OlimpijkiTekst

Z serii: Reportaż
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

W serii ukazały się ostatnio:

Maria Hawranek, Szymon Opryszek Wyhoduj sobie wolność. Reportaże z Urugwaju

Marcelina Szumer-Brysz Wróżąc z fusów. Reportaże z Turcji

Mariusz Surosz Pepiki. Dramatyczne stulecie Czechów (wyd. 2 zmienione)

Swietłana Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka (wyd. 3)

Wojciech Górecki Buran. Kirgiz wraca na koń

Piotr Lipiński, Michał Matys Niepowtarzalny urok likwidacji. Reportaże z Polski lat 90.

Grzegorz Szymanik, Julia Wizowska Długi taniec za kurtyną. Pół wieku Armii Radzieckiej w Polsce

Barbara Demick W oblężeniu. Życie pod ostrzałem na sarajewskiej ulicy (wyd. 2)

Paweł Smoleński Wnuki Jozuego

Dariusz Rosiak Żar. Oddech Afryki (wyd. 3)

Dionisios Sturis, Ewa Winnicka Głosy. Co się zdarzyło na wyspie Jersey

Marta Madejska Aleja Włókniarek (wyd. 2)

Grzegorz Stern Borderline. Dwanaście podróży do Birmy

Karolina Bednarz Kwiaty w pudełku. Japonia oczami kobiet (wyd. 2)

Jacek Hugo-Bader Biała gorączka (wyd. 4)

Kate Brown Czarnobyl. Instrukcje przetrwania

Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen (wyd. 3 zmienione)

Liao Yiwu Prowadzący umarłych. Opowieści prawdziwe. Chiny z perspektywy nizin społecznych (wyd. 2)

Renata Radłowska Nowohucka telenowela (wyd. 2 zmienione)

Aleksandra Boćkowska Można wybierać. 4 czerwca 1989

Agnieszka Rybak, Anna Smółka Wieża Eiffla nad Piną. Kresowe marzenia II RP (wyd. 2)

Jacek Hugo-Bader W rajskiej dolinie wśród zielska (wyd. 3)

Marta Sapała Na marne

Piotr Lipiński Gomułka. Władzy nie oddamy

Karolina Przewrocka-Aderet Polanim. Z Polski do Izraela

Marcin Kącki Białystok. Biała siła, czarna pamięć (wyd. 3)

Lars Berge Dobry wilk. Tragedia w szwedzkim zoo

Ojczyzna dobrej jakości. Reportaże z Białorusi, pod red. Małgorzaty Nocuń

Jelena Kostiuczenko Przyszło nam tu żyć. Reportaże z Rosji

Jacek Hołub Niegrzeczne. Historie dzieci z ADHD, autyzmem i zespołem Aspergera

Lene Wold Honor. Opowieść ojca, który zabił własną córkę

Małgorzata Sidz Kocie chrzciny. Lato i zima w Finlandii

Wolfgang Bauer Nocą drony są szczególnie głośne. Reportaże ze stref kryzysu

Filip Skrońc Nie róbcie mu krzywdy

Maciej Czarnecki Dzieci Norwegii. O państwie (nad)opiekuńczym (wyd. 2)

Karolina Baca-Pogorzelska, Michał Potocki Czarne złoto. Wojny o węgiel z Donbasu

Maciej Wasielewski Jutro przypłynie królowa (wyd. 2)

Anna Sulińska Wniebowzięte. O stewardesach w PRL-u (wyd. 2)

W serii ukażą się m.in.:

Wojciech Górecki, Bartosz Józefiak Łódź. Miasto po przejściach

Lidia Ostałowska Farby wodne (wyd. 2)

Anna Sulińska
Olimpijki


Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.


Projekt okładki Agnieszka Pasierska / Pracownia Papierówka

Projekt typograficzny i redakcja techniczna Robert Oleś / d2d.pl

Fotografia na okładce © by AP / East News

Fotoedycja Katarzyna Bułtowicz, Iwona El Tanbouli-Jabłońska

Dołożono wszelkich starań, by odszukać właścicieli praw autorskich fotografii wykorzystanych w książce. W przypadku ewentualnych niejasności wydawca zapewnia, że prawa wszystkich właścicieli będą respektowane.

Copyright © by Anna Sulińska, 2020

Opieka redakcyjna Jakub Bożek

Redakcja Ewa Polańska

Korekta Magdalena Jakubowska, Anna Zygmanowska

Skład Alicja Listwan / d2d.pl

Skład wersji elektronicznej d2d.pl

ISBN 978-83-8191-056-9

Spis treści

Seria

Strona tytułowa

Strona redakcyjna

Dedykacja

Motto

Wstęp

Okoliczności

Fruwajka

Opór

One

Ona

Kolektyw

Dwie ręce jednego człowieka

Podziękowania

Bibliografia

Przypisy końcowe

Przypisy

Kolofon

Dusi

Istotą życia jest nie triumf, lecz walka. Nie musisz wygrywać, bylebyś wytrwale walczył.

Pierre de Coubertin do uczestników X Letnich Igrzysk Olimpijskich w Los Angeles w 1932 roku

Wstęp

W styczniu 2018 roku Międzynarodowy Komitet Olimpijski, organizacja kierująca ruchem olimpijskim, zrzeszająca ponad dwieście narodowych federacji, wykonał historyczny krok w kierunku budowania równouprawnienia w sporcie. Zatwierdził IOC Gender Equality Review Project, dokument dotyczący równości płci, w którym zawarto dwadzieścia pięć odważnych – jak je określono w oficjalnych komunikatach – rekomendacji dotyczących między innymi tego, że należy dążyć nie tylko do zrównania liczby zawodników i zawodniczek startujących na igrzyskach olimpijskich, ale także do tego, by takie proporcje obejmowały również trenerów i trenerki. Ponadto zwrócono uwagę na to, by czas antenowy przeznaczony na transmisję zmagań kobiet i mężczyzn się nie różnił.

Na igrzyskach olimpijskich w Rio de Janeiro w 2016 roku padł nowy rekord – czterdzieści pięć procent osób biorących udział w rywalizacji sportowej stanowiły kobiety. To dużo, zważywszy na to, że jeszcze w 1992 roku odsetek zawodniczek wśród startujących nie przekraczał trzydziestu procent. Jednak w grupie szkoleniowców, którzy przybyli w 2016 roku na igrzyska do Brazylii, trenerki stanowiły zaledwie jedenaście procent.

Ruch olimpijski w swoich założeniach był skierowany do mężczyzn, a jego wskrzesiciel baron Pierre de Coubertin był przeciwny zmaganiom kobiet na stadionach. W pierwszych nowożytnych igrzyskach olimpijskich, które odbyły się w 1896 roku w Atenach, nie startowała ani jedna zawodniczka, cztery lata później – dwadzieścia dwie, co stanowiło dwa procent wszystkich uczestników. Rywalizowały w grze w tenisa, golfa, w żeglarstwie, krykiecie i jeździectwie. W trzech ostatnich konkurencjach startowały razem z mężczyznami. W zawodach lekkoatletycznych nie mogły brać udziału.

Ale dziewczyny chciały biegać, rzucać dyskiem, skakać w dal. Na początku lat dwudziestych XX wieku Alice Milliat zainicjowała kobiecy ruch olimpijski, a w 1922 roku zorganizowała pierwsze kobiece igrzyska olimpijskie. Przedstawicielki pięciu krajów walczyły w jedenastu konkurencjach. Międzynarodowy Komitet Olimpijski zakwestionował jednak użycie nazwy Kobiece Igrzyska Olimpijskie. Działania i lobbing Milliat sprawiły jednak, że w 1928 roku organizacja dopuściła kobiety do startu w lekkiej atletyce i gimnastyce. Dopiero osiemdziesiąt cztery lata później (sic!), podczas igrzysk olimpijskich w Londynie (2012), kobiety mogły startować we wszystkich tych samych konkurencjach co mężczyźni.

Olimpijki nie są przeglądem rekordów i biografii. Książka ta opowiada o życiu i drodze do mistrzostwa kilku polskich medalistek olimpijskich trenujących i startujących w czasach, gdy kobiety na stadionach były w zdecydowanej mniejszości. Chciałam zająć się olimpiadami najbardziej odległymi w czasie, ale przede wszystkim zależało mi, by z ich uczestniczkami porozmawiać. Prasa sportowa pisała bowiem o kobietach niewiele, w książkach poświęcano im jeszcze mniej miejsca. Ich starty relacjonowali i komentowali mężczyźni. One same rzadko zabierały głos, zazwyczaj odpowiadały na pytania dotyczące ich występu. Nie piszę więc o sportsmenkach, które odeszły. Wyjątek stanowi Stanisława Walasiewicz, zwyciężczyni biegu na 100 metrów na igrzyskach olimpijskich w Los Angeles (1932) oraz zdobywczyni srebrnego medalu w tej konkurencji w Berlinie cztery lata później, której biografia, już po jej śmierci, została wywrócona do góry nogami. Kilka bohaterek zmarło, gdy pracowałam nad książką. Były to siatkarki Halina Aszkiełowicz-Wojno, Jadwiga Marko-Książek, Elżbieta Porzec-Nowak oraz lekkoatletka Irena Szewińska.

 

Olimpijki opowiadają historie następujących osób:

Jarosławy Jóźwiakowskiej, która udowodniła, że ambicja i wola walki znaczą więcej niż brak warunków fizycznych do bicia rekordów. Sportsmenka mierząca jedynie sto sześćdziesiąt siedem centymetrów wzrostu na igrzyskach olimpijskich w Rzymie (1960) wywalczyła srebrny medal w skoku wzwyż.

Danieli Walkowiak-Pileckiej, zdobywczyni pierwszego medalu olimpijskiego w kajakarstwie dla Polski (w 1960 roku w Rzymie), która z powodzeniem startowała także na igrzyskach olimpijskich w Melbourne cztery lata wcześniej.

Heleny Pilejczyk, brązowej medalistki olimpijskiej w jeździe szybkiej na łyżwach na dystansie 1500 metrów z Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Squaw Valley w 1960 roku. Helena Pilejczyk i Elwira Seroczyńska, zdobywczyni srebrnego krążka w tej samej konkurencji, były jedynymi reprezentantkami Polski, które wróciły z tej olimpiady z medalami.

Stanisławy Walasiewicz, Ewy Kłobukowskiej i Ireny Szewińskiej – trzech najszybszych kobiet świata, których życie świadczy o tym, że ogromny talent może być najlepszym lub najgorszym darem od losu.

Drużyny siatkarek, która do dziś, mimo że minęło pięćdziesiąt sześć lat od pierwszego wywalczonego przez nie brązowego medalu olimpijskiego (Tokio w 1964 roku; wynik powtórzyły cztery lata później w Meksyku), przypomina, czym są siostrzeństwo i wzajemna troska.

I wreszcie wioślarek Czesławy Kościańskiej-Szczepińskiej i Małgorzaty Dłużewskiej-Wieliczko, najmłodszych bohaterek. Uzdolnionych, zadziornych i walecznych dziewczyn, którym skrzydła w 1984 roku podcięła międzynarodowa polityka.

Historie, które opowiadam, pokazują, że rywalizacja, wola walki i potrzeba zwycięstwa nie mają płci. Szkoda tylko, że kobiety ciągle muszą jeszcze o tym przypominać.

Okoliczności

W zasadzie mam taki charakter, że pamiętam wszystko, co miłe. Jak zdarza się coś nieprzyjemnego, wykreślam to z pamięci. W związku z tym mam same miłe wspomnienia.

Jarosława Jóźwiakowska

Brązowe pudełko ze złotą tasiemką, które zmieściłoby niewielki zestaw biżuterii, może jakąś bransoletkę albo broszkę i kolczyki, ciasno oplatają dwie białe gumki recepturki. Utrzymują w ryzach kilka lat życia Jarosławy Jóźwiakowskiej. Świadczą o nich dwa odręcznie napisane listy i ponad pięćdziesiąt telegramów.

– Telegramów było więcej, ale te z urzędów albo z zakładów pracy na dużych, nieforemnych kartkach wyrzuciłam. Zostawiłam tylko te, które do wioski olimpijskiej przysyłali mi ludzie – mówi srebrna medalistka igrzysk olimpijskich w Rzymie w 1960 roku w skoku wzwyż i starannie wyjmuje pojedyncze kartki z pudełka. Odczytujemy treść telegramu, po czym Jarosława Jóźwiakowska uważnie składa cienką, zazwyczaj już pożółkłą kartkę i dopiero gdy upewni się, że żaden jej róg nie został zagięty, sięga po kolejną.

Jest wiadomość od cioci Tedzi Tarnowskiej, u której w gdańskiej Oliwie mieszkała przez dwa lata po skończeniu studiów w Sopocie, są telegramy od chłopaków, którzy się w niej kochali, i pozdrowienia od zupełnie obcych ludzi.

– „JAROSIA JESTES CUDNA BARDZIEJ NIZ NA ZLOTY MEDAL GRATULAJEMY SCISKAMY CZEKAMY W KARTUZACH HENI WIKO KONRAD JERZYK MAREK KARTUZY POLSKA”[1] – czytam na głos. – Znała pani tych chłopaków? – pytam, bo wyobrażam sobie, że wiadomość nadali raczej chłopcy niż mężczyźni.


Zwyciężczynie konkurencji skoku wzwyż po ceremonii wręczenia medali olimpijskich. Od lewej: Jarosława Jóźwiakowska (srebro), Rumunka Iolanda Balaș (złoto), Angielka Dorothy Shirley (srebro). Rzym, 8 września 1960

Źródło: Popperfoto / Getty Images

– Nie, nie mam pojęcia, kto to mógł być – odpowiada i przechodzi do kolejnej. – „DUZA BUZKA ZA REWELACYJNE OSIAGNIECIE OD STOCZNIOWCOW MARYNARKI WOJENNEJ I HELUTY”. Heluta to była siostra mojej przyjaciółki, która pracowała wtedy w marynarce wojennej – wyjaśnia. – O, a tu jest tylko: „JADWIGA I JERZY DRYGASOWIE”. Nie wiem, kto to. Może wtedy ich znałam. O! Ten jest fajny! Podpisany Adam i Renata. To od Adama Bezega, trenera męskiej kadry skoczków wzwyż, który czasami udzielał mi rad, bo swojego szkoleniowca nie miałam.

– „ALE BOMBA Z CIEBIE BRAWO I GRABULA” – czytam i już dostaję kolejną karteczkę: „SKACZE Z RADOSCI PIOTRUS ZE SPALY”.

– Piotruś był synem właściciela kawiarni, do której myśmy po treningach zawsze szli na potańcówkę. Miał może z dziesięć lat i bardzo mnie lubił. A tu od sąsiadów rodziny mojego przyszłego męża. „KOCHAMY STOP WINSZUJEMY SCISKAMY SASIEDZI URSZLI INZYNIER KLECZKOWSKI Z RDZINA KRAKOW”.

– Ludzie tak po prostu słali do wioski olimpijskiej telegramy na pani nazwisko? – pytam, bo trudno mi w to uwierzyć.

– Tak, w latach sześćdziesiątych sport był dla Polaków bardzo ważny – mówi krótko.

Powojenne masowe zainteresowanie sportem zaczęło się w latach pięćdziesiątych od boksu, który pozwalał odreagować traumę po II wojnie światowej. Zwycięstwo polskiego zawodnika nad radzieckim czy niemieckim było wygraną całego narodu. Odwetem. W 1953 roku pięściarze znad Wisły aż pięć razy triumfowali na bokserskich mistrzostwach Europy rozgrywanych w warszawskiej Hali Gwardii. Bilety na walki były nie do zdobycia, a Feliksa Stamma i jego podopiecznych wielbiły tłumy. W drugiej połowie lat pięćdziesiątych miejsce siły zaczęła zajmować harmonia, czyli lekka atletyka. Na igrzyskach olimpijskich w Melbourne Elżbieta Krzesińska wywalczyła złoto w skoku w dal, a Janusz Sidło srebro w rzucie oszczepem. Poza tym polska męska drużyna lekkoatletyczna zwyciężyła w czternastu meczach międzypaństwowych z rzędu, co oznaczało, że przez dwa lata była niepokonana. Niemiecka prasa określiła ją mianem Wunderteamu (Cudownej Drużyny). Nazwa ta szybko się upowszechniła i objęła grupę lekkoatletów, w której skład 1 sierpnia 1958 roku weszła Jarosława Jóźwiakowska.

1 sierpnia 1958 roku to był piękny, słoneczny dzień. Ci, którzy tłoczyli się na Stadionie Dziesięciolecia, mówili, że zbyt gorący. Nowo powstały obiekt wypełniło niemal sto tysięcy osób, a przecież został on zaprojektowany na kilka tysięcy widzów mniej. Kibice byli wszędzie. Stali na koronie stadionu, w przejściach między rzędami krzeseł, wisieli na latarniach. Jechali przez całą Polskę w nadziei, że jakoś zdobędą bilet na zawody. Przez most Poniatowskiego godzinami ciągnęły tłumy. Tysiące widzów przychodziło na stadion kilka godzin przed czasem. Wszystko dlatego, że do Polski na oficjalny mecz międzypaństwowy przybyli lekkoatleci ze Stanów Zjednoczonych, wśród nich aż czterech aktualnych mistrzów olimpijskich, a także zdobywcy srebrnych i brązowych medali igrzysk olimpijskich. Przez dwa dni mieli rywalizować z polskimi sportowcami i sportsmenkami.


Jeden z kilkudziesięciu telegramów, które Jarosława Jóźwiakowska otrzymała na adres wioski olimpijskiej w Rzymie po zdobyciu srebrnego medalu na igrzyskach olimpijskich w 1960 roku

Źródło: Archiwum Jarosławy Jóźwiakowskiej

Dwudziestojednoletnia Jarosława Jóźwiakowska przyjechała z Sopotu kibicować koleżankom i kolegom, ale przede wszystkim wystartować w konkurencji skoku wzwyż[2].

– Wcześniej brałam udział w akademickich mistrzostwach Polski czy w spartakiadzie akademickiej w Paryżu, ale wtedy bardziej niż na zawodach zależało mi na tym, żeby zwiedzić miasto. Sport był przy okazji, był zabawą – opowiada. – Po meczu Polska – Stany Zjednoczone zaczęłam traktować go poważnie.

Skok wzwyż kobiet wygrywa Iwona Ronczewska, aktualna mistrzyni Polski w tej konkurencji. Jarosława, która uzyskuje taki sam wynik, zajmuje drugie miejsce. Reprezentantka Stanów Zjednoczonych jest trzecia. W punktacji generalnej polskie lekkoatletki zwyciężają z amerykańskimi. Mężczyźni przegrywają kilkoma punktami, ale to ich rywalizacja wywołuje największą sensację. Jak choćby zwycięstwo Zbigniewa Makomaskiego nad złotym medalistą olimpijskim z Melbourne Tomem Courtneyem w biegu na 800 metrów. Albo wygrana Tadeusza Ruta z Haroldem Connollym w rzucie młotem.

– To wydarzenie to było coś nieprawdopodobnego. Ustawiło mnie psychicznie na kolejne lata. Poczułam, jaką siłę daje doping tysięcy osób. Jak to jest, gdy wszyscy chcą, żebyś wygrała – przyznaje Jarosława Jóźwiakowska i dodaje, że wtedy nie marzyła nawet o tym, co wydarzy się za dwa lata.

„NAJSERDECZNIEJSZE GRATULACJE REKTOR POLITECHNIKI GDANSKIEJ BALCERSKI”. Telegram tej treści odebrała w Rzymie. W Gdańsku nadał go profesor Wacław Balcerski.

Na Politechnice Gdańskiej szał i tłok. 8 września 1960 roku studenci i kadra naukowa tłoczą się w auli, by dostrzec cokolwiek na ekranie jedynego w okolicy telewizora. Przepychają się, stają na palcach, na krzesłach. Każdy chce zobaczyć, jak na Stadio Olimpico w Rzymie w finale skoku wzwyż kobiet skacze Jarosława Jóźwiakowska, jedna z piętnastu zawodniczek, które dzień wcześniej zakwalifikowały się do finału tej konkurencji. Gdyby Jarka startowała cztery lata wcześniej, na olimpiadzie w Melbourne, zgromadziliby się pewnie wokół radioodbiornika i uciszali wzajemnie, by słyszeć, co mówi komentator, ale rzymska olimpiada to pierwsze letnie igrzyska olimpijskie transmitowane w telewizji.

Jarka skacze świetnie. Pierwszą wysokość, 155 centymetrów, odpuściła[3]. Zaczęła od 160 centymetrów, które zaliczyła w pierwszej próbie. Równie dobrze poradziła sobie, gdy poprzeczka powędrowała 5 centymetrów wyżej. W kolejnej próbie drążek zostaje umieszczony na wysokości 168 centymetrów. Dokładnie tyle, ile wynosi rekord Polski i życiowy rekord Jarki. Rozbieg i Jóźwiakowska jest już po drugiej stronie.

Po tym etapie w konkursie zostaje pięć zawodniczek: Polka, Rumunka, dwie Rosjanki i Angielka. Murowaną faworytką jest Rumunka – Iolanda Balaș, która ma sto osiemdziesiąt pięć centymetrów wzrostu i długie, wyrzeźbione treningami nogi. Duże szanse na medal mają także wysokie Rosjanki: Taisija Czenczik (sto siedemdziesiąt pięć centymetrów) i Galina Dola (sto siedemdziesiąt siedem centymetrów). Jarka ze swoimi stu sześćdziesięcioma siedmioma centymetrami wygląda przy nich jak pchełka. Drobna, szczupła blondyneczka ze spiętymi w kucyk włosami i opadającą na czoło grzywką. Angielka Dorothy Shirley, także niskiego, równego Jarce wzrostu, wydaje się nie mieć szans na medal. Dodatkowo Brytyjka jako jedyna z tej grupy skacze stylem kalifornijskim, zwanym także obrotowym. Odbija się, podciąga nogi, zupełnie jakby chciała kucnąć, i przelatuje nad poprzeczką. Ląduje plecami do drążka, na tej samej stopie, z której się wybiła. Balaș pokonuje wysokość nożycami – rozbiega się, ustawia bokiem do przeszkody, wybija z lewej nogi. Nad drążkiem najpierw przekłada prawą, potem lewą nogę. Flop, technika, którą dziś skaczą wszyscy skoczkowie i skoczkinie wzwyż, zacznie zdobywać popularność dopiero za osiem lat, kiedy na igrzyskach olimpijskich w Meksyku Amerykanin Dick Fosbury zdobędzie złoty medal, przelatując nad poprzeczką plecami. Nad drążkiem najpierw przejdzie jego głowa, potem plecy, na końcu nogi. W 1960 roku nikt jeszcze nie skacze w ten sposób. Najpopularniejsze są nożyce, kalifornijka i przerzut. Przerzutem skacze Jarka.

– Nie tak, kochanie. Tak należy trzymać to zdjęcie.

Jarosława Jóźwiakowska wyjmuje mi z rąk fotografię, dzięki której mam zrozumieć, na czym polega technika przerzutowa, i obraca ją o sto osiemdziesiąt stopni. Drążek dzieli kadr na pół. Nad poprzeczką Jarka. Poniżej, w tle, trybuny stadionu z widocznymi literami SPO. Jóźwiakowska nie pamięta już, gdzie i kiedy zrobiono to zdjęcie. Mówi też, że nie jest ono dobre do opowiadania o tym, jak sześćdziesiąt lat temu skakało się wzwyż. Jest bowiem skadrowane tak, że nie widać ani rozbiegu, ani podłoża, na którym się ląduje. A one są ważne. Tartan, czyli powszechnie znana dziś czerwona nawierzchnia, którą pokryte są bieżnie, rozbiegi i rzutnie sportowe, podobnie jak flop, zadebiutuje na igrzyskach olimpijskich w Meksyku. Nim się upowszechni, biega się po żużlu, piachu lub podłożu znanym z kortów tenisowych, a po skoku upada na kopczyk ziemi. W deszczową pogodę piach zmienia się w błotnistą maź, i to zarówno na rozbiegu, jak i w kopczyku, na którym ląduje skoczek lub skoczkini. Mokry piasek oblepiający całe ciało nie zachęca do treningów. Bez względu na aurę jego właściwości amortyzacyjne są nieporównywalne do tych, jakie mają dzisiejsze materace.

 

– Przez te lądowania na ziemi mam strasznie wybite stawy barkowe. Te urazy wyszły mi dopiero kilka lat po zakończeniu kariery, ale i tak nie mam prawa narzekać na zdrowie – mówi osiemdziesięciodwuletnia Jóźwiakowska i pokazuje kolejne zdjęcie. Zrobiono je podczas treningu w ośrodku przygotowań olimpijskich w Spale. Mocno rozgrzebany kopczyk piasku świadczy o tym, że uwieczniony skok nie jest pierwszym tego dnia.


Trening przed igrzyskami olimpijskimi w Tokio w Centralnym Ośrodku Sportu – Ośrodku Przygotowań Olimpijskich w Spale. Jarosława Jóźwiakowska, jak zawsze, skacze z bosą prawą stopą. Upadek był amortyzowany nie przez materac, lecz kopiec piasku. 1963 lub 1964

Źródło: Archiwum Jarosławy Jóźwiakowskiej

Zdjęć z treningów i zawodów jest więcej. Uruchamiają wyobraźnię, która jest mi potrzebna, by odtworzyć jej skoki. Widzę je tak: Jarka koncentruje się na rozbiegu. Robi kilka szybkich susów, przy czym ostatni jest dłuższy od poprzednich. Odbija się z lewej nogi i niemal rzuca na poprzeczkę, przelatując nad nią brzuchem. Jej ciało układa się równolegle do drążka. Pierwsza przechodzi głowa, potem prawa noga. Zupełnie jakby ciągnęły resztę ciała.

Skacze w jednym bucie. Na treningu czasami obie stopy ma obute, ale na zawodach jedną musi mieć bosą. Zawsze prawą, czyli tę, która jako pierwsza przechodzi nad poprzeczką.

– To nie miało żadnych podstaw technicznych – wyjaśnia. – Zaczęłam tak skakać i tak mi zostało. Wydawało mi się, że jestem wtedy lżejsza. Zawsze miałam kolec Adidasa założony na nogę odbijającą, czyli lewą. Był troszkę inaczej zbudowany, miał inną podstawę stopy, specjalną do skoku wzwyż, tak jakby tam była mała trampolinka. Pamiętam, że na początku skakałam w obu kolcach i chyba przy lądowaniu zadrasnęłam się tym z prawej nogi. Od tamtej pory bałam się, że mogę sobie coś uszkodzić. W ogóle nie czułam, żeby ten drugi but był mi potrzebny, chociaż niektórzy mówili: „Będziesz skakała w dwóch, będziesz szybsza na rozbiegu i wyżej skoczysz”. Ale rozbieg był krótki.

Kolce Adidasa w siermiężnym PRL-u? Andrzej Majkowski, prezes Polskiego Związku Lekkiej Atletyki w latach 1969–1972, potwierdza, że producent przez wiele lat za darmo przekazywał Polakom sprzęt.

– Rewolucja od wejścia Adidasa była olbrzymia – mówi. – Wcześniej wszystko odbywało się w pepegach czy starych trampkach.

Działacze sportowi i prezesi byli szczęśliwi, że zawodnicy mają w czym startować. Firma była zadowolona, że może upowszechniać swoje produkty. Zresztą sam Adolf Dassler – twórca marki, który w latach dwudziestych XX wieku założył z bratem Rudolfem firmę produkującą obuwie, a po II wojnie światowej ich ścieżki rozeszły się tak bardzo, że zaczęli ze sobą konkurować jako marki Puma (której właścicielem był Rudolf) i Adidas (nazwa powstała z połączenia Adi, zdrobnienia imienia Adolfa, i nazwiska Dassler) – przysłał Jarce do Rzymu telegram. „HERZLICHEN GLUECKWUNSCH ZUR GEWINNUNG DER SILBERMEDAILLE. IHR ADI DASSLER. HERZOGENAURACH” – wystukał dalekopis.

Jeden but dodawał lekkości, ale nie zawsze. Są zdjęcia, na których plecy i pośladki Jarki wydają się same unosić w powietrzu i przelatywać nad poprzeczką. Na innych zdają się z ołowiu. Trud widać wtedy także na twarzy. Jóźwiakowska zamyka oczy, otwiera usta, dłonie zaciska w pięści, jakby trzymała kciuki za powodzenie tej próby.

– Strasznie przeżywałam każdy start – opowiada. – Gdy widzę, jak zawodnicy chcą, by wszyscy im klaskali, to mnie przerażenie bierze. Stałam na rozbiegu tak długo, aż była kompletna cisza. W hałasie nie umiałam się skupić. Skok to jest sekunda. Jak jesteś na rozbiegu, nie widzisz nic. Jest tylko poprzeczka i skocznia. I są trzy próby. Człowiek musi się spiąć.

Skupienie, o którym opowiada, doskonale widać na taśmie Polskiej Kroniki Filmowej. Już podczas rozgrzewki Jóźwiakowska zachowuje się tak, jakby była sama na stadionie. Z pozycji siedzącej przerzuca nogi za głowę i zastyga w takim ułożeniu. Na kolejnym ujęciu, siedząc w kucki, z pietyzmem, ostrożnie przegarnia otwartą dłonią jasny piasek. Nie zwraca uwagi na kamerę. Zupełnie jakby medytowała. A ona tylko przygotowuje miejsce, z którego za chwilę będzie się wybijać. Jeszcze próba wymachu prawej nogi (tej bez buta). Jeszcze trener, Maciej Bieda, zdaje się przekazywać jakieś instrukcje, po czym z niezadowoleniem kręci głową. I już rozbieg. Prawą, gołą stopę twardo opiera na ziemi. W lewej raz przenosi ciężar na palce, raz na piętę. Na palce i na piętę. Wydaje się, że już ruszy, ale nie. Opiera dłonie na udach, brodę przyciąga do klatki piersiowej, wiatr przeczesuje jej króciutkie blond włosy. Jeszcze potrzebuje czasu. Startuje. Biegnie dynamicznie, w ułamku sekundy przelatuje nad poprzeczką i z impetem upada na piach po drugiej stronie drążka. Poprzeczka nawet nie drgnęła, ale Jarka nie okazuje żadnych emocji.

– Każdy mój skok był inny. Żaden nie był idealnie wypracowany – wyjaśnia. – Ale to dlatego, że przez lata nie miałam trenera, bo nie było nikogo, kto by zajmował się skokiem wzwyż kobiet.

Z mężem Maciejem Biedą zaczęła trenować już po igrzyskach olimpijskich w Rzymie. W Trójmieście, gdzie zaczynała profesjonalnie skakać wzwyż, nie było nawet kobiecej sekcji tej dyscypliny sportowej. Czasami rad udzielał jej tyczkarz i trener Andrzej Krzesiński, innym razem współpracowała z Adamem Bezegiem, szkoleniowcem skaczących mężczyzn. Bezeg mieszkał w Krakowie, Jarka na Wybrzeżu. Samodzielnie wdrażała opracowany przez niego plan treningowy. Nie miała nikogo, kto korygowałby jej skoki, z kim mogłaby pracować nad techniką.

– Może dlatego niektórzy dziennikarze pisali, że miotam się nad poprzeczką jak ryba bez wody, że żadna ze mnie skoczka [tak właśnie mówi o sobie Jarosława Jóźwiakowska – przyp. aut.]. Ale ja skakałam charakterem, nie możliwościami fizycznymi – podkreśla.

A uparta była ogromnie i to już od dziecka. Najmłodsza z trzech sióstr. Urodzona w Poznaniu dwa lata przed wybuchem II wojny światowej. W czasie okupacji tułała się z rodzicami po Polsce. Rodzina najpierw została wysiedlona do Kłodawy, potem na południe kraju. Do domu na poznańskim Łazarzu, w którym obowiązywała wielkopolska kindersztuba, wrócili dopiero po wyzwoleniu. Mieszkanie nie było jeszcze zajęte przez nowych lokatorów, ale już częściowo splądrowane. Mama sztrykowała, czyli robiła na drutach, dzięki czemu z trudem utrzymywała trzy córki i starych rodziców. Ojca nie było, bo cały czas gdzieś „fruwał”. Wojna go spaczyła. Jeździł po Polsce, szukał pracy, jakiegoś zaczepienia. Siostry, gdy tylko mogły, zaczęły zarabiać. Najstarsza, Regina, sprzedawała w sklepie, średnia, Basia, zajmowała się repasacją pończoch. Jarka była jeszcze za młoda na pracę. Marzyła o tym, by zostać baletnicą i pójść na studia, jednak strach jej matki przed gruźlicą wygrał z miłością córki do tańca. Co prawda przez rok, w drugiej połowie lat czterdziestych XX wieku, chodziła do szkółki baletowej działającej przy poznańskiej operze, ale od ćwiczeń zaczęła chudnąć i musiała je przerwać. Balet kocha do dziś, ale z mamą się nie dyskutowało.

– Dzieciaki były chowane przyzwoicie – mówi o swoim dzieciństwie. – Nie było żadnych wyskoków. Do tej pory to czuję. Byłam bardzo ruchliwa, cały czas miałam ochotę rozrabiać, ale wszystko miało swoje granice. Ich się nie przekraczało, broń Boże.

Miała kilka lat, gdy jedną z nich nagięła. Chciała się przejechać motocyklem ojca. Tata nie pozwalał. Powtarzał: „Jarka, ty nie potrafisz jeździć”. Ale ona się uparła. Gdy nikt nie patrzył, wsiadła, ruszyła i po chwili walnęła w płot.

– Kawałek pojechałam, czyli pokazałam, że potrafię, a to było najważniejsze – tłumaczy. – Tak samo było w sporcie. Zaciskałam zęby, mówiłam, że muszę skoczyć jakąś wysokość, i ją skakałam. Nie brałam pod uwagę tego, że nie powinno mi się udać.

Do aktywności fizycznej wróciła dopiero w szkole średniej na początku lat pięćdziesiątych. To było V Liceum Ogólnokształcące imienia Klaudyny Potockiej w Poznaniu. Tu też poznała swoją najlepszą przyjaciółkę Barbarę Lerczak, która za kilka lat zostanie jedną z czołowych polskich sprinterek. Talent i uroda Baśki sprawią, że w zawodniczce znanej pod nazwiskiem Janiszewska (po pierwszym mężu) lub Sobotta (po drugim) albo Nowicka (po trzecim) będzie się kochać pół Polski. „Weź się do tego sportu, potrenuj” – zachęcała ją Baśka. Początkowo Jarka chodziła z nią na treningi lekkoatletyczne dla towarzystwa, z czasem zaczęła uprawiać gimnastykę, a nawet strzelectwo, ale najbardziej lubiła siatkówkę. Była szybka, sprawna i zacięta.

Przyjaciółki zostały czołowymi reprezentantkami liceum w zawodach międzyszkolnych. Podczas jednej z imprez wypatrzył je Jan Michalski, poznański działacz sportowy związany z Akademickim Związkiem Sportowym (AZS). „Przyjdźcie do nas trenować, będzie fajnie” – zaproponował. Dorzucił dres i kolce.

– Byłam dumna, że mogę coś dostać, że mnie zauważyli – mówi Jóźwiakowska.

Razem trenowały w AZS-ie. Wspólnie uczyły się do matury, którą zdały szybciej niż reszta licealistów z ich szkoły, bo jechały na spartakiadę szkół ogólnokształcących do Wrocławia. Potem obie zostały przyjęte na studia w Wyższej Szkole Ekonomicznej w Sopocie, do której zdawały zachęcone przez działaczy z gdańskiego AZS-u, a następnie zamieszkały w jednym pokoju w akademiku. Jarka dostała stypendium, mogła korzystać z darmowej stołówki, nie płaciła za mieszkanie.

– Od tej pory moje życie było już lżejsze. – Uśmiecha się i dodaje, że na Wybrzeżu jej przygoda ze sportem zaczęła się rozwijać na poważnie. – Mój pierwszy wyjazd zagraniczny to była uniwersjada w Paryżu w 1957 roku – wspomina. – Miałam dwadzieścia lat i byłam niesamowicie szczęśliwa. Okrutnie podniecona. Oszołomiona. U nas nic nie było, a tam pełne sklepy, pięknie ubrane Francuzki. Trudno mi teraz o tym mówić. Dostawaliśmy trzy dolary dziennie kieszonkowego. Miałam dziesięć dolarów swoich. Kupiłam sobie materiał nylonowy na sukienkę za małe pieniądze u polskiego Żyda i piękny kubraczek z białego misia dla syna siostry. Mojego pierwszego chrześniaka. Jak tego misiaczka zawiozłam, rodzina płakała ze szczęścia.

Inne książki tego autora