Chłopiec z ulicy Wschodniej

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

* * *

Gabryś świadomie unikał towarzystwa i nowych znajomości. Nie chciał się z nikim zaprzyjaźniać, bo wstydził się jąkania, biedy i ojca pijaka. Schodził wszystkim z drogi, za to uważnie obserwował. Po pewnym czasie miał już wyrobione zdanie o mieszkańcach kamienicy. Wiedział, komu można zaufać, do kogo zwrócić się o pomoc, a kogo raczej unikać.

Na parterze pod trójką mieszkała Kornelia Biernacka. Samotna, otyła staruszka z yorkiem całymi dniami wysiadywała w oknie oparta na kwiecistej poduszce, którą wymościła sobie twardy parapet. Jej towarzyszka – suczka Mini – nosiła szyte przez właścicielkę ubranka i dziergane przez nią na drutach skarpety. Za każdym razem gdy na podwórku pojawiał się obcy, Mini wytrwale przez kilka minut ujadała. Mało kto wiedział, że pani Biernacka skrzętnie zapisuje wszystkie wyjścia i powroty mieszkańców posesji. Od wielu lat niczym tajna agentka notowała spóźnienia czy pojawienie się nowej osoby na podwórku. Nigdy nie wychodziła z domu, choćby do sklepu. Gabryś długo zastanawiał się dlaczego. Dopiero po pewnym czasie odkrył, że pani Kornelia porusza się tylko na wózku inwalidzkim. Jej nogi kończyły się na wysokości kolan. To był dla chłopca szok.

Zaopatrzenie robiła jej sąsiadka z trzeciego piętra spod jedenastki – pani Barańska – szczupła, sprytna, wyjątkowo gadatliwa wdowa i matka Józka, któremu w ubiegłym roku stuknęła trzydziestka. Gdyby nie zapobiegliwość kobiety, ten bezrobotny alkoholik pewnie umarłby już z głodu i zimna. Dzięki niej radził sobie, czekając z utęsknieniem każdego pierwszego na niewielką emeryturę matki. Jeszcze listonosz dobrze nie zamknął torby, a synalek wybiegał z wyłudzoną gotówką do kolegów, którzy niecierpliwie czekali na dostawę procentów. Już po dwóch dniach był goły jak święty turecki, więc znów urabiał rodzicielkę, a potem kolejny raz i kolejny. Barańskiej z trudem zostawało na opłaty i na skromne życie. Tylko dzięki opiece, jaką roztoczyła nad panią Biernacką, udawało jej się pociągnąć do pierwszego. Wdowa zawsze coś uszczknęła z inwalidzkiej renty niepełnosprawnej sąsiadki.

Józek często zaglądał do grubej Kaśki spod szóstki, która pracowała w piekarni u Sochalskich. Codziennie przynosiła do domu świeży, pachnący bochen, który niemal w całości zjadała sama. Jej brzuch powiększał się z tygodnia na tydzień. Józka najwyraźniej pociągały pulchne kobiety. W pewnym sensie się z nią zaprzyjaźnił. Traktował ją jak kochankę i opiekunkę w jednym. Dobrze im było razem, choć dziewczyna bała się związać na stałe z bezrobotnym alkoholikiem.

W kamienicy mieszkała przemiła staruszka, która dorabiała do skromnej emerytury, kisząc zakwas do białego barszczu. Jej niewielkie mieszkanie wypełnione było workami mąki i ogromną liczbą plastikowych butelek. Kiedyś Gabryś niechcący potknął się o jedną z nich i szarobiała zawartość wylała się na podłogę. Starsza pani nawet się na niego nie gniewała. Uśmiechnęła się i poczęstowała go herbatą.

Kiedy Gabryś znalazł się na wysokości trzepaka, chciał prześlizgnąć się niezauważony, ale ktoś go zaczepił.

– Mów ciszej! – syknął Wiocha przez zęby. – Ktoś się tu kręci!

– Spoko – rzucił Pampers. – To tylko ten jąkała.

– Gabryś? Dokąd to? – zaczepił go Wiocha.

– Jaaa? Zgu, zgu… biłem klucz. Idę po… po… szukać.

– To powodzenia, mały! Cienko, jeśli nie znajdziesz! Stary nie będzie zadowolony, co?

Roześmiali się głośno, a chłopcu kolejny raz ścierpła skóra na plecach na samą myśl o karze. Przyspieszył kroku i ruszył dobrze mu znaną drogą, którą codziennie przemierzał, by dotrzeć do szkoły. Starał się patrzeć pod nogi, by nie przeoczyć cennej zguby.

Z notatnika pani Kornelii

25 lutego 2002

5:45

Gruba Kaśka znów zaspała. Powinna być w piekarni od piętnastu minut. Nie zdążyła nawet rozczesać włosów i zapiąć płaszcza. Pewnie Józek został u niej na noc. Ludzie mówią, że z tej mąki to już chleba nie będzie, ale kto to wie…

5:50

Heniek Konecki wyszedł w towarzystwie takich jak on nierobów. Okropny typ: zarośnięty, niechlujny i gburowaty. Wczoraj znów pobił żonę. Głupia kobieta! Biedny ten ich dzieciak!

6:27

Małgośka z trzeciego spod dwunastki wygląda, jakby szła na randkę, a nie do biura. W tym kapeluszu to jakby się urwała z planu filmowego. Nieźle się trzyma jak na czterdzieści pięć lat. Wszyscy mówią, że wygląda na dziesięć mniej. Podobno zadurzył się w niej sam dyrektor firmy. Nic dziwnego, że zadziera nosa jak mało kto.

6:30

Po podwórku kręcą się dwa podejrzane typy. Szukają szczęścia po śmietniku. To chyba złomiarze. Oby tylko czegoś nie ukradli. Ostatnio zginął rower sąsiadów. Stary grat, ale jeszcze na chodzie.

6:45

Pani Helena wychodzi ze swoją Danią na spacer. Śmieszny ten piesek. Ciągle szczeka. Ma nowe ubranko. Sąsiadka jak zwykle elegancka. W tym futrze jeszcze jej nie widziałam. Co za szyk i klasa!

6:55

Zdzira spod ósemki znów wyskoczyła w szlafroku po piwo. Pewnie ją suszy po nocnej libacji. Papieros w zębach! Wstydu nie ma!

8:50

Zawadzka odprowadza dzieci do szkoły. Dwoje. Widocznie jedno się rozchorowało. Wciąż chorują, ale nie ma się co dziwić. W domu wilgoć, zimno, ledwie wiążą koniec z końcem.

O, właśnie się zaczął mój serial. Który to już odcinek Mody na sukces? Ciekawe, co się tam dzisiaj wydarzy.

12:45

Gabryś wraca ze szkoły. Pewnie znów głodny. Wy-łączyli im prąd. Jak ten dzieciak wygląda… Żal serce ściska.

13:05

Pod trzepakiem znów narada. Ciekawe, kogo tym razem obrobią. Boże, widzisz i nie grzmisz!

13:10

Gabryś gdzieś idzie. Zaczepiają go, ale dają mu spokój. Biedny ten chłopaczek! Uwzięli się na niego, bandyci jedni. Wiecznie mu dokuczają. Nawet nie ma go kto obronić.

Ziemniaki się pewnie dogotowały. Czas na obiad!

22:45

Ta zdzira Tereska nie ma wstydu! Znów prowadzi innego chłopa na noc. To jakiś bezrobotny lump. Wino jej wystaje z torby. Tfu! I ten papieros w zębach… Czas spać.

* * *

Po dwóch godzinach poszukiwań klucza Gabryś wracał powłóczystym krokiem, gdy między nogami przewinął mu się mały, biały pudelek w czerwonej kamizelce i z kokardką na szyi w takim samym kolorze. Szczeknął donośnie na widok chłopca, jakby chciał dać do zrozumienia, że to spotkanie bardzo go ucieszyło.

– Dania! Co ty tutaj robisz? Gdzie twoja pani?

Suczka nie przestawała szczekać i obskakiwać znajomego. Kucnął więc i pogłaskał pieska z czułością.

– Gabryś! Wracasz ze szkoły? – Starsza elegancka pani z laską i lakierowaną torebką na pasku przerzuconą przez ramię zatrzymała się obok chłopca. Miała na sobie beżowy płaszcz z norek i filcowy kapelusz na głowie, który kształtem przypominał podgrzybka. Jej zapewne niegdyś ładną, szczupłą twarz pokryły drobne zmarszczki i ciemne plamki. Przyglądała mu się badawczo. Jej usta przypominały kolor dojrzałych malin, a policzki kojarzyły mu się ze skórką brzoskwini. Sąsiadka miała też białe jak mleko włosy, które zwykle upinała z tyłu w niewielki, kształtny koczek. Była niewysoka, drobnej budowy, nosiła skórkowe rękawiczki w różnych odcieniach beżu i złotą biżuterię w uszach.

– Zgu… biłem kklucz i nie mmogłem wejść ddo domu… – odparł, tuląc Danię do siebie. – Wróciłem do szkoły, ale nie znalazłem.

– Jadłeś coś? – zapytała starsza pani z niepokojem w głosie.

– Ra… rano jadłem śśniadanie, ppani Heleno – odparł z nagłym skurczem żołądka.

– Biedactwo… – jęknęła, przyglądając mu się ze współczuciem. – Chodź do mnie. Odgrzeję zupę. Mam też świeże pączki z budyniem, a wiem, że je uwielbiasz!

Pani Helena od lat mieszkała na pierwszym piętrze kamienicy pod numerem czwartym na osiemdziesięciu kilku metrach, na które składały się trzy duże pokoje, przestronna kuchnia i łazienka z toaletą. Mieszkanie to znacznie różniło się od tego, które Gabryś zajmował z rodzicami na poddaszu. Przede wszystkim było obszerne, jasne i wysokie. Chłopcu kojarzyło się z muzeum pełnym pięknych, drewnianych mebli w miękkich obiciach. Nie mógł oderwać oczu od kolorowych obrazów, figurek, eleganckich naczyń i innych przedmiotów podobnych do tych, które kiedyś widział na wystawie podczas wycieczki z klasą. Tam też było czysto, ciepło i przytulnie. W tym mieszkaniu zazwyczaj pachniało ciastem. W oknach wisiały przepięknie marszczone zasłony i haftowane firany. Zupełnie jak w jakimś pałacu. Drewniana podłoga trzeszczała pod nogami przy każdym stąpnięciu. Milkła dopiero wtedy, gdy weszło się na puszysty dywan w kolorowe desenie.

Z kuchni dolatywały zapachy smakowitych potraw, powodując kolejny silny skurcz pustego żołądka chłopca.

– Idź do łazienki, Gabryś, i umyj ręce! Podgrzeję obiad.

Łazienka pani Heleny była kolejnym miejscem, w którym nastolatek ulegał niezwykłej fascynacji. Przypominała mu studnię odwróconą do góry dnem, ponieważ jej sufit wyłożono lustrami. Mógł przypuszczać, a wręcz był pewien, że po drugiej stronie istnieje inne życie. Widział małego, brudnego chłopca z potarganymi włosami na tle błyszczącej, marmurowej podłogi i nie mógł zrozumieć, skąd się tam znalazł. Jego miejsce było przecież na ulicy, na obsikanym, zawalonym nieczystościami podwórku, po którym uganiały się wychudzone jak on koty, na schodach pod odrapanymi drzwiami mieszkania na poddaszu albo w czterech ciasnych ścianach rodziców, gdzie zwykle nie chciał być. Tymczasem w łazience u pani Heleny, gdzie wszystko lśniło i było perfekcyjnie uporządkowane, czas się zatrzymywał i nic już nie miało większego znaczenia.

– Gabryś, jesteś tam?!

Donośne pukanie do drzwi wyrwało go z zamyślenia. Posłusznie umył ręce w umywalce w kształcie morskiej muszli, nabrawszy mydła z eleganckiego dozownika o kremowym zabarwieniu, i wytarł je w różowy, mięciutki ręcznik. Spojrzał w lustro. Zobaczył wylęknione oczy patrzące gdzieś daleko poza jego własne wyobrażenie, aż wystraszył się tego spojrzenia.

 

– Gabryś, zupa stygnie!

Na stole w kuchni na koronkowym obrusie stała malowana w kwiaty porcelanowa waza przykryta pokrywką z fikuśnym uszkiem. Po wydobywającym się cienką smużką intensywnym aromacie poznał, że zje ogórkową. Obok naczynia w wiklinowym koszyczku wyściełanym białą serwetką czekały równo pokrojone cienkie kawałki pulchnego chleba, natomiast na eleganckiej, kremowej paterze piętrzyły się równo poukładaną piramidką tłuściutkie pączki polane lukrem.

– Siadaj, chłopcze. Dziś ogórkowa. Lubisz?

– Uuwielbiam! – prawie krzyknął, siadając we wskazanym miejscu. – Przepraszam! – Zmieszał się, gdy odsuwane krzesło głośno jęknęło.

– Nic nie szkodzi, Gabrysiu. Ono tak zawsze. – Starsza pani uśmiechnęła się życzliwie, spoglądając znad ramienia w trakcie parzenia herbaty.

Chłopak, niewiele już myśląc, chwycił lśniącą łyżkę i opróżnił talerz w błyskawicznym tempie.

– Twój ojciec w pracy o tej porze?

Skinął w odpowiedzi głową i łapczywie spoglądał na pączki.

– Sstróżuje na pparkingu niedaleko.

– A mama gdzie pracuje?

– W szpiitalu. Jjest saalową.

– W którym?

– Na Spoornej – odparł, przełykając ślinę gromadzącą mu się pod językiem.

– O której wraca?

– Wieczorem.

– A tata o której będzie w domu?

Gabryś nagle drgnął, jakby ktoś poraził go prądem. Właśnie w tej chwili uświadomił sobie, że ojciec może zjawić się w każdej chwili, a on w dalszym ciągu nie posiada klucza do mieszkania.

– Boisz się go? – zapytała starsza pani zaniepokojona jego zachowaniem. – Może zrobić ci krzywdę?

– Zzgubiłem kklucz… Może mnie za to zbić. Poo-winienem już iść.

– Nie tak szybko. Właśnie zaparzyłam herbatę, a ty miałeś obiecanego pączka. Coś wymyślimy.

Pani Helena była kobietą, która zdumiewała chłopca z dnia na dzień coraz bardziej. Taka dostojna i elegancka niczym hrabina, a przy tym wielkoduszna, dobra i mądra. Jej biblioteka uginała się od ciężkich tomów zawierających tyle ciekawych informacji, ile on nie był sobie w stanie nawet wyobrazić. Posługiwała się niezwykle pięknym językiem, używając wyrafinowanych słów, których on często wcześniej nawet nie słyszał. Wstyd mu było pytać, co znaczą, więc zwykle milczał, zapisując je w pamięci. Potem, gdy tylko miał okazję, sprawdzał ich znaczenie: pytał mamę bądź panią od języka polskiego. Zapisywał wszystko skrzętnie w notatniku, tworząc własny słownik wyrazów obcych. Z dumą myślał o tym zbiorze. Po każdym spotkaniu z tą kobietą był bogatszy o co najmniej jedno słowo. Niesamowite!

Sąsiadka z dołu była kiedyś solistką baletu Teatru Wielkiego w Łodzi. Jeszcze niedawno udzielała lekcji, ale – jak smutno stwierdziła – choroba ją pokonała. Cierpiała na reumatyzm, który z czasem dokuczał jej coraz mocniej. Nie miała dzieci, a jej mąż zmarł kilka lat temu. Wspomniała kiedyś o starszej siostrze, która jeszcze w młodości wyjechała na stałe za granicę. Podobno odeszła w ubiegłym roku w wieku osiemdziesięciu ośmiu lat. Nieźle! O innych bliskich nie mówiła. W życiu codziennym towarzyszyły artystce jej suczka Dania oraz pani Stasia – pomoc domowa, otyła, radosna kobieta po sześćdziesiątce, pełna dziewczęcego wigoru i optymizmu. Gotowała świetnie. Pracowała u pani Heleny już od dobrych trzydziestu lat. Przychodziła trzy razy w tygodniu, a oprócz pichcenia zajmowała się także zakupami, sprzątaniem, praniem i myciem okien. Zawsze rozśpiewana, szybka i zwinna, dumnie stawiająca czoło problemom codzienności. Nie miała łatwego życia, aczkolwiek nigdy nie biadoliła i nie skarżyła się na los jak inni. Dla pani Heleny ważna była przede wszystkim uczciwość Stasi. Miała do niej pełne zaufanie, a to stanowiło największą wartość w obecnych czasach.

Gabryś często zastanawiał się nad tym, co taka kobieta jak pani Helena robi w kamienicy przy Wschodniej. Nie była to przecież ulica ciesząca się dobrą sławą. Piotrkowska, Sienkiewicza, aleja Kościuszki czy nawet Jaracza to co innego. Ale Wschodnia? Kiedyś zapytał o to. Odpowiedź wydała mu się banalna. Otóż przed wojną mieszkał tu mąż pani Heleny – Antoni. Podobno był niezwykle zacnym, światłym człowiekiem.

– Panie, świeć nad jego duszą! Wtedy też i ulica była inna, i ludzie. Bardziej pryncypialni, przywiązani do ojczyzny. Dziś to już nie to samo… – wzdychała sąsiadka ze smutkiem, choć już przyzwyczaiła się do tego miejsca i do zmian, jakie nastąpiły w miarę upływu czasu.

Jej interesami zajmowali się ludzie, którzy się na tym znali. Czasem musiała przeczytać umowę, podjąć decyzję, coś podpisać. Choć mąż zostawił jej spory majątek, pieniądze nigdy nie były dla niej najważniejsze, a to miejsce po prostu darzyła sentymentem. Tutaj przeżyła najlepsze chwile.

* * *

Pół godziny po obiedzie Gabryś siedział na szczycie schodów pod drzwiami zamkniętego na głucho mieszkania. Skulił się i nasłuchiwał odgłosów. Ciężkie kroki oraz głośny kaszel ojca rozpoznawał od razu. Zamiast nich rozległy się drobne kroczki i cicha rozmowa dochodząca z dołu kamienicy. Trzaskały drzwi na niższych piętrach, głosy raz cichły, raz stawały się donośniejsze, gdzieś szczekał pies, miauczał głodny kot, a na klatce robiło się coraz mroczniej i chłodniej. Chłopiec skurczył się jeszcze bardziej. Trząsł się, nie wiedząc, czy ze strachu, czy z zimna. Oparł się o wyziębioną ścianę. Głowa opadła mu na piersi i nie zauważył nawet, kiedy zasnął.

Tymczasem anioł sfrunął na schody poddasza i objął ramionami śpiącego nastolatka. Gabryś poczuł falę ciepła na plecach, otworzył oczy i zobaczył jasną, dobroduszną twarz uśmiechającą się wprost do niego.

– Chodź ze mną. Coś ci pokażę – powiedziała do niego ta dziwna, jasna istota miękkim, aksamitnym głosem.

Poczuł delikatne, przyjemne muśnięcie, jakby świeży powiew ciepłego wiatru. Podał rękę bez najmniejszego wahania i ruszył za nią w nieznane.

– Pewnie zastanawiasz się, kim jestem? – zapytał po chwili anioł, gdy opuszczali ciemne zakamarki podwórka.

– Tak – odparł chłopiec zaciekawiony.

– Nazywam się Gabriel i jestem twoim aniołem stróżem.

– Naprawdę? Masz na imię zupełnie tak samo jak ja? – Nastolatek dziwił się głośno, gdy przemierzali Wschodnią, kierując się w stronę Jaracza.

Sklepy były już zamknięte, za to w restauracjach i kawiarniach kipiało wieczorne życie. Mijali pojedynczych przechodniów, grupki głośnej, roześmianej młodzieży, trzymające się za ręce pary. Przed teatrem zrobiło się tłoczno i gwarno. Panie i panowie w eleganckich płaszczach wyłaniali się z wnętrz błyszczących aut zaparkowanych wzdłuż ulicy. Pewnie grali dziś ciekawą sztukę. Może nawet do Łodzi zjechała wielka gwiazda. Kto wie?

– Chcesz zobaczyć? To premiera. Słyszałeś o tym spektaklu? – zapytał Gabriel, pochylając się nad chłopcem i zaglądając mu w oczy.

Gabryś zaprzeczył energicznym ruchem głowy i prawie jednocześnie zacisnął kurczowo dłoń, lękając się zgubić swego przewodnika.

– Nie bój się! Pytaj o wszystko. Kto pyta, nie błądzi.

Zaraz też znaleźli się na częściowo wypełnionej widowni. Bordowe, wyściełane pluszem fotele zdawały się wygodniejsze od łóżka. Chłopiec zapadł się w nich miękko po same uszy, zaczerpnął głęboko powietrze, w którym czuć było wymieszany zapach unoszących się niewidzialną chmurą perfum. Za jego plecami toczyły się głośne rozmowy. Kilka osób sprzeczało się o obsadę spektaklu.

Z głośników dolatywała nastrojowa muzyka. Pomiesz-czenie nasycone było jasnym światłem, a do środka wciąż napływali nowi goście. Kurtyna tkwiła nieruchomo, czekając na znak. Gabryś zrozumiał, że za chwilę rozsunie się, ukazując przybyłym wspaniałe efekty ciężkiej, twórczej pracy. Wskazał palcem w tamtą stronę i już Gabriel niósł go za tajemnicze zasłony, za którymi trwały ostatnie gorączkowe przygotowania. Aktorzy wkładali kostiumy, charakteryzatorzy nanosili końcowe poprawki. Dekoratorzy biegali nerwowo, przestawiając poszczególne elementy wystroju. Ktoś śmiał się, ktoś inny płakał, ale nikt nie zwracał uwagi na parę intruzów. Dalej kochankowie całowali się namiętnie za parawanem, kilka osób kłóciło się w garderobie, piękna kobieta w obcisłym kostiumie, trzymając komórkę przy uchu, krzyczała rozgniewanym głosem:

– Obiecałeś! Obiecałeś! Byłam głupia, że znów ci uwierzyłam!

– Czy ona gra? – zapytał Gabryś, nieśmiało wskazując na aktorkę.

– W jakimś stopniu to też gra, tylko taka prawdziwa, do której scenariusz pisze życie. Nigdy nie wiemy, co się wydarzy w następnym akcie. To moim zdaniem jest najciekawsze.

Jakiś mężczyzna w garniturze z rudą kitą na karku stał przy lekko uchylonej kurtynie i obserwował widownię. Zachowywał się tak, jakby na kogoś czekał. Jeden błysk w oku wystarczył, by zauważyć jego zadowolenie, gdy pewna wysoka jasnowłosa dama zajęła miejsce w drugim rzędzie. Kiwnął w jej kierunku, na co ona przesłała mu w powietrzu całusa.

– Widzisz tę elegancką parę na balkonie po prawej stronie? To nasz miłościwie panujący prezydent miasta ze swoją żoną. Dalej siedzi minister zdrowia, a za nim minister edukacji.

Gabryś wydął wargi w zdumieniu i przyglądał się wskazanym przez anioła osobom. Jeszcze nigdy nie widział takich, o których ciągle się mówi i pisze. Zastanowił się przez chwilę, co mógłby teraz powiedzieć prezydentowi. Może zapytałby o to, dlaczego wokół jest tyle biedy i przemocy. Dlaczego staruszka spod siódemki musi sprzedawać zakwas, bo nie wystarcza jej emerytury do pierwszego? Dlaczego mama ciągle biega za pracą i bierze dodatkowe dyżury? Dlaczego jego spodnie są za krótkie, a kurtka za duża? Zaraz wszystkie pytania zgasły jak iskierka w popiele, bo zabrakło chłopcu odwagi.

– Wystarczy? Możemy iść dalej? Obejrzysz tę sztukę. Będą ją jeszcze nieraz wystawiać.

Gabryś skinął i pozwolił, by jego anioł stróż przeniósł ich gdzieś dalej. Po chwili znaleźli się przy ulicy Rewolucji. W pobliżu mieściła się szkoła.

– Pamiętasz, że wracając z lekcji, pochyliłeś się, by zawiązać sznurówki?

– Tak… – szepnął chłopak.

– Przy cukierni. Właśnie tutaj.

Zatrzymali się w tym miejscu. W oknie wystawowym nie paliło się światło, znikły też rurki z bitą śmietaną, rożki nadziewane serem lub jabłkami, ptysie, kremówki i pączki. Anioł pochylił się nad trotuarem, gdzie tuż obok kosza na śmieci porzucono wyrwany kawałek chodnikowej płyty. Tam też srebrzył się delikatnym, nieśmiałym blaskiem znajomy mały przedmiot.

– To mój klucz! – wykrzyknął Gabryś uradowany, pochylając się.

W tym samym momencie drgnął i poczuł, że plecy ma zdrętwiałe, a palce rąk i nóg sztywne z zimna. Ocknął się na wilgotnej, ciemnej klatce schodowej pod drzwiami swego mieszkania. Zmartwił się, bo nie było przy nim tajemniczego towarzysza podróży. W dłoni trzymał metalowy przedmiot. Zaciekawiony podniósł go na wysokość zdumionych oczu.

* * *

Któregoś dnia ojciec wrócił wcześniej, niż zapowiadał. Gabryś na szczęście zdążył odrobić lekcje i ogarnąć z grubsza mieszkanie. Zwykle sprzątała mama, ale ostatnio wzięła więcej nocnych dyżurów, więc syn postanowił ją wyręczyć. Oczywiście ona robiła to dokładniej. Najbardziej nie lubił zawijającej się, podartej wykładziny i starych desek, których szorowanie mijało się z celem. Zajmowali raptem trzydzieści pięć metrów. Pokój wypełniony był skromnymi, używanymi meblami. Wprost z niego wychodziło się do kuchni, gdzie stały rząd pomarańczowych, obskubanych mebli, kuchenka gazowa i prostokątny stół z czterema krzesłami. Mama zostawiła na palniku zalewajkę do odgrzania. Niestety gaz w butli już się skończył i zupa była zimna. Ojciec zaklął od progu i zatoczył się od ściany do ściany.

– Gabryś! Buty!

Chłopiec zerwał się z krzesła jak oparzony i rzucił się do przedpokoju, gdzie następnie na kolanach odwiązał sznurówki rozdeptanych adidasów zakupionych na Bałuckim Rynku. Zdjął je ostrożnie z nóg rodzica, a potem równiutko ustawił pod ścianą. Przez chwilę sparaliżował go smród spoconych stóp. Zatkał ręką nozdrza. Ojciec tymczasem zwalił się na łóżko, ale zamiast zasnąć, warknął:

– Obiad jest?!

– Jjest, ttato. – Chłopak pospieszył z odpowiedzią. – Ale zimny… Gaz się skończył.

– Jak to?! – zagrzmiał mężczyzna złowrogo. – Przecież dawałem matce na gaz! Znów się skończył?

To było miesiąc temu, pomyślał chłopiec, lecz nie powiedział tego głośno.

Ojciec wstał, chwiejnym krokiem przemierzył niewielką kuchnię, otworzył drzwi lodówki, w której czekało kilka plasterków mortadeli, resztka margaryny i kawałek ogryzionej kiełbasy.

 

– Co to jest?! – zagrzmiał na widok naruszonego pęta i podetknął je Gabrysiowi pod nos.

– Ki… kiełłełbasa – odparł chłopak, przeczuwając nadchodzące zagrożenie.

– Kto ją żarł? Tyle razy mówiłem, żeby kroić, a nie nadgryzać! I co?!

Chłopiec wytężył szare komórki, ale nie mógł sobie przypomnieć momentu, w którym poczęstował się wskazaną kiełbasą, za to pamiętał, że zrobił to rano ojciec przed wyjściem z domu. Milczał. Wolał o tym nie wspominać.

– Jest śświeży chleb i ssmalec w słoiku… Mama sstopiła wczoraj, więc mogę zzrobić kanapki, jeśli chcesz.

– Mam gdzieś twoje kanapki! Matka zostawiła jakieś pieniądze?

– Ttak. Na gaz. Leżą na półce zze szklankami.

Na tę wiadomość ojciec zapomniał o wymierzeniu kary, oderwał kawałek kiełbasy lewą stroną ust, gdzie jeszcze miał kilka zdrowych zębów, i żuł w chwilowym zadowoleniu. Podszedł we wskazanym kierunku, spenetrował szafkę, przeliczył i schował pieniądze do kieszeni, po czym ubrał się ponownie i bez słowa gdzieś wyszedł.

Gabryś odetchnął z ulgą. Niebezpieczeństwo minęło. Wyjął spod poduszki atlas geograficzny. Przeniósł się pod okno, rozłożył go na stole i zaczął przeglądać. Atlas był już stary i zniszczony, kartki miał pożółkłe, rogi pozaginane i nieco wytarty druk. Chłopiec przerzucił kolejną stronę. Podniecony wodził wzrokiem po oznaczonych drogach, odnajdywał miasta, odkrywał największe terytorialnie mocarstwa świata, przemierzał pustynie, przedzierał się przez afrykańską dżunglę, dryfował po największych morzach, rzekach i oceanach. Znał wszystkie mapy niemal na pamięć.

Z geografii w szkole był najlepszy. Nauczycielka mówiła o nim „geniusz”. Szkoda, że z matmy i z polskiego ledwie wyciągał na trójki. Najgorzej było z wypowiedziami przed tablicą, bo zaczynał się jąkać ze zdenerwowania i całą wiedzę szlag trafiał. Kompletna pustka w głowie. Coś nieprawdopodobnego. Na początku dostawał jedynki, dopiero gdy zajął się nim szkolny pedagog, a następnie logopeda, sytuacja uległa zmianie. Nauczyciele okazywali mu więcej wyrozumiałości, zmieniając całkowicie podejście i dotychczasowe metody. Nie wszyscy. Niektórzy tracili cierpliwość. Na szczęście byli tacy, którzy podsuwali mu kartkę z pytaniem i dopiero wtedy okazywało się, że Gabryś jest przygotowany do niemal każdego tematu. Zyskał uznanie w klasie, choć większość i tak naigrywała się z jego wady wymowy. Było mu to obojętne, gdyż chłopcu nie zależało na przyjaźniach. Miał swój świat, pasję i nadzieje związane z odnalezieniem Alicji. Wysyłał listy na dawny adres przyjaciółki. Wiedział, że to nie ma sensu, ale czepiał się niedorzecznej nadziei, że ona tam kiedyś wróci i je odnajdzie. Żaden list nie dotarł do dziewczyny. „Adresat nieznany” – brzmiała informacja na kopercie. Chował wszystkie zwrócone mu listy pod deskę w podłodze. Wyobrażał sobie, że Alicja mu odpisuje. Czytał w myślach list, który nie istniał. Wymyślona korespondencja wypełniała mu towarzyską pustkę w życiu.

Tego dnia siedział nad atlasem niecałą godzinę, wertując kartki i tracąc poczucie czasu, gdy usłyszał, że w drzwiach wejściowych przekręca się klucz. Wzdrygnął się i wyprostował jak na komendę, tymczasem do jego uszu dotarło delikatne, ciche westchnienie i szuranie. Po chwili ujrzał wchodzącą do pokoju mamę. Przed chwilą jeszcze pływał po wzburzonym Atlantyku, zmagał się z wysoką falą i porywistym wiatrem, nic dziwnego, że powrót matki go zaskoczył.

– Co robisz, synku? Uczysz się?

– Tak tylko przeglądam atlas.

– Popsujesz sobie oczy. Ciemno już prawie. Ojca nie ma?

– Nie ma. Zabrał pieniądze na gaz i poszedł. Myyślałem, że po gaz.

– A butlę wziął? – spytała, zaglądając w róg szafki. – A gdzież tam… – rzuciła rozczarowana, westchnęła ciężko, rozpakowała skromne zakupy i weszła na chwilę do łazienki, skąd doleciał go szum odkręcanej wody. – Jadłeś coś, synku? – spytała zatroskanym głosem.

– Chleb ze smalcem! Dobry był!

– Kupiłam jabłka. A może wolisz kanapkę?

– Nie trzeba, mamo. Nie jestem jeszcze głodny!

Przy matce prawie się nie zacinał. Tylko troszkę, od czasu do czasu. Mama kończyła wycieranie rąk. Robiła to zwykle wolno i starannie. Dopiero potem podeszła do Gabrysia i go objęła.

– Nie widzieliśmy się cały dzień. Jak sobie radziłeś? Znów nie uczesałeś włosów! Ojciec ci nie dokuczał? Wrócił trzeźwy?

– Nie dokuczał, ale chyba coś pił…

Usiadła przy stole po przeciwnej stronie i wpatrywała się milczącym wzrokiem w zapadającą w wieczorne rozleniwienie, oświetloną wysokimi latarniami ulicę. Rysy kobiety były delikatne i miękkie. Miała jasne, błękitne oczy osadzone głęboko pod opadłą powieką uzbrojoną w cienki, postrzępiony łuk rzęs, prosty nos i wąskie usta wklejone w trójkątną, nieruchomą twarz. Okalające ją półdługie, mizerne blond włosy spięte po bokach wsuwkami opadały lekko na szyję. Zbyt szczupła sylwetka mamy wyrażała wieczne cierpienie i pokutę za nie swoje grzechy.

Nagle jej twarz rozjaśnił uśmiech.

– Ach, Gabrysiu! Mam nowinę! Jutro może włączą nam prąd! Zapłaciłam dziś zaległe rachunki! To cudownie, prawda?

– Ttak, mamo! – odparł radośnie, podzielając jej entuzjazm.

Zapaliła świeczkę, a po chwili wyczarowała stos kanapek, który ustawiła na stole przed synem.

– Zostaw te książki. Zjedzmy coś i pogadajmy, zanim wróci ojciec. Jak minął dzień? Bo mój… – Zaczęła odsłaniać tajemnice pracy w szpitalu, wyciągać codzienne perypetie, skutki niedopatrzeń, braki, restrykcje, niekompetencje lekarzy i łapówkarstwo.

Gabryś znał te opowieści. Wysłuchiwał ich cierpliwie od lat i nigdy nie przerywał. Wiedział, że mama potrzebuje się wygadać, a on jest jedyną osobą, która jej słucha. Nawet jeżeli niewiele z tego zapamiętał i zrozumiał, czuł, że te rozmowy są najmocniejszym, najważniejszym i najtrwalszym ogniwem w ich relacjach.

Kiedy już mama wyrzuciła z siebie wszystkie emocje, jej twarz rozjaśniła się ciepłym, balsamicznym uśmiechem, który chłopiec najbardziej kochał. Kobieta zapytała troskliwie:

– A jak, synku, poszło ci dziś w szkole? Dostałeś jakąś ocenę? Nikt ci nie dogryzał?

Zanim Gabryś zastanowił się, co odpowiedzieć, drzwi otworzyły się z hukiem i do mieszkania wtoczył się pijany ojciec. Nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz. W jednej sekundzie pytania zadane przed chwilą straciły na ważności, serca matki i syna zamarły ze strachu i stało się oczywiste, że wszystkie następne pytania oraz odpowiedzi dotyczyć będą wysiłków zmierzających do zadowolenia ojca i nierozdrażnienia go nieodpowiednim słowem. Ale czy można dogodzić komuś, kto za wszystkie niepowodzenia obwinia bliskich, a nie siebie?

– Co się tu dzieje?! – zaryczał już od progu. – Co to za spisek przeciwko mnie?!

– Uspokój się, Heniu! Rozmawiamy o szkole, pracy, życiu… – załkała przerażona matka.

– Rozmawiacie?! Znam te wasze rozmowy! – Jego dziki, rozjuszony wzrok rozsiewający pioruny i błyskawice trafił w jej Bogu ducha winną twarz, w której kumulował swą nienawiść do życia i siebie samego. – Gdzie byłaś, wywłoko?! Cały wieczór na ciebie czekałem! Znów pewnie pieprzyłaś się z lekarzami?!

– Heniu, proszę cię na wszystkie świętości! Nie przy dziecku! O czym ty mówisz, na Boga!

Zanim skończyła, już był przy niej, już zamachnął się, by wymierzyć cios. Matka rzuciła się do jego nóg i klęcząc, korząc się przed nim piskliwym, cienkim głosem, błagała o to, by przestał.

– Z drogi! Gdzie ten niedorobiony bękart?! Ja mu zaraz pokażę, jak powinien się zachowywać prawdziwy mężczyzna! – Najwyraźniej nie żona była dziś głównym celem jego ataku. Silnym kopniakiem odsunął kobietę na bok i rzucił się w głąb pokoju.

Matka uczepiła się jego kolan, próbując zatrzymać męża. Wbiła paznokcie w spodnie i skórę, spowalniając ruchy pijanego mężczyzny i czyniąc go przez moment nieporadnym.

– Heniu, to przecież twój syn!

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?