Grzeczna dziewczynkaTekst

Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Grzeczna dziewczynka
Grzeczna dziewczynka
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 63,80  51,04 
Grzeczna dziewczynka
Audio
Grzeczna dziewczynka
Audiobook
Czyta Gabriela Całun
33,90  24,75 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

1 Rozdział 1

2  Rozdział 2

3  Rozdział 3

4  Rozdział 4

5  Rozdział 5

6  Rozdział 6

7  Rozdział 7

8  Rozdział 8

9  Rozdział 9

10  Rozdział 10

11  Podziękowania

Copyright for the Polish Edition

© 2020 Wydawnictwo Edipresse Sp. z o.o.

Copyright for the Text © 2020 Anna Sakowicz

Wydawnictwo Edipresse Sp. z o.o.

ul. Wiejska 19

00–480 Warszawa

Dyrektor Zarządzająca Segmentem Książek: Iga Rembiszewska

Senior Project Manager: Natalia Gowin

Produkcja: Klaudia Lis

Marketing i promocja: Renata Bogiel-Mikołajczyk

Digital i projekty specjalne: Tatiana Drózdż

Dystrybucja i sprzedaż: Izabela Łazicka (tel. 22 584 23 51)

Redakcja: Katarzyna Wojtas

Korekta: Jolanta Kucharska, Anna Parcheta

Projekt okładki: Magdalena Zawadzka

Zdjęcia na okładce: Shutterstock

Biuro Obsługi Klienta

e-mail: bok@edipresse.pl

tel.: 22 278 15 55

(pon.–pt. w godz. 8:00–17:00)

facebook.com/edipresseksiazki

facebook.com/pg/edipresseksiazki/shop

instagram.com/edipresseksiazki

ISBN 978-83-8177-530-4

Wszelkie prawa zastrzeżone. Reprodukowanie, kodowanie w urządzeniach przetwarzania danych, odtwarzanie w jakiejkolwiek formie oraz wykorzystywanie w wystąpieniach publicznych w całości lub w części tylko za wyłącznym zezwoleniem właściciela praw autorskich.

Wersję elektroniczną przygotowano w systemie Zecer firmy Elibri

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział 1

Rozdział 1

Jeszcze tylko parę wiosen1

„K” jak jedno z najbardziej soczystych wulgaryzmów w języku polskim, pomyślała i otworzyła słownik wyrazów obcych online. Wybrana litera pasowała do jej nastroju. Miała ochotę zakląć. Poczuła już przekleństwo na języku, jednak ostatecznie nie pozwoliła mu wybrzmieć w powietrzu. Zamiast tego przejrzała listę zapożyczeń zaczynających się na „k”. Szukała czegoś odpowiedniego. Miało być trudne do zapamiętania.

– Kantarydyna2 – przeczytała, potem kilka razy powtórzyła słowo, niejako smakowała je, sprawdzała, jak ułoży się w ustach. – Kantarydyna, kantarydyna… Potem złożyła litery od końca, jakby przewracała przedmiot na drugą stronę i sprawdzała, jaki będzie od spodu, jak jest wykończony i pozszywany. Ale wspak nie był przyjazny, nie dawał się zapamiętać ani płynnie wymówić. Zgrzytał. Potykała się o litery, ale sprawiało jej to przyjemność. To jak dźwiganie sztangi w siłowni. Najpierw jest ciężko, ale z czasem ćwiczenia przynoszą radość, podnoszą poziom endorfin. Tak się właśnie czuła, była zadowolona.

– Kantarydyna… kan-ta-ry-dy-na… kan-ta-ry-dy-na – smakowała niczym Białoszewski swoją szarą nagą jamę w Niewyczerpanej odzie do radości.

Kliknęła łącze, by sprawdzić znaczenie.

– Trująca substancja we krwi muchy hiszpańskiej – przeczytała. Wyraz był idealny. Pasował do jej biernego zasobu słów. Nie podejrzewała, by miała potrzebę go kiedykolwiek użyć. Odłoży go więc do kategorii „na później”. Kiedy zapomni tych powszednich jak „chleb”, będzie czerpać z zapasów.

– Kantarydyna – powtórzyła szeptem. – Kanta… ry… dyna. – Pierwsza część była łatwa do zapamiętania, bo skojarzyła się jej z Immanuelem Kantem. Rydyna brzmiała prawie jak uryna, więc też szło wbić sobie do głowy w miarę prosto. – Kanta uryna – zaśmiała się. – Kantarydyna…

* * *

Na drugi dzień Miranda postawiła kropkę na końcu ostatniego zdania książki i szybko chwyciła za chusteczkę, by wydmuchać nos. To była bardzo wzruszająca scena, pomyślała. Łzy rozmazywały jej obraz na monitorze. Wytarła powieki, a potem spojrzała jeszcze raz na stronę. Uważnie ją przeczytała.

– I gitara… – powiedziała do siebie, a na jej twarzy dla odmiany zagościł uśmiech. Wiedziała, że kobiety pokochają ją za tę scenę. Przez lata nauczyła się manipulować uczuciami czytelniczek. Umiała przewidzieć, kiedy będą się śmiać, a kiedy płakać. – Moje „geniusiostwo” mnie czasami zadziwia – zaśmiała się w głos i jeszcze wygodniej rozpostarła się na łóżku. Uwielbiała to słowo. Doskonale odzwierciedlało coś z pogranicza szaleństwa i geniuszu wyrosłego na podwalinach absurdu i groteski.

Pogłaskała kota, który spojrzał na nią z podziwem. To prawda, że jego pani była najlepsza. Nikt tak dobrze nie karmił. Leoś mruknął zadowolony i wygodnie się rozłożył obok swojego człowieka. W nagrodę za kocie potwierdzenie słów Mirandy sierściuch został wygłaskany. W powietrzu zawirowały czarne kłaczki.

– Chyba coś zjemy, nie? – spytała kota. Potem odłożyła laptopa, wstała z łóżka i otrzepała dresy. Podciągnęła wyżej spodnie i, odnalazłszy kapcie, wsunęła w nie stopy. Wtedy skierowała się do kuchni. Kot pobiegł przodem, dobrze odczytując intencje Mirandy.

Otworzyła lodówkę. Na jednej z półek stały wyłącznie puszki dla Leosia. Reszta nie napawała optymizmem. Sięgnęła po sojowe parówki i spojrzała na datę ważności. Jeszcze można je zjeść, pomyślała, najwyżej przegoni mnie do toalety.

Zaśmiała się, a kot miauknął, przypominając o swojej misce. Szybko więc ją wypełniła, a potem zabrała się do jedzenia parówek. Wycisnęła na talerz sporą ilość keczupu i musztardy. Ukroiła kromkę chleba i zagryzła ją z przyjemnością, choć nie była pierwszej świeżości. Przez ostatnie dni nie miała jednak czasu na zakupy, kończyła powieść. Wtedy nie istniał świat na zewnątrz, oddawała się całkowicie tworzeniu i zapominała o rzeczywistości. Na szczęście zapas żelków, czekolady i dobrego wina był wystarczający.

Podrapała się po brzuchu. Od razu westchnęła, ponieważ jego miękkość ją zaskoczyła. Poprawiła więc koszulkę i bluzę dresową, by nie odkrywały cienkich fałdek ukochanego ciała.

– Dobrze jest, psiakrew, a kto powie, że nie, to go w mordę! – zacytowała Witkacego. Leoś próbował to skomentować na swój koci sposób, lecz w tym momencie zadzwonił telefon. Miranda drgnęła na krześle i sięgnęła po aparat. Numer był nieznany, ale odebrała. Zdziwiła się, kiedy w słuchawce usłyszała głos swojej babki Zuzanny, której nie widziała chyba od dziesięciu lat.

– Przyjedziesz po mnie? – spytała seniorka bez kurtuazyjnych wstępów, a Mirandę zmroziło. Jak to, czy przyjadę? Przecież się nie lubimy! Babce nie odpowiadał sposób życia wnuczki i nie krępowała się wyrażać głośno swoich opinii. Córka też nie spełniała jej oczekiwań, bo złośliwie postanowiła zachorować na alzheimera.

– Po co? – spytała zaskoczona.

– Jestem chora. Nie będę owijać w bawełnę, bo nie daję sobie rady, a na moją córkę oczywiście nie mogę liczyć.

– Przypomnę ci, że ona jest chora.

– Chora, chora – mruknęła. – Ma kłopoty z pamięcią i tyle. A jeszcze nie wiadomo, czy nie udaje, bo nie pamiętać zawsze jest wygodniej!

Miranda westchnęła, ale nie skomentowała ostatniego zdania.

– Co ci jest?

– Przyjedź po mnie, proszę cię – powiedziała już innym tonem. – Źle się czuję, boję się być sama. Kilka dni… Ze mną koniec będzie…

– A czego się boisz?

– Że umrę w tym mieszkaniu i znajdą mnie dopiero, jak zaśmierdnę. Nie chcę zaśmierdnąć i rozłożyć się na dywanie. Ten dywan to dziadek jeszcze kupił, jak był na wycieczce w Kowarach, więc sama rozumiesz.

– Kilka dni… Masz przecież opiekunkę…

– Słuchaj. – Nagle babka ściszyła głos. – Jej nie można ufać! Ta dziewucha to tylko patrzy, jak mnie okraść.

– Myślę, że jednak…

– Kochana moja wnusiu, czy ja cię przez te wszystkie lata o coś prosiłam? – spytała.

– No… – Miranda zastanowiła się i w końcu musiała babce przyznać rację. Przecież nie rozmawiały ze sobą prawie przez dekadę.

– A widzisz. Teraz naprawdę potrzebuję pomocy, a mam tylko ciebie – powiedziała błagalnym tonem. – Ja tu umrę, boję się – zaszlochała.

– Ech… – westchnęła wnuczka. – Boisz się? – powtórzyła, zawieszając się tylko na tej części wypowiedzi. Wiedziała, że będzie żałować swojej decyzji, ale ostatecznie zgodziła się przywieźć do siebie babkę. – Dobrze, siedem dni, żebyś wydobrzała, a potem cię odwiozę, może tak być?

– Doskonale – odparła. – Powinnam dojść do siebie przez ten czas.

– Tylko pamiętaj, ja mam pracę – ostrzegła.

– Masz wreszcie normalną pracę? – Staruszka ucieszyła się.

– Nie, ciągle tę nienormalną. Siedzę, wymyślam historie i piszę.

– Czyli cały czas kłamiesz za pieniądze – podsumowała babka w swoim stylu. – A słuchaj… – znów zmieniła ton. – To jak już się zgodziłaś i mogę przyjechać, sąsiad mnie do ciebie podwiezie, nie będziesz musiała się fatygować, co? Byłoby szybciej. Jestem spakowana, więc to nie będzie problem.

Aha! Wszystko jednak babka przemyślała i zaplanowała! Telefon był tylko taką pseudokurtuazyjną próbą wproszenia się do niej na kilka dni.

– Babciu… – zaczęła, jednak staruszka weszła jej w słowo, że bardzo dziękuje i że jutro koło południa będzie, bo już się dogadała z sąsiadem. Nawet pieniędzy od niej nie chciał na paliwo, taki szarmancki. Potem jeszcze dopowiedziała, jak to wszyscy wokół bardzo ją lubią i są dla niej mili. Miranda chciała jej poradzić, że w takim razie nie ma co się ruszać z domu, ale babka zakończyła już swój wywód i się rozłączyła. – No to pięknie… – szepnęła. Kot otarł się o jej nogi i mruknął. – Niestety, Leosiu, nadchodzi armagedon i musimy się na niego psychicznie przygotować.

 

Miranda spojrzała na zegarek. Zdąży jeszcze pojechać na zakupy. Musiała zaopatrzyć lodówkę i posprzątać mieszkanie przed jutrzejszym najazdem Hunów, bo jeżeli babcia nie zmieniła się przez ostatnie dziesięć lat, to jej krucha postać wciąż była tylko przykrywką dla całego stada dzikich koczowników.

* * *

Nazajutrz Miranda w tym samym wyciągniętym dresie, w którym spędziła poprzedni dzień, sprzątała dom. Myła okno w pokoju, w którym miał mieszkać jej nieplanowany gość. Wycierała kurze, przygotowywała pościel. Doskonale wiedziała, że babka była lepsza niż oddział pracowników

sanepidu, a biała rękawiczka perfekcyjnej pani domu to przy niej mały pikuś. Sprawdzi każdy kąt, czy nie ma w nim drobinek kurzu.

– Leoś! – krzyknęła na kota, który wskoczył na czystą pościel. – Zakłaczysz!

Kocur przeciągnął się leniwie i jeszcze wygodniej się rozłożył. Nie spodziewał się przecież żadnego gościa.

– Jestem wykończona… – Miranda przysiadła obok Leosia i pogłaskała go po futerku. – Spociłam się jak mysz. – Wytarła pot z czoła. Jej policzki były rozgrzane. Związała mocniej włosy, bo mokre kosmyki opadały jej na twarz. I wtedy rozbrzmiał dzwonek domofonu. Kobieta podeszła do monitora, by sprawdzić, kto przyszedł. Od razu miała ochotę schować się za szafą i udawać, że nikogo nie ma w domu. Jednak przyzwoitość zwyciężyła. Nacisnęła przycisk z kluczykiem. Zamek zazgrzytał. Dopiero wtedy podeszła do drzwi, bo babka przekroczyła już próg posesji. Furtka trzasnęła. Staruszka wchodziła po schodach, wspierając się jedną ręką o drewnianą laskę.

Miranda czuła, że najbliższe dni zmienią się w koszmar. Przerabiała to wiele lat temu, ale nigdy na tak długo. Zawsze dwa dni z babką kończyły się wielką awanturą, obrazą i fochami staruszki, a u niej pojawiały się wizje morderczych scen, a także tytuł jednego z jej ulubionych filmów Starsza pani musi zniknąć.

– Cześć, babciu – powiedziała, siląc się na uprzejmy ton.

– Tutaj walizkę zostawiam! – krzyknął kierowca i po chwili wsiadł do auta.

Dziwne, pomyślała Miranda, nawet nie pomógł starszej pani wnieść bagażu do środka, tylko odjechał. Może bał się, że babka zdecyduje się od razu na powrót? Zachichotała w myślach. Kilka godzin z Hunem w małym aucie było pewnie ponad siły tego faceta. Na jego miejscu wiałabym, gdzie pieprz rośnie, dodała.

– No, nareszcie jestem! Ty nawet nie wiesz, jak ten mój sąsiad jeździ! Jak wariat! Mówię ci, wokół same wariaty! Idź po tę walizkę, bo zaraz ukradną.

– Tu nikt nie kradnie, to spokojna dzielnica.

– Znam takie spokojne dzielnice – odparła babka, rozglądając się. – Domy jak u Żydów – dodała, a Mirandzie aż ciarki przeszły po plecach. – Dawniej to tak Żydzi mieszkali w moim miasteczku.

„Tak”, czyli jak?, zastanowiła się Miranda, ale babcia kontynuowała swój wywód. Od razu więc dowiedziała się, że w bliżej nieokreślonej przeszłości Żydzi mieszkali w parterowych domach krytych czerwoną dachówką. Aż bała się zapytać, jak w takim razie mieszkali porządni polscy katolicy. Nie skomentowała jednak wypowiedzi seniorki.

– Tu będziesz spała. – Wnuczka pokazała pokój gościnny i starannie zaścielone łóżko. Babka rozejrzała się po wnętrzu i stwierdziła, że może być. Przeszkadzały jej tylko regały z książkami, bo od tego tylko kurz i choroby, ale potem machnęła ręką i powiedziała, że się przemęczy.

– A tu są moje zastrzyki. – Podała Mirandzie plastikową torebkę. – Będziesz mi je dawać wieczorami.

– Ja? – zdziwiła się i ostrożnie wzięła pakunek, jakby zawierał dynamit i nie można nim było wstrząsnąć, by nie spowodować spektakularnej rozpierduchy. – Przypominam ci, że nie jestem fachowcem w tej dziedzinie.

– Tego nie da się zapomnieć – mruknęła babka. – Na niczym się nie znasz. A co to za filozofia wbić igłę w dupę i wycisnąć zawartość strzykawki? Każdy głupi to umie.

– Aha – westchnęła. – Każdy głupi oprócz mnie… Pójdę później do sąsiadki, jest pielęgniarką, to poproszę ją, żeby dawała ci te zastrzyki.

– No i rychtig.

Miranda nie dopytywała już, na co są te lekarstwa, ale gdy babka po chwili zaczęła kaszleć, wycofała się z pokoju i dała jej czas na rozpakowanie. Przeszła do kuchni, by postawić na kuchence zupę, którą gotowała od rana. Nie miała pojęcia, co lubiła jej babka, więc ugotowała zupę pietruszkową. Nie wymagało to zbyt dużo wysiłku, a było smaczne i pożywne. Nie wyobrażała sobie też, że nagle na jej stole znajdzie się mięso, więc czekało ją jeszcze poinformowanie seniorki, że jej wnuczka jest wegetarianką.

Wrzuciła na patelnię ziarnka słonecznika, by się uprażyły, gdy w kuchni pojawiła się Zuzanna. Miranda uświadomiła sobie, że nawet się nie objęły na powitanie. Zupełnie jak dwie obce sobie osoby. Jednak na myśl, że staruszka ją dotyka, wzdrygnęła się. Nie wyobrażała sobie żadnego kontaktu fizycznego z babką. Nigdy jej nie lubiła. Już jako dziecko płakała na jej widok, a że rodzice ciągle się z nią kłócili, nie musiała jej zbyt często odwiedzać. Z czasem nawet rozmowy telefoniczne stały się coraz rzadsze. Babcia miała swoje życie, oni swoje. Brat Mirandy wyjechał do Szwecji, gdzie pracował od piętnastu lat, i rzadko bywał w Polsce. Tam założył rodzinę i chyba wsiąkł w tamtejszy klimat. Rodzice mieszkali kilka kilometrów od niej i codziennie od czterech lat zmagali się z alzheimerem. Miranda miała czasami wrażenie, że jest członkiem rodziny Adamsów, a nie Świerków. Zresztą dlatego pisała pod pseudonimem jako Dobson. Miranda Dobson brzmiało światowo i zdecydowanie lepiej wyglądało na okładce niż Świerk.

– Co tam ugotowałaś? – spytała babka i zajrzała jej przez ramię. – Wygląda jak kupa niemowlaka – skomentowała.

– To krem z pietruszki z gruszką – wyjaśniła. – Jest bardzo dobry i zdrowy.

– No – zaśmiała się babka i nagle poklepała wnuczkę po brzuchu. Skóra zatrzęsła się niczym galareta. – Dobrze to ty wyglądasz. Jak pomieszkam tu kilka dni, to będę gruba jak ty.

Miranda miała ochotę przegryźć staruszce tętnicę. Ważyła sześćdziesiąt pięć kilo przy wzroście metr siedemdziesiąt. Czuła się dobrze w swoim ciele, choć doskonale wiedziała, że już dawno temu pozbyła się kaloryfera z brzucha. Zmienił się w sflaczałe ciasto, które poddało się grawitacji i stało się galaretowate. Może i nie było przyjemne w dotyku, ale nie zamierzała z tego powodu rozpaczać. A zasuszone i zgarbione ciało babki na pewno wyglądało lepiej, oj tak! Chętnie by jej podsunęła pod nos lustro. Obawiała się tylko tego, że wzrok bazyliszkowy powaliłby seniorkę na miejscu i musiałaby się tłumaczyć na policji, jak to się stało, że szanowna babcia zeszła z tego świata od razu po przekroczeniu progu domu swojej pierworodnej wnuczki.

– Ty też niczego sobie – odparła, stawiając na stole talerze z zupą. Po chwili na środku każdego z nich zrobiła kleksik z naturalnego jogurtu i posypała go prażonym słonecznikiem.

– No teraz to wygląda jak kupa niemowlaka, który nażarł się pestek – zakpiła babcia i z obrzydzeniem zamieszała w talerzu. Po chwili włożyła jednak łyżkę do ust. Zaraz drugą i trzecią. Więcej się nie odzywała, choć kilka razy wypluła na stół słonecznik. Miranda przyklasnęła w myślach, że dobra nasza, bo babka wyskrobała talerz do czysta i poprosiła o dokładkę.

– Tylko bez pestek! – zaznaczyła.

– Smakuje ci?

– Jem, żeby się nie zmarnowało – odparła. – Ponadto dzisiaj środa, a ja w środy i piątki nie jem mięsa.

– No tak… – westchnęła i podała dokładkę.

– Ale ty jak chcesz mięcho, to się nie krępuj. Mnie nie przeszkadza.

– Ja nie jem mięsa w ogóle – odparła Miranda.

– Jak to w ogóle?

– Normalnie. Jestem wegetarianką, kocham zwierzęta, więc ich nie jem.

– To ty się tak upasłaś na roślinach? – szczerze zdziwiła się staruszka i znów pokazała na brzuch wnuczki, która szybko pociągnęła dres i jeszcze bardziej się przygarbiła. Dotarło do niej, że kilka dni z babką pod jednym dachem wpędzi ją w kompleksy. Przypomniała też sobie, jak Zuzanna dokuczała swojej córce i bratowej. Zresztą dla niej każdy zawsze był za gruby. Najważniejsze kryterium oceny człowieka – tusza! Drugie kryterium – zarost, na szczęście to dotyczyło tylko mężczyzn.

– No widzisz. To dowód na to, że mięso nie jest potrzebne.

– Jak se chcesz… Ale jak się od tego pochorujesz, to nie miej do mnie pretensji, że cię nie ostrzegałam – powiedziała babka i włożyła kolejną łyżkę zupy do ust. Zaraz jednak spojrzała na Mirandę i spytała, czy jej miłość do zwierząt obejmuje także niekupowanie skórzanych butów i torebek. Kobieta westchnęła.

– Staram się nie kupować takich – odparła, ale od razu zwizualizowała swoje skórzane obuwie zalegające w szafie. To był jej słaby punkt i bardzo się go wstydziła. Nie myślała, że babka jej to wytknie.

– Bo wiesz… – kontynuowała zadowolona staruszka. – Raczej świnki samowolnie nie zrzucają skóry.

– Co zamierzasz u mnie robić? – spytała Miranda, zmieniając temat. – Pamiętaj, że ja muszę pracować. Kończę akurat książkę i chcę mieć spokój.

– Posiedzę sobie w pokoju i pomówię paciorki. Najważniejsze, że nie będę sama, bo ja ci powiem, wnusiu kochana, ja się tak bardzo boję tej śmierci… Ja wiem, że ona już po mnie idzie. Czuję to w gnatach.

– A czego tak się boisz? – spytała Miranda. Zrobiło się jej żal babki, a złość na nią szybko minęła.

– Bo ja nie wiem, czy wszystko odpokutowałam… Boję się, że mnie diabły w smole będą gotować… W telewizji mówili, że najgorszy jest czyściec, tam podobno straszniej niż w piekle. A ja bym tak chciała od razu do nieba, więc przyjechałam do ciebie. Taką pokutę sobie narzuciłam.

Miranda spojrzała na babkę. W pierwszej chwili pomyślała, że Zuzanna żartuje, ale wystarczył rzut oka, aby się przekonać, że mówiła śmiertelnie poważnie. Naprawdę się bała. Miranda miała ochotę uśmiechnąć się na wyobrażenie diabłów mieszających w kotłach ze smołą. Pamiętała takie obrazki z dzieciństwa. Jednak widząc przerażenie babki, powstrzymała się przed podniesieniem kącików ust. Nie zwróciła też uwagi na ostatnią część wypowiedzi o pokucie. W przeciwnym razie nie byłaby taka spokojna, bo co oznaczało pokutowanie według babki, tego nie wiedział nikt.

– Nie ma się czego bać – pocieszyła ją łagodnym głosem. – Nie ma diabłów. A piekłem mogą być tylko inni ludzie – dodała filozoficznie, choć wiedziała, że jej babka nigdy nie słyszała o egzystencjalizmie Sartre’a. Za to dawniej była doskonała w urządzaniu piekła swojej córce i mężowi.

– Już ja swoje wiem.

– Gdybyś czegoś potrzebowała, będę za drzwiami – powiedziała. Potem spojrzała na babkę. Miała pomarszczoną skórę i długie siwe włosy zaplecione w warkocz wokół głowy. Wyraz twarzy sprawiał nieprzyjemne wrażenie. Zmarszczki wokół ust sugerowały, że była to osoba, która raczej się nie uśmiechała. – A jak się czujesz?

– Bardzo źle, oj źle. Kulfy mnie bolą – poskarżyła się, dotykając nóg. – Tak mnie napierniczają, że nie mogę chodzić! Gdyby nie one, to ja bym tu latała!

Miranda przełknęła ślinę i skomentowała w myślach, że chwała Bogu za te bolące kulfy. Inaczej jej prywatny Hun miałby siłę tajfunu.

– To odpocznij sobie w pokoju, a ja pójdę pracować.

– A drugie danie? – spytała nagle seniorka i rozejrzała się po kuchni.

– Jakie drugie?

– No drugie! Kartofelki, sosik, surówka… Co ty myślałaś, że ja się taką papką najem?! – podniosła głos, a Miranda otworzyła usta ze zdumienia. Zjadła przed chwilą to, co babka, a czuła się najedzona. Jak to możliwe, że ten kruchy zasuszony człowieczek nie napełnił się zupą?

– Nie ma… Ja zawsze tylko jedno robię. Jeżeli się nie najadłaś, to mogę ci dolać.

– To na co czekasz? Głodna jestem!

Miranda napełniła ponownie jej talerz. Postawiła naczynie przed seniorką i przez chwilę obserwowała, jak babcia pochłania następną porcję. Potem kilka razy się jej odbiło i wreszcie stwierdziła z zadowoleniem, że czuje się pełna.

– Czyli mogę iść popracować?

Babka przytaknęła i od razu zaznaczyła, że teraz będzie myć talerze po obiedzie. Kiedy wnuczka pokazała jej zmywarkę, staruszka stwierdziła, że to dobre urządzenie, ale nie wolno tam wkładać brudnych rzeczy, bo zaraz się zapaskudzi. Umyła więc naczynia i dopiero potem włożyła do maszyny. Miranda nie miała siły się z nią szarpać, uspokoiła się w myślach, że to tylko kilka dni. Wzięła błąkającego się pomiędzy nogami Leosia i poszła do swojej sypialni. Wygodnie umościła się na łóżku. Położyła na kolana podkładkę pod laptop i otworzyła plik z książką. Zaczęła czytać ostatni rozdział, gdy usłyszała chodzącą po domu Zuzannę. Podłoga wyłożona była deskami, więc stukanie laską niosło się po wszystkich kątach.

 

– Dobra, tylko spokój nas uratuje – szepnęła do Leosia. Kot wiedział, że jego pani podczas pracy musi mieć idealną ciszę, bo inaczej zacznie się miotać. Zamruczał więc uspokajająco.

Miranda nie mogła się skupić na tym, co czytała. Cały czas nasłuchiwała kroków drepczącej babki i zastanawiała się, po co robi ten obchód. Wreszcie, gdy kroki zaczęły się zbliżać do gościnnego pokoju, miała nadzieję, że zaraz ucichną. Aż wstrzymała oddech w oczekiwaniu na to, co się za chwilę wydarzy.

Staruszka faktycznie weszła do swojego pokoju. Usiadła w fotelu uszaku i zaczęła się rozglądać po wnętrzu.

– Po co komu tyle książek? Tylko kurz zbierają – wymamrotała pod nosem. Potem wstała i otworzyła swoją walizkę. Wypakowała resztę ubrań i włożyła je do szafy, w której wnuczka przygotowała jej miejsce. Znów usiadła i znów spoglądała po woluminach. – Mam swoją – powiedziała wreszcie i pogładziła dłonią książeczkę do nabożeństw. Zaczęła półszeptem czytać.

Miranda za ścianą odetchnęła. Wreszcie nastała cisza. Skupiła się na swojej historii. Wprowadzała poprawki, gdy nagle ktoś zapukał do jej drzwi i po chwili stanęła przed nią babka. Wnuczka aż podskoczyła, bo zapomniała o staruszce. Szybko rzuciła okiem na zegar, bo wystraszyła się, że może podczas pracy nie zauważyła, jak szybko upłynęło kilka godzin.

– Ożeż – jęknęła na widok wyświetlacza. Minęło zaledwie piętnaście minut! – Co się stało? – spytała. – Babciu, ja muszę pracować.

– To pracuj, pracuj. Ja ci nie przeszkadzam. – Staruszka usiadła na łóżku i przyglądała się Mirandzie.

– Ale ja tak nie umiem. Muszę być sama.

– A ten sierściuch ci nie przeszkadza?

Leoś spojrzał na babkę i miauknął, jakby chciał jej powiedzieć, co o tym sądzi. Został jednak zignorowany przez seniorkę.

– Co się stało? – spytała wnuczka, by jak najszybciej skończyć rozmowę. – Potrzebujesz czegoś?

– Słuchaj… Tak sobie pomyślałam, że może byś mi dała jakąś książkę do przeczytania, bo siedzę tam w tym pokoju i się nudzę.

Miranda wstała i poszła do swojej biblioteczki. Spojrzała na tytuły na grzbietach książek i chwilę analizowała, co może się spodobać jej babce. W końcu sięgnęła po Oskara i panią Różę. Nie była to zbyt obszerna lektura, więc seniorka, która do tej pory czytała jedynie książeczkę do nabożeństwa i historię ojca Pio, sobie poradzi.

– Może być?

– Oskar i pani Róża – przeczytała tytuł. – Dziwne imiona. A może mi dasz też jakąś swoją?

Miranda o mało co się nie zakrztusiła własną śliną. Babka nigdy przecież nie czytała jej książek. Gardziła tym, co robiła wnuczka, więc skąd ta nagła zmiana?

– Nie wiem, czy ci się spodobają…

– Dawaj, ocenię – odparła zdecydowanym głosem. – Mam tu odbyć pokutę, to będzie w sam raz – dodała z wrodzoną sobie złośliwością.

Miranda zacisnęła zęby, ale położyła przed nią trzy swoje pierwsze powieści. Na początek to na pewno wystarczy, a seniorka będzie miała w czym wybierać.

– Ale ja twoje chciałam.

– To są moje.

– To jest jakaś Mi-ran-da Dob-son – stwierdziła, z trudem odczytując obco brzmiące nazwisko. – A ty przecież jesteś Mirosława Świerk.

Kobieta parsknęła śmiechem. Kompletnie zapomniała o tym, że pisała pod pseudonimem, a babka przecież o tym nie wiedziała. Otworzyła więc skrzydełko okładki i pokazała jej swoje zdjęcie.

– Zobacz, to ja. – Pokazała palcem. – Tu napisali, że to mój pseudonim literacki.

– To ty się wstydzisz ojca i matki, że ukrywasz się pod jakimś pseudonimem?

– Nikogo się nie wstydzę, ale po prostu źle wyglądało na okładce moje prawdziwe imię i nazwisko – wyjaśniła, a w tym momencie babka się przeżegnała, jakby próbowała odgonić od siebie złą moc wnuczki, która sprzeniewierzyła się rodzinie i sama siebie nazwała Dobsonem. Co to w ogóle znaczyło? Albo ta Miranda! Jak mirabelka. Toć świerk nie może być gorszy od pospolitej śliwki! Już miała to wnuczce wyjaśnić, gdy ta zakręciła się na pięcie, rzuciła, że musi pracować, i zniknęła za drzwiami pokoju.

– Skaranie boskie z tą dziewuchą – stwierdziła babka. – To staropanieństwo na pewno rzuciło się jej na mózg!

* * *

Kiedy Miranda twardo spała, nagle drzwi do jej pokoju się uchyliły. Podłoga skrzypnęła i tuż przy łóżku stanęła starsza pani. Spoglądała przez chwilę na wnuczkę, aż wreszcie krzyknęła:

– Pobudka, śpiochu!

Miranda podskoczyła na łóżku. Natychmiast usiadła, bo zupełnie zapomniała o swoim gościu, a raczej nikt do jej sypialni nie zaglądał. Przynajmniej taki stan utrzymywał się przez ostatnie osiem lat. Tyle czasu prowadziła radosne życie singielki i nie uprawiała seksu, więc zawsze budziła się w swoim łóżku, leżąc najwyżej koło Leosia. Dlatego widok babki był niczym kubeł zimnej wody.

– Co się stało? – spytała, przecierając z przerażenia oczy. Miała nad sobą chudą, pomarszczoną twarz z zapadniętymi policzkami i rozwianym siwym włosem. Zuzanna wyglądała jak postać z horroru. Szczerzyła się w bezzębnym uśmiechu nad wnuczką i właśnie wyciągała do niej kościstą dłoń, by szarpnąć ją za ramię.

Miranda odsunęła się, potem rzuciła okiem na zegarek stojący na szafce nocnej i znów opadła na poduszkę.

– Babciu, jest piąta czterdzieści!

– No właśnie – odparła spokojnym głosem. – Kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje.

– Ja do pierwszej w nocy pracowałam! Chcę się wyspać!

– Wstawaj, wstawaj, skoda dnia! – zasepleniła z powodu braku sztucznej szczęki.

– Daj mi pospać! Wyjdź! Bardzo proszę!

– Jakaś ty nerwowa… – Zuzanna nie spodziewała się takiej reakcji, więc postanowiła się wycofać. Po chwili zamknęła drzwi do sypialni, zostawiając wnuczkę samą.

Kot czmychnął pod szafę i spoglądał na staruszkę nieufnie. Obserwował każdy jej ruch. A seniorka poczłapała o lasce do kuchni. Wyjęła z kieszeni podomki protezy i włożyła je do ust. Splotła włosy w warkocz, by jej nie przeszkadzały, a potem spojrzała do zlewu. Stały w nim dwa kubki! Zadowolona zakasała rękawy. Potem otworzyła zmywarkę i zaczęła wystawiać naczynia. Zajrzała do wszystkich szafek, by zorientować się, gdzie co odstawić. I zaraz po kolei układała garnki i talerze. Jej ruchy nie były zgrabne, więc stukała naczyniami.

Leoś głębiej schował się w swojej kryjówce, a Miranda narzuciła poduszkę na głowę.

– Boże – jęknęła. – Tu się nie da spać. Zamorduję ją, przysięgam. Jeżeli jutro mi wytnie ten sam numer, pakuję ją w karton i odsyłam do Braniewa.

Miranda liczyła na to, że babka po rozładowaniu zmywarki zajmie się czymś, co nie będzie powodowało hałasu, jednak się przeliczyła. Potem był czas na przyrządzanie śniadania. Staruszka robiła wszystko powoli i niezdarnie, więc naczynia znów strzelały. Jakiś kubek albo talerz poleciał na podłogę, rozsypując się w drobny mak. Zaciskanie poduszki na głowie niewiele pomagało. Zmęczona Miranda postanowiła więc wstać i zakończyć rozpierduchę w kuchni.

– O, jesteś – ucieszyła się staruszka. – Twój kot zbił kubek – dodała, a wnuczka rozejrzała się po kuchni w poszukiwaniu Leosia. Ten ciągle nie wyściubił nosa spod szafy w przedpokoju.

– Babciu – zaczęła spokojnie. – Nie możesz tak rano hałasować, ja do późna pracuję.

– Ale ja nie umiem wylegiwać się do południa w łóżku.

– Dobra, zróbmy tak. – Miranda ciągle nie traciła cierpliwości. – Zmywarkę rozpakowujemy od ósmej, co? Nie wcześniej. Zapamiętasz? Od ósmej!

– A co mam nie zapamiętać? – Starsza pani wzruszyła ramionami. – A ty pamiętasz o moich zastrzykach?

– Tak, ale o tej godzinie wszyscy normalni ludzie jeszcze śpią. Potem pójdę do sąsiadki.

– Dobra, a ja poszoruję ci garnki, bo one strasznie okopcone.

– Nie są okopcone. – Miranda westchnęła, ale już nie dopowiedziała, że na indukcyjnej kuchence po prostu nie dało się tego zrobić. Zrobiła odpowiednią temperaturę pod czajnikiem i postawiła na blacie dwa kubki.

– Ja ci potem pokażę, jak powinien wyglądać czysty czajnik.

– Babciu, a ty już nie czujesz się źle? – spytała. – Przeszło ci?

– Oj, strzyka mnie strasznie, kulfy bolą, jakbym już miała odchodzić z tego świata… – Babcia dla lepszego efektu zakaszlała.

Miranda nie skomentowała stanu zdrowia seniorki. Starała się zjeść śniadanie w ciszy i spokoju, ale graniczyło to z cudem. Babcia tonem głosu, którego nie powstydziłaby się płaczka pogrzebowa, kontynuowała opowieść o swoim samopoczuciu. A opowiadała z najmniejszymi detalami! Nic nie mogło ujść jej uwagi. Nagle weszła w rolę schorowanej starowinki, która ledwo zipie, i ostatkiem sił powyciągała naczynia ze zmywarki. Za chwilę natomiast, na oparach swojego zdrowia i mocy, zabierze się do szorowania czajnika i garów, żeby odejść z tego świata z poczuciem dobrze wykonanej roboty i porządku w kuchni wnuczki. Bo jak pokuta to pokuta!

Leoś na ugiętych łapach wyszedł spod szafy i zbliżył się do Mirandy. Spojrzał na nią i zamiauczał. Kobieta miała wrażenie, że doskonale go rozumie. Pogłaskała go czule po główce i szepnęła, że to kilka dni, że dadzą radę i że muszą trzymać się razem. Potem napełniła kocurowi miseczkę, czego babka oczywiście nie omieszkała skomentować: