Zośka. Dopóki biło serce

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Wszystkie prawa zastrzeżone. Żadna część niniejszej książki nie może być reprodukowana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt okładki i stron tytułowych

Ilona Gostyńska-Rymkiewicz

Zdjęcia na okładce

© mehmetcan | stock.adobe.com

Redakcja

Beata Wojciechowska-Dudek

Redakcja techniczna, skład, łamanie oraz przygotowanie wersji elektronicznej

Grzegorz Bociek

Korekta

Dorota Smoleń

Opowieść oparta na prawdziwych zdarzeniach. Imiona i nazwiska na potrzeby powieści zostały zmienione.

Wydanie I, Katowice 2020

Wydawnictwo Szara Godzina s.c.

biuro@szaragodzina.pl

promocja@szaragodzina.pl

www.szaragodzina.pl

Dystrybucja wersji drukowanej: LIBER SA

ul. Kabaretowa 21, 01-942 Warszawa

tel. 22-663-98-13, fax 22-663-98-12

www.liber.pl

© Copyright by Wydawnictwo Szara Godzina s.c., 2020

ISBN 978-83-66573-33-8

Pamięci mojej kochanej mamy – kobiety wielkiego serca i wielu talentów.

Rozdział 1

Gęsta noc zalewała wnętrza domu. Mrok rozpraszała jedynie wąska smuga światła, odbijająca się od okrągłej tarczy księżyca. Wpadała przez okno i załamywała się na podłodze, tworząc na niej liczne migoczące punkciki. Porywisty wiatr wślizgnął się przez uchyloną okiennicę i bawił firanką, która co jakiś czas pofruwała raz w górę, raz w dół, jak spódnica w tańcu. Jęczały ściany drewnianego budynku przy każdym ostrym podmuchu, okiennice uderzały o front domu, dźwięcząc zawiasami, skrzypiały deski na dachu. Na strychu harcowały jak gdyby nigdy nic myszy. Miało się wrażenie, że po suficie maszeruje armia wojska. Do tego wył pies sąsiadów, co pogłębiało mroczny, posępny nastrój.

– Boję się… Słyszysz, Zosiu, ten hałas? – Niespełna jedenastoletnia Jadzia przysunęła się do bliżej do starszej o sześć lat siostry i chwyciła za ramię z całych sił.

– Nie bój się! To tylko myszy i wiatr.

– A jeśli to dziadek? Przyszedł w nocy, by nas straszyć… Widziałam jego buty pod kominem… brązowe oficerki i płaszcz wojskowy, który zwykle wisi na haku. – Zadrżała i ścisnęła siostrę kurczowo.

– To tylko ubranie. Nawet gdyby przyszedł, to dlaczego miałby nas straszyć? Zwłaszcza ciebie, taką słodką, bezbronną dziewczynkę? – Zosia zachichotała i uszczypnęła Jadzię w udo, na co tamta zareagowała głośnym piskiem.

– O której wrócą rodzice? – zapytała, kiedy już opanowała emocje.

– Pewnie dopiero po północy. Dziś sobota, poszli gdzieś na potańcówkę. Wiesz, jak to jest wtedy z tatą… Wraca po kilku głębszych, a mama się denerwuje.

– Przytul mnie, Zosiu! – szepnęła dziewczynka. – A jeśli on tam jest? Słyszałam, że był bardzo niedobry za młodu…

– Kto ci tych bzdur naopowiadał? – zganiła ją siostra. – Dziadek był wspaniałym, wielkodusznym człowiekiem. Bardzo mnie kochał… Opowiadał mi różne historie. Ciebie nie było jeszcze na świecie, kiedy zmarł. Bardzo cierpiał… Nie wierzę, że chciałby nas straszyć. To są myszy i wiatr. Mówię ci, przytul się i chodźmy spać. Jak chcesz, opowiem ci bajkę.

– Tak, opowiedz! – Jadzia pisnęła uradowana. – Najlepiej o księżniczce!

– No dobrze, tylko połóż się wygodnie i spróbuj zasnąć. I obiecaj, że przestaniesz się wiercić. Nic ci się nie stanie, bo jestem tu z tobą. Gdyby coś, to wiesz, że cię obronię.

– Wiem, Zosiu, wiem – odpowiedziała Jadzia z uznaniem.

Położyły się na plecach i oparły głowy na wysoko ułożonych poduszkach.

– Zamknij oczy i słuchaj! Dawno, dawno temu, w wielkim zamku na szczycie gór mieszkał sobie pewien król, który miał cztery córki. Trzy z nich bały się ciemności, za to najmłodsza Korima była niewidoma. Cały dwór płakał z tego powodu, tylko mamka wiedziała, że Korima widzi wszystko nocą. Trzymała jednak ten fakt w wielkiej tajemnicy. Nawet ojciec księżniczki nie znał prawdy. Tymczasem Korima każdej nocy przy pomocy wiernej mamki wymykała się z zamku i zamieniała w sowę. Dołączała do innych sów i słuchała ich rozmów. Były to mądre dyskusje, dotyczyły nie tylko świata ptaków, ale i ludzi.

– Jak to? – zdumiała się Jadzia. – I co jej to dawało?

– Nie wiesz? Siłę. Wszyscy litowali się nad nią, współczuli kalectwa, a nie wiedzieli, że Korima wie dużo więcej niż oni. Była silniejsza i mądrzejsza.

– I co było dalej? – zapytała Jadzia i ziewnęła głośno.

– Jutro opowiem ci resztę bajki. Oczywiście jeśli będziesz grzeczna. A teraz śpij, kochana. Niedługo pewnie wrócą rodzice.

– Wolałabym dzisiaj – jęknęło dziecko i znów szeroko otworzyło buzię, po czym przekręciło się na drugi bok. – Sama wymyślę, co się stało – dodała po chwili. – Ja też umiem wymyślać historie.

– Nie wątpię – odparła rozbawiona Zosia. – Tak się składa, że ja sama nie znam końca tej opowieści. W takim razie każda z nas wymyśli finał, dobrze? Zobaczymy, kto jutro lepiej to zrobił. A więc do roboty! – Odwróciła się plecami do siostry.

Obie zacisnęły mocno powieki i obie intensywnie myślały. Niedługo potem do Zosi dobiegł głęboki, spokojny oddech siostry. Sama nie mogła zasnąć, w dodatku pęcherz domagał się opróżnienia. Jakże nie lubiła wstawać w nocy i korzystać z latryny za domem! Za każdym razem, kiedy przemierzała zalane mrokiem podwórze, ogarniał ją strach. Wciąż wyobrażała sobie najgorsze rzeczy, w tym duchy, potwory, nocne mary, nie mówiąc już o Kubie Rozpruwaczu, który podobno od kilku tygodni krążył gdzieś pomiędzy wsiami. Jedni mówili, że zaginęła jakaś ładna dziewczyna, inni, że uciekła z domu i wyjechała do miasta. Jednak nikt nie znał prawdy, a skoro tak – domysłów i spekulacji nie brakowało. Przed młodszą siostrą udawała twardziela, lecz w głębi duszy czuła się miękka i słaba.

Odsunęła delikatnie główkę Jadzi na bok, po czym cichutko wstała i wymknęła się do kuchni. Dopiero tam zapaliła światło, które popłynęło z górnego punktu pod sufitem, a następnie przemknęła przez pozbawioną okien sień i wyszła na werandę. Założyła na siebie kapotę, zdjęła rozdeptane pantofle, wsunęła na stopy trepy i wyszła na podwórze.

Noc powitała ją gęstą czernią, a powietrze zakłuło zimnem. Zauważyła, że niebo pozbawione jest gwiazd. Zsunęła się po kilku stopniach schodów i podreptała pod kurnik, którego drewniane drzwi podparte były kołkiem. Ze środka dochodziły ciche odgłosy śpiącego ptactwa. Zrezygnowała z pójścia na sam koniec podwórka, gdzie stała tuż obok gnojownika dziurawa na wylot latryna. Latem panoszyły się w niej tłuste pająki, które rozstawiały sieci pod sufitem. Wpadały do nich muchy i inne owady. Nie mogła patrzeć, jak takie stworzenie, które jeszcze wcześniej ją denerwowało, bzycząc koło ucha, instynktownie walczy o życie, szarpiąc się w nitkach sieci i resztkami sił próbuje się z nich wydostać. A obok pająk niczym buldożer szykuje się do ataku i snuje lepkie nici, którymi owija biedne ofiary w kokon. Sam już widok tych scen budził w niej odrazę, ale i grozę. Jesienią było za to zimno i nieprzyjemnie, tym bardziej późnym wieczorem, po ciemku.

Rozejrzawszy się najpierw ostrożnie na boki, kucnęła pod drzwiami kurnika, zawijając koszulę. Poczuła ulgę. Po załatwieniu się obmyła dłonie w wiadrze stojącym pod ścianą na ławce. Następnie potrząsnęła nimi, chcąc zrzucić nagromadzone na skórze kropelki wody. Chłód wdarł się pod cienki materiał koszuli. Poczuła, jak skóra na jej plecach pokrywa się gęsią skórką. Już miała wrócić do domu, kiedy uwagę jej przyciągnął mały, błyszczący punkcik na niebie. Zadarła głowę do góry i patrzyła, jak przesuwa się wolno, zostawiając za sobą białą kreskę. Stała tak dłuższą chwilę, wpatrując się w milczeniu w biały obiekt. Jak to możliwe? – zastanawiała się. Jest tu, na tym skrawku ziemi, tymczasem w górze toczy się inne życie. Jakie ono jest? Do kogo należy, do jakich ludzi? I ta myśl, ta nieodgadniona tajemnica sprawiły, że coś zabolało ją w środku, rozdarło jakby. Coś w rodzaju tęsknoty za nieznanym, ognia, który rozpala wnętrzności, i dziwnego pragnienia, by być daleko stąd i robić rzeczy, o jakich do tej pory nie śniła.

Rankiem obudził ją krzyk matki. Właściwie wdarł się w cudowną krainę snu, w której od kilku godzin przebywała.

Najpierw bowiem przemierzała szkarłatne pola maków, gnając za stadem motyli o niebiańskich barwach. Niebo nad jej głową było czyste, przejrzyste, bez jednej skazy. Chciała biec dalej, unosić się ponad ziemią i chwytać diamentowe błyski zostawiane przez trzepoczące stworzenia, kiedy nagle znalazła się w jakimś pomieszczeniu. Był to okazały salon wyłożony wzorzystą, materiałową tapetą, niezwykle efektowny, z meblami i kontuarami w kolorze czarnego dębu. Podłogi w nim wyłożono czerwoną wykładziną, a z sufitu zwisały mosiężne, ogromne żyrandole. Na samym środku stała drewniana, ludwikowska sofa obita bordowym aksamitem z licznymi złoceniami. Towarzyszyły jej dwa rozłożyste fotele i, okrągły stoliczek, na którym parowała kawa z małej, porcelanowej filiżanki. Czyjaś wypielęgnowana dłoń chwyciła za szklane uszko i uniosła ten subtelny przedmiot w kierunku rozchylonych lekko, karminowych ust. Wokół kręciło się pełno ludzi – niezwykle eleganckich, szykownych i dystyngowanych. Mieniły się w oczach błyszczące stroje, pyszniła biżuteria, wrażenie robiły precyzyjnie ułożone fryzury. Wszyscy zachowywali się tak, jakby na coś czekali. Jakaś ładna kelnerka w białym fartuszku wykończonym falbanką roznosiła tace z przekąskami, inna szampana w smukłych kieliszkach na długich nóżkach. Ludzie jedli, pili, rozmawiali.

 

Wtem znalazła się w innym pomieszczeniu, gdzie stał prostokątny podest łączący się z tajemnym przejściem zasłoniętym kotarą. Była ciekawa, co znajduje się po drugiej stronie. Klucząc między rozsiadającymi się dookoła gośćmi, weszła do środka. Ujrzała szczupłą, zgrabną kobietę ubraną w obcisły, bordowy kostium. Rozmawiała z kilkoma dziewczętami, które właśnie przygotowywały się do pokazu. Były mocno umalowane, miały fantazyjne fryzury i wciąż o coś pytały. Wyglądały niezwykle efektownie w trapezowych płaszczykach z naszytymi ogromnymi kieszeniami. Każdy z nich był innego koloru. Z daleka już krzyczały żółcie, czerwienie, zielenie i błękity. Panował tu niecodzienny harmider i niezwykła, gorączkowa aura. Wyglądająca znajomo elegantka w bordowym kostiumie wciąż coś mówiła, raz bardziej donośnym głosem, raz mniej. Zośka odniosła wrażenie, jakby już gdzieś ją słyszała. Wtem rozbrzmiała muzyka i modelki ustawiły się w kolejności, patrząc z przejęciem w kierunku wybiegu. Wydawało jej się, że ktoś z tłumu wymawia głośno jej imię. „Zośka! Zośka!”.

Kto do niej woła? Czy ktoś ją tutaj zna? – pytała samą siebie. W pewnej chwili kobieta w kostiumie odwróciła się. Ich spojrzenia skrzyżowały się.

– To przecież ja! – wykrzyknęła z niedowierzaniem. – Niby taka sama, jednak zupełnie inna. Więc jeśli nie ja, to kto?

Drgnęła, wybudzając się ze snu.

– Słońce już wysoko na niebie, a wy, nieroby, jeszcze w łóżkach?

Usłyszała nieprzyjemne skrzypienie zawiasów. Oba skrzydła okien pofrunęły w głąb ogrodu, a do pomieszczenia wdarł się przejmujący chłód.

Rodzicielka odwróciła się w głąb pokoju, opierając ręce na biodrach.

– Wstawać, robota czeka! – powtórzyła gniewnie, spoglądając na łóżko bez cienia współczucia.

Celina Martin była szczupłą kobietą po czterdziestce, średniego wzrostu, z mysimi włosami upiętymi po bokach wsuwkami, kwadratową, niedużą twarzą o ostrych rysach i ziemistej cerze. Jej szare oczy w ciemnej oprawie zasłaniały zwykle okulary w drucianych oprawkach. Nie stanowiły ozdoby, tak samo jak wąskie, zaciśnięte w dwie kreski usta, prosty, zbyt duży nos i czerwone policzki nadające jej pospolity wygląd.

Zosia otworzyła oczy pierwsza. Przeciągnęła się dyskretnie, po czym tuląc się jeszcze do pleców rozgrzanej siostrzyczki, przyglądała się matce. Ta stała ubrana w wełnianą spódnicę za kolana i długi, rozpinany sweter – w miękkiej poświacie ożywiającego się poranka nie wyglądała ani ładnie, ani brzydko. Po prostu nijako.

Jadzia oddychała głośno, pogrążona w głębokim śnie. Krzyk matki jej nie obudził, co rodzicielkę jeszcze bardziej rozsierdziło, bo uderzyła pięścią w stół. Zaprotestował ostrym dźwiękiem stojący na bawełnianym obrusie zegarek i podskoczyły nożyce, które starsza córka wieczorem tam zostawiła.

– Dziś przecież niedziela – rzuciła Zosia cicho, niepewnie czekając na reakcję rodzicielki.

– Trzeba makaron rozwałkować, kurę oskubać, statki pozmywać po śniadaniu! A na dwunastą do kościoła! Pospiesz się i budź Jadźkę! Niech wyczyści wszystkim buty!

– No dobra… – westchnęła dziewczyna i niechętnie wysunęła się spod pierzyny, po czym narzuciła na plecy robioną na drutach ogromną chustę z frędzlami.

– I śniadanie zrób dla siebie i Jadźki! Ja idę z krowami w pole. Wrócę za godzinę.

– A tata? – spytała Zosia z nadzieją.

– Ojciec poszedł do sąsiada, krowa mu się cieli – rzuciła matka sucho przez ramię.

Jej wyjście oznajmiło po chwili trzaśnięcie drzwi werandy.

Dziewczyna odwróciła się i spojrzała na słodką, uśmiechającą się przez sen twarzyczkę siostrzyczki. Nie miała sumienia jej budzić. Pomyślała, że wpierw umyje się i przygotuje śniadanie. Zrzuciła z pleców chustę. Zacisnęła zęby, bo poczuła chłód wdzierający się pod koszulę. Zaczynał się już październik, a jesień tego roku nie rozpieszczała. Deszcz padał całymi dniami, czasem rano rozpogadzało się, lecz po południu znów robiło się ponuro i zimno. Zwłaszcza poranki i wieczory były chłodne, bo w domu jeszcze nie grzano. Najgorzej było z myciem i korzystaniem z toalety. Latryna, która stała za komórkami, miała wielkie szpary na wylot. Tata obiecał, że w tym roku postara się te dziury załatać, ale wciąż nie miał czasu.

W połowie ubierania się przeszła do drugiej izby przeznaczonej na kuchnię. W rogu stał metalowy piec na wysokich nóżkach z dwoma otworami do gotowania. Płyta była zimna, a dwa emaliowane garnki, które na niej stały, służyły raczej do dekoracji. Naprzeciw znajdowała się szafka przez wszystkich zwana wodniarką, nad nią zaś wisiała wyszywana makatka przedstawiające dwa błękitne łabędzie pływające po stawie. Na szafce miało swoje miejsce blaszane wiadro wypełnione wodą, miska i przybory do mycia. Obok stało drugie wiadro na zlewki. Na środku pomieszczenia królował pomalowany na kremowo stół, cztery krzesła, za nim kredens wypełniony naczyniami, po drugiej stronie zaś znajdowała się kozetka obleczona wełnianą, łowicką kapą. Trochę wyżej ścianę zdobił wzorzysty kilim, a nad nim ze złotej, rzeźbionej ramy spoglądało smutne, zamyślone oblicze Matki Boskiej Częstochowskiej.

Zosia klapnęła na kozetkę, a ta odpowiedziała zgrzytem sprężyn. Usiłowała wciągnąć na nogi grube pończochy, do których podtrzymania wykorzystywała gumki od weków. Wciąż jej się zsuwały i nad kostką tworzyły się nieestetyczne wałki. Nikt z domowników poza Zosią nie zwracał na takie detale uwagi. Kiedy już uporała się z pończochami, na spódnicę i golf narzuciła gruby sweter z szarej wełny. Ten zestaw miał ją chronić przed zimnem, co nie do końca zdawało egzamin.

Korzystając z okazji, że rodziców nie było w domu, weszła do kolejnej izby, przeznaczonej na ich sypialnię. Stało tam podwójne łóżko z siennikiem wypchanym słomą, ogromna dębowa szafa z potrójnymi drzwiami, w rogu zaś znajdowało się brązowe lustro z toaletką, nakryte kilkoma serwetkami. Stanęła przed nim i przyjrzała się krytycznie swojemu odbiciu. Miała niewiele ponad siedemnaście lat. Mierzyła sto sześćdziesiąt siedem centymetrów wzrostu przy szczupłej budowie, wąskiej talii i pełnym biuście. Ten ostatni detal stanowił jej kompleks – wciąż się z tego powodu garbiła, próbując ukryć krągłości z przodu. Zazdrościła koleżankom, które były płaskie i pozbawione wstydliwego kłopotu. Tak to nazywała, ponieważ chłopcy często jej dokuczali, próbując choćby uszczypnąć czy zajrzeć w dekolt. W dodatku piersi od czasu do czasu ją bolały. Miała wręcz wrażenie, że któregoś dnia pękną. Od pewnego czasu więc obwiązywała je bandażem, ściskając mocno, by choć w ten sposób zmniejszyć obwód w tym miejscu. Stała teraz przed lustrem i wytężała wzrok, próbując w szarości poranka dostrzec w twarzy choć odrobinę piękna. Patrzyły na nią szarozielone oczy w ciemnej, gęstej oprawie – niemal zawsze smutne i zamyślone. Pośliniła wargi, ale stały się jeszcze bardziej pełne, co wywołało grymas niezadowolenia na jej twarzy. Nos miała na szczęście po tacie – szczupły, lekko zadarty, szpiczasty na końcu, jak u lalki, którą widziała na wystawie w sklepie. Policzki zaś naturalnie zarumienione, włosy długie, kręcone, w brązowym odcieniu.

– Dobra, wystarczy już! – mruknęła niechętnie, patrząc na resztę sylwetki, i wyszła z pomieszczenia.

Musiała najpierw uporać się z obowiązkami, a dopiero później stroić się przed wyjściem do kościoła. Ułożyć włosy, doprowadzić do ładu ręce i paznokcie, a przede wszystkim coś na siebie założyć. Przy tak ubogiej zawartości szafy stanowiło to niemały problem. Miała cichą nadzieję, że dzisiaj go spotka. Zawsze pojawiał się na sumie, zwykle w towarzystwie kolegów ze wsi, z której pochodził. Łudziła się, że i dziś na nią spojrzy, że zatrzyma wzrok na dłużej, a ona tym razem nie zaczerwieni się, nie zmiesza i nie odwróci twarzy w drugą stronę.

W letniej kuchni na szczęście było ciepło, bo matka napaliła wcześniej w piecu. Na rozgrzanej blasze stał metalowy czajniczek z naparem herbaty oraz wielki gar wypełniony wodą do gotowania makaronu. Na stolnicy przygotowane były kulki ciasta i drewniany wałek, w rogu zaś leżała kupka mąki. Rozejrzała się po małym pomieszczeniu, w którym od lat toczyło się codzienne życie. To tutaj zjadali wszystkie posiłki, tutaj się prało, gotowało, myło. Tutaj toczyło się rozmowy, snuło marzenia, rozwiązywało problemy.

Obielona wapnem niewielka izba przyklejona do głównej bryły domu, z wejściem od podwórka, stanowiła centrum głównego dowodzenia. Matka nie wyobrażała sobie życia bez letniej kuchni, którą domownicy nazwali dziwacznie: próżne. Próżne jednak wcale nie było próżne. Wręcz przeciwnie – było zagracone i ciasne. Pod stołem piętrzyły się cynkowe wanny do prania i kąpieli oraz szafka podobna do tej stojącej w domu. Na niej emaliowane wiadro, miednica, obok wieszak na ścierki, ręczniki. Tuż obok pieca wymurowano kiedyś komin, który w chłodne dni dawał pomieszczeniu dodatkowe ciepło. Za nim stała komoda z naczyniami do codziennego użytku. Zamiast podłogi było klepisko, kilka razy w tygodniu zamiatane miotłą zrobioną z cienkich gałązek brzeziny. Pomieszczenie było niskie, z małym okienkiem pod sufitem, przez które rzadko wpadało światło. Drzwi do niego wprawiono drewniane z metalową zasuwą i wielkim skoblem od środka oraz kilkoma wbitymi gwoździami służącymi jako wieszaki.

Zosia umyła ręce, zdjęła zaczepioną na kominie patelnię i położyła ją na rozgrzanej płycie. Wrzuciła na dno wyłuszczoną z glinianego garnka płaską łyżkę smalcu, po czym sięgnęła do koszyka, w którym zawsze leżały jaja. Tym razem był pusty. Zestawiła więc naczynie z pieca i poszła do kurnika. Mogła ugotować zacierki na mleku, zazwyczaj każdego dnia jadły je na śniadanie, ale dziś zamarzyła o jajecznicy. Wykorzystała też okazję, że mamy nie ma w domu, bo w przeciwnym razie naraziłaby się na jej gderanie i utyskiwanie, że szkoda jaj, że mogły się przydać do czegoś innego, że trzeba oszczędzać.

Kury zdążyły zejść z grzędy i rozproszyły się gdzieś po podwórku. Wspięła się na palcach i sięgnęła ręką do wyściełanego słomą gniazda. Poczuła ciepło gładkich skorupek, więc zebrała je i ostrożnie włożyła do zawiniętego swetra. Wychodząc z niskiego pomieszczenia, zahaczyła nogą o wysoki próg. Niemal nie upadła, w dodatku kogut zuchwale podskoczył i dziobnął ją w pośladek. Zasyczała i odtrąciła go kopniakiem, na co zareagował głośnym skrzekiem. Zostawiła go za plecami i wróciła do próżnego, w którym już czekała Jadzia. Ubrana w luźną sukienkę z szerokimi szelkami zarzuconą na gruby, wełniany golf, siedziała przy stole i próbowała małymi rękami rozwałkować ciasto. Szło jej to niezgrabnie, wałkiem rozrzucała mąkę, na co Zośka skrzywiła się z niezadowoleniem.

– Daj, ja to zrobię. Ty jeszcze nie potrafisz…

– Ale ja chcę! Jestem już duża i umiem robić takie rzeczy.

– No dobrze – zgodziła się siostra. – Ja w takim razie zrobię śniadanie, a ty wałkuj. Zobaczymy, co z tego wyjdzie!

Zaśmiała się, widząc przez ramię, jak Jadzia mocuje się z ciężkim drewnianym przedmiotem. Potem znów ustawiła patelnię na blasze i zabrała się do robienia jajecznicy.

Kilka godzin później, kiedy już uporała się ze wszystkimi obowiązkami, przyszedł czas na wyszykowanie się do kościoła. W pierwszej kolejności pomogła ubrać się siostrze.

– Nie chcę tej sukienki! – zaprotestowała Jadzia. – Jest okropna! W dodatku ciśnie mnie pod pachami!

– Co z tego? Ta zielona jest w praniu, a innej nie masz. Już niedługo będą moje osiemnaste urodziny i tata obiecał, że dostanę maszynę do szycia. A wtedy będę mogła uszyć dla ciebie tyle sukienek, ile tylko będziesz chciała!

– Nic nie dostaniesz! – wypaliła Jadźka. – I żadnej sukienki nie będzie!

– A ty skąd to niby wiesz? – podjęła z zaciekawieniem siostra. Jednocześnie jakiś kiełkujący niepokój ścisnął ją w okolicach podbrzusza.

– Słyszałam, jak rozmawiali dwa dni temu. Ojciec próbował mamie wytłumaczyć… Mówił, że masz talent, że może będzie z tego jakiś pożytek.

– I co? – przerwała jej zniecierpliwiona Zosia. – Co mama odpowiedziała?

– Powiedziała, że nie. Nie i już.

Dziewczyna zamarła na moment, usta jej zadrżały. Tylko ona wiedziała, co znaczą te słowa. Tak długo czekała na tę maszynę, tyle sobie obiecywała po jej otrzymaniu! A tata ostatnio…

– A szkoła? – rzuciła cicho w powietrze.

– O szkole też nie chce słyszeć – odparła beznamiętnie młodsza siostra. Nie rozumiała, jak można chcieć chodzić do szkoły.

– Jesteś pewna? Może się przesłyszałaś?

– Jak mi nie wierzysz, to sama zapytaj! – burknęła, wykręcając się z zaciskających ją bezwiednie rąk.

 

Uciekła do kuchni, usiadła na krześle przy stole, dyndając nogami w powietrzu, i cierpliwie czekała, aż Zośka zrobi ze sobą porządek.

Dziewczyna wstała z kucek i rozejrzała się, jakby to, co ją otacza, widziała pierwszy raz w życiu. Zaczęła bezwiednie wkładać na siebie wszystko, co popadło. Starą, wypłowiałą w kilku miejscach sukienkę, grube cerowane pończochy i wełniany płaszcz – jedyny, jaki miała. Rozczesała włosy i wsunęła na głowę beret, nie zwracając uwagi, czy leży tak, jak powinien – lekko na bakier. Buty prezentowały się najgorzej, w dodatku uwierały ją w palcach. Nieważne. Dostała je od cioci Teresy na szesnaste urodziny. Były już nieco schodzone i o pół numeru za ciasne, ale innych przecież nie miała. Zacisnęła zęby, wsuwając je na stopy. Oprzytomniała na chwilę, zdjęła buty i schyliła się po stojące w wejściu drewniane chodaki.

– Do szosy pójdziemy przez pola. Weź sobie trepy na zmianę! – rzuciła ostro w kierunku siostry, która skrzywiła się na te słowa.

Po kilkudziesięciu minutach marszu dotarły na miejsce. Przed ich oczami wyrosła wieża szarego kościoła z nieczynną od dawna dzwonnicą, betonowym dziedzińcem ogrodzonym wysokim murowanym płotem i z figurką Matki Boskiej w niebieskim płaszczu, która stojąc na cokole ze schodków, górowała na tle ponurego betonu. W ciepłych porach roku u jej podnóża stały kwiaty, dziś dostrzegły jedynie doniczkę z dąbkami1, które miały przymarznięte listki.

1 dąbek – odmiana chryzantem gruntowych.

Wnętrze kościoła wypełniało się po brzegi wiernymi. Przybyli tutaj z całej parafii, małych i większych wsi położonych w promieniu dziesięciu kilometrów od Bałtowa. Mieszały się ze sobą zapachy świeżych kwiatów, stopionej stearyny, naftaliny i przepoconych ubrań. Organista uderzył w klawiaturę osiemnastowiecznych organ, powietrze zadrgało, a przestrzeń świątyni nasyciły sakralne dźwięki.

Zosia z siostrą stały ściśnięte w miejscu przeznaczonym dla kobiet. Przed nimi w pierwszej ławce siedziała młynarzowa Babich z córką Heleną. Obie niczym hrabianki prężyły dumnie piersi i otwierały szeroko usta, aby nie uronić w śpiewie nawet jednej nutki. Matka miała na sobie elegancki płaszcz z wełny i toczek z filcu ozdobiony wełnianymi kwiatkami, córka nie ustępowała w niczym pysznemu wyglądowi swojej rodzicielki. Jej prawie białe włosy splecione na karku w tęgi kok zdobił maleńki kapelusik z rondem, na którym przy każdym najmniejszym ruchu drżała kępka żółtawych piórek. Zosia odwróciła wzrok. Piórko migało jej w oczach, choć usilnie omijała je spojrzeniem. Wreszcie schyliła głowę i wbiła oczy w posadzkę. Tu jej uwagę przyciągnęły buty. Jedne błyszczące, wypastowane, inne zdarte, dziurawe, wykoślawione. Dziesiątki par butów – drepczących w miejscu, szurających po posadzce, odrywających się niecierpliwie od podłoża. Ksiądz coś mówił o wybaczaniu, a ona nie mogła się skupić.

Pierwsze ławki pod głównym ołtarzem okupowały dzieci z miejscowej szkoły podstawowej. Stłoczone, omotane w wełniane chusty czy – jak w przypadku chłopców – w baranie skóry przysłuchiwały się pilnie wypowiadanym przez kapłana słowom. Dziewczynki zajmowały jedną stronę kościoła, a chłopcy drugą.

Ściany i sklepienia świątyni pokrywały malowidła. Z sufitu spoglądały twarze aniołów i postaci z Biblii – jedne ściągnięte w gniewie, inne zadumane, a jeszcze inne wyrażające ekstazę. Niektóre sceny budziły grozę, a niektóre przywoływały spokój i jakąś niewypowiedzianą nostalgię. Zośka za każdym razem, kiedy tu trafiała, zadzierała w górę głowę i próbowała doszukać się czegoś nowego, wyłapać jakiś szczegół, którego wcześniej nie dostrzegała. Tym razem spuściła wzrok. Nie spoglądała też w stronę bocznej nawy. Wolała go dzisiaj nie spotkać. Wolała nie mierzyć się z ognistym spojrzeniem brązowoczarnych oczu. Dziś nie miała na to siły.

***

Siedziały w milczeniu w letniej kuchni przy drewnianym stole, nakrytym wytartą w kilku miejscach ceratą. Jadły rosół z metalowych misek łyżkami z aluminium. Tylko dźwięki metalu zakłócały ciszę, która zapadła w czterech ścianach ciasnego, obielonego wapnem pomieszczenia. Celina co jakiś czas spoglądała w stronę drzwi. Spodziewała się zobaczyć w nich męża. Już wiedziała, że nie pojawi się trzeźwy, bo narodziny cielęcia w sąsiedztwie okazały się wydarzeniem miesiąca. Plotki już do niej dotarły: że duże, że zdrowe, że od razu wstało… Cóż, kiedy jej ślubny od rana nie pojawił się w domu. W środku coś w niej krzyczało, choć na zewnątrz próbowała zachować spokój. Zastanawiała się, czy nie wybrać się do sąsiadów, nie urządzić awantury i nie wyciągnąć męża zza stołu. Rozsądek kazał jej zostać i milczeć.

– Smakuje ci, mamo? – przerwała jej rozważania starsza córka.

– Zimny prawie! – rzuciła Celina bez zastanowienia.

– Dopiero grzałam! – zaprotestowała Zosia, choć nieco za cicho, gubiąc pewność siebie. – Zaraz dojdą kartofle. Będą takie, jak lubisz – rzuciła nieśmiało, patrząc, jak rodzicielka wygarnia z miski ostatnią łyżkę zupy. Jej twarz była szara, ściągnięta tłumionym gniewem. Córka wiedziała, co jest powodem takiego zachowania. Nie chciała jednak zdradzać, że się czegokolwiek domyśla.

Wstała od stołu i rzuciła się do odcedzania ziemniaków. Na patelni dusiło się w cebuli mięso z kury, w misce stały ugotowane, doprawione octem i cukrem buraczki. Wyjęła z kredensu trzy talerze, ale wymowny wzrok matki sprawił, że odłożyła je na miejsce.

Jadzia właśnie skończyła rosół i wyciągnęła rękę z miską w kierunku siostry. Ona też wiedziała, co oznaczało to spojrzenie. Rodzicielka zabraniała bez specjalnej okazji używać płaskich i głębokich talerzy, poza tym zarówno pierwsze, jak i drugie danie z wrodzonej oszczędności nakazywała jadać w tym samym naczyniu.

Zosia nałożyła sporą porcję kartofli, polała ją tłuszczem, a na wierzch położyła ugotowaną szyję z kury. Podała naczynie matce, ta zaś zabrała się do jedzenia. Nabierała czubate łyżki z kopca, gryzła w zapamiętaniu mięso i ssała chrząstki. Jej broda lśniła od kapiącego tłuszczu, który raz po raz wycierała grzbietem dłoni.

Dziewczyna odwróciła skrzywioną twarz ku przeciwległej ścianie. Nie znosiła tego widoku, a jeszcze bardziej dźwięku. Powodował u niej odruch wymiotny.

Naraz ktoś chwycił za klamkę i drzwi otworzyły się z hukiem. Do kuchni wtoczył się ojciec. Na jego zaczerwienionej twarzy rozlał się niewinny, rozbrajający uśmiech.

– Jakk się macie, mooje gołąbeeczki? – rzucił beztrosko, przeciągając głoski.

Zatrzymał się przy piecu, skąd ulatywały zapachy z obiadu.

Stanisław był postawnym, słusznego wzrostu mężczyzną o pociągłej twarzy ze zgrabnym nosem i parą jasnych, szarobłękitnych oczu. Włosy miał w kolorze miedzi, poprzetykane na skroniach gęstymi pasmami siwizny i ułożone w wysoką falę nad prostym czołem. Brwi gęste i krzaczaste, kontur twarzy oznaczony lekkim zarostem. Ubrany był w drelichowe spodnie ściągnięte w pasie skórzanym paskiem, wytarte na kolanach i poplamione w kilku miejscach, dziurawy sweter robiony na drutach i pikowaną watówkę w kolorze stali.

Pochylił się nad odkrytą patelnią i zaczął wybierać kolejne porcje mięsa. Chwycił udko i przytknął zachłannie do ust. Pochylając się głęboko nad rozgrzaną płytą, chwiał się, a kawałki mięsa wylatywały mu z ust wprost na ubitą ziemię.

– Na wsi żreć ci nie dali? – warknęła matka, nie kryjąc wściekłości.

– Ależ dali – odparł ojciec, nie przerywając podjadania. – Ale takich dobroci nie mieli – dodał, pastwiąc się nad częściowo obgryzioną kością, która mu została w zatłuszczonej dłoni.

– Wynoś się stąd, ty łachudro! Wracaj tam, skądżeś przyszedł! – rzuciła rozsierdzona kobieta.

– Ależ Cela, tak nie można – jęknął bezradnie, uśmiechając się przy tym pełną buzią.

Tego było już za wiele. Matka zerwała się z krzesła, jednym susem dopadła męża i chwyciwszy go z całych sił za tył pikowanej kurtki, odciągnęła od pieca.

Dziewczyny przyglądały się tej scenie w zdumieniu. Drobna, niewysoka postać matki kontrastowała ze słuszną posturą ojca, jednak to ona miała w tej walce ogromną przewagę. Jej mąż skulił się i nie protestował, kiedy kopniakiem wypędziła go z izby.