WiedźmaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wiedźma
Wiedźma
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,94  47,95 
Wiedźma
Audio
Wiedźma
Audiobook
Czyta Ilona Chojnowska
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Blondynka tylko wzruszyła ramionami i nadmuchała mały balon z gumy, który pękł z lichym pyknięciem. Nina rzuciła w jej stronę krótkie „dzięki” i wskoczyła do autobusu.


Kilka dni zajęło jej odnalezienie Dawida. Kolejne kilka czekała, aż jego stan poprawi się, a chłopak otworzy oczy. Gdy odzyskał przytomność, siedziała obok niego na szpitalnym krzesełku. Nikt nie zwracał na nią uwagi, a plecak, który postawiła obok siebie, za nic nie chciał wrócić do wymiaru żywych.

– Kim jesteś?

Słaby głos wyrwał ją z zamyślenia. Podniosła wzrok i natrafiła na zdezorientowane spojrzenie Dawida.

– Ja? – zapytała, wskazując palcem na swoją głowę.

– Kim jesteś? – powtórzył głośniej.

– Nie pamiętasz mnie? – spytała ostrożnie, woląc nie pytać, czy ją widzi. Przez myśl przebiegło jej, że może umarł, ale wtedy jego nowa postać powinna stać obok, a nie przemawiać z materialnego ciała.

– Nie – odpowiedział, kręcąc powoli głową. – Znamy się?

Nina zawahała się.

– Pomogłam cię uratować, kiedy miałeś wypadek.

– Aha.

Był słaby i znów przymknął oczy. Nina, skupiwszy się, bez trudu nacisnęła guzik alarmujący pielęgniarkę, zastanawiając się nad wytłumaczeniem swojej obecności na sali, ale gdy kobieta przyszła, nie zwróciła na Ninę najmniejszej uwagi. Mimo wszystko nadal była po stronie Przejścia, w Międzyświecie. Nic z tego nie rozumiała.

Gdy na salę przyszedł lekarz z grupką stażystów, Nina wycofała się na korytarz. Podsłuchała ich rozmowę, a także szereg kolejnych w następujących dniach, a upewniwszy się, że Dawid stracił pamięć i może jej długo nie odzyskać, podjęła decyzję. Nie zwlekając ani doby dłużej, wyrzuciła do kanalizacji dokumenty i telefon komórkowy Dawida, mając nadzieję, że nigdy nie przenikną do wymiaru żywych, a i w Międzyświecie nikt nie będzie ich tam szukał, po czym udała się na Ślężę. Była połowa maja, po Zielonych Świątkach, i jak Nina zdążyła się dowiedzieć od starszych zmór, w promieniu kilkudziesięciu kilometrów między wymiarami pojawiały się kolejne pęknięcia, a dotychczasowe się poszerzyły. Kilka godzin krążyła po cichym, ponurym wzgórzu, aż między parą splecionych gałęziami drzew dostrzegła osobliwe złudzenie, jakby od pnia do pnia rozciągała się rozpruta wzdłuż cienka tkanina, tak przezroczysta, że tylko słabe falowanie zdradzało jej obecność. Metafizycznym ciałem Niny wstrząsnął dreszcz. Rozejrzała się ostrożnie dookoła, ale w wieczornej ciszy nie ujrzała ani nie dosłyszała niczego niepokojącego. Zaklęła w myślach, nie mając odwagi zrobić tego na głos, i szybkim, zdecydowanym krokiem bliskim wystraszonego truchtu przeszła przez wyrwę między pniami.

Po drugiej stronie, gdy zaczerpnęła głęboko powietrza, jego rześkość zaparła jej dech. Kilka sekund później zemdlała. Gdy się ocknęła, czuła się ociężała, jakby ktoś wypełnił jej ciało kamieniami. Ponad jej głową świergotały ptaki, a jasność dnia kłuła ją w oczy. Wsparła się na rękach i usiadła. Gdy podniosła dłoń, przygnieciona trawa poruszyła się, prostując sprężyście w rzucanym przez Ninę cieniu. Wróciła między żywych.

ROZDZIAŁ 1

Koszmary przychodzą

spoza snów


Rok 2016, 30 czerwca

Jasną otaczała nieprzenikniona ciemność i gdyby nie ostra, drażniąca woń lisiego moczu, długo jeszcze mogłaby nie spostrzec, że odzyskała świadomość. Łaskawe bóstwo sprowadziło na nią długi, podobny do nicości sen – wiedźma tliła się w nim jak samotna, bioluminescencyjna drobinka planktonu objęta bezkresem czarnego oceanu i mogłaby trwać tak przez kolejne wieki, gdyby nie splot działań ludzkich i nadprzyrodzonych, celowych i rozrzuconych dłonią Przypadku.

Gdy tylko zapach lisa otrzeźwił otępiałe myśli Jasnej, odzyskała czucie własnego ciała. W całkowitym mroku nie było jej łatwo odgadnąć, w jakim położeniu się znajduje. Z ulgą przyjęła, że tak pod podkurczonymi nogami, jak i pod plecami ma twarde, kamienne oparcie. Zmysł równowagi podpowiadał jej też, że znajduje się w pozycji siedzącej, to jest grunt ma pod nogami, a nie gdziekolwiek indziej, i to również dodało jej otuchy. Na wszelki wypadek uniosła rękę i opuściła ją swobodnie, zyskując pewność, że ciągnie ją tajemnicza siła ziemskiego przyciągania. Następnie z ostrożnością wyprostowała nogi, bosymi stopami badając gładki, kamienny grunt. Do eksploracji zaraz dołączyła ręce i przekonała się, że lity, zimny sufit wisi nad nią na wyciągnięcie ramienia, sama zaś jama ciągnie się na kilka kroków w każdą stronę. Obmacując ściany i podłogę, natrafiała na porozrzucane liście, resztki owoców i gałęzie – niektóre z nich wyjątkowo twarde i gładkie, o kształtach obcych roślinom; Jasna prędko rozpoznała w nich nagie kostki leśnych zwierząt. Natrafiła też na przedmiot, który nie mógł pochodzić od lisiej rodziny – zbyt ciężki, by go przesunąć, zbyt kanciasty i regularny, by wyrzeźbiła go natura. Jasna w prostych ściankach i powtarzających się wypukłościach odgadła kształt skrzyni, z której zdjęto wieko – to odnalazła po chwili, oparte o ścianę nieco dalej. Sama skrzynia od wewnątrz była chropowata i miejscami zmurszała, z zewnątrz zaś pozostawała zimna i gładka, najpewniej okuta metalem, by chronił jej cenną zawartość. Jakiekolwiek jednak skarby były w niej kiedyś złożone, dawno je rozkradziono, a ich miejsce zajęło lisie legowisko – gdy sięgnęła ręką do środka, między miękkimi gałązkami i liśćmi wyczuła kilka malutkich, miękkich i oddychających delikatnie, niedawno narodzonych ciałek. Szczenięta spały głęboko, lecz gdy Jasna dotknęła jednego z nich, z lisiego pyszczka dobyło się ciche, krótkie piśnięcie.

Jasna myślała o obecnej chwili – nie zastanawiała się nad powrotem do przytomności i ludzkich kształtów, nie pamiętała o ostatniej nocy, gdy jeszcze oddychała, nie wracała myślą do odległych wydarzeń. Wszystko to jeszcze się w niej nie ocknęło, było snem, który miał się przypomnieć nie zaraz po przebudzeniu, lecz dopiero po upływie kilku godzin, w skojarzeniu z jakąś błahostką dokonaną pod pełnym słońcem. Teraz Jasna, jak wypuszczone z niewoli zwierzę, zbadawszy swoje otoczenie, zaczęła przewidywać grożące jej niebezpieczeństwa. Jej zmysły znów skierowały się ku wiercącej w nosie woni – lisie nieczystości pachniały intensywnie, a jedne z odchodów, na które natrafiła palcami, były jeszcze ciepłe. Skoro dorosłych lisów nie było w jamie, musiała być to pora polowania, a więc wczesny ranek lub późny wieczór. Dziwne wydało jej się, że nikt nie pilnuje młodych – albo w okolicy nie polował żaden z grożących im drapieżników, albo szczeniaki wychowywał tylko jeden z rodziców, po śmierci pozostałych dorosłych członków stadka. Niezależnie, jaka byłaby odpowiedź, Jasna rozumiała, że dorosły osobnik będzie bronił potomstwa i że, jeśli nie chce ryzykować spotkania ze sztyletowymi zębami, musi jak najszybciej opuścić jamę.

Powróciła więc do obmacywania ścian, aż w jednym miejscu, bliżej sufitu, udało jej się wyczuć nieśmiały powiew świeższego powietrza i odkryć niewielki otwór. Bez wahania sięgnęła w głąb dziury ręką, przekonując się, że po drugiej stronie wyrastają gibkie gałązki jakiegoś krzewu, łatwe do odsunięcia. Bez poszerzenia otworu nie było jednak możliwe wydostanie się na zewnątrz – a przecież ktoś umieścił wewnątrz jamy skrzynię, równie szeroką, co dorosły człowiek. Jasna, rozbudzona tym spostrzeżeniem, zaczęła pospiesznie badać brzegi otworu i szybko okazało się, że z jednej strony część ściany tworzą byle jak ułożone kamienie, zaprawione gliniastą ziemią, którą po latach połączyły cienkie korzonki drobnych roślin. Jasna całą siłę dopiero co ockniętej woli i budzącego się ciała skupiła na rozprawieniu się z usypaną przeszkodą, i ledwie sierp niknącego księżyca uczynił na niebie jeden krok w stronę zachodu, już udało jej się uzyskać wyjście dość szerokie, by móc się przez nie przeczołgać. Nie zastanawiając się, wygramoliła się z jamy prosto w zarośla; gdy się przez nie przedzierała, dłonią natrafiła na spoczywający w trawie przedmiot, zimny i twardy jak metal, wydłużony i płaski jak klin, wielkości niewiele mniejszej niż wierzch jej dłoni. Nie mogąc mu się przyjrzeć w ciemności nocy, wetknęła znalezisko do ukrytej w fałdach spódnicy kieszeni i z mozołem wydostała na otwartą przestrzeń.

Ciepłe powietrze letniej nocy otuliło jej twarz jak dłoń matki sięgająca do policzków powracającego do domu dziecka. Płuca z rozkosznym bólem przyjmowały kolejne oddechy, serce z każdym uderzeniem coraz śmielej przypominało sobie, jak się wzruszać i walczyć o każdą sekundę życia. Nie oglądając się, Jasna zostawiła za plecami swój tajemniczy grobowiec i ostrożnie stawiając kroki niepewnymi dawnej siły nogami, ruszyła przed siebie, myśląc tylko o tym, że oto idzie, i nie mając jeszcze dość trzeźwości i odwagi, by zastanawiać się nad czymkolwiek innym.

Niebo szybko zaczęło jaśnieć – było między czwartą a piątą rano, gdy w wyłaniających się zza horyzontu promieniach słońca dało się rozróżnić pierwsze ostre kształty otoczenia. Jeszcze w ciemnościach Jasna wyczuła, że w lesie jest coś obcego, innego, niż znała ze swoich wędrówek. Nie natknęła się na magiczne ślady stóp, które zostawiały za sobą demony, wzburzając tkankę przenikających się światów, nie usłyszała ani jednego płaczu leśnego chochlika czy śpiewu rusałki. Nie była wszakże pewna, jak wiele mocy zostało jej odebrane, i dopuszczała do siebie myśl, że może to nie demonów i innych istot brak, lecz jej talentu. W świetle poranka jednak dostrzegła więcej dziwnych znaków, które coraz silniej ściskały jej dzielne serce w niepokoju. Oto na szerokiej, ziemistej drodze odciśnięte były ślady osobliwego powozu o szerokich kołach rzeźbionych w rozmaite wzory, a w innym miejscu obok nich odnalazła odciski butów, podobnie zdobnych w regularne, nieznane jej wcześniej kształty. Tłumaczyła sobie jednak, że może to nowa moda i nie warto zaprzątać sobie tym głowy. Jednak napotkane dalej kolorowe znaki, naniesione na pnie drzew, a tym bardziej metalowe tablice w jaskrawych kolorach, zapisane idealnie równą czcionką lub groteskowo prostymi symbolami, pozostawały dla niej całkowicie niezrozumiałe. Intuicja tylko podpowiadała jej, by nie iść za nienaturalnie żółtym znakiem, nie potrafiła bowiem odczytać słów „Ścinka i zrywka drzew – wstęp wzbroniony”, a pokraczny rysunek ani trochę nie skojarzył się jej z uciętym pniem, choć niewątpliwie biła od niego osobliwa groza. Dalej natknęła się też na zieloną tablicę zabraniającą wjazdu do lasu, a przekreślona czerwoną linią czarna sylwetka samochodu przywiodła jej na myśl zdeformowaną twarzoczaszkę, więc czym prędzej zeszła z drogi w bok, z powrotem między drzewa. Na ostatnie, a najbardziej wstrząsające widowisko natknęła się jednak później. Oto pod kolejną niepojętą dla niej tablicą, na której odgadła ludzką sylwetkę miotającą jakimś bezkształtnym przedmiotem, mogącym przypominać dziecko, jeśli patrzeć pod odpowiednim kątem, leżała sterta porzuconych w nieładzie rzeczy. Pośród nich rozpoznała połamane krzesło i rozpruty fotel, obity pysznie zdobioną, kolorową tapicerką. Niebieskie i czarne worki lśniły dziwacznie, a niektóre wypluwały z siebie pogięte jak papier błękitne baniaki i białe dyski chropowatych, nietłukących się talerzy, zwoje czarnych płacht i bryły kruszejącego, lecz nie topniejącego śniegu oraz wiele innych, nowych dla jej oczu tworów. Nieopodal leżało ogromne koło, na którym dostrzegła wzory podobne do tych odciśniętych na drodze. Jako że spoczywało na brzegu całej sterty, Jasna ostrożnie zbliżyła się do niego i dotknęła go nieśmiało. Gdy to, co brała za pomalowane drewno, na brzegu ugięło się pod jej palcami, by zaraz powrócić do swego kształtu, odskoczyła jak oparzona. Widząc jednak, że mimo jej śmiałej próby nic się nie zadziało, ciekawie spojrzała w kierunku białej skrzyni ozdobionej srebrnymi ornamentami i wyposażonej w przedziwne, wklęsłe drzwi ze szkła. Nie dotykając ich, próbowała zajrzeć do środka, ale za nic nie potrafiła odgadnąć przeznaczenia niezwykłego przedmiotu. Obejrzała jeszcze drugą skrzynię, czarną, z jednej strony rzeźbioną w długie bruzdy i drobne, kolorowe otworki, a z drugiej zamiast ściany mającą czarne szkło, pokryte pajęczyną pęknięć i ziejące oczodołem wybitej w nim dziury.

 

– Cóż to za ofiary, dla jakiego bóstwa? – zdumiała się na głos Jasna, nie wiedząc, że ma przed oczami ponure śmietnisko, a jedynym bóstwem jest tu telewizor ze swą służką pralką i armią plastikowych kapłanów, zaś krzykliwie czerwone litery, które wzięła za imię bożka, głoszą bezsilnie: „Nie zaśmiecaj lasu!”.

Gdy stała tak, zdezorientowana i pełna złych przeczuć, z oddali dobiegło ją szczekanie psa. Chwytając się go jak znaku od Losu, podążyła w jego stronę i wkrótce spośród drzew wydostała się na zielone łany włochatego jęczmienia. Wąska ścieżka przecinająca uprawę zaprowadziła ją naprzeciw pierwszego domu zwiastującego wieś, jednak ulga Jasnej na widok domostwa nie trwała długo. To, co z daleka jawiło jej się jako swojska chałupa, z bliska nabrało obcych kształtów – budynek był większy, niż się spodziewała, i solidniejszy niż szlachecki dwór, który murowany był tylko w części, a w znacznej mierze wzniesiony z drewna. Dach, zamiast gontem, pokryty był czerwonym, lśniącym metalem, a pozbawione okiennic okna były duże i przejrzyste. Jasna weszła na podwórze od strony pola i zatrzymała się, oniemiała, przed stojącym tam wielkim traktorem.

Rozumiała, że nie ma do czynienia z żyjącą bestią, dostrzegła bowiem koła i wiedziała, że musi być to niezwykły wóz, choć to, co mogło być dyszlem i orczykiem, znajdowało się z tyłu. Zafascynowana z bezpiecznym dystansem oglądała traktor z różnych stron, próbując pojąć przeznaczenie różnych jego części.

– A pani to kto?!

Zza węgła domu wyszła ubrana w koszulkę na ramiączkach i luźne, sięgające kolan spodnie kobieta około czterdziestki, o dziarskim kroku i bystrym spojrzeniu. Czarne włosy związane w kucyk podskakiwały przy jej energicznych ruchach, a opalona skóra zapowiadała mający nadejść za kilka godzin skwar.

Jasna, patrząc na strój kobiety, całkiem oniemiała. Wpatrywała się w nią rozszerzonymi oczami, a jej twarz przybrała rozpaczliwy wyraz. Kobieta odwzajemniła jej się zadziwionym, ale i zatroskanym spojrzeniem. Zmierzyła Jasną z góry na dół – jej jasnoszare, splątane włosy, umazaną ziemią twarz, koszulę i spódnicę z niebarwionego płótna, obie brudne i zniszczone, oraz bose stopy.

– Matko jedyna, wszystko w porządku? – zapytała kobieta, niepewna, czy podejść bliżej. Po chwili wahania jednak litość przeważyła nad ostrożnością. – Jezus Maria, dziewczyno, co się z tobą stało? Zrobił ci ktoś co? Czemu nic nie mówisz? – dopytywała z przejęciem, biorąc w ręce brudną dłoń Jasnej, jakby należała do jej własnej córki.

Jasna nie wiedziała, co odpowiedzieć, by nie popełnić błędu. Stała więc nieruchomo, wpatrując się w kobietę, której strój był nieprzystojny, a mowa, choć znajoma, to zarazem dziwaczna.

– Chodź, dam ci coś do jedzenia. No chodź, nie bój się, dostaniesz chleba.

Kobieta pociągnęła ją delikatnie za sobą i Jasna nagle poczuła ogarniające ją zmęczenie i głód. Postąpiła za nią w stronę domu, a gdy weszły do środka, aż zakręciło jej się w głowie. Miast po uklepanej ziemi stąpała po lśniącej, drewnianej podłodze, lakierowane meble stały dumnie na idealnie prostych nogach i pyszniły się swymi kolorami, ściany były tak gładkie i równe, że aż zdawały się wymierzać policzek Naturze, a wnętrza izb zalewało wpadające przez szerokie okna dzienne światło. Jasna pomyślała, że trafiła na królewski zamek albo znalazła się pod urokiem potężnej czarownicy; a jednak jej gospodyni nie wyglądała ani na królową, ani na wiedźmę.

– Siadaj. – Kobieta wskazała jej krzesło przy kuchennym stole. – Masz tu chleb i ser w plasterkach i trochę pomidorów. Przyniosę ci jakieś ubranie.

Mówiąc to, położyła na stole jedzenie i – poza chlebem – nie było rzeczy, której Jasna by się nie dziwiła. Powstrzymując łapczywość, zjadła ostrożnie oferowany jej posiłek. Zza korytarza dobiegł ją słabo słyszalny głos kobiety.

– …chyba jest w szoku. Kiepsko wygląda, jakby skądś uciekła. Może ktoś ją porwał?… Nie, nie, pierwszy raz ją tu widzę, obca twarz zupełnie… Dobrze… Mogę ją przebrać czy… Dobrze, rozumiem… Aha…

Kilka minut później kobieta wróciła ze złożonymi w kostkę ubraniami i znoszonymi balerinkami, wilgotnymi jeszcze po pospiesznym przetarciu ich z kurzu.

– Proszę, mamy chyba podobny rozmiar, powinny pasować – powiedziała, kładąc wszystko delikatnie na kolanach Jasnej. – Chodź, zaprowadzę cię do łazienki, umyjesz się i spokojnie przebierzesz. No chodź.

Mówiła do niej jak do nieśmiałego dziecka czy zbłąkanego, nieufnego psa. Jasna poczuła tę dobrą, szczerą intencję i wciąż nie wydając z siebie ani słowa, podniosła się z krzesła i poszła za nią, nie przestając czujnie się rozglądać. W kącie mijanego salonu dostrzegła telewizor, nowszy niż ten z lasu, lecz dość podobny, by rozpoznała w nim ten sam przedmiot. Nie wiedziała jednak, jak to zinterpretować, poza myślą, że musi być cenny, skoro składano go w ofierze bóstwu. Gdy weszły do łazienki wyłożonej lśniącymi kaflami w kolorze bladego różu, o gładkich, białych umywalkach i srebrzystych kranach, Jasna nie pojmowała, gdzie się znalazła. Wiedziała, czym jest łazienka – taka mała łaźnia mieściła się w drewnianym domku na skraju folwarku, gdzie na opalanym drewnem piecu nagrzewały się kamienie, następnie polewane wodą. Chłopi kąpali się tam od święta, częściej chadzali tam w innych celach. Młode dziewczęta straszono, że gdy pójdą tam same, spotkają demona – Bannika. Państwo z dworu miało drugą, własną łaźnię, ale korzystało z niej nawet rzadziej niż chłopi. Była to ciekawostka, kaprys bogatego szlachcica; mianowany łaziebnikiem chłop nie miał więc wiele do roboty.

– Pomogę ci z prysznicem, mamy tu taką dziwną baterię… – powiedziała kobieta, zupełnie niezrozumiale dla Jasnej.

Gdy woda wystrzeliła ze słuchawki, Jasna aż podskoczyła w miejscu, czego, na szczęście, jej dobrodziejka nie dostrzegła.

– A, jeszcze ręcznik. Weź ten. – Kobieta wyjęła z szafki czysty biały ręcznik i położyła go obok umywalki. – Tu masz płyn do mycia i szampon do włosów, nie krępuj się. Jak skończysz, przyjdź do kuchni.

Jasna kiwnęła posłusznie głową, a kobieta westchnęła głośno, wyraźnie zmartwiona. Jasna wyglądała tak rozpaczliwie, że nie sposób było podejrzewać jej o cokolwiek złego, kobieta więc bez obaw zostawiła ją samą i poszła czekać na przyjazd policji.

Jasna spojrzała w lustro; widywała wcześniej swoje odbicie w spokojnej wodzie i kałużach, ale teraz pierwszy raz w życiu oglądała własną twarz tak wyraźnie i bez zniekształceń. Blizna, którą sama sobie uczyniła, spoglądała na nią ukradkiem spod zaschniętego błota, którym musiała się ubrudzić, wychodząc z lisiego bunkra. Jasna odwróciła wzrok od niej i łączących się z nią wspomnień, po czym szybko zrzuciła z siebie brudne ubranie i weszła pod delikatny wodospad prysznica. Spojrzała na tubki, które przed wyjściem wskazała jej gospodyni, i wzięła jedną z nich do ręki.

– Płyn do mycia… – powtórzyła powoli. – I do włosów – dodała, usiłując sobie przypomnieć nazwę i kolejność, w jakiej kobieta pokazywała jej kolorowe opakowania.

Powoli, ostrożnie, wyciskając na dłoń małe ilości kosmetyków, odgadła, która mikstura była przeznaczona do włosów, jako że pieniący się szampon łatwiej w nie wnikał niż gęstszy w konsystencji płyn. Udało jej się też zakręcić wodę, a wysuszenie się ręcznikiem przyszło jej już niemal naturalnie. Większy problem miała z ubraniem – o ile białe majtki przypominały jej krótkie kalesony, a czarne legginsy – pończochy, i udało jej się założyć je we właściwej kolejności, o tyle trójkątny, pozbawiony wypełnienia biustonosz nie wyglądał ani jak gorset, ani jak kamizelka i Jasnej zabrało chwilę, nim odgadła jego przeznaczenie, a następnie sposób zapięcia. Gdy założyła na siebie luźną szarą tunikę z krótkimi rękawami, odetchnęła z ulgą, że to już koniec. Wilgotne włosy splotła w warkocz i dopiero wówczas ponownie spojrzała w lustro. Blizna była bledsza, niż w pierwszej chwili jej się wydawało, ale nie sposób było jej nie dostrzec. Jasna dotknęła jej delikatnie palcami i przesunęła je wzdłuż, od kości policzkowej aż pod kącik ust. Żal ścisnął ją za serce, zadając fizyczny, wywołujący łzy ból. Zasklepiona rana nie wydawała jej się ani szpetna, ani tragiczna – wręcz przeciwnie, przypominała jej o ukochanej siostrze i odwadze, jaką do końca okazywała.

– Nigdy… – szepnęła do siebie Jasna. – Nigdy nie zapomnę.

Odwróciła się od lustra i pozbierała swoje rzeczy. W zwojach tkaniny wyczuła coś twardego i przypomniała sobie o znalezionym w krzakach przedmiocie. Wyjęła go i pospiesznie rzuciła okiem – był to złoty medal z grawerunkami, których nie rozumiała, schowała go więc do głębokiej kieszeni tuniki i nie chcąc nadużywać więcej cierpliwości swojej gospodyni, wróciła do kuchni.

– Ojej, buty są złe? Za duże? – spytała kobieta, odrywając się od okna, gdy Jasna stanęła z bezradnie trzymanymi łachmanami i ułożonymi na wierzchu balerinkami.

– Ja… – odezwała się wreszcie Jasna, choć nie wiedziała, co należałoby powiedzieć. – Pani jest taka dobra dla mnie… Ja… nie wiem, jak dziękować – wydukała.

– Daj te rzeczy, schowam ci je do foliówki. Przymierz te buty jeszcze raz, zobaczę, jak leżą, i może czegoś innego poszukam – powiedziała kobieta energicznie i zakrzątnęła się dookoła.

Jasna posłusznie przymierzyła balerinki, które istotnie okazały się trochę za duże. Kobieta wzięła je od niej i włożyła do czubków po jednej zwiniętej chusteczce higienicznej, dzięki czemu pasowały jak ulał.

– Jak ja się odpłacę za tę dobroć pani serca – powiedziała cicho Jasna, wbijając wzrok w obute stopy. W folwarku, jako dziewka folwarczna pracująca przy krowach i świniach, czasem pieląca warzywa, dostawała rocznie trzydzieści groszy, czyli równowartość jednego złotego. Jej bracia, pasterze świń, tragarze i porobcy wykonujący wszelkie prace, zarabiali niewiele więcej. Matka i ojciec pracowali w polu, dorywczo parając się prostymi rzemiosłami, a Mira z czasem została pomocnicą w kuchni, noszącą ciężkie dzbany, zarzynającą zwierzynę i rozbierającą mięso. Razem mieli dość, by się wyżywić, ale buty za dziesięć groszy były dla nich równie odległe, co złota karoca. Gdzie zresztą miałaby je Jasna nosić – do chlewa, na pole czy na błotniste ścieżki? Dlatego, nawet gdy w nagrodę za uratowanie szlacheckiego dziedzica otrzymali własną chałupę, a ojciec w karczmie zarabiał lepiej niż w polu, Jasna tylko kilka razy przymierzyła buty siostry. Mira była bowiem dobrze traktowana przez nadzorującą żeńską część czeladzi dworniczkę, która najpewniej wyczuła jej romanse z dziedzicem i w nadziei na własne korzyści podsuwała Mirze różne smakołyki i upominki, a pośród nich także buciki, którymi sama już się znudziła; nowe otrzymywała zresztą od tajemniczego zalotnika.

 

Gdy Jasna wpatrywała się w swoje pierwsze w życiu buty, a kobieta, której gest ten niemal nic nie kosztował, przyglądała się jej z rosnącym współczuciem, rozległ się dźwięk dzwonka. Kobieta wyjrzała za okno i dostrzegła zaparkowany pod płotem radiowóz oraz stojące przy furtce dwie funkcjonariuszki policji.

– Poczekaj tu – rzuciła uspokajająco do Jasnej i poszła otworzyć. – Proszę tędy. To ona.

Gdy kobieta wróciła w towarzystwie dwóch ubranych w jednolite uniformy policjantek, Jasna poczuła intuicyjne ukłucie niepokoju. Musiały dostrzec to w jej oczach, bo od razu zaczęły ją uspokajać. Policjantki zdjęły z głów czapki i usiadły przy stole, jedna obok Jasnej, a druga przy krótszym boku blatu. Gospodyni domu zabrała się za szykowanie herbaty i zatroskanym głosem powtórzyła historię całego poranka.

– Dałam jej coś na przebranie, bo miała na sobie same brudne, zniszczone rzeczy. O tu, mam je w torebce. – Wskazała na stojący przy szafce foliowy worek z zapakowanymi łachmanami Jasnej. – Która to była?… Jakoś zaraz po ósmej rano, jak ją zobaczyłam w ogrodzie. Przyszła chyba do strony lasu. Ledwie się odzywa. Dałam jej jeść i zaprowadziłam do łazienki. Przecież to jeszcze dziecko.

– Rozumiemy – odparła krótko siedząca obok Jasnej policjantka. Miała ciasno związane, pofarbowane na kolor mahoniu włosy z grzywką i przyjazną, choć stanowczą fizjonomię. – Powiesz nam, jak masz na imię? – zwróciła się wprost do Jasnej. – Ja jestem Kaśka. Nie musisz się niczego bać, jesteś bezpieczna, nikt cię nie skrzywdzi. Rozumiesz?

Jasna przymrużyła swoje stalowoszare oczy, jakby próbowała dosłyszeć bardzo odległy, niewyraźny dźwięk, ale w słowach policjantki nie wychwyciła żadnej fałszywej nuty.

– Jestem Jasna, proszę pani – odpowiedziała powoli.

– Jasna? Tak cię nazywają? – powtórzyła policjantka, mimo woli marszcząc brwi.

– Tak, proszę pani – potwierdziła grzecznie.

– Dobrze, Jasna. W takim razie powiedz nam, co się stało. Jak się tu znalazłaś? Zgubiłaś się? Uciekłaś skądś?

– Przyszłam ja z lasu, pani. Posłyszałam, jak pies szczeka, i zawróciłam w tę stronę.

Tym razem wszystkie trzy kobiety ściągnęły w namyśle brwi. Sposób, w jaki wypowiadała się Jasna, brzmiał co najmniej na nietutejszy, a i to, że nazwała funkcjonariuszkę „panią”, zazgrzytało nienaturalnie. Gospodyni postawiła na stole szklanki z herbatą, ale nikt na nie nawet nie spojrzał.

– Co robiłaś w lesie? – dopytywała policjantka nienaglącym, wyważonym tonem.

– Nie wiem, proszę pani. Zbudziłam się w jamie, gdzie lisy miały swą kryjówkę. Do świtu się błąkałam, aż dotarłam na to obejście…

– W jamie? Co to była za jama? Możesz ją opisać? Pamiętasz, jak się tam znalazłaś?

– W ciemności nie sposób było się przyjrzeć, a jak się tam odnalazłam, tego nie wiem.

– Nie pamiętasz?

Jasna zawahała się.

– Nie pamiętam – potwierdziła.

– No dobrze, a co pamiętasz? Jakie jest twoje ostatnie wspomnienie? – Tym razem do rozmowy wtrąciła się druga funkcjonariuszka, starsza od pierwszej, o krótko ściętych, ciemnych włosach. Jasna poparzyła na nią nieufnie i nic nie odpowiedziała.

– Pamiętasz cokolwiek? Gdzie mieszkasz, jak masz na nazwisko? – podjęła znów pierwsza policjantka.

– Nie mam ja nazwiska, proszę pani. A domu… nie wiem, gdzie winnam go szukać. Nie poznaję, gdzie jestem, wszystek jest… – zawiesiła głos. – Obce.

Mówiąc to, Jasna objęła się rękoma, a jej długie włosy zsunęły się z ramion, odsłaniając na jednym z nich ciemne znamię wystające spod krótkiego rękawka tuniki.

– Skąd masz tego siniaka? – zapytała starsza funkcjonariuszka, przyglądając się rozlanej, nieregularnej plamie sinej barwy.

– To znamię – wyjaśniła Jasna, jednocześnie zakrywając je dłonią. – Przyszłam z nim na świat.

Starsza policjantka założyła czapkę i wstała od stołu, a młodsza dotknęła delikatnie kolana Jasnej i spojrzała jej prosto w oczy.

– Zawieziemy cię do szpitala. Lekarze zobaczą, czy na pewno nie stała ci się krzywda, i może pomogą ci odzyskać pamięć.

– Idź z nimi, dziecko. Rzeczami się nie martw, to drobiazg – odezwała się, milcząca dotąd, gospodyni. – Proszę, niech pani pozwoli na chwilę – zwróciła się do starszej funkcjonariuszki i ściszyła głos. – Proszę mi koniecznie powiedzieć, gdybym mogła jakoś pomóc. Jestem nauczycielką w pobliskiej szkole. Gdybym…

Jasna nie posłyszała dalszych słów, bo przeszła razem z pierwszą policjantką do korytarza, pod drzwi wyjściowe. Starsza zaraz do nich dołączyła i odprowadzone przez gospodynię do furtki, wsiadły do radiowozu.

Jasna siadła na tylnej kanapie, a młodsza policjantka odwróciła się do niej i przeczuwając, że Jasna może sobie nie poradzić, pomogła jej zapiąć pasy. Gdy druga z policjantek odpaliła silnik i oznakowana kia cee’d ruszyła, Jasna nie zdołała dłużej powstrzymywać zdziwienia.

– Cóż to jest? – spytała, z trudem zdobywając się na spokojny głos.

– To? Kijanka – odpowiedziała policjantka, przerzucając bieg. – Szału nie ma, ale jakoś jeździ.

– Kijanka? – powtórzyła Jasna. – A konie?…

– Konie? Chyba coś około setki. Gorzej, że pali jak smok.

Jasna nie pytała już o nic więcej – nie było sensu. W milczeniu obserwowała przelatujący za szybą świat, pola uprawne ustępujące murowanym domom, poszerzającą się drogę, która z żwirowej przekształciła się w czarną jak smoła i równą jak oszlifowana deska, a na niej śmigające niczym jaskółki, wykute z metalu powozy. Tylko korony drzew i chmury na niebie były jej znajome, ale i one wkrótce ustąpiły przed szeregiem miejskich budowli i rozciągniętymi wysoko przewodami.


Ogromny gmach szpitala przytłoczył Jasną doszczętnie. Siedziała przygarbiona na korytarzu, w oczekiwaniu na swoją kolej, podglądając otaczających ją ludzi. Przyodziani w odsłaniające ciało letnie ubrania, mówili przed siebie, trzymając przy uchu prostokątne, płaskie pudełka, które część z nich głaskała czule, jak się gładzi kocięta. Gdy nadeszła jej pora na badanie, poddała się poleceniom ubranej na biało kobiety. Później odprowadzono ją na inną salę, gdzie nakazano jej czekać w łóżku. Jasna usiadła na pościeli, podkurczyła nogi pod brodę i próbowała uspokoić myśli. Na sąsiednim łóżku siedziała dziewczyna niewiele starsza od niej i po długim namyśle Jasna zdecydowała się zadać jej dręczące ją pytanie.

– Proszę mi wybaczyć – zaczęła niezgrabnie, nie wiedząc, z kim ma do czynienia, ale przyjazne, pozbawione oburzenia spojrzenie sąsiadki ją ośmieliło. – Król Zygmunt, co po swym bracie Aleksandrze na tronie zasiadł… Co z nim? – Nie dokończyła, nie chcąc ryzykować obrazy majestatu przez sugestię jego śmierci lub choroby.

– Zygmunt? – powtórzyła dziewczyna, unosząc brwi i wydymając dolną wargę. – A bo ja wiem? Ale mogę sprawdzić – powiedziała i wyciągnęła z kieszeni telefon. – Brat Aleksandra, tak? Czyli Zygmunt I Stary, urodzony w 1467 roku, zmarł w 1548, ale nie piszą na co.

– A koronacja? Kiedy się odbyła? – zapytała Jasna, pamiętając, że w tamtym roku mijała ósma albo i dziesiąta wiosna panowania Zygmunta.

– Hm… w roku 1507 – odczytała dziewczyna, głaszcząc pospiesznie swój telefon.

– To ileż to lat temu? – spytała sprytnie.

– No… pięćset dziewięć jakoś. Jak teraz mamy 2016… Za rok będzie pięćset dziesięć, to się zgadza.

Jasna opadła powoli na poduszkę. Pięćset lat. Pięćset lat…

Do sali weszli pielęgniarz z wózkiem i towarzysząca mu dwójka lekarzy.

– Zapraszam na badanie – zwrócił się do Jasnej jeden z nich, a pielęgniarz wskazał jej miejsce na wózku. – Zrobimy pani jeszcze EEG i MRI, żeby zobaczyć, czy pani amnezja ma podłoże psychologiczne, czy organiczne.

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?