W pułapceTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Szczęśliwa czy nie, w każdym razie szacunku nie wzbudza. Ani mojego ojca (choć to się nie liczy, bo on nikogo nie szanuje), ani swoich synów. Przywykli do tego, że ona jest powietrzem i rozmawiają z nią tylko o problemach z dziećmi albo o dupie Maryni. Po prawdzie zresztą, o czym innym można gadać z powietrzem? Każde święta u nich wyglądają tak samo. Przy kolacji wigilijnej lub śniadaniu wielkanocnym widać, jak ojca dupa swędzi, żeby już odbębnić ten tradycyjny, rodzinny obowiązek i iść do innego pokoju z trzema synami, by pogadać po męsku, o męskich sprawach. Tak jak dawniej mężczyźni oddalali się na cygaro i koniak, by pogadać o polowaniach, tak oni teraz oddalają się, by pogadać o interesach. Ja zostaję z żoną mojego ojca i żoną najstarszego brata. Żona najstarszego brata zwykle też się oddala i zaczyna coś czytać, zostawiając teściowej rozwydrzonego synka. Ja zostaję, bo nie mam już gdzie się oddalić. Zresztą to dobrze. Stokroć wolę rozmawiać z macochą o gotowaniu, pogodzie i dupie Maryni niż z nimi. A już na pewno nie z ojcem. On, kiedy wyjątkowo rozmawia z jakąś kobietą, mądrzy się, jakby był Salomonem. Zaczynając karierę paparazzy, nieopatrznie poskarżyłam się mu, że trudno dostać dobry aparat za cenę, jaką mogę zapłacić. Od razu zaczął mówić, jakie modele i firmy powinnam uwzględniać. Jakby od lat siedział w tym temacie. Plótł bzdury, nie zdając sobie nawet sprawy, że niektóre modele, o których mówi, już po prostu nie istnieją. Oczywiście na koniec musiał dodać, że nie musiałabym borykać się sama z tymi problemami, gdybym poświęciła najpierw czas na znalezienie męża, a nie aparatu. „Aparat to mój mąż” — miałam odpowiedzieć, ale nie zrobiłam tego. Potem przyszedł mi do głowy szalony pomysł, by powiedzieć, że nie mogę znaleźć męża, gdyż jestem lesbijką. Tym samym uwolniłabym świat od tego zadufanego w sobie, śmiesznego starca udającego groźnego patriarchę, bo zawał byłby jak w banku. Ale też tego nie zrobiłam. Pokiwałam tylko pokornie głową i powiedziałam, że pomyślę o tym. Z satysfakcją obserwowałam wyraz głupiej dumy na jego tłustym, spoconym ryju; dumy, że przyznałam mu rację.

Odkąd mama nie żyje (mimo operacji i chemii ten nowotwór ją wykończył), święta zwykle spędzam u nich. Ostatnie były nawet udane. Zaczęło mi się powodzić, to już nie te czasy, kiedy chodziłam po redakcjach, błagalnie pytając wzrokiem, czy nie wzięliby któregoś z moich zdjęć. Teraz mam kontrakt z jedną redakcją, służbowy motor i mnóstwo dojść. Inne redakcje proszą mnie o współpracę — nie odmawiam, ale za ryzyko zerwania kontraktu z tą jedną w razie wpadki żądam większych honorariów za zdjęcia. I tak by ze mną nie zerwali kontraktu, bo za bardzo jestem dla nich cenna, zwłaszcza teraz, ale to tak poważnie brzmi i przekłada się na równie poważne kwoty. To coś jak haracz za ryzyko zerwania lojalki. W ostatnie Boże Narodzenie pojawiłam się więc u ojca w drogich ciuchach i fryzurze od Frątczaka, wypachniona perfumami od Diora. Miałam tanią satysfakcję, gdy obserwowałam miny braci, mówiąc, ile biorę za zdjęcie i jak często moje zdjęcia się ukazują. Przemnożyli to sobie szybko w myślach i szczęki im opadły. Ojcu też. Obraza boska, żeby kobieta, i do tego niezamężna, mogła sobie radzić lepiej niż on sam i jego trzej synowie. Nawet razem wzięci. Pierwszy otrząsnął się najstarszy. Urzędnik w gminie.

— No, ale dalej jesteś tylko zwykłą paparazzą, nie?

A ojciec zaraz po tym:

— A chłopa dalej nie masz?

Słabo. Ale następnego dnia coś zobaczyłam, a raczej poczułam. Bo odkąd zjawiam się u nich na święta, przekornie kupuję ojcu zawsze to samo pod choinkę. Wiadomo co. I w te święta, następnego ranka, najwyraźniej pachniał czym innym niż jego własny pot. Potem zresztą też, co powodowało efekt gówna w lesie.

Lecz choć czułam ten zapach, w mojej duszy nic się nie zmieniło. Zostałam Elektrycerką na zawsze.

Rozdział 7

Naciskana przez współmieszkańców Ciupy Magdabel Kos ustąpiła w końcu i zgodziła się pójść do administracji, by zgłosić, iż dziwny, powiększający się grzyb pojawił się na ścianie obok jej mieszkania. Pani w administracji próbowała ją spławić, przekonując, żeby najpierw lokatorzy spróbowali na własną rękę popryskać toto środkami grzybobójczymi, Magdabel jednak niełatwo ustępowała, gdy już czegoś się podjęła. Skończyło się pyskówką, po której pracownica administracji podpisała akt bezwarunkowej kapitulacji i obiecała, że w ciągu dwóch dni ktoś tam przyjdzie i zobaczy, co się z tym da zrobić.

I rzeczywiście, po niespełna dwudziestu czterech godzinach, w okresie największego ruchu porannego, kiedy wszyscy wychodzili po zakupy, wracali z zakupów, wychodzili do pracy i wracali po coś, czego zapomnieli — pojawił się zaspany, ciągle dłubiący w nosie robotnik, z torbą na ramieniu i ze sporą szpachlą w dłoni wolnej, to znaczy w tej, którą nie dłubał w nosie. Przyjrzał się narośli i pokręcił głową z niedowierzaniem. Podważył ją od niechcenia szpachlą, grzyb jednak ani drgnął.

— Patrzcie no państwo — pomrukiwał, bardziej do siebie niż do stojących nad nim Renaty Janowskiej i Mariusza Zielnika, którzy akurat wychodzili — jakie to wielkie i twarde się zrobiło…

W końcu wyciągnął palec z nosa, otarł rękę o brudnosiwopopielate spodnie, szpachlę wrzucił do niezgrabnej, sztywnej, brązowej torby i nie słuchając protestów zdumionych zainteresowanych, ulotnił się. Po półgodzinie przyszedł inny człowiek. Był wysoki i nie dłubał w nosie, za to żuł głośno gumę. Nie ukłonił się, choć na klatce byli akurat Krukiewiczowie i Klaudia Zielnik. Też przystanęli za nim z pytającymi niemymi oczyma, czekając, aż coś powie lub zacznie robić. Podobnie jak jego poprzednik najpierw obejrzał skrupulatnie narośl, potem wzruszył ramionami, sięgnął do przepastnej torby, wyjął niewielki kilof i zaczął rozwalać grzyba kawałek po kawałku. Hałasy na klatce wyciągnęły z mieszkań wszystkich, którzy jeszcze w nich byli. Pojawił się Wojdyło, gotowy do wyjścia do pracy, w marynarce i krzywo zawiązanym krawacie, oraz Grzegorz Janowski. Nawet Magdabel Kos wyjrzała na moment, w szlafroku, rozziewana, bez makijażu, z zapuchniętymi oczami, spojrzała jednak tylko przez moment bez zainteresowania na przybysza i jego wysiłki, po czym schowała się i zamknęła na powrót drzwi.

— Niech panie lepiej stąd zmykają — poradził Anecie i Klaudii robotnik, przerywając na chwilę — kurzy się jak diabli. Pani zwłaszcza — zatrzymał dłużej wzrok na Klaudii Zielnik — bo taką ładną ma pani sukienkę. Zniszczy się, a szkoda.

Klaudia Zielnik burknęła coś i wyszła z Ciupy.

— Pan ma rację. Chodź, Aneta, nie mamy tu zresztą co robić, a późno już. — Kamil wziął za rękę swoją żonę. Ta była naburmuszona, że facet tak pochwalił ubranie sąsiadki, a nie jej. I co on właściwie w niej widział? Klaudia była ubrana w zwykłą, prostą, różową sukienkę, krótką i dość głęboko wyciętą.

„Wszyscy faceci są tacy sami — pocieszała się ze wzgardą — gapią się na biust i na nogi. A już to, jaka kobieta jest, jaki ma charakter, nie mówiąc o tym, co reprezentuje swoim umysłem, nic ich nie interesuje. Nawet Kamil. Widziałam, jak się dziś gapił na nogi tej lafiryndy. A jak zdzira Kos wychyliła się na moment w tej parodii szlafroka, co się rozchylał na dekolcie, mało mu gały nie wylazły. Choć ta Kos to płaska jak deska”.

Adam Wojdyło, stojący pod drzwiami Magdabel Kos, też właściwie nie miał tam nic do roboty i też powinien był uważać na marynarkę i koszulę, ale nie kwapił się do odejścia. Grzegorz Janowski natomiast i tak miał wolny dzień, więc czekał, opierając się o przeciwległą ścianę, ssał jakąś słomkę i przyglądał się robocie.

— Twarde to, nie jak zwykły grzyb — odezwał się w końcu, gdy robotnik na moment przerwał skuwanie narośli.

— To prawda, nigdy czegoś takiego nie widziałem — przytaknął mu facet z administracji i powrócił do głośnego żucia gumy.

— Pan to tak skuje i zostawi? — włączył się w końcu Wojdyło. — Ohydnie to wygląda.

Robotnik wzruszył ramionami.

— Najpierw odgrzybić trza, potem się będziecie martwić o jakąś lamperię czy coś takiego. Ja to skuję, spryskam najmocniejszym środkiem grzybobójczym i więcej zrobić tu nie umiem. Parę dni trza będzie odczekać, a potem można zaszpachlować i pomalować.

— Żeby to na święta się zdążyło. Córka i syn z rodzinami mają przyjść w odwiedziny… wstyd by było.

— Do takiego stanu nie trza było dopuszczać, tylko szybciej dać znać…

— A co to, ja miałem dać znać? To moja ściana?

— Jak nie pana ściana, to czemu ma się pan za nią wstydzić?

— Lokatorka stąd powinna była zgłosić, zaraz jak to się pojawiło. Teraz naprawiać to…

— No ale widać nie zgłosiła.

— Cholera jasna… Niech pan to zrobi, jakby o pana chodziło. — Janowski podszedł do robotnika, położył mu dłoń na ramieniu i spojrzał konfidencjonalnie w oczy. Ten spuścił wzrok i zaczął coś mamrotać, zmieszany.

— Ja tam się staram — Janowskiemu udało się w końcu uchwycić kilka słów z jego bełkotaniny.

— Ma pan żonę? — odwołał się Janowski do odczuć osobistych kującego człowieka.

— Miałem — odpowiedział tamten. — Dwie.

— Nooo to… — Janowski opacznie interpretując te słowa, o czym miał zostać poinformowany za chwilę, zaczął głośno myśleć — nooo, to pan wie, co by taka ściana znaczyła, gdyby goście do żony mieli przyjść. Pewnie nawet z podobnego powodu nie jest pan już żonaty, co? — roześmiał się, tym razem obleśnie, i poklepał poufale robotnika po ramieniu.

— Moja druga żona zmarła na raka — powiedział tamten nagle poważnie, odpychając rękę Janowskiego. — A pierwszą to ja rzuciłem. Dla tej drugiej. I wie pan co, tamta też zmarła na raka…

— Noo… taak… przykro mi — wybąkał ze wstydem Janowski. — Rak to straszna rzecz, prawda? — spytał głupkowato, byle coś powiedzieć.

 

— Potworna — odpowiedział tamten. — I toczy większość z nas, choć nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy.

Robotnik — wydawałoby się — wykonał swoją pracę porządnie. Skuł całą narośl tak, że na ścianie nie pozostał nawet ślad grzyba, i na wszelki wypadek spryskał ją jeszcze tak silnym środkiem grzybobójczym, że lokatorzy, wchodząc do Ciupy, wstrzymywali oddech, bo strasznie cuchnęło przez cały dzień. Co gorsza, wdychanie oparów tego środka, jak ponuro uprzedził robotnik, mogło wywołać objawy zatrucia. Wszyscy zatem pouszczelniali drzwi od spodu i choć było bardzo zimno, pootwierali okna w mieszkaniach na oścież.

Aneta Krukiewicz poszła do administracji umówić się, żeby po pięciu dniach przyszedł ktoś, kto zaszpachluje, a potem pomaluje zdewastowaną ścianę.

Przez trzy dni nie wydarzyło się nic. Czwartego dnia w miejscu dawnego grzyba pojawiła się mała zgniłozielona plamka, która rankiem miała ledwie kilka centymetrów średnicy. Wieczorem jednak osiągnęła już rozmiar kilkunastu centymetrów. Wszyscy obecni sąsiedzi zbiegli się, przyglądali jej, kręcili głowami.

— To jest coś dziwnego — powtarzali na zmianę Mariusz i Klaudia Zielnikowie.

— Faktycznie — wtórował im Kamil Krukiewicz.

— Co się dzieje? — Na klatkę wparowała Magdabel Kos, niosąca spory plecaczek. — Facet spartolił robotę?

— Niech pani się nie wyraża — zgromiła ją Renata Janowska.

— Przepraszam. Co się dzieje?

Wszyscy bez ładu i składu wyjaśniali jej to na przemian. Ona nie wydawała się jednak zaskoczona.

— Normalka. Facet źle zrobił. Widać, trzeba było skuć jeszcze głębiej.

— Ale przecież było pryskane tym środkiem, śmierdziało calutki dzień! — zaprotestowała Klaudia Zielnik. — To co, on w ogóle nie podziałał?

— Środek, środek… — wzruszyła ramionami Magdabel. — Środek nic nie da, jak ściana jest głęboko przesiąknięta grzybem. Trzeba skuć wszystko, co jest nim dotknięte.

— Nie, proszę pani — pokręcił głową Kamil Krukiewicz.

— Zwyczajny grzyb nie rośnie tak szybko. Rano, wychodząc do pracy, zauważyłem go. Wtedy miał ze dwa, najwyżej dwa i pół centymetra średnicy. Wczoraj jeszcze w ogóle nie był widoczny. A teraz powiększył się do… — wyciągnął linijkę i przyłożył ją do zgniłozielonej plamki — prawie piętnastu centymetrów. Moim zdaniem, to nie jest zwyczajny grzyb. Zwyczajny grzyb nie rośnie tak szybko.

— W takim razie co? — zapytała jego żona, spoglądając na niego sceptycznie. Wydął usta.

— Nie wiem. Ale to nie jest zwyczajny grzyb.

— Pewnie jakiś wyjątkowo szybko rosnący — zauważył z pewną złośliwością Grzegorz Janowski. Kamil Krukiewicz jednak udał, że tego nie zauważa i w geście bezradności rozłożył ręce.

— Pojęcia nie mam. Tak czy tak, trzeba będzie odłożyć szpachlowanie, malowanie i jeszcze raz to skuć.

— O nie! — zawołała z oburzeniem Renata Janowska. — Za tydzień święta… rodzina przyjeżdża… nie zdążymy! Jak to będzie wyglądało?

— Nie ma rady — popatrzył na nią z politowaniem Adam Wojdyło. — Chyba nie chce pani pomalować po to, żeby zaraz znów się zrobił grzyb i żeby trzeba było znów skuwać lamperię. Trzeba porządnie odgrzybić, a potem dopiero szpachlować i malować.

— Jakby ten, kto powinien to zrobić, zgłosił to bez zwłoki w administracji, byłoby więcej czasu — mruknęła jadowicie Janowska pod adresem Magdabel, ta jednak zignorowała zaczepkę.

— Dobranoc państwu — powiedziała i wślizgnęła się do swojego mieszkania.

— Tak najlepiej — warknął Wojdyło, spoglądając na zamykające się za nią drzwi. — Czy ktoś tu jutro będzie? O której ma przyjść ten człowiek z administracji?

— Około dziesiątej — odparła Aneta Krukiewicz.

— Ktoś wtedy będzie? — zapytał Wojdyło, przesuwając wzrok kolejno po wszystkich zebranych — ktoś będzie mógł mu powiedzieć, żeby jeszcze raz to skuł, a nie szpachlował?

Nikt się nie odezwał.

— Ja nie mogę, mam pracę — usprawiedliwił się więc Wojdyło.

— My też — zawtórowała mu za siebie i za męża Aneta Krukiewicz.

— Pani nie pracuje — zwrócił się do Renaty Janowskiej Wojdyło — może pani by mogła?

Żachnęła się.

— Mam inne sprawy do pozałatwiania.

— A państwo?

Mariusz Zielnik podrapał się z zafrasowaniem po głowie.

— Wolałbym nie… Oczywiście jeśli nie będzie innej możliwości, to zostanę, wolałbym jednak… No, po prostu różnie może być, jeśli się spóźnię.

Klaudia nie uznała za stosowne się usprawiedliwić.

— Ja zostanę — zaofiarował się wreszcie Grzegorz Janowski.

— Ty? — popatrzyła na niego ze zdziwieniem żona — przecież mieliśmy jechać na bazar…

— Pojedziemy później.

— Możemy nie zdążyć potem na… no wiesz.

— Pospieszymy się i zdążymy.

— Naprawdę uważam, że to nie w porządku. Dlaczego akurat ty masz zostawać? Nie może nikt z młodszych? Tak się starszymi wysługiwać?

— Proszę pani, zostałbym, ale muszę być w pracy, rozumie to pani? — zapytał z lekką irytacją Wojdyło. — Tak samo państwo Zielnik i państwo Krukiewiczowie. Pracowała przecież pani kiedyś, więc pani wie, jak to jest.

— A ta wypindrzona lala spod 141? Ona na pewno nie ma nic do roboty. Przecież nie wychodzi do pracy.

— Dobrze — westchnął Wojdyło — zastukam do niej.

Zastukał od razu, dopóki wszyscy byli na korytarzu i dość niegrzecznym tonem zapytał, czy panienka będzie mogła jutro o dziesiątej… itd.

„Panienka” wywróciła oczami, ale ku zaskoczeniu wszystkich powiedziała:

— Dobrze.

„Panienka” dobrze wywiązała się ze swojego zadania i następnego dnia grzyb został dokładnie usunięty ze ściany. Nawet z zapasem. Robotnik skuł nie tylko zagrzybiony fragment, ale i parę milimetrów pod nim i na wszelki wypadek znowu spryskał całość tym cuchnącym świństwem grzybobójczym, po czym nałożył szpachlę i nawet pomalował. Powiedział, że tak w zasadzie nie powinno się robić, ale że święta idą, więc wstyd byłby, gdyby ściana tak straszyła dziurą. A według niego ta historia już nie ma prawa się powtórzyć, środek grzybobójczy jest tak mocny, że nic się nie uchroni. W ogóle dziwne to, co się stało… No ale jak się zaszpachluje i lamperię położy, to już będzie na pewno w porządeczku.

Magdabel nie miała jak powiadomić o tym wszystkim sąsiadów, ponieważ zaraz po tym, jak robotnik skończył pracę, pojechała gdzieś na motorze. Zdążył jeszcze zobaczyć ją, wyjeżdżającą z parkingu pod blokiem, Mariusz Zielnik, który tego dnia wcześniej wrócił do domu, ale ona go nie zauważyła, toteż nie zatrzymała się w celu zdania mu relacji. Wątpliwe zresztą, czy nawet gdyby go spostrzegła, zechciałaby się zatrzymać. Według niej sprawa została załatwiona, więc w ogóle nie było o czym rozmawiać. Mariusz, jako mężczyzna żywo interesujący się sprawami swojego obejścia, wolałby dowiedzieć się tego i owego, ale nieprzesadnie. Janowscy byli zadowoleni, że na Wielkanoc ściana będzie jakoś wyglądać. Podobnie Krukiewiczowie, którzy zresztą mieli swoje sprawy na głowie. Natomiast Adam Wojdyło, zobaczywszy ścianę zaszpachlowaną i pomalowaną, wpadł w szał. Przecież wyraźnie mówił tej nieprzytomnej mimozie, żeby ściany nie szpachlować i nie malować, tylko odgrzybić!

Zaraz zastukał do drzwi Magdabel Kos, a gdy — zgodnie z jego przewidywaniami — te się nie otworzyły i w ogóle z mieszkania nie dobiegały żadne oznaki życia, zaczął stukać do wszystkich sąsiadów po kolei, dopytując, czy coś wiedzą na ten temat. Nikt jednak nic nie wiedział ani na temat ściany, ani gdzie jest, co robi i kiedy będzie z powrotem w domu Magdabel Kos. Gdy Wojdyło zapukał do Janowskich, gospodarz otworzył mu po dłuższej chwili i był wyraźnie zdegustowany jego najściem i pytaniami. Gospodyni w ogóle nie wyszła — w pokoju grał telewizor. Z treści dialogów Wojdyło wywnioskował, że leci jakiś serial. Niczego jednak się nie dowiedział na tematy, które go interesowały.

Krukiewiczowie, gdy do nich zastukał, najwyraźniej byli pokłóceni. Otworzyła mu nadąsana Aneta, burknęła coś i zamknęła się w pokoju, zostawiając go samego z Kamilem, też usiłującym ukryć oznaki irytacji. W kilka sekund po tym, jak Wojdyło zamknął drzwi od ich mieszkania, dobiegł go brzęk tłuczonego szkła. Chwilę się zawahał, zanim zapukał do Zielników. Ci wyszli do niego obydwoje. Klaudia, jak zwykle, nie odzywała się ani nawet nie uśmiechała. Stała jak lalka obok męża, który opowiadał Wojdyle, że widział panią Kos odjeżdżającą na tym swoim motorze. Występowała dla celów czysto reprezentacyjnych. Wojdyło pomyślał, że chyba nadaje się wyłącznie do tego.

Wysłuchawszy tego, co Mariusz miał mu do przekazania, Wojdyło stwierdził, że w takim razie, ponieważ nikogo poza nim nie obchodzi, co się stało ze ścianą, a jedyna osoba, która to wie, jest nie wiadomo gdzie, musi wziąć sprawy w swoje ręce i zaczekać na nią. Poczuł się od tego jak bohater, jak ktoś ważny, choć oficjalnie narzekał, mówiąc Zielnikom, że podjął się takiego zadania i że w związku z tym nie wie, kiedy będzie mógł się spokojnie położyć spać.

Mariusz Zielnik zdziwił się, że dla Wojdyły sprawa jest tak pilna. Przecież można by poczekać do jutra…

— Aaa — machnął ręką nieco zbity z tropu Wojdyło. — Jutro ona też może wrócić Bóg wie kiedy.

— Może kartkę zostawić w drzwiach, żeby się odezwała? Albo żeby zostawiła jakiś kontakt do siebie. Numer komórki najlepiej…

— Kartkę zgubi, zanim przeczyta. Nie, byłbym niespokojny. Wolę już na nią poczekać.

Mariusz Zielnik wzruszył ramionami.

— Jeśli pan woli…

Wojdyło przez moment miał idiotyczne wrażenie, że oni oboje, nawet ta reprezentacyjna lala, domyślają się, dlaczego chce czekać na Magdabel Kos. Speszył się więc i szybko z nimi pożegnał.

Zaraz po powrocie do domu uruchomił standardową procedurę na takie wieczory: zaparzył sobie dużo mocnej kawy, poszedł też do pobliskiego sklepu po papierosy. Pomyślał ze zdziwieniem, że tyle razy czekał na nią, aż wróci, ale pierwszy raz robi to niejako oficjalnie i będzie mógł wyjść do niej, gdy tylko ona przekroczy próg Ciupy. Na wszelki wypadek zadzwonił po powrocie do drzwi sąsiadki, ale odpowiedziała mu głucha cisza. Jeśli do tej pory jej nie ma, pewnie wróci około pierwszej, drugiej najwcześniej…

Magdabel Kos jednak pojawiła się w domu nieco wcześniej, bo niecały kwadrans po jedenastej. Jak zwykle wspięła się po schodach cicho jak kot i starała się nie hałasować, wchodząc do mieszkania, toteż Wojdyło przegapił jej nadejście. Zdradziła się dopiero, gdy przestawiała krzesło u siebie w mieszkaniu. Wojdyło zerwał się na równe nogi. Zgasił papierosa i ruszył do drzwi. Zawrócił, stanął przed lustrem, nerwowo przygładził włosy. Chuchnął sobie prosto w nozdrza, skrzywił się, wszedł do łazienki i pospiesznie umył zęby. Zawahał się przez moment, w końcu spryskał się jeszcze obficie dezodorantem i wodą po goleniu. Wyszedł wreszcie z mieszkania, odetchnął kilka razy głęboko i zdecydowanie zastukał do sąsiednich drzwi.

Na jego widok Magdabel Kos uniosła nieco gniewnie brwi.

— Dobry wieczór — burknął — widzę, że nie raczyła pani powiedzieć człowiekowi z administracji, aby nie szpachlował ściany, tylko ją odgrzybił.

Zdziwiona jego atakiem Magdabel odruchowo zaczęła się bronić.

— Jak to nie powiedziałam? Powiedziałam przecież i on wszystko zrobił przy mnie…

— No co pani opowiada? Widzę, że jest zaszpachlowane i świeżo pomalowane!

— Ciiszej… niech pan tak nie krzyczy, sąsiedzi…

— A pani jak puszcza muzykę, to w porządku, tak?

— O czym właściwie chce pan porozmawiać? — zapytała go już wojowniczym tonem. Zdołała odzyskać równowagę i właściwy osąd sytuacji. Skrzywiła się nieznacznie. Wojdyło używał taniej wody po goleniu. Spojrzała za siebie, westchnęła i otworzyła nieco szerzej drzwi. — Proszę, niech pan wejdzie — powiedziała z rezygnacją — nie będzie nas słychać na całą klatkę.

Wojdyłę, który potajemnie na to właśnie liczył, zaskoczył fakt, że to pragnienie ziściło się tak łatwo. Ten nagły zwrot sytuacji go onieśmielił. Aby to ukryć, zaczął znów zachowywać się arogancko.

— Mówiłem chyba wystarczająco wyraźnie — fuknął, gdy drzwi się za nim zamknęły.

— Chwileczkę — odpowiedziała zimno Magdabel Kos. — Proszę, niech pan wejdzie dalej. Nie będziemy tu rozmawiać w przedpokoju.

Spojrzeniem przymusiła go, by szedł do salonu, poprowadziła wzrokiem jak na smyczy. Tą samą metodą kazała mu usiąść w fotelu, sama stanęła, oparta lekko o kredens, w wyzywającej pozie.

— Słucham zatem, o co się właściwie rozchodzi?

Wojdyło jest już zupełnie zmieszany, zwłaszcza że zaledwie kilkanaście centymetrów od jego stóp rozpościera się hipnotyczny czerwony dywan. Wojdyło stara się na niego nie patrzeć i kuli nogi jak najgłębiej pod siebie, w całym ciele czuje mrowienie, jak gdyby siedział na skraju przepaści.

 

— Chciałem tylko się dowiedzieć, co z tą ścianą — jąka w końcu pokornie.

— Ściana w porządku. Przyszedł ten człowiek, skuł grzyb i trochę pod nim, popryskał tym śmierdzącym syfem, rzekomo zabijającym wszystkie grzyby na świecie, położył szpachlę, poczekał, aż wyschła, i pomalował. Powiedział, że nie powinno już być kłopotów, skuł na tyle głęboko i popryskał tak mocno, że — jego zdaniem — można było ją od razu zaszpachlować. Nie będzie straszyć w święta. Nie jest więc tak, że nie zrobiłam tego, czego się podjęłam, jak to pewnie pan założył, a może i wszyscy sąsiedzi.

— Dobrze — mówi już całkiem przybity Wojdyło — chciałem się tylko dowiedzieć.

— No to już pan wie. Chce pan jeszcze o czymś porozmawiać? O jakiejś głośnej muzyce albo czymś takim?

— Niee…

— W takim razie… — urywa i wymownie spogląda na swojego gościa — pan wybaczy, ale jest dość późno i czuję się zmęczona.

Mimo zmieszania graniczącego z irracjonalnym przerażeniem z powodu bliskości dywanu, Wojdyło lustruje ją, po raz pierwszy tego wieczoru, uważnie. Zmęczona? Nie wygląda na zmęczoną. Raczej na podekscytowaną, podnieconą czymś, a może nawet wzruszoną. Zawsze jest opanowana, wyniosła i obojętna. Dziś niby też, ale pod tą maską kryje się jakieś poruszenie. W każdym razie Wojdyło zdaje sobie sprawę, że ona nie podzieli się z nim owym uczuciem. Widzi dokładnie, że z niecierpliwością czeka, by sobie poszedł i by mogła w spokoju przemyśleć to, co ją tak nurtowało, czymkolwiek to było. Wzdycha cicho, podnosi się i starannie omijając czerwony dywan, zmierza do wyjścia.

Gdy Magdabel Kos zostaje sama, otwiera butelkę wina, nalewa sobie kieliszek, pije i lekko, bezwiednie się uśmiecha. Uśmiech wywołuje w niej wspomnienie dzisiejszego popołudnia, które spędziła u swojego ojca i macochy, a właściwie tylko u macochy, bo okazało się, że ojciec znowu siedzi długo w pracy. Ojciec Magdabel zawsze miał dużo pracy, gdy zapowiedział się z wizytą ktoś z rodziny albo gdy trzeba było zrobić coś w domu. A teraz miała przyjść Magdabel i trzeba było robić porządki przed Wielkanocą, miał więc aż dwa powody, by nie pojawiać się w domu przed późnym wieczorem. Nie żeby żona wymagała od niego, aby chociaż ścierką kurze powycierał z łatwo dostępnych miejsc, ale nie lubił nawet patrzeć, jak ona się męczy, zmywając podłogi i trzepiąc dywany. Nie wiadomo właściwie dlaczego. Może wywoływało to u niego coś w rodzaju wyrzutów sumienia. A może nie lubił siedzieć jak kołek i nie ruszać się, by nie przeszkadzać. No i nie byłby wtedy obsłużony jak należy. Wolał więc posiedzieć dłużej w pracy. Także dla zaznaczenia, że w końcu jego praca zarobkowa bardziej liczy się od domowego babrania, które jest udziałem kobiet.

Magdabel była więc przez całe popołudnie u macochy, zjadła postny żur, bo rozpoczął się już Wielki Tydzień, co u rodziny jej ojca oznaczało abstynencję od potraw mięsnych, a potem myła okna i szafki kuchenne, prasowała prześcieradła oraz poszewki i czyściła piekarnik. Co rusz oblewał ją pot i klęła w duchu siarczyście. Gdyby to od niej zależało, wynajęłaby panią do sprzątania, tak jak u siebie w domu. Zapłaciłaby sto złotych i po ośmiu czy dziewięciu godzinach miałaby wszystko zrobione na picuś-glancuś. Ale oczywiście macocha nigdy by się na takie coś nie zgodziła, a już na pewno nie ojciec Magdabel. Samo podsunięcie takiej myśli potraktowałby jak bluźnierstwo. Macocha natomiast nie widziała sensu najmowania kogoś do pracy, którą mogła sama wykonać. A że prosiła o pomoc Magdabel, było oczywiste, bo Magdabel była kobietą z rodziny i jej się nie płaciło. Mimo że Magdabel klęła na to w duchu, nie chciała odmówić. Wprawdzie mogłaby łatwo wykręcić się od tej pracy — powiedziałaby, że musi dostarczyć do redakcji kilka zdjęć i byłoby po temacie. Nie miała obowiązku sprzątać w domu ojca i macochy. Żal jej jednak było macochy, wiedziała, że wtedy ona będzie się zaharowywać po nocach, bo nikt inny jej nie pomoże.

„Przy okazji zrzucę trochę tego tłuszczyku” — myślała i była to jedyna myśl, która nieco poprawiała jej humor. Odchudzała się ostatnio intensywnie, by zrzucić nadmiar centymetrów w talii, ale schudnąć w tamtym miejscu zawsze było jej bardzo trudno. Magdabel tak obsesyjnie dba o linię nie tylko z powodu próżności, choć mawia, że zawsze chciała być tak szczupła, aby jej znajome mogły pocieszać się, iż jest za chuda. Magdabel musi dbać o linię, ponieważ wie, że kiedy straci sprawność fizyczną, nie będzie się więcej nadawała do swojej pracy. A kiedy to nastąpi, sama nie wie, czym się zajmie. I chciałaby ten moment odwlec jak najdalej w czasie. Dlatego gdy tylko przybędzie jej dwa kilo, przez kilka dni drastycznie ogranicza spożycie kalorii. Dwa kilo oczywiście nic nie znaczy, ale to od nich się zaczyna. A już pięć byłoby bardzo trudno zrzucić. Tej wiosny zaś szczególnie upierdliwe są te centymetry w pasie. Co znikną na parę dni, to wystarczy, że Magdabel podje sobie na jakimś bankiecie, i wracają jak niespłacony weksel. A na bankietach często bywa. Musi. Tam pojawiają się gwiazdy, dziennikarze i politycy. Czyli wszyscy, którymi jest zainteresowana z przyczyn zawodowych.

Tego wieczoru, kiedy już umyła wszystkie okna, poprasowała pościel i wyszorowała piekarnik, macocha postawiła przed nią talerz jajecznicy, dwie pajdy chleba z masłem i kubek herbaty. Magdabel była głodna po robocie i nie chciała sprawiać macosze przykrości, odmawiając przyjęcia poczęstunku, z drugiej jednak strony znów myślała o swojej talii. Skubała więc chleb po okruszku i jajecznicę po pół łyżeczki, nie wiedząc za bardzo, co dalej. Chlebek był dobry, biały, świeżutki, z chrupiącą skórką i prawdziwym masłem, tym trudniej jej przychodziło powstrzymanie się od pożerania go wielkimi gryzami.

— Powiedz mi, Madzia — zagadnęła nagle macocha, siedząc obok niej i popijając herbatę — czy ty wierzysz w sny?

Pytanie to było nietypowe dla macochy i tak zaskoczyło Magdabel, że upuściła łyżeczkę, którą pojadała jajecznicę. Spojrzała na macochę. Nie zwróciła nawet uwagi, że macocha użyła zdrobnienia, którego ona, Magdabel, nie znosiła. To zresztą było do tej kobiety podobne. W życiu nie nazwała swojej pasierbicy tak, jak ona by sobie tego życzyła. Ani nikogo innego. W zdrobnieniu „Madzia” ani w żadnym innym nie dostrzegała niczego szpetnego. Imię to było dla niej imię, zdrobnienie to zdrobnienie.

— Co masz na myśli? — zapytała ostrożnie Magdabel, podniósłszy łyżeczkę z podłogi. Obejrzała ją i wzruszywszy ramionami, chciała użyć ponownie, podłogi u macochy były tak czyste, że można było z nich jeść. Macocha jednak podniosła się migiem ze swojego krzesła, wyrwała Magdabel łyżeczkę, wrzuciła ją do zlewu i wyjęła z szuflady czystą.

— Nie jedz nią, przecież jest brudna, oddaj, dam ci czystą — gderała podczas wykonywania tych czynności. A gdy już z powrotem usiadła przy stole, odpowiedziała na pytanie pasierbicy: — Miałam taki piękny sen, że aż nie mogę przestać o tym myśleć, i choć to może grzech, zastanawiam się, czy on czegoś nie znaczy.

— Nie znam się niestety na snach — bąknęła Magdabel. Z wrażenia przestała jeść i przyglądała się swojej gospodyni podejrzliwie i z niedowierzaniem. „Ludzie nigdy nie przestaną mnie zaskakiwać” — myślała.

— Ale posłuchaj. Śniło mi się, że Kościół potrzebuje ludzi do pomocy na misjach. I że poprosili właśnie mnie, abym pojechała do Ameryki Południowej. Powiedzieli, że bardzo dobrze się nadaję, bo całe życie służę innym… że byłam pielęgniarką i nawet kiedyś uczyłam się hiszpańskiego, choć potem przestałam, gdy wyszłam za twojego ojca i urodziłam dzieci. Więc że jestem idealną kandydatką. A mnie się to wydawało tak piękne… pojechać tam, krzewić wiarę wśród biednych ludzi i pomagać im w codziennym życiu… A potem przyszedł silny podmuch wiatru. Uniósł mnie, a ja w ogóle się nie bałam. I zaniósł mnie w kilka sekund tam, na miejsce, do wioski w Ameryce Południowej. Ludzie mieszkali w szałasach i lepiankach, nie było elektryczności ani telefonu, a do najbliższego sklepu trzeba było jechać trzydzieści kilometrów… Ale świeciło tam słońce, a ja byłam szczęśliwa jak… nawet nie wiedziałam, że człowiek może czuć takie szczęście. I od tej pory minęło już pięć, nie, zaraz, sześć, tak, sześć, bo to było w nocy z zeszłego wtorku na środę — kiwnęła głową z przekonaniem — sześć dni, a ja ciągle o tym myślę. Taki był piękny ten sen…

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?