga i przewróciła oczami w momencie, gdy chłopak złożył słodki pocałunek na mojej szyi tuż pod uchem.

– Zazdrosna?

– Chciałbyś, Kraszewski, chciałbyś. – Uderzyła go rozkołysaną torebką.

– Naprawdę chcesz, żeby się dowiedzieli? – odezwałam się, gdy tylko przestał się przekomarzać z Olgą.

 

Gilbert natychmiast się uspokoił i skupił całą uwagę na mnie, a ja ponownie zatonęłam w jego mrocznych oczach. Pochylił się nisko i przejechał mi nosem po skroni. Jego usta zalazły się na wysokości mojego ucha.

– Mam to gdzieś – wyszeptał powoli, a jego gorący oddech poraził moją odsłoniętą szyję. Zacieśnił chwyt na moich biodrach i przysunął mnie bliżej. – I tak w końcu by się to wydało. Poza tym… – Obrócił mnie twarzą do siebie i czule odgarnął mi włosy. W miejscu, gdzie przed chwilą były jego duże dłonie, czułam gorący ślad owiewany przez chłodne powietrze. – Przynajmniej teraz każdy będzie wiedział, do kogo należysz. I jeśli kiedykolwiek przyjdzie komukolwiek do głowy zamarzyć, by położyć śmierdzące łapy na mojej dziewczynie, to niech lepiej od razu wykupi miejsce na cmentarzu.

Olga przypomniała nam o swojej obecności przeciągłym gwizdem.

– To była naprawdę szalenie romantyczna deklaracja uczuć, ale musimy się zbierać na lekcje – oświadczyła rzeczowo i przerzuciła sobie przez ramię torebkę.

Gilbert uśmiechnął się krzywo i złożył w środku mojej dłoni długi pocałunek. Dziwiłam się, że na skórze nie wypalił się ślad jego ust.

Pociągnął mnie w stronę wejścia do szkoły i nie umknęła mojej uwadze ogólna reakcja uczniów.

Trzymaliśmy się mocno za ręce. Gilbert zdawał się nie zauważać tych szeptów, otwartego gapienia się na nas, a nawet przystawania tuż obok z rozdziawionymi ustami i wytrzeszczonymi oczami. Niedawno wiele bym dała, żeby nie być w centrum uwagi, ale teraz… Z Gilbertem u boku miałam ochotę wskoczyć mu w ramiona i pocałować na oczach wszystkich. Ich opinia już naprawdę mnie nie obchodziła.

– Nie rusza cię to? – spytał, przytrzymując dla mnie drzwi. Dwie mijane przez nas dziewczyny upuściły podręczniki na podłogę, a wyraz szoku na ich twarzach był wręcz komiczny.

– Szczerze? Mam to gdzieś.

Posłałam mu nieśmiały uśmiech, na co on parsknął na cały głos. Jego ręka, zamiast chwycić moją, owinęła mi się wokół talii.

– I takie podejście powinnaś mieć od początku.

Przytaknęłam, rozejrzałam się po korytarzu w poszukiwaniu Olgi i moje spojrzenie natrafiło na…

– Marcel!!! – wykrzyknęłam i wyplątałam się z objęć Gilberta. Pogalopowałam do Marcela najszybciej, jak mogłam.

Gdy tylko mnie zauważył, stanął z bezradnym wyrazem twarzy, zupełnie jakby nie wiedział, czy ma uciekać, czy też zostać i zmierzyć się ze mną. Nim zdążył podjąć decyzję i pognać na drugi koniec korytarza do wyjścia ewakuacyjnego, dobiegłam zdyszana i stanęłam na wprost niego.

– Przepraszam – wysapałam, nerwowo walcząc o oddech. Droga, którą przebiegłam, niby była krótka, ale mój organizm chyba nie najlepiej sobie radził z jakimkolwiek wysiłkiem fizycznym. – Przepraszam, zachowałam się jak skończona idiotka. Przepraszam, że cię zraniłam. Przepraszam, że nie zachowałam się jak przyjaciółka i…

– Właśnie że zachowałaś się jak przyjaciółka – przerwał mi ostro Marcel, nie patrząc na mnie. – To ja zachowałem się jak debil, wyobrażając sobie zbyt wiele.

– Nie, to moja wina…

– Daj sobie spokój, Nel! – uciął twardo Marcel i w końcu podniósł na mnie wzrok.

Oczy miał… dziwne. Nieprzeniknione, zimne, a ich ostre spojrzenie niemal przebiło mi serce.

Marcel nigdy tak na mnie nie patrzył…

Jakby mnie…

Nienawidził?

Moje serce zadrżało nerwowo.

Jakby pękało.

– Wiem… Ja już wszystko wiem. Nie jestem ciebie wart. A przynajmniej nie zależy ci na mnie tak jak na Kraszewskim, prawda?

– Marcel, to nie tak! Po pierwsze musisz wiedzieć… że ja go kocham. Ciebie również kocham, ale jak brata, i cały czas próbowałam ci to powiedzieć. Nigdy nie dałam ci powodu, żebyś myślał inaczej.

– A do tej pory co robiłaś na tych wszystkich pieprzonych przyjęciach i szkolnych imprezach? Udawałaś moją dziewczynę? – prychnął ironicznie i próbował mnie wyminąć, ale mu na to nie pozwoliłam.

– Przecież między nami nic nie było! – zasyczałam gniewnie.

– Ale mogliśmy być razem! Mogliśmy spróbować! Prawie każdy widział, że idealnie do siebie pasowaliśmy!

– Wszyscy oprócz mnie. Pominąłeś moje zdanie, Marcel.

– Myślałem, że ty… Zawsze byłaś nieśmiała, jeśli chodziło o uczucia… Myślałem, że…

– Dlatego, rycerzyku, warto było wcześniej użyć mózgu i zapytać, czy Nelka chce zrobić z was sensację na miarę całego województwa. Bo moim skromnym zdaniem zabrakło ci jaj, żeby stanąć przed nią jak mężczyzna. Wolałeś się bawić w podchody – dobiegł zza moich pleców znudzony głos Gilberta.

W momencie gdy Gilbert stanął tuż za mną, Marcel gwałtownie zmienił wyraz twarzy. Zacisnął mocno szczękę, a na szyi zaczęła mu pulsować zielononiebieska żyła. Zbielałe pięści drżały, gdy całą siłą woli próbował się opanować. Zmierzył Gilberta pogardliwym wzrokiem i jeśli wcześniej czułam na sobie śmiercionośne spojrzenie Marcela, to Gilbert z całą pewnością powinien zostać szarą kupką popiołu u naszych stóp.

– Więc jednak to prawda, co ludzie mówili na przyjęciu – sapnął wściekle, patrząc to na mnie, to na Gilberta.

Obleciał mnie blady strach…

Zmarszczyłam brwi, próbując ukryć przerażenie.

Rogucki jednak rozpowiedział, co się stało?

– Co masz na myśli?

Marcel uśmiechnął się krzywo z ironią i cynizmem, o które go nie podejrzewałam.

– Teraz to nieważne. Najwyraźniej w plotkach jest więcej racji, niż przypuszczałem.

– Najwyraźniej nie odrobiłeś lekcji, jak należy, bo nadal przejmujesz się tym, co inni myślą. Ale tak się składa, że ani ja, ani tym bardziej Nelka nie jesteśmy jebanymi wróżbitami, więc mów, o co ci, do diabła, chodzi! – zagrzmiał Gilbert, robiąc krok do przodu. Zimnymi palcami chwyciłam go za rękaw koszuli. Mogłam poczuć, jak mocno jest spięty.

Już chciałam ich rozdzielić i poprosić Gilberta, by dał mnie i Marcelowi kilka minut na osobności, gdy niespodziewanie na scenę wkroczyła Weronika Roztocka.

I nie podbiegła do mnie, jak to miała w zwyczaju, tylko do Marcela.

A to, co wydarzyło się potem, sprawiło, że na kilka sekund straciłam czucie w nogach. Gdyby nie Gilbert, zapewne zemdlałabym na środku szkolnego korytarza.

Wera wymieniała oto hektolitry płynów ustrojowych z moim eksprzyjacielem.

Wzdrygnęłam się i pozbierałam zęby z podłogi. Wtedy odkleiła się od twarzy Marcela z głośnym mlaśnięciem.

– Marcello, kotku – zaśpiewała słodko, a jej głos przywodził na myśl lukier, miód i syrop wiśniowy… Mdło. – Zaraz zaczynają się lekcje, więc mógłbyś mnie odprowadzić do klasy.

Marcel przymknął oczy, przytaknął, ale nie wykonał żadnego ruchu w stronę schodów. Wera okręciła się i spostrzegła mnie oraz Gilberta, a na jej fałszywej twarzy zagościł wyraz chorej satysfakcji. Zmierzyła mnie od stóp do głów, a ja pod jej intensywnym spojrzeniem aż się wściekle zarumieniłam.

– Och, witam państwa Kraszewskich – zakpiła, zarzucając rękę Marcela na swoje kościste ramię. – Jak tam weekend? Z pewnością był bardzo ekscytujący. Swoją drogą, nie wiedziałam, że taka z ciebie puszczalska…

Nie zdążyłam zareagować. Gilbert odsunął mnie na bok i stanął przede mną, jakby chciał powstrzymać Werę przed wypowiedzeniem dalszych słów.

– Uważaj na to, co mówisz… – warknął, rzucając jej wściekłe spojrzenie i przybliżając się niebezpiecznie.

Marcel wyskoczył do przodu, lecz nie zasłonił Wery. Stanął obok niej i sztyletował Gilberta wzrokiem.

– Hamuj, Kraszewski – sapnął, zaciskając zęby.

Wera wzruszyła ramionami. Sapnęła znudzona i pociągnęła Marcela w stronę głównych schodów.

– Nieważne, idziemy stąd – rzuciła rozkazującym tonem.

Co dziwniejsze, chłopak potulnie poszedł za nią.

Odzyskałam mowę i krzyknęłam za nim. Zawarłam w tym cały ból i cierpienie, jakie teraz odczuwałam.

– Marcel!

Zatrzymał się na chwilę. Już myślałam, że zaraz się odwróci i będę mogła w końcu zobaczyć swojego dawnego Marcela, ale wtedy…

Nawet nie spoglądając za siebie, rzucił przez ramię:

– Zostaw mnie w spokoju. – Jego suchy, całkowicie pozbawiony emocji głos dźwięczał mi w uszach. – Wszystko już sobie wyjaśniliśmy.

I odeszli. Oboje.

Nawet nie zauważyłam, że zaczęłam płakać. Dopiero kiedy Gilbert przesłonił mi widok rozmazanego korytarza i kciukami otarł mi łzy z policzków, dotarł do mnie absurd ostatnich pięciu minut.

– Ale… – wyjąkałam nerwowo. – Ale jak to…?

Gilbert przyciągnął mnie do siebie, a ja zapobiegawczo osłoniłam kwiat przed rozgnieceniem między naszymi ciałami.

– Cicho, dziecinko. Pewnie zaraz się dowiemy. Biegnie nasz biuletyn – dodał, widząc zbliżającą się Olgę.

Była jednocześnie wściekła i przerażona. Słowem? W takich chwilach należało jej schodzić z drogi.

– Słyszeliście? – naskoczyła na nas, składając ręce na piersi. Aż kipiała ze złości. – Po szkole ktoś puścił plotkę, że po przyjęciu Wery pojechałaś totalnie nawalona do Gilberta i tam mieliście małą… No wiecie… Że uprawialiście z sobą małpi seks – dokończyła już ciszej, próbując się opanować.

Ukryłam twarz w połach skórzanej kurtki Gilberta.

– O nie… – westchnęłam przeciągle, usiłując się pozbierać.

To dlatego ludzie się gapili. Na nas oboje.

Tu nie chodziło tylko o sam nasz związek, ale w jaki sposób się z sobą zeszliśmy! Zapewne sądzili, że Gilbert zaciągnął mnie do łóżka, a ja jestem teraz jego nową zabaweczką, jakich miał wiele w Nowym Jorku. Możliwe, że już robili zakłady, kiedy Nela Augustyniak przyjdzie do szkoły ubrana w różowe obcisłe ciuchy laleczki Barbie.

– Totalnie posrani, puści ludzie – warknął pod nosem Gilbert, a Olga zamruczała coś w odpowiedzi na te słowa.

– Jednak, nie da się ukryć, dzisiaj daliście popis na dziedzińcu, dlatego mniej więcej potwierdziliście ich plotki. Tym bardziej że inna para postąpiła dokładnie jak wy – fuknęła wkurzona, odgarniając włosy za ramię. Podniosłam zaciekawiona głowę.