WiedźmaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wiedźma
Wiedźma
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,94  47,95 
Wiedźma
Audio
Wiedźma
Audiobook
Czyta Ilona Chojnowska
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– W Międzyświecie ma pani czas, by przyzwyczaić się do nowej postaci i ustabilizować swoją sytuację psychiczną. Pani zginęła tragicznie, więc może potrzebować kilku dni, żeby oswoić się z tą myślą. Ale jeśli czuje się pani na siłach, możemy od razu przejść do Zaświatów.

– Nie, nie, nie – zaprotestowała szybko i instynktownie.

– Dobrze, w takim razie proszę spokojnie sobie wszystko przemyśleć. Teraz i tak nie dokończymy formalności, bo mamy w Urzędzie drobną awarię systemu. Jeśli będzie pani chciała się czegoś dowiedzieć, dyżurny anioł śmierci ma swoje biuro przy Młynarskiej, w kaplicy Halpertów, przyjmuje codziennie od północy do szóstej rano.

– Dlaczego od północy? – zdziwiła się Nina, podejrzewając, że anioł śmierci mimo twarzy pokerzysty próbuje ją nabrać.

– Kwestie praktyczne – uciął i spojrzawszy na zegarek, wyjął ponownie swój tablet. – Jeśli jest pani ciekawa, zapraszam do dyżurnego, z pewnością chętnie to pani wyjaśni. Proszę… – Otworzył coś w aplikacji na urządzeniu i pokazał jej ekran. – To krótkie pouczenie. Musi się pani zgłosić do dyżurnego w terminie czterdziestu dziewięciu dni. W przeciwnym razie zostanie pani uwięziona w Międzyświecie i przejdzie pani pod jurysdykcję Baby Jagi – sparafrazował treść krótkiego komunikatu.

– Co?! – zdumiała się Nina jeszcze bardziej. – Baby Jagi?!

– Właśnie tak. Po szczegóły zapraszam do dyżurnego. I nie radzę z tym zwlekać. Proszę tu dotknąć palcem na potwierdzenie, że zapoznała się pani z pouczeniem.

Nina zawahała się, ale ostatecznie posłusznie przyłożyła palec wskazujący do czytnika linii papilarnych u dołu urządzenia. Tablet piknął, anioł śmierci również złożył swój odcisk palca i przełączył się na widok mapy, gdzie migały czerwone krzyżyki. – Proszę wybaczyć, ale czeka na mnie kolejny zmarły. Mamy dzisiaj ciężką noc, a jeszcze ta awaria… Proszę się zbytnio nie martwić. Śmierć to nie koniec – zakończył anioł, ale pocieszenie wypowiedziane jego beznamiętnym głosem nie dodało Ninie zbyt wiele otuchy. Dotknął jeszcze kilka razy ekranu, wreszcie schował tablet i pożegnawszy się symbolicznym dotknięciem ronda kapelusza, odszedł.

Nina, zajęta rozmową, nawet nie zauważyła, kiedy karetka zabrała jej ciało. Teraz kierowca, który ją potrącił, rozmawiał z policjantami, ale Nina całkowicie straciła zainteresowanie tym, co się wydarzyło. Odwróciła się na pięcie i poszła w stronę akademika.

Nie weszła jednak do środka. Nie mogła się na to zdobyć. Przesiedziała do rana obok drzwi wejściowych, z absurdalnym podekscytowaniem wyczekując pojawienia się pierwszych studentów. Czy naprawdę jej nie zobaczą? Nie usłyszą, kiedy ich zawoła?

Wydawało jej się, że ostatnie kilka godzin było tylko koszmarnym snem, majakiem wywołanym nadużyciem alkoholu. Ale gdy drzwi otworzyły się i minęła ją pierwsza, a potem druga osoba, zupełnie jakby ona sama była przezroczysta, znów poczuła silny, zimny dreszcz. Kolejni ludzie przechodzili obok, a Nina nie miała odwagi stanąć im na drodze, krzyknąć ani nawet do nich pomachać. Przez chwilę zdawało jej się, że jej oczy spotkały się z czyimś wzrokiem, ale było to tylko złudzenie. Umarła. Nie miała już co do tego żadnych wątpliwości.

Wkrótce zrozumiała, że nie odczuwa nie tylko dotyku ani temperatury, ale też głodu ani zmęczenia. Godzinami mogła krążyć po ulicach, nie doświadczając zupełnie niczego poza wzbierającymi w niej emocjami. Nauczyła się tylko, by unikać tłocznych miejsc – wpadanie na ludzi i przedmioty nie było przyjemne, bo albo się od nich odbijała, albo przenikała przez ich ręce, co w wyjątkowo nieprzyjemny sposób przypominało jej o stanie, w którym się znalazła. Dotarła wreszcie do parku, gdzie tonąc stopami w świeżym śniegu, szła przed siebie, nie zostawiając najdrobniejszego śladu. Usiadła na pustej ławce i, mimo braku efektów, grzebiąc palcem w kołderce białego puchu, zastanawiała się, jak będzie wyglądać jej zetknięcie z wodą. Pogrążona w myślach nie dostrzegła, że obok niej ktoś usiadł.

– Nowa jesteś? – zapytał chłopak. Miał na sobie jesienną, skórzaną kurtkę, poszarpane jeansy i ciężkie buty.

Nina gwałtownie podniosła głowę i nie kryjąc zaskoczenia, obejrzała go z góry do dołu. Mimo odsłoniętych kolan, wystającej spod kurtki cienkiej koszuli w czerwoną kratę i braku choćby szalika czy rękawiczek nie wyglądał, by było mu zimno. Był tylko blady, ale jego brązowe oczy miały żywy wyraz i bystro spoglądały na dziewczynę.

– No co, ducha zobaczyłaś? – zapytał i zaśmiał się sam ze swojego żartu.

– Ty mnie widzisz? – wypaliła Nina.

– Widzę, widzę. Czyli jesteś nowa, co? – powtórzył, teraz już pewien swoich podejrzeń. – Kiedy zeszłaś?

– Co?

– No, kiedy umarłaś?

Nina zamrugała, nieco oszołomiona surrealistycznym pytaniem.

– W nocy – wymamrotała.

– Moje kondolencje – chłopak poklepał ją po ramieniu, szczerząc przy tym zęby.

– A ty? – pytanie wyszło z ust Niny automatycznie, jak w sytuacjach, gdy ktoś pyta nas o zdrowie, samopoczucie albo jakąkolwiek inną błahostkę dnia codziennego.

– O, ja to już kilka lat temu – machnął lekceważąco ręką. – Już nawet dokładnie nie pamiętam.

– Kilka lat temu? Ale… podobno mamy czterdzieści dziewięć dni… – zauważyła Nina niepewnie.

– Tak, tak, ale ja wolałem zostać tutaj.

– Dlaczego?

Chłopak przekrzywił głowę, przyglądając się jej badawczo, i jednocześnie westchnął z namysłem.

– Hm… Po prostu. Wiesz, to taki głos serca. Coś ci mówi, żeby tam nie iść. Niby widzisz czasem tych ludzi, co idą z kostuchami i nawet się nie zastanawiają. Wiesz, jest wypadek, patrzysz, jak taki wychodzi sam z siebie, zaraz pojawia się ponurak, gadka szmatka i po kilku minutach odchodzą razem. Bez żadnych wątpliwości. No i gadałem też z jedną zmorą, która znała inną zmorę, co ostatecznie poszła dalej, znaczy do Zaświatów. Musisz to poczuć. Naprawdę tego chcieć. Ale wiesz, serce nie sługa.

– A co, jeśli się zostanie? – spytała Nina powoli, wbijając wzrok w kołdrę ze śniegu przykrywającą cały park.

– To się trwa.

– Żałujesz?

– Wielu rzeczy żałuję, ale tego najmniej.

Na śniegu przed nimi wylądował wróbelek. Zatańczył wesoło, zostawiając po sobie rozgałęzione ślady łapek. Niespodziewanie z jednego z krzaków wystrzelił jak z procy pręgowany kocur. Szczęśliwie dla ptaszka przeliczył swoje możliwości; wróbel odfrunął, a niezadowolony kot odszedł z powrotem do swojej kryjówki.

– Miałam uporządkować myśli, ale coś mi nie idzie – wyznała Nina, wzdychając ciężko.

Chłopak roześmiał się lekko.

– Bo to tak nie działa. W głębi duszy już wiesz, czy tu zostaniesz, czy pójdziesz dalej. Musi to tylko do ciebie dotrzeć. Żadne rozmyślania, rachunki sumienia ani kalkulacje tego nie zmienią. Czy te siedem tygodni przesiedzisz w jednym miejscu, czy przelatasz, podglądając życie swojej rodziny i przyjaciół, to nie ma znaczenia. Jeśli czujesz dystans do tamtego życia, to choćbyś poszła na własny pogrzeb i widziała płacz matki, i tak pójdziesz do Zaświatów. Ale jeśli coś cię tu trzyma, to nawet legion ponuraków cię nie ruszy.

– Więc po co te siedem tygodni? – spytała Nina.

– To już tutejsza metafizyka. Czasem i po czterdziestu dniach okazuje się, że jest za późno. Nasza tutejsza postać w pewnym sensie zanieczyszcza się atmosferą Międzyświata i staje zbyt gęsta, zbyt ciężka, by pójść dalej. Tak mówią. Według niektórych to nasz własny żal i smutek osadzają się jak nalot i blokują przejście. Inni z kolei uważają, że zmienia się struktura cząsteczek albo częstotliwość drgań duszy czy tej „życiowej energii”, co trzyma nas w kupie. Prawda jest taka, że nikt tego nie zbadał, bo zmory, chochliki i cała reszta mają swoje zmartwienia, a ponuraki ani nikt inny nie powiedzą nam, jak to jest naprawdę. Może po tym czasie zwyczajnie nie chce im się już nas pilnować i przechodzimy do rejestru Baby Jagi. Tak czy siak, nawet jak się już zechce, to bez ich pomocy i tak nie przejdzie się do Zaświatów. Tyle wiem. Aha, no i nie można za bardzo świrować, bo jak się straci wolę istnienia, to można się rozpaść. Dusza podobno zostaje, ale uwięziona w pustce i wtedy jest już całkiem beznadziejnie. Tak z kolei mówią pomocnicy Baby Jagi, ale może to ich sposób, żeby nas zmobilizować do przejścia do Zaświatów. Kto ich tam wie. Wszędzie te same urzędasy.

– Śmierć i podatki – zaśmiała się niewesoło Nina.

– No! – żachnął się chłopak. – Jeszcze tylko podatków by tu brakowało! Lepiej nie mów tego na głos.

Roześmiali się oboje, ale Nina zrozumiała, że nie powinna już więcej wypytywać chłopaka. Mimo wesołej powierzchowności na jego obliczu pojawił się cień przygnębienia.

– Idę – powiedziała i wstała z ławki.

– Idziesz? – powtórzył, przyglądając się jej badawczo.

– Tak, ale nie odchodzę. Jeszcze nie – odpowiedziała i uśmiechnęła się krzywo. Miał rację. W głębi serca już wiedziała.

– Jakby co, to ostatnio często się tu kręcę po okolicy. Możesz mnie też szukać w najbliższym kinie.

Nina uśmiechnęła się do niego serdecznie, pomachała na pożegnanie ręką i ruszyła dalej przed siebie, po drodze rozmyślając o tym, co uwięziony w Międzyświecie chłopak mógł robić przez te wszystkie lata poza chodzeniem na darmowe seanse.


Pod akademik wróciła dopiero po tygodniu. Nie chciała oglądać reakcji swoich znajomych na wiadomość o jej śmierci. Tym bardziej nie miała sił odwiedzać rodzinnego domu ani nawet zbliżać się do cmentarza w czasie uroczystości pogrzebowej. Tak jak mówił spotkany w parku chochlik, czuła do tego swoisty dystans – zwłaszcza do własnego, materialnego ciała, które zostało złożone do zimnej ziemi. Myśl o rodzicach i Karolinie napełniała ją frustracją – z jednej strony pogodziła się z faktem, że dzieli ją od nich nieprzenikalna bariera, ale z drugiej czuła, że ich widok mógłby okazać się nieznośnie przykry. I byłaby gotowa pójść do biura dyżurnego anioła śmierci, gdyby nie jedna myśl, chodząca za nią krok w krok jak cień, którego już nie miała.

 

Nie mogąc się uwolnić od gniotącego ją jak niewygodny element ubrania uczucia, Nina poszła ostatni raz zobaczyć Dawida. Ściemniało się już i kończył się ostatni wykład tamtego dnia. Nina czekała przy drzwiach wyjściowych, nieco z boku, aby nie wpadł na nią tłumek wychodzących studentów. Gdy dostrzegła Dawida, ostrożnie ruszyła za nim, a dogoniła go po kilkudziesięciu krokach, kiedy szedł już po ulicy całkiem sam. Skierował się do jednej z kawiarni, w której usiadł z rozłożonym laptopem, by uporządkować notatki, poprzeglądać internet i posłuchać muzyki przez słuchawki. Z jakiegoś powodu nie chciał wracać do akademika ani spotykać się ze znajomymi i Nina tylko mogła domyślać się, dlaczego tak było. Niezależnie od scenariuszy, jakie przychodziły jej do głowy, czuła się jednocześnie winna jego kłopotów i szczęśliwa, że może być z nim sam na sam, tak blisko i tak długo, jak tylko zechce.

Nie dostrzegła, kiedy przekroczyła granicę. Obserwowanie życia Dawida wypełniło jej kolejne dni. Początkowo towarzyszyła mu tylko w miejscach publicznych, w kawiarniach i na uczelni, wyobrażając sobie, że się z nim koleguje, przyjaźni albo że jest z nim na randce. Szybko zaczęła do niego mówić, nie przejmując się tym, że jej nie słyszy i nie może odpowiedzieć. Wtrącała się do rozmów, które prowadził z innymi, nieraz wymyślając ludziom, o których prawdziwych intencjach i opiniach wiedziała. Z czasem pozwoliła sobie wchodzić do pokoju Dawida, a nawet powędrowała za nim do jego domu, do którego wrócił na jeden z weekendów.

Czterdziestego dziewiątego dnia odnalazła poznanego w parku chochlika. Po śniegu nie było już śladu, słońce zbierało siły do nadchodzącej wiosny, a Nina, nie czując przenikliwego chłodu świata żywych, miała wrażenie, że od ich pierwszego spotkania minęły całe wieki.

– A to kto? – zawołał chochlik beztrosko na jej widok. – Już myślałem, że nie żyjesz.

Nina parsknęła, choć wcale nie była w najlepszym nastroju.

– Jeszcze się jakoś trzymam – odpowiedziała.

– Brzytwy? – podsunął z uśmiechem, ale spod wesołej miny prześwitywał ponury wyraz.

Ruszyli ścieżką poprzez opustoszały park. Nigdy nie było tu zbyt wielu spacerowiczów, a pracowita pora dnia i wroga temperatura przegoniły i tych nielicznych chętnych do podziwiania nagich, zziębniętych drzew i zmrożonej trawy.

– Zostaję… – wyznała Nina, jakby zdradzała wstydliwy sekret.

– Wiem – odparł wprost chochlik, a gdy spojrzała na niego pytająco, dodał: – Masz to wypisane na twarzy. To zagubienie.

Nina spuściła wzrok.

– Dziwnie się czuję – wyjaśniła. – Coś nie daje mi spokoju, ale nie wiem co. Bez przerwy coś mnie złości. Rzeczy, które sprawiają mi radość, jednocześnie podskórnie doprowadzają mnie do szału.

– Liżesz szybę, za którą zostawiłaś cukierki – zauważył chochlik bezwzględnie. – Czego się spodziewałaś?

– Tak, wiem, ale jednocześnie chcę tego – odpowiedziała bez wahania. – Może powinnam odwrócić się, zapomnieć… Wiesz, co z oczu, to z serca. Ale nie mogę. Wolę to niż zapomnienie.

– Czyli zostajesz – podsumował chochlik. – Cóż, nie mam ci czego gratulować, ale mimo wszystko cieszę się, że poznałem nową bratnią duszę. Jeśli chcesz, przedstawię ci kilkoro naszych. Może zrobimy jakąś imprezkę, mamy tu swoje drobne przyjemności.

– Dzięki. Może za jakiś czas. – Uśmiechnęła się do niego niewesoło.

– A, właśnie! Nie przedstawiłem ci się. Jestem chochlik Dżordż – oznajmił i wyciągnął do niej rękę.

Nina zawahała się przez sekundę, po czym podała mu dłoń. Wymienili uścisk, a dziewczyna poczuła delikatne mrowienie w palcach. Zdziwiło ją to, bo już kilka tygodni temu nieprzyjemne wrażenia właściwe nowej powłoce zniknęły, ustępując całkowitemu brakowi czucia. Zastanawiała się, w jaki sposób widzi i słyszy, skoro opuściły ją zmysły smaku, powonienia i dotyku, ale po kilku prostych eksperymentach zrezygnowała z dalszych dociekań, godząc się ze świadomością, że prawa metafizyki Międzyświata pozostaną dla niej zagadką.

– Dżordż? – powtórzyła z zaciekawieniem.

– Ano, kumple zawsze tak do mnie mówili – wyjaśnił. – Mniejsza o to. Wypada jakoś określić twój smętny los. Wolisz być zmorą czy rusałką? Wybierz sobie. Tradycyjnie przyjęło się, że rusałki to dusze dziewic, które dużo z życia nie miały i zostają w Międzyświecie z żalu za zmarnowanym czasem, a z kolei zmory tak lubiły szaleć, że nie spieszy im się do nudnych Zaświatów. Krążą plotki, że pierwszym poprawia się od podglądania cudzego szczęścia, a drugim od patrzenia na niepowodzenia i kłótnie, ale w gruncie rzeczy to stereotypy. Prawdę mówiąc, wszyscy tutaj popadamy w takie same frustracje i takie czy inne tytuliki nie mają żadnego znaczenia.

– Sama nie wiem. – Nina wzruszyła ramionami. – Zmora chyba bardziej do mnie pasuje.

– Też mi się tak wydaje – zażartował Dżordż. – Słuchaj, może chcesz się w coś przebrać? Baba Jaga, jak ma trochę czasu, to przynosi do naszego wymiaru różne rzeczy. Ona się nami opiekuje, stara się nam pomóc odzyskać przynajmniej częściowy spokój, a przynajmniej pilnuje, żebyśmy się nie rozpłynęli w pustce.

Nina energicznym ruchem głowy dała znać, że podoba jej się ta propozycja, i słuchając dalszych, nieraz pobieżnych wyjaśnień chochlika Dżordża, dała mu się poprowadzić. Wkrótce okazało się, że w mieście mieszka więcej zmór, chochlików i innych obywateli Międzyświata, niż przypuszczała, i sama nie mogła zrozumieć, jak w ciągu ostatnich tygodni mogła nie zwrócić na nich uwagi. Jak to jednak wyjaśnił Dżordż, dla ich oczu niczym nie różnili się od żywych ludzi i trzeba było odpowiednio wyczulonej spostrzegawczości, by dostrzec, czy ktoś rzuca cień, zostawia ślady na błocie lub nie moknie na deszczu.

Zmora Nina nawet nie pofatygowała się do dyżurnego anioła śmierci, by jakkolwiek zawiadomić o swojej decyzji. Od innych międzyświatowców nauczyła się niechęci do, jak ich nazywali, ponuraków i uważając, że i tak nic nie mogą jej zrobić, nie przejawiała względem nich ani śladu lęku.

Poznając powoli swoją nową rzeczywistość, Nina jednocześnie nie zaprzestała śledzenia Dawida. Inne zmory czy chochliki także miały własne zajęcia, sprowadzające się do pielęgnowania osobistych żalów i rozterek, lecz nikt nie poruszał tych delikatnych tematów ani nie próbował zmieniać czyichkolwiek planów. Jak w transie, obserwując kolejne odcinki życia Dawida, Nina – choć wiedziała, że prowadzi z góry przegraną walkę – balansowała między niezdrową ekscytacją i absurdalnym wyczekiwaniem a nawracającym nieustępliwie zawodem i poczuciem porażki. Był to rodzaj uzależnienia dla duszy, które jednocześnie raniło i koiło zadany samemu sobie ból.

W ten monotonny, bolesny sposób mijały jej miesiące, bezproduktywne, sztucznie zapełniane, a jednak tak cenne, że ani razu nie pomyślała o przejściu do Zaświatów. Nie zastanawiała się nawet, jak tam może być.


W maju 2016 roku Dawid wybrał się w Góry Sokole. Więcej osób pamiętało o aferze sprzed ponad roku niż o śmierci Niny i Dawid nadal nie odzyskał przychylności wielu spośród dawnych znajomych, a nawet niektórych rzekomych przyjaciół. Dlatego też, gdy w długi weekend udało mu się wygospodarować trochę wolnego czasu, w Sokoliki pojechał zupełnie sam, nie licząc oczywiście niewidzialnego towarzystwa Niny. Miał już trochę wprawy we wspinaniu się i zmora, obserwując go z dołu, ze spokojem mogła podziwiać zdecydowane, wprawne ruchy jego ciała.

Gdy był już wysoko, coś poszło nie tak – jego nieuwaga lub braki w doświadczeniu, kaprys Losu albo dłoń skalnego demona oderwały go od podpory i Dawid poleciał w dół. Choć próbował się ratować, wylądował twardo na ziemi, tuż koło Niny, tracąc przytomność.

Nina gwałtownie poderwała się na nogi i równie nagle zamarła w bezruchu nad rozciągniętym ciałem Dawida. Utkwiła w nim przerażony wzrok, ale zaraz z ulgą dostrzegła, że chłopak oddycha. Nie było też widać krwi, choć domyślała się, że to wcale nie wyklucza niebezpiecznych obrażeń wewnętrznych. Najgorsze jednak było to, że nie mogła nic zrobić. Ani go dotknąć, ani sprowadzić pomocy. Bezsilność przeszywała jej serce jak włócznia.

Nie minęło pięć minut, gdy na ścieżce pojawiła się ciemna postać, zmierzająca w ich stronę. Był to młodo wyglądający mężczyzna – jeśli nie liczyć siwych włosów zaczesanych na bok – ubrany w jednorzędowy garnitur z kamizelką i krawatem oraz lekki płaszcz, wszystko czarne. Gdy się zbliżył, zmora Nina zadrżała na widok jego niemal transparentnej białej karnacji i smętnych szarych oczu.

Anioł śmierci zignorował jej obecność i bez słowa pochylił się nad Dawidem, po czym wyjął z kieszeni płaszcza cienki czarny organizer i zajrzał do środka.

– Czego chcesz? On jeszcze żyje – warknęła do niego Nina, podbiegając i odciągając go bezpardonowo za łokieć.

– Jeszcze. Ale już niedługo – zauważył anioł śmierci.

– Skąd wiesz? Byli tu ludzie i poszli po pomoc, więc zaraz… – Nina skłamała gładko.

– Nikogo tu nie było – uciął.

Nina zamilkła, szukając w myślach jakiegoś rozwiązania, tymczasem anioł śmierci odpiął od kamizelki zawieszony na łańcuszku malutki dzwoneczek, wyjął z jego czaszy wykonane ze skóry zabezpieczenie chroniące serce dzwonka i dla próby poruszył nim raz, wydobywając wysoki, krystaliczny dźwięk, w który jednak wkradła się fałszywa, a jednocześnie nęcąca nuta.

– Po co ci to? Co chcesz zrobić? – zaatakowała go znów Nina.

– Nie mam czasu czekać, aż dusza sama z niego uleci. Muszę nią pokierować – odpowiedział anioł śmierci, wykazując się nietypowym zniecierpliwieniem.

– Co? Jak to? Chcesz go zabić?! – Nina coraz bardziej podnosiła głos. – Przecież tak nie można! A jego prawa? Przecież… przecież wy macie jakieś procedury, no nie? Czy ty w ogóle jesteś aniołem śmierci? Pokaż mi swoją legitymację!

Anioł śmierci spojrzał na nią z ukosa i przytrzymując serce dzwonka, wolną ręką podniósł jej do oczu zwisającą z jego szyi legitymację. Zmora Nina widziała taką tylko raz, gdy sama zginęła, ale na oko ta wydawała się prawdziwa. Miała już zabrać się za czytanie długiego imienia anioła, dodatkowo zapisanego przy użyciu obcych znaków diakrytycznych, gdy jej uwagę przykuł napis poniżej, najpewniej wskazujący na posiadany stopień.

– Zaraz, zaraz, substytut? – zapytała, a anioł w tej samej chwili cofnął rękę i schował legitymację pod kamizelkę.

– Mamy chwilowe braki kadrowe – wyjaśnił zdawkowo.

– Taaak? – Nina znalazła punkt zaczepienia i miała zamiar maksymalnie go wykorzystać. – Ciekawe, co twój przełożony powie na takie… taką egzekucję duszy z żywego ciała! Kto jest twoim szefem? Gdzie macie biuro dyżurnego? – Mówiąc to, starała się brzmieć jak najbardziej pewnie i groźnie, aż anioł śmierci zmieszał się nieznacznie i z tikiem zdradzającym zakłopotanie potarł śnieżnobiałymi palcami osiwiałą brew.

– Biuro mieści się we Wrocławiu, w kazamatach Bastionu Ceglarskiego. Jeśli chcesz, możesz tam złożyć skargę – przyznał niechętnie.

– Tak właśnie zrobię! Jak będzie trzeba, to udam się do samego… – Nina zawahała się, nie wiedząc, czy czasem nie przeholuje. – Do samego Pana Boga!

Anioł śmierci uśmiechnął się krzywo, przyłapując ją na oczywistym blefie.

– Daj mi jakąś wizytówkę albo zapisz swoje imię, żeby wiedzieli, kogo wysłać na pokutę – zażądała niezrażona jego reakcją, tym razem doprowadzając anioła śmierci do parsknięcia śmiechem.

– O to się nie martw, wystarczy, że podasz dane odbieranej duszy. W księgach jest zapisane, kto do jakiej czynności został wysłany danego dnia. A teraz odsuń się, zmoro, i daj mi wykonać moją pracę. Nie mogę sobie pozwolić na opóźnienie.

– Czekaj – zawołała Nina, widząc, że anioł kieruje dzwonek nad ciało Dawida. – A gdzie twój tablet? Nie dali ci? – Zmrużyła przebiegle oczy.

Anioł zrezygnowany opuścił ręce i westchnął z niezadowoleniem.

– Nie dali. Za to mam bloczek z kartami zgonów i telefon, na który dostaję dane zlecenia. – Mówiąc to, wyjął na chwilę swój czarny organizer i pokazał go przelotnie Ninie, nawet nie otwierając. – Zresztą i tak już wiele nie zrobisz. Zacząłem wypełniać jego kartę już po drodze, a jej nie można tak po prostu podrzeć, liczba kart i dusz musi się zgadzać. Żeby to teraz cofnąć, potrzeba by było mnóstwa papierkowej roboty, a nikt nie ma na to czasu. Zwłaszcza że chłopak ma pisane tu dziś umrzeć.

– Skąd wiesz? – Nina nie poddawała się, ale czuła, że niewiele już może zrobić.

– Mamy swoje sposoby – odpowiedział krótko i wreszcie, oplótłszy łańcuszek dzwonka wokół palców, zawiesił go nad twarzą Dawida. Zadzwonił nim raz, odczekując, aż chłodne wibracje rozejdą się w powietrzu, po czym zakołysał ponownie.

 

– Długo jesteś aniołem śmierci? – spytała znów Nina, mając nadzieję go rozproszyć i zyskać trochę czasu.

– Kilka tygodni – odparł niewzruszenie i zadzwonił raz jeszcze, zanim poprzednie uderzenie metalicznego serca ucichło.

– To kim byłeś wcześniej?

– Szarym z administracji. Pracowałem w Urzędzie Rejestracji Dusz.

– Szarym? – powtórzyła Nina, tylko częściowo udając zaciekawienie.

– To taka naturalna ranga. Ale nie myśl sobie, że jestem byle kim – dodał, posyłając jej ukosem surowe spojrzenie. Jednocześnie wybijał na dzwonku coraz gęstsze, naglące nuty. – Zajmowałem w Urzędzie istotne stanowisko i miałem całe dekady doświadczenia. Nie wysyłaliby w teren byle kogo, nie sądzisz? – ciągnął, niemal się zapowietrzając.

– Z pewnością – odparła Nina, z zadowoleniem dostrzegając, że grany przez anioła rytm jest nierówny, a ich rozmowa najpewniej szkodzi działaniu dzwonka, ciało Dawida leżało bowiem tak jak kilka minut temu i nic nie wskazywało na to, by jego dusza choćby wyjrzała na zewnątrz.

– No a co właściwie się stało, że cię tu wysłali? – nie ustępowała Nina.

W tej samej chwili dobiegły ich czyjeś głosy. Szary zorientował się, że zaraz zjawi się przy nich grupa turystów i z pewnością wezwą dla Dawida pomoc, co groziłoby jego odratowaniem, a w konsekwencji wspomnianą przez niego papierologią. Nie dając się więcej rozpraszać, klęknął nad Dawidem i zaczął wygrywać dzwonkowe zaklęcie od nowa.

Nina zaś, zamiast chwytać się drugi raz tego samego wybiegu, instynktownie pobiegła w kierunku zbliżających się głosów. W pośpiechu zahaczyła nogą o jeden z kamieni, zamiast jednak przez niego przeniknąć lub poślizgnąć się, posłała go w krótki, ale jak najbardziej żywo-fizyczny lot.

Szary, nie przerywając gry, spojrzał na nią w zdumieniu. Nina również popatrzyła w jego stronę, tym razem z jeszcze większym szokiem dostrzegając, że nad twarzą Dawida, tuż pod dzwonkiem, formuje się soczyście zielona kula mgły, gęstniejąca z każdym fałszywym brzmieniem anielskiego instrumentu.

Niewiele myśląc, zmora Nina chwyciła oburącz jeden z większych, leżących dookoła kamieni, a jej umysł zawirował z podniecenia, gdy udało jej się go podnieść. Nim anioł zrozumiał, co go czeka, zmora doskoczyła do niego zwinnie jak leśne zwierzątko i z całej siły uderzyła go kamieniem w głowę. Szary przewrócił się na bok jak szmaciana lalka, upuszczając kwilący dzwonek, i padł bez ruchu, z zamkniętymi oczami. Nina, nie puszczając swej niespodziewanej broni, kucnęła obok Dawida i z zachwytem graniczącym z trwogą obserwowała, jak zielony obłok wraz z kolejnymi oddechami chłopaka wraca do jego ciała.

Turyści byli już blisko, a Nina, pchnięta jakimś instynktem, chwyciła leżący kilka kroków dalej plecak Dawida, który zdjął, nim rozpoczął wspinaczkę. Podniosła go i może odłożyłaby zaraz z powrotem, gdyby nie to, że kilkuosobowa grupka wyszła zza zakrętu i zauważywszy nieprzytomnego Dawida, pobiegła ku niemu z wielkim zaangażowaniem i okrzykami. Nikt nie zauważył ani stojącej obok Niny, ani trzymanego przez nią plecaka – jakby dziwną mocą przeciągnęła go przez barierę na swoją stronę światów. Nikt też oczywiście nie dostrzegł leżącego pod skałą początkującego anioła śmierci.

– Liczba dusz musi się zgadzać… – powtórzyła na głos Nina, uświadamiając sobie nagle, że pomoc udzielona Dawidowi wcale nie oznacza końca kłopotów. Zarzuciła plecak na ramiona i szybko podeszła do znokautowanego anioła. Nie oddychał, ale wcześniej też chyba tego nie robił. Niny zresztą nie obchodziło, co się z nim stanie. Sięgnęła do kieszeni, w której trzymał organizer, i otworzyła go sobie na ugiętym kolanie. W środku istotnie schowany był blok z kartami zgonów – pierwsza miała już uzupełnioną datę i współrzędne geograficzne, a także imię i numer anioła śmierci oraz nazwę departamentu. Na samym dole przybita była krwistoczerwona pieczątka wraz z podpisem „dyrektora krajowego”, którym okazała się Marzanna. W drugim rogu karty, a także na kolejnych, już na zapas, były też złożone podpisy samego Szarego. Nina pokręciła głową z dezaprobatą, zastanawiając się, co by było, gdyby uzupełniła teraz karty zgonów na nazwiska kilku żyjących osób. Jednak, jako że nie miała na to czasu, wyjęła zatknięte za szlufką organizera pióro z czerwonym atramentem i zabrała się za uzupełnianie karty – zaczynając od wpisania własnego imienia.

– Data urodzenia, PESEL… Po co im to? – mamrotała pod nosem, jednocześnie zastanawiając się, czy jej plan się powiedzie. – Tamten ponurak powiedział, że bez PESEL-u nie wypełni karty, więc chyba tego nie zrobił? Hm… No nic, trudno. Podpisać też mu nic nie podpisałam, poza pouczeniem – przekonywała na głos samą siebie. Wypełniła wszystkie rubryki, złożyła parafkę w miejscu „podpis denata” i wetknęła organizer z powrotem do kieszeni anioła śmierci. W międzyczasie grupa nieznajomych prowizorycznie ustabilizowała szyję Dawida, używając do tego kilku warstw podkoszulków i szalików, i poniosła go ostrożnie w kierunku głównego szlaku.

Zmora Nina pospiesznie ruszyła za nimi. Wkrótce naprzeciw wyszli im ratownicy z noszami, a w ciągu kolejnych minut zapadła decyzja o przetransportowaniu Dawida do Wrocławia helikopterem Lotniczego Pogotowia Ratunkowego. Wszystko działo się szybko, nie dając Ninie nawet chwili na zastanowienie się. Ku jej rozczarowaniu nie zdołała wśliznąć się do ciasnego wnętrza śmigłowca. Czekała ją nie tylko rozłąka z Dawidem, którego od tygodni nie odstępowała na krok, ale też długa podróż do odległego miasta i żmudne szukanie go po szpitalach, sala po sali, bez możliwości uzyskania czyjejkolwiek pomocy.

Nie mając jednak innego wyjścia, Nina dotarła na przystanek autobusowy, by najpierw pojechać do Jeleniej Góry, a stamtąd złapać transport do Wrocławia. Gdy czekała na przyjazd autobusu, obok niej stanęła dziewczyna w nieprzyzwoicie krótkich spodenkach i podkoszulku na ramiączkach, założonych o dobre dwa miesiące za wcześnie. Miała tlenione na żółto, sięgające ramion włosy, rozmazany makijaż oczu i rozwiązane, znoszone trampki. Nachalnie żując gumę, zmierzyła Ninę wzrokiem z góry na dół i splotła ręce na piersi.

– No, no, dałaś czadu – stwierdziła ze swoistym podziwem. – To dopiero mu w uszach zadzwoniło, temu ponurakowi.

– Widzisz mnie? – zdumiała się niezbyt mądrze Nina.

– Nie, skądże. Tak se gadam – odpowiedziała dziewczyna.

– Nie mam pojęcia, jak ja to zrobiłam – przyznała Nina.

– Jak to? To ty nic nie wiesz? – zdziwiła się z kolei blondynka i pociągnęła nosem.

– Coś się stało?

– No jasne, wszyscy o tym gadają. Gdzie ty, pod kamieniem mieszkasz?

– Przyjechałam z Warszawy – burknęła Nina.

– O raju – dziewczyna wywróciła oczami. – W okolicach Ślęży dzieją się jakieś dziwne rzeczy. Krążą różne ploty, ale połowa jest pewnie zmyślona. Zresztą, nie o to chodzi. Myk w tym, że bariera między światem żywych a Międzyświatem jakby popękała. – Blondynka mocno zmrużyła oczy, bardziej czując, niż rozumiejąc, co się wydarzyło. – Nasze powietrza się mieszają, tak jakby, i te światy się zlewają ze sobą, rozumiesz? Podobno jak się dobrze przesiąknie, to można przejść do żywych i normalnie utrzymać tam swoją postać, bo ona tak jakby zgęstnieje. Ale do tego trzeba znaleźć wyrwę między wymiarami, a największa jest teraz podobno na samej Ślęży, ale mało kto ma odwagę tam iść, bo podobno widzieli tam czorty i inne takie. Nie wiadomo, o co im chodzi, i nikt nie chce ryzykować zaciągnięcia do wymiaru demonów. Nie po to wykręciliśmy się z Zaświatów, żeby teraz ktoś pożarł naszą duszę.

Nina słuchała jej z rosnącym zdumieniem i podnieceniem.

– Długo to trwa? – spytała.

– Kilka tygodni. Musi się dziać coś grubszego, bo prawdziwe ponuraki gdzieś poznikały, a zamiast nich do zmarłych wysyłają zwykłych żółtodziobów. Może tamci szykują się do jakiejś bójki? Na pewno atmosfera robi się ździebko nerwowa.

Na drodze pojawił się autobus i Nina na szybko nie potrafiła wymyślić żadnego sensownego pytania.

– Jadę do Wrocławia, wiesz może, czy jest tam jakieś miejsce, w którym spotykają się zmory? – spytała pospiesznie, bo autobus już hamował przed przystankiem.