Wiedźma

Tekst
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Wiedźma
Wiedźma
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,94  47,95 
Wiedźma
Audio
Wiedźma
Audiobook
Czyta Ilona Chojnowska
29,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



WARSZAWA 2019

© Copyright by Lira Publishing Sp. z o.o., Warszawa 2019

© Copyright by Anna Sokalska, 2019

Projekt okładki: Magdalena Wójcik

Zdjęcia na okładce: © captblack76,

© Alina Maksimova/123rf.com

Zdjęcie Anny Sokalskiej: © Maciej Zienkiewicz Photography

Redaktor inicjujący: Paweł Pokora

Redakcja: Ewa Popielarz

Korekta: Marek Kowalik

Skład: Klara Perepłyś-Pająk

Wydanie elektroniczne 2019

Lira Publishing Sp. z o.o.

Wydanie pierwsze

Warszawa 2019

ISBN: 978-83-65838-98-8 (EPUB); 978-83-65838-99-5 (MOBI)

Producenci wydawniczy: Marek Jannasz, Anna Laskowska


www.wydawnictwolira.pl

Wydawnictwa Lira szukaj też na:

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej


SPIS TREŚCI


Motto

Prolog. Część 1

Przeznaczenie nie jest wrogiem

Prolog. Część 2

Przeznaczenie nie jest przyjacielem

Rozdział 1. Koszmary przychodzą spoza snów

Rozdział 2. Bogowie nie dają odpowiedzi

Rozdział 3. Bogowie stawiają pytania

Rozdział 4. Wszystko jest naszym wyborem

Rozdział 5. Wszystkie wybory są złe

Rozdział 6. Ból przywraca zmysły

Rozdział 7. Obietnica szczęścia usypia czujność

Rozdział 8. Dobre sny rodzą się z odważnych serc

Epilog. Przyszłość jest nieznana

Zdarzyło się pewnego dnia, gdy synowie

Boży udawali się, by stanąć przed Panem,

że i szatan też poszedł z nimi.

I rzekł Bóg do szatana: „Skąd przychodzisz?”.

Szatan odrzekł Panu: „Przemierzałem

ziemię i wędrowałem po niej”.

Mówi Pan do szatana: „A zwróciłeś uwagę

na sługę mego, Hioba? (…) Oto cały

majątek jego w twej mocy. Tylko na

niego samego nie wyciągaj ręki”.

I odszedł szatan sprzed oblicza Pańskiego.

Księga Hioba 1, 6–8. 12

Miliony stworzeń duchowych po Ziemi

Krążą, lecz dla nas są niedostrzegalne

Tak kiedy śpimy, jak po przebudzeniu

John Milton, Raj utracony

(przekład Macieja Słomczyńskiego)

PROLOG CZĘŚĆ 1

Przeznaczenie

nie jest wrogiem


Rok 1507 i 1517

Uwalana czarną ziemią i zwierzęcymi nieczystościami, toporna, szeroka dłoń o krótkich palcach i zrogowaciałej skórze sięgnęła do dziecięcych, niemalże białych kosmyków Jasnej. Drżąca ze strachu dziewczynka cofnęła się o krok i przycisnęła plecy do szorstkiej, zimnej skały, która bezlitośnie zamykała drogę dalszej ucieczki. Bijąca od mężczyzny ostra woń gnoju i zepsucia przyprawiała Jasną o mdłości. Nie dostrzegała dobrze jego twarzy, a jedynie ciemną, zwalistą sylwetkę przypominającą leśnego upiora – ledwie widzialną w świetle gasnącej pochodni, trzymanej przez drugiego z mężczyzn, który stał kilka kroków dalej, niecierpliwie wyczekując na swoją kolej. Jego postać, spowita pomarańczowym blaskiem ognia, majaczyła nawet bardziej przerażająca niż pochylający się nad Jasną bezkształtny, cuchnący cień. Dziewczynka chciała krzyczeć, ale głos uwiązł jej w gardle – wszelkie wołanie pozostałoby zresztą daremne, w gęstym lesie nie usłyszałby go nikt poza dziką zwierzyną i obojętnymi na ludzki los demonami.

– Zbliżże żagiew – wycharczał nagląco cień, a jego gorący oddech łapczywie przylgnął do twarzy dziewczynki.

Stojący za nim płomienny towarzysz podszedł blisko, kierując światło na pochwyconą ofiarę. Mimo strachu jej policzki rumieniły się z wysiłku – uciekając, biegła najszybciej, jak potrafiła. Krwią nabiegły też małe, dziecięce usteczka, a duże, wystraszone oczy błyszczały, wilgotne i błękitne jak czyste, dziewicze jeziora. Choć Jasna miała na sobie prostą chłopską sukieneczkę, wyglądała jak maleńka nimfa, jak nieszczęsna rybka, którą zły Los wyrzucił na wrogi ląd.

Cień złapał grubą dłonią jej delikatną twarzyczkę i obrócił do światła, by móc lepiej jej się przyjrzeć. Wtem jego towarzysz upuścił żagiew, wydając z siebie przeraźliwy, zwierzęcy krzyk, i zatoczył się do tyłu, wyrzucając przed siebie ręce. Lecz choć pochodnia przygasła śród mokrych liści, niesamowita, rdzawa poświata spowijająca mężczyznę nie zniknęła – przeciwnie, wzmogła się i zdawała na nim żerować, jakby światło oderwało się od płomienia i wiedzione tajemniczą wolą zyskało nowe życie. Mężczyzna krzyknął raz jeszcze, a potem kolejny, zaś trzymający Jasną cień puścił ją i zamarł w przerażeniu, a zarazem podziwie, patrząc, jak jego kompana trawi wynaturzony ogień. Blask zgęstniał, przeobraził się w okrutne, płomienne języki, których barwa w szaleńczym tańcu przełamała się w krwistą czerwień, nabierającą głębi wraz z ogłuszającym wrzaskiem swej ofiary; aż wreszcie ściemniała w węglową czerń. Wnet zapadła cisza, ogień gwałtownie się skurczył i po makabrycznej scenie ostała się tylko niepozorna gruda węgla, z którego z sykiem uleciała cienka strużka szarego dymu.

W drugim mężczyźnie pierwotną walkę podjęły paraliżująca zgroza, rozbudzona przeklętym zajściem, i histeryczny strach, wołający, by ratował swe życie. Gdy tylko Jasna poruszyła się, próbując przemknąć za jego plecami, mężczyzna wyzwolił się ze szponów zdumienia i rzucił na dziecko. Przewrócił je na ściółkę pachnącą wilgocią i ukrytą pod glebą grzybnią i przygniótł swym ciężarem do ziemi.

– Wiedźma! – wycharczał z obłędem w oczach. – Wiedźma! Wiedźma! – powtarzał z bezmyślną pasją, a gdy Jasna szarpała się, próbowała kopać i wiła się na boki, łapał na przemian to jej nogi, to tułów, to ręce lub szyję. Wreszcie udało mu się przysiąść na jej smukłych nóżkach i wyciągnąwszy jej ręce ponad głowę, całkowicie ją unieruchomił, używając jednej ręki do przytrzymania kruchych dziecięcych nadgarstków. Drugą dłonią począł na oślep dotykać małego ciałka, a twarz ponownie zbliżył do jej buzi. Choć przed oczami wciąż błyskał mu obraz płonącego towarzysza, jakieś szaleństwo kazało mu ponownie podjąć się swego obrzydliwego zamierzenia – czy to na przekór małej wiedźmie, czy też w akcie zemsty lub też z innego obłąkańczego powodu. I tak jak ledwie chwilę temu jego gorący, smrodliwy oddech znów bezcześcił niewinne policzki i zroszone łzami rzęsy Jasnej. Nie sapał jednak jak za pierwszym razem; nabierał powietrza zachłannie, lecz z wyraźnym trudem, coraz szybciej i coraz płycej, świszcząc i krztusząc się – aż padł bez przytomności, przygniatając Jasną.

Nie mogła się ruszyć. Był zbyt ciężki, a ona zbyt zmęczona szamotaniną i wcześniejszą ucieczką. Gdy tak leżała, tracąc nadzieję na uwolnienie wraz z ulatującym czuciem w członkach i wzmagającym się chłodem, koło niej pojawiła się smukła, zwinna postać.

– Jesteś! – jęknęła z ulgą cichym, dziewczęcym głosem. – On wciąż dyszy – dodała, usiłując zwalić z Jasnej grube cielsko.

Dopiero po kilku mozolnych próbach udało jej się ją wyswobodzić.

– Nie możem go tak zostawić – zawyrokowała, gdy skończyła pospiesznie rozcierać zimne dłonie Jasnej. – Przedsię może znów próbować… – urwała i zacisnęła zęby. Wyjęła zza pasa myśliwskie ostrze i nie wahając się ani chwili dłużej, poderżnęła mężczyźnie gardło, jakby był niczym innym jak bydlęciem lub świnią. Szczęśliwie dla niej w gęstniejącej ciemności niewiele mogła zobaczyć. Zaraz po tym Jasna dała się chwycić za dłoń przybyłej dziewczynie i razem pomknęły między drzewami w stronę najbliższej wsi, a drogę wskazywał im wiszący na czarnym niebie milczący sierp księżyca.

– Słyszyszli? – szepnęła Jasna, z trudem łapiąc kolejny oddech.

Zatrzymały się pośród posępnych drzew, nasłuchując. Umierające liście szeleściły urywanym, słabym szeptem, noc bowiem była niemal bezwietrzna. Wysoko, między konarami unosiły się upiorne piski młodych sów uszatek, a w pobliżu coś żerowało w ściółce, chrząkając i mlaskając w sposób niezwiastujący zagrożenia, lecz niezwykle obmierzły. Wreszcie między tymi dźwiękami do ich uszu dotarł odległy, niski warkot gotujący się w gardłach rozdrażnionych bestii i niezrozumiałe, lecz bez wątpienia zrozpaczone ludzkie wołanie.

 

– Słyszę – odparła jej towarzyszka głosem pozbawionym śladu zmęczenia czy lęku. – Ktoś woła pomocy. Chodźmy prędko.

Nie wahając się, ruszyły pospiesznie w stronę, z której dobiegał głos wzywający ratunku, aż dostrzegły przemykające szaleńczo między czarnymi pniami światło, wirujące i pulsujące niczym rozbiegane na niebie błyskawice. Warkot i przypominające szczeknięcia rozdzierające okrzyki dzikich zwierząt stawały się coraz wyraźniejsze, a należący do człowieka głos przekształcił się w żałosny, pozbawiony nadziei płacz. Przemierzyły ostatnie kroki dzielące ich od tajemniczej walki, by zza gałęzi ujrzeć chłopaka oganiającego się pochodnią od stada zdziczałych psów.

– Czekaj tu – szepnęła towarzyszka Jasnej i uniosła solidny kij, który przezornie zabrała po drodze. Wybiegła spomiędzy zarośli wprost na rozwścieczoną, wygłodniałą sforę. Rzuciła się ku największemu z psów, który stał na przedzie, najbliżej swej ofiary i który przewodził rozjuszonym towarzyszom. Bezlitośnie uderzyła go w bok drągiem, a zaskoczone ciosem zwierzę zwinęło się z bólu i zaskowytało jak przerażone ludzkie dziecko. Nie trwało to jednak długo, gdyż bezmyślna, dzika furia znieczuliła jego ciało i rozwścieczony wilczur rzucił się na dziewczynę. Nie zdołał jej jednak sięgnąć, bo padł na niego kolejny cios drągiem, z nadludzką niemal siłą trafiając go w pysk i bok czaszki. Oszołomiony tym razem padł na ziemię i nie mógł już się podnieść. Kilka kolejnych psów, obnażając groźnie kły, ruszyło na odsiecz swemu hersztowi, ale dzielna dziewczyna zdołała je odgonić nieznającymi łaski ciosami drąga. Skomląc i zawodząc, z podkulonymi ogonami, zdziczałe psy uciekły, pozostawiwszy za sobą nieprzytomnego przywódcę.

– Mira! – zawołała Jasna, która obserwowała koszmarną scenę zza drzew, i pewna, że nic już jej nie grozi, wybiegła do swojej towarzyszki i ocalonego chłopaka.

Ten zaś osunął się na ziemię, wsparty o pień strzelistej sosny, kurczowo trzymając w obu rękach płonącą pochodnię. W przeciwieństwie do Jasnej i Miry nie miał na sobie chłopskich łachmanów, lecz wytworne, kolorowe ubranie, złożone z kilku różnych warstw. Pewne było, że jest dzieckiem ze szlacheckiego domu.

– Rannyś, panie? – zapytała Mira z szacunkiem, jaki jej wpojono. Stanęła przed nieznajomym, ale nie wypuszczała jeszcze z dłoni drąga. Była wyższa i niewątpliwie starsza od Jasnej, lecz choć nadal pozostawała dzieckiem, jej okrągłej twarzy nie mąciły żadne emocje. Przedwczesną dojrzałość dopełniała biegnąca na skos, przez jej lewy policzek, poprzez wargi, aż do brody, głęboka białawo-różowa blizna.

– Kimże… kimże jesteś? – wyjąkał chłopak, wiekiem bliższy Mirze niż niespełna dziesięcioletniej Jasnej.

– Ja jestem Mira, a to siostra moja, Jasna – odparła spokojnie. – Mieszkamy we wsi, zaraz za lasem.

– Jesteście ze wsi? Tedy znać musicie mego ojca! Pomóżcie mi, pomóżcie! Zgubiłem drogę – wykrztusił.

Mira odebrała mu pochodnię i podała ją Jasnej, chłopakowi zaś wręczyła drąg, by się na nim wsparł, i pomogła mu dźwignąć się z ziemi. Choć gęsta i chłodna noc nie sprzyjała wędrówce przez las, wkrótce dotarli na skraj wsi. Całą drogę przebyli w milczeniu, znużeni i odganiający od siebie myśli o okropnościach tej nocy. Mira w jednej ręce niosła pochodnię, a drugą trzymała Jasną, jej siostra zaś prawą ręką chwyciła za dłoń uratowanego chłopaka. Ciepłe objęcia tych dwojga rozgrzewały jej zimne palce, splatając się wzajemnie jak nici przeznaczenia.


Ojciec uratowanego był majętnym szlachcicem – to do niego należały okoliczne folwarki, także i ten, w którym pracowała rodzina Miry i Jasnej. W nagrodę za uratowanie życia szlacheckiego dziedzica najstarszemu z ich braci pozwolono wyjechać do miasta, reszta rodziny otrzymała nowo wybudowaną chałupę, a ojcu dano pracę w karczmie. W czasach gdy chłop bez zgody swego pana nie mógł opuszczać wsi ani się żenić, gdy szlachcic był jego właścicielem i sędzią, a nieposłuszeństwo groziło zakuciem w dyby, chłostą lub śmiercią, szczęście, które spotkało pracującą w polu i chlewie rodzinę Miry i Jasnej, było niespotykane. Dola jest jednak bóstwem kapryśnym i nie można mieć nigdy pewności, czy wyciąga ku śmiertelnikom dłoń, by ich wesprzeć, czy też by popchnąć ich ku upadkowi.

Mira, mimo nieszczęśliwej blizny i prostej urody, wyrastała na dziewczynę roztaczającą osobliwy urok, czy to krzepkością swojego ciała, czy urzekającym spokojem oblicza i cichym, lecz zdecydowanym usposobieniem. Fakt, że w dziecięctwie cudem przeżyła nieszczęśliwy wypadek, kiedy to siekiera spadła na nią w stodole, zostawiając tylko bliznę na twarzy, zapewnił Mirze miano talizmanu szczęścia. W przeciwieństwie do jej pechowej, wiedźmiej siostry. Młody dziedzic zafascynowany był nieskomplikowaną, jakby naturalną szlachetnością Miry, lecz zarazem wspomnienie ratunku przed dzikimi psami sprawiało, że Mira jawiła mu się nie tylko jako kobieta, ale także wyzwanie. Wkraczając powoli w wiek młodzieńczy, wpierw zaprzyjaźnił się z nią, obierając na towarzyszkę polowań i wypraw w leśne ostępy, zaś z biegiem lat Mira z łowcy przemieniła się dlań w sarnę; i inne badali zakamarki, i inaczej zaczął pachnieć im mech, inaczej brzmieć śpiew ptaków nad ich głowami.

W tym samym, słodkim dla nich czasie, w coraz większym oddaleniu od siostry, wzrastała Jasna. Jej płowe włosy, inaczej niż u rodzeństwa, nie ściemniały wraz z wiekiem, lecz nabrały szaro-beżowej, matowej barwy. Zmieniły się też jej oczy, których błękit sposępniał jak chmurzące się niebo, a kształt z wiekiem czujnie się wydłużył, bezpowrotnie tracąc niewinny, naiwny wyraz z dziecięctwa. I jakkolwiek przywdziewała zniszczone sukienki, jakkolwiek miała ubrudzoną błotem skórę i upstrzony gałązkami ciasny warkocz, coś w tej niepokojącej szarości, zdobiącej Jasną tak jak innych zdobią piegi czy rumieńce, coś nie w pełni ziemskiego ściągało na nią wzrok ludzi i zarazem kazało im z trwogą odwracać oczy, gdy tylko spostrzegła ich zaintrygowane spojrzenie. Kobiety pierwsze dojrzały w dorastającej dziewczynie złą aurę. Nastraszyły nią swoje dzieci i przestrzegły mężów. Jasnej nie groziły już ataki podobne do tej męskiej napaści sprzed lat, co nie znaczyło, iż dane jej było odtąd żyć w spokoju.

Choć pracowała tak ciężko jak inni, nigdy nie podupadała na zdrowiu, a gdy szła opiekować się chorymi zwierzętami, te cudownie zdrowiały w ciągu kilku dni. Pewnego lata piorun uderzył w drzewo tuż koło ich chałupy – dąb spłonął doszczętnie, lecz ogień cudownie nie sięgnął ich drewnianego domostwa. A gdy goniący się kiedyś malcy z rozpędu wdrapali się na dach stodoły, biegnące pod drabinę baby dałyby sobie później ręce poucinać, że gdy jeden z maluchów, schodząc, spadł z drabiny, zawisnął na chwilę w powietrzu, akurat w czas, by zdążyła do niego dobiec Jasna. Skąd się tam wzięła, zamiast pracować na drugim końcu folwarku, tego też nikt pojąć nie potrafił. Jednak mimo tego wśród chłopstwa, a wkrótce także służby i państwa na dworze, szeptano o Jasnej, że jest wiedźmą, i rzucano jej ukradkowe, niechętne spojrzenia – na tyle nieśmiałe, by jej nie rozgniewać, lecz dostatecznie jednoznaczne, by wyrazić niezadowolenie i ostrzeżenie.

Jasna coraz więcej czasu spędzała pośród zwierząt hodowlanych, trzymając się jak najdalej od niechętnych jej ludzi, a nocami wymykała się po cichu z chałupy i biegła głęboko w las, nad dawny rybny staw, niewielki i płytki, nadający się w sam raz do kąpieli. I nawet te noce w głębi lasu spędzała samotnie – zamieszkujące okolicę demony i boginki pierzchały bowiem, wyczuwszy jej obecność; nikt, żywy, umarły czy zawieszony pomiędzy światami, nie myślał ryzykować spotkania z wiedźmą. Tylko Mira pozostawała nieulękłą, dobrą duszą, zawsze życzliwą dla swej młodszej, odtrącanej siostry. Ale i ona, ufnie zakochana w swoim panu, nie znajdowała dla Jasnej dość czasu, by wypełnić serce młodej wiedźmy ciepłem i czułością.

Jasna nie czuła jednak smutku. Odkąd sięgała pamięcią, przemożną część czasu spędzała z własnym cieniem, wyrosła w osamotnieniu i kto wie, być może trudno przyszłoby jej oswoić się z ciągłą obecnością innych ludzi. Z dala od wścibskich spojrzeń ćwiczyła się w swoich magicznych talentach, uzdrawiała leśne zwierzęta i puszczała nad wodą błędne ogniki, które na jej polecenie przybierały niby-ludzkie kształty i odgrywały wymyślane przez nią opowieści o dalekich lotach nad wierzchołkami sosen, o szczytach gór kryjących zapomniane grobowce i nieprzemijających, rozgwieżdżonych nocach – o wszystkim tym, co mogła dostrzec ze swego leśnego sanktuarium i co przynosiło jej sercu ukojenie.


Jednej z letnich nocy, gdy księżyc w pełni swym intensywnym, chorobliwym blaskiem popychał śmiertelników do najosobliwszych szaleństw, Jasna zmywała z siebie brud minionego dnia, stojąc nago w stawie, biała jak kość na tle czarnej tafli. Dookoła niej, jak trzmiele wokół otwierającego się kwiatu, lewitowały magiczne bańki wody, jaśniejące od wewnątrz uwięzionym w nich światłem gwiazd, zaś aksamitna kaskada popielatych włosów Jasnej migotała słabą, jakby płochliwą fluorescencją srebrzysto-błękitnej barwy. Piękny był to widok i nieprzeznaczony dla oczu śmiertelnika – lecz czy to za sprawą złośliwych demonów, czy kapryśnych boginek wracający ze schadzki z Mirą szlachecki dziedzic pomylił ścieżki w gęstwinie i wzrok jego padł wprost na ten cudowny spektakl z pogranicza światów. Od razu rozpoznał stojącą w wodzie Jasną. Zimny pot zlał jego ciało, a gorączka zajęła umysł. Zafascynowany, niczym łowczy na widok białego jelenia z legendy, by pochopnie nie stracić swego trofeum, wycofał się zwinnie i cicho jak jadowity, bystronogi pająk, w myślach tkając już sieć, w którą zamierzał pochwycić Jasną.

W kilka dni później, spotkawszy się znów z Mirą, dziedzic – wprawny łgarz, nie zdradzając twarzą ani tonem swych prawdziwych intencji, zagaił ją o młodszą siostrę.

– Miro moja, znów posłyszałem, jako czeladź szepce o twej biednej siostrzyczce. Nie smutno ci? Powiedzże mi prawdę. Zechceszli, a mogę posłać ją do jakiej roboty do miasta, gdzie lud nie jest tak przesądny.

Mira, jak zawsze, zwlekała z odpowiedzią, dopóki nie namyśliła się dobrze, przywołując na pomoc cały swój rozsądek.

– To prawda – przyznała wreszcie. – Wieśniacy stronią od niej i na jej widok znaki krzyża czynią, przedsię na nic więcej się nie ważą. A tutaj Jasna ma swoje ścieżki, kryjówki, do których czasami umyka. Czy gdzie indziej będzie jej dobrze? Będzieli bezpieczna?

– Cóż, zechceli, będzie mogła tu do nas nazad zawrócić – stwierdził dziedzic lekko. – Sprowadź ją ku mnie, wespół ją zapytamy, a decyzję niechaj sama podejmie.

Po tej rozmowie, choć dziedzic przemyślnie zaraz skierował ją na inne tory, Mira, wracając do chałupy, przez całą drogę myślała tylko o losie siostry. Przez kolejne dwa dni podglądała ją po kryjomu, jej samotną krzątaninę, jej boczne dróżki i pospieszne, wylęknione znaki krzyża, którymi obdarzały ją najstarsze wiejskie baby i naśladujące je dzieci. Ale była też świadkiem radosnych przywitań z prosiętami o krótkich nóżkach i rozgdakanymi kurami, skradzionych chwil bezczynnego ogrzewania twarzy w promieniach wychylonego zza chmur słońca, wesołego podrygiwania nogą podczas jedzenia świeżo zerwanego jabłka i pełnego napięcia zbliżania się do motyla, który zasiadł na sztachecie płotu.

Dokonawszy wyboru, Mira nie zdradziła Jasnej, dokąd i w jakim celu ją prowadzi. „Chodźże”, powiedziała tylko, „dam ci dzisiej coś, co może odmienić twój żywot. Wagę wszystek twoich trosk zdołamy umniejszyć”. Po zmierzchu, trzymając się za ręce, wkroczyły w królestwo ponurego lasu, którego najdalsze zakątki były ich przystaniami rozkoszy i wytchnienia. Choć droga była daleka i kręta, Mira przemierzała ją setki już razy, więc niemal nie poczuły upływu czasu. Stara, solidna leśniczówka, w której Mira spotykała się ze swym szlacheckim kochankiem, jak zawsze miała zamknięte okiennice, aby nie zdradzać obecności czekającego w środku dziedzica. Mira otworzyła drzwi bez lęku, przekonana zastać ciepłe światło lampy i skąpanego w nim ukochanego. Gdy uchylała ciężkie skrzydło, poczuła zaciskające się mocniej wokół jej dłoni zimne palce Jasnej; jednakże niepokój młodszej siostry okazał się chybiony. W leśniczówce, krążąc niecierpliwie wokół ławy, oczekiwał ich istotnie sam jak palec dziedzic. Mira podbiegła ku niemu i przywitała się czule, a Jasna, jakby nie dostrzegając ich wcale, rozglądała się uważnie po wnętrzu pomieszczenia. Wtem drzwi, które Mira ledwo co za nimi zamknęła, otworzyły się powtórnie. W progu stanął obcy, w stroju szlachcica, szczupły jak pień brzozy i jak drzewo wysoki – aby wejść do środka, musiał schylić głowę. Oczy miał wężowe, a skóra jego błyszczała, jakby pokryta cienką warstwą śluzu, i mieniła się w świetle olejnej lampy złocistymi drobinkami, podobnymi do proszku usypującego się z motylich skrzydeł. Jakież straszliwe bóstwa czcił, od jakiego plugawego rodu wywodził swe pochodzenie, o to nikt nie śmiałby zapytać.

 

– Nie lękajcie się go, przybył na moje wezwanie – zapewnił prędko dziedzic, widząc niepokój na twarzach Miry i Jasnej. Osobliwy przybysz na te słowa uśmiechnął się nieznacznie, acz nie mniej upiornie, i zamknął za sobą drzwi leśniczówki.

– Tyś jest Jasna, nie mylę się? – zwrócił się dziedzic do młodszej z sióstr.

– Tak, to ja, panie – odparła grzecznym, lecz nie uniżonym tonem. Patrzyła przy tym śmiało w oczy dziedzica, jakby nie przejmowała się absolutną władzą, jaką miał nad jej życiem. Mira zaś, usunięta na bok, dostrzegła, iż jej ukochany po pospiesznym powitaniu wcale nie zwraca na nią uwagi, lecz wzrok skupia na samej tylko Jasnej, badając przy tym zachłannie każdy kawałek jej ciała.

– Miłujeszli swą siostrę? – pytał dalej.

– Tak, panie, bardzo – przyznała wprost Jasna.

– Czy dla powodzenia jej i swojego nie żal by ci było się z nią rozłączyć?

– Dla jej powodzenia gotowam jest… – Jasna zawahała się i spojrzała na Mirę, na jej wydoroślałą, okaleczoną twarz, na zmęczone codziennym wysiłkiem ręce i liche ubranie. Pamiętała jej ciepły dotyk, najcieplejszy, jakiego doświadczyła ze strony ludzi, jej pomoc, troskę i towarzystwo, gdy były jeszcze młodsze i zadawanie się z Jasną nie skazywało na wzgardę. – Gotowam wszystko oddać – dokończyła, zgadując, iż dziedzic nakaże jej dla dobra Miry opuścić wieś, by ludzie więcej nie gadali, że jest siostrą wiedźmy.

– Wszystko, powiadasz… – powtórzył dziedzic z okrutnym błyskiem w oku. – Dajże mi tedy swe ciało, a wówczas ja oszczędzę jej życie.

Mira zamarła, nie wierząc w usłyszane słowa, Jasna zaś przekonana była, że dziedzicowi chodzi o coś zgoła innego, niż zdawało się wynikać z ich brzmienia. Czyżby chciał złożyć z niej ofiarę, aby oczyścić rodzinę jej i Miry ze skazy?

– Nie rozumiem – rzekła, łudząc się, że istotnie źle pojęła sens dziedzicowych słów.

– Czyż nie dość jasno powiedziałem? – wycedził. – Słuchaj mych rozkazów, to nie ubiję ci siostry. Weź ją stąd precz! – polecił swemu dziwnemu pomocnikowi, wskazując przy tym władczym gestem na Mirę.

– Nie! – krzyknęła Mira z oburzeniem, gdy obcy mężczyzna chwycił ją za ręce, lecz daremnie próbowała mu się wyszarpnąć. Jasna zaś natychmiast utkwiła intensywny, groźny wzrok w lampie, lecz ani płomień, ani chroniący go szklany kaptur nie zadrżały pod jej spojrzeniem. Dziedzic, przejrzawszy jej zamiary, roześmiał się okrutnie.

– Nie masz tu swej mocy! Za sprawą mego towarzysza nie przeklniesz nawet muchy!

Usłyszawszy to, Mira nadludzkim wysiłkiem zdołała wyswobodzić się z objęć czarnoksiężnika. Dobrze rozumiała, że bez mocy Jasnej nie zdołają się uchronić przed dwójką rosłych mężczyzn, zwłaszcza gdy jeden z nich władał magiczną sztuką. Wprawnym ruchem dobyła zza pasa myśliwskiego noża i zamachnęła się nim w kierunku swego przeciwnika. Lecz czarnoksiężnik był potężniejszy, niż to przewidziała – nóż w jej dłoni zaciążył jak potężny głaz i miast podążyć lekko ku piersi wroga, pociągnął jej rękę w dół, rozpruł powietrze przeklętym łukiem i ugodził ją zdradziecko prosto w serce. Długie było ostrze, a Mira dobrze o nie dbała, z łatwością więc rozdarło jej jędrne ciało. Ledwie zdołała się obrócić, by spojrzeć na siostrę oczami jak zawsze łagodnymi i pełnymi uczucia. Nie wypowiedziawszy już ani jednego słowa, padła na podłogę i skonała.

Jasna nie mogła oderwać wzroku od ciała siostry, z którego jak rubiny wypływała świeża, ciepła krew. Chwila ta zdawała się rozciągać na całe wieki, lecz w rzeczywistości Jasna zaraz zerwała się do stołu, przewróciła lampę, tłukąc jej osłonę, i chwyciła za jeden z odłamków szkła, by przyłożyć go sobie do szyi. Oliwa rozlała się po blacie i płonęła, ogień jednak nie spieszył się zstąpić z tłustej kałuży na nagą powierzchnię wilgotnego, gnijącego drewna.

Ręka Jasnej, zaciśnięta na ostrym szkle, zastygła tuż przy szyi. Choć chciała, nie mogła nią poruszyć. To czarnoksiężnik wstrzymywał ją siłą swego nadnaturalnego umysłu, nie tylko ograniczając jej magiczną moc, ale i władztwo nad własnym ciałem. Dusza Jasnej kipiała od gniewu, żalu i rozpaczy, wzniecając ogień w żyłach i podburzając energię myśli. Gdy odwróciła spojrzenie w stronę znienawidzonego dziedzica, coś pękło i ręka Jasnej wyrwała się spod rozkazu czarnoksiężnika. Czy z rozpędu, czy z rozmysłem, rozwścieczona wiedźma przecięła sobie szkłem policzek, po czym rzuciła się w kierunku zdradzieckiego kochanka siostry. Ten jednak, wykorzystując zwyczajną, fizyczną siłę śmiertelnika, chwycił ją za nadgarstki i ścisnął tak mocno, że wypuściła z pokrwawionych palców jedyną broń.

– Głupia! – wrzasnął dziedzic, widząc krwawiącą ranę na jej twarzy, tak podobną do tej, która zabliźniła się niegdyś na obliczu Miry.

– Umorduję! Umorduję! Nic mnie nie powstrzyma! – wysyczała z pasją Jasna.

– Zróbże coś! – warknął dziedzic do czarnoksiężnika, ten jednakże tylko przymrużył wężowe oczy i uśmiechnął się szyderczo, ukazując długie, wąskie zęby.

– Mam ją zabić? – spytał, nie przestając się uśmiechać, a głos jego zabrzmiał jak wiatr, jak donośny szept jesiennego wichru, który przybywa z odległych krain. Słysząc to, Jasna roześmiała się obłąkańczo, jakby całkiem postradała zmysły.

– Zabij mię! – krzyknęła ku dziedzicowi z ogniem w źrenicach. – Zabij mię, a wrócę jako zjawa i umorduję cię we śnie! Wyrwę twoją czarną duszę i porwę do najobrzydliwszych pieczar Zaświatów!

– Na miłość boską! Prawda li to?! – zawył dziedzic do czarnoksiężnika, zarazem starając się trzymać Jasną jak najdalej od siebie. Ona zaś, umocniona emocjami, napierała na niego całą siłą swego delikatnego, dziewiętnastoletniego ciała.

– Prawda, tak się stać może – przyznał czarnoksiężnik, nie tracąc okrutnego humoru. – To mocna czarownica.

– To pożryj jej duszę, jakeś robił z wieśniakami! Abo jej moc odbierz! – podsunął dziedzic, czując narastającą panikę.

Krew z twarzy Jasnej poczęła spływać w dół, po jej szyi, brudzić popielato-beżowe włosy i wsiąkać w sukienkę, jakby i ona, tak jak siostra, nosiła ranę przy sercu. W rysach jej twarzy, spiętych grymasem rozpaczy, pojawiło się nadto coś tak groźnego i nieziemskiego, iż dziedzic gotów byłby dobić najplugawszego targu, byleby na wieki zniknęła mu z oczu.

– Tego uczynić nie mogę, a nawet bym nie chciał. Inny zgoła mam zamysł wobec tej duszyczki – wyznał czarnoksiężnik, lecz ani dziedzic, ani Jasna nie pojęli w pełni znaczenia jego słów.

– Bądźże przeklęty, czarcie! Uwolnij mnie od niej! – wykrzykiwał dziedzic w przerażeniu. – Dam ci, czego zażądasz! Dam ci wieś całą! Dam ci tyle chłopstwa, ile zechcesz! Z każdego domu poślę ci dziewicę! Kupię ci dziewki z innych folwarków! Zróbże coś tylko!

– Klątwa – podchwycił czarnoksiężnik z podłym zadowoleniem. – To uczynić mogę. Tyle tu nieszczęścia i tyle nadziei – dodał, znów niezrozumiale dla rozszalałej w gniewie i strachu dwójki. Zbliżył się bezgłośnie, jakby płynął przez eter, i zawisnął przed Jasną, która wbrew swej woli rozluźniła ciało, a dziedzic puścił ją ostrożnie i cofnął się kilka kroków, chowając się za czarnoksiężnikiem. Ten zaś długimi palcami sięgnął ku ranie wiedźmy i zebrał z niej krew, roztarł między oślizłymi opuszkami i przyłożył sobie do warg, by móc jej posmakować.

– Sama dla się jesteś największym przekleństwem, sama sobie zadasz najokrutniejsze cierpienie. Poczucie winy nieustannym bólem będzie trzymać cię przy życiu, wstyd jako kotwica uwięzi cię na tym padole, a strach i żal sparaliżują twój talent. W jeden tylko sposób będziesz mogła się wyzwolić – przecząc sobie! Póki nie zapragniesz swej mocy, póki nie rozmiłujesz się w mężczyźnie, póki nie zapomnisz o siostrze, póty trwać będziesz jako nieboskłon bez słońca i jako noc bez księżyca, niczym wieczna próżnia pozbawiona treści. Oto klątwa, którą sama sobie zadałaś i przede którą się nie uchowasz!

Jasna, nagle otrzeźwiała z zamętu, który opanował jej myśli, słuchała go z napiętą twarzą, o oczach rozwartych od strachu i nozdrzach rozdętych od gniewu. Nie podobało jej się to, co wypowiedział, zbytnio osobiste były to słowa, jakby czarnoksiężnik nieruchomymi złotymi oczyma zajrzał do głębi jej duszy i rozebrał z wszelkich pancerzy.

– Tyle tylko? Nic ponadto? – zakrzyknął dziedzic, zawiedziony i wzburzony ułożonym przez czarnoksiężnika zaklęciem.

– Nie jęczże, śmiertelniku – odparł mu ten surowo, tonem chłodnym jak północne wiatry. – Nic ci od niej więcej nie grozi. O mnie się teraz martw i o zapłatę za moje usługi. Odejdź precz! – ponaglił go wyniośle, jakby on był tu panem i jego należało się lękać, i może w istocie tak właśnie było. Wówczas właśnie począł dziedzic przeczuwać, że zawarł pakt z podlejsza Istotą, niż pierwej sądził, za późno jednak już było, by móc się z tego wycofać, posłusznie więc wyśliznął się z leśniczówki i pognał do dworu.

– Cofnij klątwę – rzekła hardo Jasna, patrząc wprost w oczy diablego maga.

– Nie leży to w mej mocy. – Uśmiechnął się okrutnie. – Sama się nią spętałaś, ja ci tylko dopomogłem. Przekleństwo to nie miecz, lecz oślizły pasożyt. Jedynym sposobem, by go ubić, jest pospolite zagłodzenie go. Pociesz się myślą, że jeśli zwyciężysz, staniesz się mocniejsza jeszcze niż dotychczas i nic wówczas nie stanie na drodze twej zemsty. O ile, rzecz jasna, będziesz wciąż o niej pamiętać.

Co powiedziawszy, odwrócił się ku drzwiom i popłynął przed siebie, nie wzniecając żadnych dźwięków.

– Czekajże! Stój! – zawołała Jasna, ale nie usłuchał. Ruszyła za nim, lecz on już zamknął drzwi, a gdy wybiegła na zewnątrz, rozpłynął się bez śladu w leśnym mroku. Niemal w tej samej chwili leśniczówka zapłonęła nagle jak potarta zapałka. Zajęła się ogniem z lampy, którego żarłoczność dotychczas powstrzymywał czarnoksiężnik.

Jasna, by schronić się od lecących ku niej wielkich jak owady iskier, pobiegła przed siebie, z trudem odnajdując drogę nad porzucony przez ludzi staw. Wędrówka między drzewami, zawsze tak prosta, jakby kto ją prowadził za rękę, teraz zmieniła się w błądzenie po omacku, nieporadne, przynależne śmiertelnikom. Wreszcie, z poranionymi stopami i rozdartą o zarośla sukienką, Jasna dotarła do swojego sanktuarium. Płytka woda nie przywitała jej jednak cudami, jak to się działo dotychczas. Stała cicha, martwa, ponuro odbijając w swej toni czarne niebo. Jasna przysiadła przy brzegu i objęła kolana rękoma. Wpatrywała się w taflę stawu, ale myśl jej nie była już władna odmienić wód.