WniebowzięteTekst

Z serii: Reportaż
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

W serii ukazały się ostatnio:

Norman Lewis Głosy starego morza. W poszukiwaniu utraconej Hiszpanii

Grzegorz Szymanik Motory rewolucji

V. S. Naipaul Maska Afryki. Odsłony afrykańskiej religijności

Karolina Domagalska Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro

Pin Ho, Wenguang Huang Uderzenie w czerń. Morderstwo, pieniądze i walka o władzę w Chinach

Liao Yiwu Pociski i opium. Historie życia i śmierci z czasów masakry na placu Tiananmen

Marcin Wójcik W rodzinie ojca mego

Frances Harrison Do dziś liczymy zabitych. Nieznana wojna w Sri Lance

Zbigniew Parafianowicz, Michał Potocki Wilki żyją poza prawem.

Jak Janukowycz przegrał Ukrainę

Peter Hessler Dziwne kamienie. Opowieści ze Wschodu i z Zachodu

Jenny Nordberg Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie

Magdalena Kicińska Pani Stefa

Andrzej Muszyński Cyklon

Swietłana Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka (wyd. 2)

Filip Springer Miedzianka. Historia znikania (wyd. 3 rozszerzone)

Aleksandra Łojek Belfast. 99 ścian pokoju

Paweł Smoleński Izrael już nie frunie (wyd. 4)

Peter Pomerantsev Jądro dziwności. Nowa Rosja

Swietłana Aleksijewicz Cynkowi chłopcy (wyd. 2)

Katarzyna Surmiak-Domańska Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość

Mur. 12 kawałków o Berlinie pod redakcją Agnieszki Wójcińskiej

Jean Hatzfeld Englebert z rwandyjskich wzgórz

Marcin Kącki Białystok. Biała siła, czarna pamięć

Bartek Sabela Wszystkie ziarna piasku

Anna Bikont My z Jedwabnego (wyd. 3)

Martin Schibbye, Johan Persson 438 dni. Nafta z Ogadenu i wojna przeciw dziennikarzom

Swietłana Aleksijewicz Wojna nie ma w sobie nic z kobiety (wyd. 2)

Dariusz Rosiak Ziarno i krew. Podróż śladami bliskowschodnich chrześcijan

Piotr Lipiński Bicia nie trzeba było ich uczyć. Proces Humera i oficerów śledczych Urzędu Bezpieczeństwa (wyd. 2 popr. i rozszerz.)

Paweł Smoleński Zielone migdały, czyli po co światu Kurdowie

Wolfgang Bauer Przez morze. Z Syryjczykami do Europy

Cezary Łazarewicz Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka

Elizabeth Pisani Indonezja itd. Studium nieprawdopodobnego narodu

Beata Szady Ulica mnie woła. Życiorysy z Limy

Rana Dasgupta Delhi. Stolica ze złota i snu

Ed Vulliamy Wojna umarła, niech żyje wojna. Bośniackie rozrachunki (wyd. 2)

Andrzej Brzeziecki, Małgorzata Nocuń Armenia. Karawany śmierci

Katarzyna Kwiatkowska-Moskalewicz Zabić smoka. Ukraińskie rewolucje

W serii ukażą się m.in.:

Anjan Sundaram Złe wieści. Ostatni niezależni dziennikarze w Rwandzie

Ilona Wiśniewska Hen. Na północy Norwegii

Anna Sulińska

Wniebowzięte

O stewardesach w PRL-u


Wszelkie powielanie lub wykorzystanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż autoryzowane pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by CAF – Uchyniak / PAP

Wybór zdjęć Katarzyna Bułtowicz

Copyright © by Anna Sulińska, 2016

Opieka redakcyjna Łukasz Najder

Redakcja Tomasz Zając

Korekta Gabriela Niemiec / d2d.pl, Kamila Zimnicka-Warchoł / d2d.pl

Redakcja techniczna i skład Robert Oleś / d2d.pl

Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego

Skład wersji elektronicznej d2d.pl


ISBN 978-83-8049-282-0

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Motto

Start

Pierwsza

Kolejne

Z nieba branie

Wniebobrani

Przystań

Chmury

Turbulencje

Lądowanie

Podziękowania

Bibliografia

Źródła fotografii

Przypisy

Kolofon

Rodzicom

W bilecie kolejowym (nawet ze sleepingiem) nie jest objęta rozkosz, a tu jest, i jaka! Rozkosz najbardziej realna, taka, od której chwilami dech zapiera, rozkosz lotu: i to rozkosz wyższego rzędu, rozkosz duchowa, uczucie dumy, że jesteś człowiekiem, władcą ziemi, morza i powietrza. Fruwajcie tedy bracia moi! Bujajcie w przestworzach, uczcie się oddychać wolną piersią, obejmować z góry szerokie widnokręgi, uczcie się patrzeć z wysoka na małostki ziemi, uczcie się dumy i pokory zarazem… wszystko to można nabyć dodatkowo przy skromnej jeździe do Gdańska lub Katowic, wprzód jakże prozaicznej i martwej.

Tadeusz Boy-Żeleński[1]

Wszystko było takie, że jak się człowiek oderwał od ziemi, to czuł się kimś innym. Mógł sobie pofolgować.

jedna ze stewardes

Start

Bracia są szczęściarzami. Orville jest o cztery lata młodszy od Wilbura. Z sukcesem prowadzą sklep rowerowy. Mają też wspólną pasję, w której realizacji finansowo wspiera ich Alexander Bell. Tak, ten sam Bell, który w 1876 roku opatentował pierwszy telefon, a którego teraz interesuje, czy można oderwać się od ziemi w maszynie napędzanej silnikiem spalinowym. 17 grudnia 1903 roku o godzinie 10.35 okazuje się, że można. Trzydziestodwuletni Orville wzbija się w powietrze na dwanaście sekund, pokonuje trzydzieści siedem metrów. Sukces zachęca do dalszych prób. Ostatni, czwarty lot, wykonany jeszcze tego samego dnia, trwa już pięćdziesiąt dziewięć sekund. Tym razem Wilbur przemierza dwieście sześćdziesiąt metrów.

Pierwszego pasażera bracia Wright przewożą pięć lat później, w 1908 roku (niektóre źródła twierdzą, że był to 1905 rok), ale na uruchomienie regularnej komunikacji lotniczej i zbudowanie wokół niej potężnego przemysłu trzeba jeszcze poczekać. Najpierw należy stworzyć samolot wielomiejscowy, który umożliwi przewóz pasażerów. Udaje się dopiero w 1911 roku (w pierwsze loty zabierają od trzech do dwunastu pasażerów), ale i to nie wystarcza. Potrzebna jest kryta kabina, a nie prowizoryczny stołek, na którym pasażer siedzi okrakiem, właściwie bez żadnego zabezpieczenia – maszyna wygląda bardziej jak motolotnia pasażerska niż samolot. Pierwszy samolot z kabiną powstaje w 1912 roku. Pozostaje jeszcze zwiększyć bezpieczeństwo, czyli ulepszyć silnik na tyle, by maszyna nie musiała lądować kilka minut po starcie. Ten warunek zostaje spełniony tuż przed wybuchem I wojny światowej, w 1914 roku. Wojna przerywa wysiłki nad uruchomieniem regularnej pasażerskiej komunikacji lotniczej, przyspiesza jednak rozwój samolotów. Cywilna komunikacja powietrzna startuje w 1919 roku. Pionierami są Anglicy, Francuzi, Niemcy i USA, ale Polska nie odstaje.

*

Księgarnia Niemierkiewicza w Poznaniu sprzedaje bilety po dwieście pięćdziesiąt marek polskich za sztukę. Przyjmuje także pocztę. Na czterdzieści minut przed startem pasażerowie sprzed hotelu Metropol w centrum miasta są przewożeni na lotnisko Ławica. Tłumu chętnych jednak nie ma. Jest 18 września 1919 roku, godzina siódma rano. Samolot wojskowy startuje z poznańskiej Ławicy, by po dwóch godzinach dotrzeć do Warszawy. Powrót ze stolicy do Poznania przewidziano tego samego dnia po południu. Na pokładzie może się znaleźć jeden pasażer i niewielka ilość poczty. Nie jest pewne, czy lot rzeczywiście doszedł do skutku. Jeśli tak, to był pierwszym komercyjnym lotem pasażerskim na ziemiach polskich, bo pierwszy niekomercyjny lot pasażerski odbył się rok wcześniej, kiedy to 8 listopada z lwowskiego lotniska na Lewandówce wystartował samolot z trzydziestosześcioletnim profesorem Stanisławem Strońskim na pokładzie. Za sterami siedział dwudziestodziewięcioletni pilot Stanisław Stec. Cel – przerzucić profesora z oblężonego Lwowa do Krakowa i nie dać się zestrzelić. Pierwsza kula trafia ich nad Przemyślem. Lądują awaryjnie w Łańcucie. Nikt nie odnosi obrażeń. Nikt nie zniechęca się do latania. Pilot Stec w listopadzie wykona jeszcze kilkanaście lotów transportowych, profesor Stroński za kilka dni też poleci kolejny raz.

 

Polaków do latania przekonać jednak trudno. Nie sprzyja temu ani sytuacja ekonomiczna, ani brak regularnych połączeń lotniczych.

*

Wszystko zmienia się 7 lipca 1920 roku, kiedy francusko-rumuńskie przedsiębiorstwo lotnicze CFRNA (Compagnie franco-roumaine de navigation aérienne) uzyskuje prawo do wyłącznej eksploatacji linii Warszawa–Praga (o użytkowanie linii stara się także towarzystwo niemieckie, ale ze względów politycznych jego kandydaturę odrzucono). Koncesja zostaje przyznana najpierw na rok, potem na kolejne dziesięć lat, do 1931 roku. Ministerstwo Kolei Żelaznych, któremu w tym czasie podlega lotnictwo, wspiera latanie. Przyznaje więc CFRNA (a potem każdej nowo powstałej spółce lotniczej) subwencję w postaci bezzwrotnej benzyny lotniczej (około sześciuset litrów za każdy wykonany lot), organizuje także pierwszy cywilny port lotniczy. Na Polu Mokotowskim, między hangarami należącymi do lotnictwa wojskowego, ustawia kryte wagony towarowe. W zamian przedsiębiorstwo ma zatrudnić polskich pilotów i mechaników, co miesiąc przekazać cztery bilety na rzecz ministerstwa, bezpłatnie przewieźć dziesięć kilogramów poczty z Warszawy do Paryża, a w razie wojny sprzedać ministerstwu wszystkie samoloty, które posiada na terenie Polski.

Regularne loty na linii Warszawa–Praga–Warszawa trwają przez osiemnaście lat, do jesieni 1938 roku, czyli do aneksji części Czechosłowacji przez wojska hitlerowskich Niemiec. Początkowo odbywają się dwa, trzy razy w tygodniu, a od 1928 do 1931 roku codziennie z wyjątkiem niedziel i świąt. Samoloty latają tylko w ciągu dnia i tylko przy dobrej pogodzie. Jesienią lata się więc rzadziej, zimą – wcale. Na pokładzie towary, poczta, bagaże i pasażerowie, choć tych ostatnich najmniej. Osiemdziesiąt procent oferowanych miejsc świeci pustkami[2]. Latanie jest powszechnie uważane za akt odwagi lub, częściej, głupoty. W 1921 roku na trasie Warszawa–Praga–Warszawa przewieziono sto dziewięćdziesiąt pięć osób, rok później już tylko siedemdziesiąt osiem. Potencjalnych pasażerów z jednej strony bardzo skutecznie odstrasza prasa, szeroko opisująca katastrofy lotnicze, z drugiej – sama podróż samolotem, która też nie jest przyjemna.

Leopold Marschak, dziennikarz, założyciel Klubu Sprawozdawców Lotniczych, tak pisze o swojej przygodzie z lataniem: „Dwaj koledzy odwieźli mnie uroczyście na lotnisko i pełni szacunku dla mojego bohaterstwa zatrzymali się w pewnej odległości od samolotu… Poczekalnia świeciła pustkami, jako że na amatorów podróży powietrznej patrzono wtedy jak na akrobatów wykonujących pod kopułą cyrku ryzykowne salta bez siatki… Za chwilę poproszono mnie na odprawę, gdzie w wielkiej książce musiałem poświadczyć własnoręcznym podpisem, iż lot […] podejmuję na własną odpowiedzialność i żadnych pretensji […] do [linii lotniczych] rościć nie będę”[3].

W kabinie słychać ryk silnika, niemiłosiernie rzuca, wieje i jest zimno. „[…] kołysać na dobre zaczęło dopiero na górze! Podczas gdy nasz »Farman« przeskakiwał z jednej fali powietrza na drugą, zapadał się w »dziury« i podrywał wzwyż, twarz moja poczęła szarzeć, żółknąć, aby wreszcie zielenieć. […] rozstawałem się z obiadem w odwrotnej kolejności. Najpierw poszedł tort hiszpański, potem kurczęta z mizerią, consomme z pieczarek i vol-au-vent na koniec. […] [Samolot] opadał i unosił się, podczas gdy ja – chude szczenię, co chwila jak gdybym cały wylatywał przez własne gardło”[4] – wspomina swój pierwszy lot świeżo upieczony maturzysta Jerzy Waldorff. Do latania nie przekonuje nawet oszczędność czasu. Podróż z Warszawy do Pragi trwa trzy godziny, do Strasburga sześć godzin, do Paryża dziewięć. No chyba że jest jesień. Wtedy do Paryża leci się dwa dni. Z międzylądowaniem i noclegiem w Pradze.

*

Latają w Polsce obcokrajowcy, chcą latać i Polacy. W 1921 roku na potrzeby Targu Poznańskiego uruchamiają pierwszą wewnątrzkrajową linię lotniczą Poznań–Warszawa i Poznań–Gdańsk, zarządzaną przez prywatne przedsiębiorstwo Aero-Targ. Bilet lotniczy na każdej z tras kosztuje sześć tysięcy marek polskich. Bilet kolejowy z Poznania do Warszawy (przez Toruń) w pierwszej klasie w pociągu pospiesznym – ponad dziewięć tysięcy marek polskich, w pociągu pospiesznym klasy drugiej – sześć tysięcy. Latanie nie jest więc drogie[5], ale pozostaje elitarne. Na pokład nie zabiera się osób „znajdujących się w stanie niechlujnym”[6] czy „obrażających swem zachowaniem przyzwoitość publiczną”[7]. Można za to wziąć nawet dwadzieścia kilogramów bagażu podręcznego. W Targu Poznańskim[8] uczestniczy tysiąc dwustu wystawców i czterdzieści tysięcy zwiedzających[9]. Są potencjalni pasażerowie, są i zrealizowane loty. Wykonano ich osiemdziesiąt osiem, przewieziono stu pasażerów[10] (czyli więcej niż CFRNA na trasie Warszawa–Praga w ciągu roku) i trzy tony bagażu. A to wszystko w ciągu dziewięciu dni[11].

Aero-Targ jest dobrze przygotowany do latania – prowadzi akcję reklamową, wydaje specjalne znaczki, którymi okleja lotnicze przesyłki pocztowe, ale po zakończeniu targów nie uzyskuje koncesji na prowadzenie dalszej działalności. Przyczyna – używanie niemieckich samolotów, które nie są dopuszczone do eksploatacji w Polsce.

*

Niszę na rynku próbują zapełnić nafciarze. 29 września 1922 roku Ministerstwo Kolei Żelaznych i przedstawiciele firmy naftowej Fanto podpisują porozumienie, na mocy którego przy warszawskim Nowym Świecie 24 powstają Polskie Linie Lotnicze Aerolloyd. Firma prywatna, której działalność, tak jak wszystkich innych przedsiębiorstw lotniczych powstających na ziemiach polskich, jest wspierana przez państwo. Początkowo linie otrzymują „po 130 marek polskich za każdy kilometr przeleciany […] zgodnie z rozkładem lotów”[12] oraz premię za regularne loty. Potem, ze względu na dewaluację pieniędzy – „subwencję mięsną”, czyli dopłatę w paliwie, uzależnioną od wagi pasażerów.

Aerolloyd korzysta także z pomocy Niemiec. Kupuje od nich samoloty Junkers F-13. „Adam”, „Bronek”, „Cezar”, „Daniel”, „Franek”, „Edward”, „Gustaw”, „Henryk” i „Karol” przez ponad dwanaście lat będą latać nad Polską. Junkersy to dobre samoloty. Bez konieczności lądowania mogą pokonać około siedmiuset kilometrów. W otwartym, wyposażonym jedynie w chroniące przed wiatrem szyby kokpicie podróżują mechanik i pilot. Tor lotu wyznacza się na podstawie mapy, obserwacji terenu, busoli i prędkościomierza. Maksymalna prędkość maszyny to sto siedemdziesiąt kilometrów na godzinę, najczęściej przemieszcza się jednak z prędkością przelotową stu czterdziestu kilometrów na godzinę. Kabina pasażerska ma dwa fotele z przodu i dwuosobową kanapę z tyłu. Wszystkie miejsca – miękkie, kryte skórą – wyposażone są w pasy bezpieczeństwa. Na ścianach i suficie pluszowa tapicerka. Pasażerowie siedzą przodem do kierunku lotu. Są oddzieleni od dwuosobowej załogi ścianką z oknem. Widzą, co się dzieje w kokpicie. Kabina jest ogrzewana, ale ciemna. Na zewnątrz junkers także nie ma reflektorów. Nie może więc latać po ciemku.

Niemcy dostarczają przedsiębiorstwu silniki, części zamienne, pełne wyposażenie warsztatów naprawczych, pilotów i mechaników. W pierwszym roku działalności firmy jedynym Polakiem w niej pracującym jest kierownik ruchu na Lotnisku Mokotowskim – Aleksander Kurmański. Organizatorem technicznym Aerolloyd zostaje Erhard Milch, ten sam, który za kilka lat stworzy Luftwaffe oraz zostanie zastępcą Göringa w armii hitlerowskiej. Ta niemieckość nie podoba się Polakom. Trzy lata po powstaniu przedsiębiorstwa polskie Ministerstwo Spraw Wojskowych nakazuje kierownictwu całkowite spolonizowanie personelu, zakazuje kupowania niemieckich samolotów oraz zmienia nazwę spółki na brzmiącą bardziej polsko: Polska Linia Lotnicza Aerolot.

Aerolot kupuje samoloty w Szwecji[13] i uruchamia kolejne połączenia. Do działających od początku istnienia firmy tras Gdańsk–Warszawa–Lwów oraz Warszawa–Kraków dołączają Kraków–Lwów, Warszawa–Łódź oraz Kraków–Wiedeń. Zbyt wolne polonizowanie kadry wywołuje jednak protesty, w wyniku których w 1928 roku Aerolot nie otrzymuje koncesji na prowadzenie działalności[14]. W chwili likwidacji przedsiębiorstwo zatrudnia około stu dwudziestu osób, dysponuje siedemnastoma samolotami. Z końcem 1928 roku personel zostaje wchłonięty przez nowo utworzone państwowo-samorządowe przedsiębiorstwo Linie Lotnicze LOT. Majątek Aerolotu wykupuje Ministerstwo Komunikacji i przekazuje go świeżo powstałej spółce.


[^] Poczta do Warszawy. PLL Aerolot. Samolot Junkers F-13. 1928 rok

*

Poznań, zachęcony sukcesem linii stworzonych na potrzeby Targu Poznańskiego, nie daje za wygraną. Chce latać. Z inicjatywy Związku Lotników Polskich, przy wsparciu władz miejskich, w 1925 roku powstaje Towarzystwo Komunikacji Lotniczej „Aero”. Siedziba spółki początkowo znajduje się w dwóch pokojach w suterenie gmachu Dyrekcji Kolei w Poznaniu przy Wałach Zygmunta Starego 4 (obecnie aleja Niepodległości), potem przy ulicy Święty Marcin 43. Aero nie chce kupować niemieckich samolotów Junkers F-13. Decyduje się na maszyny francuskie. 23 maja 1925 roku oficjalnie startuje regularna linia Poznań–Warszawa–Poznań. Pierwszym pasażerem jest minister Cyryl Ratajski. Samolot kursuje codziennie (z wyjątkiem niedziel) o godzinie ósmej trzydzieści z lotniska Ławica, lot powrotny z Warszawy rozpoczyna o godzinie siedemnastej.

Jednym z pasażerów na tej trasie jest, wspomniany już, Jerzy Waldorff: „[…] nadszedł dzień powrotu do Poznania, sposobem niebywałym, przerażająco modnym i błyskawicznym: aeroplanem pasażerskim. Z lotniska na Polu Mokotowskim, gdzie dawniej były Wyścigi Konne, stalowy ptak (tak go się w beau-mondzie zwało!) odlatywał gdzieś koło trzeciej po południu […]. W stronę lotniska na Polu Mokotowskim, wraz ze wszystkimi kuzynami i kuzynkami jechaliśmy paroma dorożkami konnymi, żeby nas było lepiej widać niż z zamkniętych taksówek. Na dworcu lotniczym, który się mieścił w dawnym drewnianym budynku totalizatora wyścigowego, osób zastaliśmy dość dużo, niezmiernie podekscytowanych, ale jak przyszło co do czego, okazało się, że do Poznania lecą tylko dwie: ja i grubachny staruszek […]. Staruszka odprowadzała cała rodzina – zapłakana żona, córki z mężami, synowie z żonami, sporo wnucząt i wielu dalekich krewnych.

Na trawie stała już maszyna, której mieliśmy zaufać nasze żywoty […]. Wewnątrz trochę przypominało to dzisiejsze mikrobusy. Na przedzie przy kierownicy pilot i zaraz za nim, nie oddzielone niczym osiem foteli, po cztery z każdej strony. Z tyłu na oparciach bardzo widoczne torebki-womitoria, a na zewnątrz maszyny umocowano tabliczkę »Warszawa–Poznań«, podobnie jak to bywa w wagonach kolejowych.

Ja i moi kuzyni lekko bladzi i roztrzęsieni, udawaliśmy zuchów. W drugiej grupie tęgo się trzymał staruszek-pasażer […]

– Odlatujemy do Poznania! Prosimy pasażerów o zajęcie miejsc w aeroplanie! Dopiero w tej chwili […] staruszek nie zdzierżył i do syna, który całował go w rękę, rzucił zdławionym głosem:

– Pamiętaj, testament w lewej szufladzie biurka. Opiekujcie się matką”[15].

Zapobiegliwość staruszka jest uzasadniona, bo starty z Warszawy do Poznania nie są łatwe. Pilot Józef Woźniak tak wspomina jeden z nich: „Byłem już na wysokości około 10 metrów nad poziomem Lotniska Mokotowskiego, kiedy silnik nagle zmniejszył swoje obroty. Maszyna przestała ciągnąć w górę i leciała wprost na wysokie topole rosnące na skraju lotniska. Zdawałem sobie sprawę, że ich nie przeskoczę. Zrobiłem więc skręt w prawo, wlatując między budynki koszarowe 1 Pułku Lotniczego. Kolejny skręt w prawo wprowadził maszynę na ulicę Rakowiecką, którą kilka metrów nad ziemią doleciałem znowu do skraju lotniska. Lądowanie, mimo bocznego wiatru, poszło dość gładko. Większe trudności były już na ziemi. Kołowanie do hangaru sprawiało wiele kłopotu, bowiem druty anten radiowych nawinęły się między koła maszyny. Na lotnisku było wiele poruszenia i zdenerwowania. Ambulans sanitarny i wóz straży pożarnej z zapuszczonymi silnikami czekały na znak jazdy. W kabinie samolotu natomiast, gdzie było czterech pasażerów, panował spokój. Dwóch podróżnych, pracowników lotnictwa, czekało w napięciu na moment zderzenia maszyny z jakimś kominem lub budynkiem. Pozostałych dwóch myślało, że start odbywa się normalnie…”[16].

 

Aero dość szybko ma problemy. Rok po uruchomieniu spółki odbywa się już tylko połowa z zaplanowanych lotów, samoloty psują się regularnie, często lądują przymusowo, a dalszy los pasażerów, załogi i maszyny zależy od rodzaju defektu – albo samolot przeciąga się zaprzęgiem konnym (niekiedy czterema parami koni) na teren dogodny do startu, albo po rozmontowaniu transportuje się go do najbliższej stacji kolejowej, a stamtąd wagonami do bazy technicznej. Brakuje części zamiennych.

W czerwcu 1926 roku z Warszawy do Poznania jako pasażer leci Bronisław Ratajczak, mechanik Aero. „Napotkaliśmy w rejonie Kutna silny front burzowy – relacjonuje. – Ponieważ o przebiciu się przezeń nie mogło być mowy, postanowiliśmy go ominąć od południa. Ale niestety nasze usiłowania nie dały rezultatu. Front był tak rozległy, że byliśmy zmuszeni lądować na polu podczas ulewnego deszczu i częstych wyładowań atmosferycznych. O ponownym starcie w tym samym dniu trudno było nawet myśleć, ponieważ koła samolotu grzęzły po osie w rozmiękłym gruncie. Następnego dnia w czasie próby silnik odmówił posłuszeństwa. Okazało się, że w czasie ulewnego deszczu zamokły kable i iskrowniki. Po ich wymianie i osuszeniu iskrowników nastąpił start, ale na wysokości około 20 metrów usłyszeliśmy huk w silniku, samolot silnie zadrżał i śmigło przestało się obracać. Pomimo niekorzystnego terenu szczęśliwie wylądowaliśmy w polu. Okazało się, że tym razem pękł wał korbowy i rozbił karter silnika. Finał był taki, że samolot trzeba było zdemontować i przesłać drogą kolejową do Poznania”[17].

Mała liczba wykonanych lotów pociąga za sobą mniejsze subwencje państwowe, równocześnie rosną koszty ekip technicznych delegowanych do miejsca przymusowych lądowań, koszt transportu koleją i remontów. Maszyny są ubezpieczone, ale wysoka częstotliwość usterek powoduje, że firmy ubezpieczeniowe podnoszą stawki. Dochodzi do tego, że wydatki znacznie przewyższają wpływy, a Aero nie stać nawet na zrobienie zapasów paliwa. W Warszawie kupuje po jednej dwustulitrowej beczce. Dodatkowo pewien pracownik pozywa firmę za niewypłacenie trzystu złotych pensji. Sąd przyznaje mu rację. Pod koniec 1928 roku Ministerstwo Komunikacji nie przedłuża Areo koncesji na działanie. 27 grudnia 1928 roku koncesję na połączenia obsługiwane przez Towarzystwo Komunikacji Lotniczej otrzymują Linie Lotnicze LOT, samoloty ponownie przejmuje Ministerstwo Komunikacji, które po raz kolejny przekazuje je nowo powstałej spółce[18].

*

Linie Lotnicze LOT powstają 27 grudnia 1928, czyli w dniu upadku poznańskiego Aero oraz kilka miesięcy po nieprzedłużeniu przez Ministerstwo Komunikacji koncesji dla zbyt wolno polonizującego się Aerolotu. Ministerstwo Komunikacji reprezentujące Skarb Państwa rezerwuje dla siebie sześćdziesiąt procent udziałów w przedsiębiorstwie, pozostałe czterdzieści procent przyznaje samorządom polskich miast. Na dołożenie do kapitału zakładowego stać miasta śląskie, samorząd Poznania oraz Bydgoszczy[19]. W konsekwencji niemal dziewięćdziesiąt procent udziałów w spółce uzyskuje Skarb Państwa. Właściwą działalność, czyli latanie, przedsiębiorstwo rozpoczyna 2 stycznia 1929 roku. Polskie Linie Lotnicze LOT (słowo „Polskie” do nazwy spółki dodano dopiero w maju 1929 roku) dysponują piętnastoma czteromiejscowymi samolotami Junkers F-13 przejętymi od Aerolotu i sześcioma ośmiomiejscowymi samolotami Fokker F-VIIA/1M zakupionymi przez Aero, a także przeszkoloną kadrą pracowników z zamkniętych linii. Pod koniec roku zyskują także znak graficzny – stylizowanego żurawia w locie projektu warszawskiego plastyka Tadeusza Gronowskiego. Na początku działalności firma bazuje na sieci połączeń odziedziczonej po przejętych przedsiębiorstwach – obsługuje pięć tras krajowych i jedną międzynarodową. Dziesięć lat później ma już siedem oddziałów w kraju i szesnaście biur za granicą. Wraz z rozwojem przedsiębiorstwa rośnie jego załoga. W 1929 roku zatrudnia około dwustu pięćdziesięciu osób: dziewiętnaście to personel latający, pozostali – obsługa naziemna. Dziesięć lat później w Locie pracują już sześćset dziewięćdziesiąt cztery osoby, w tym sześćdziesiąt to personel latający. Nie ma wśród nich stewardes.


[^] Lotnisko Mokotowskie. Pasażerowie przed tablicą rozkładu lotów. Widoczne logo (żuraw) i napis P.L.L. „LOT”. Kwiecień 1933 roku

Inne książki tego autora