W pułapceTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 3

Doktor Mieczysław Haliniak odchrząknął, poprawił okulary i spojrzał ponad nimi lustrująco na dwójkę młodych ludzi siedzących przed nim w wyraźnym napięciu. Potem monotonnie, jak sędzia uzasadnienie wyroku po nieciekawej rozprawie cywilnej, zaczął odczytywać wyniki badań z pokaźnego stosu leżących przed nim opieczętowanych świstków. Oni też słuchali tego jak wyroku, ale w sprawie wagi życiowej — wyprostowani, z lekko drżącymi dłońmi zaciśniętymi w pięści na udach. Jej profil hormonalny wręcz zbliżony do ideału, jajowody drożne, budowa macicy i jajników prawidłowa, owulacje regularne. U niego małe zastrzeżenia może budzić jedynie liczba plemników — przeciętna z trzech kolejnych badań wynosi dwadzieścia cztery miliony w milimetrze sześciennym nasienia, podczas gdy normą jest od dwudziestu jeden do dwustu pięćdziesięciu milionów. Jest to więc wynik zbliżony do dolnej granicy, ale mimo wszystko w normie. Kształt i ruchy plemników prawidłowe.

— Z medycznego punktu widzenia — konkludował Haliniak, odłożywszy papiery i ponownie spojrzawszy na swoich pacjentów znad okularów — nie ma zatem podstaw do kierowania państwa na zabieg in vitro. Nie ma powodu, dla którego państwo nie mogą mieć dziecka w naturalny sposób. Zabieg in vitro wiąże się ze stresem, bólem i wydatkami, których wysokość państwo pewnie znają, a i on nie daje przecież stuprocentowej pewności. Radzę zatem po prostu, by państwo zwyczajnie dalej próbowali.

— Ale, panie doktorze — zaczęła bezradnym, załamującym się głosem kobieta, wyciągając ku niemu ręce z poczerwieniałymi od ściskania palcami — my próbujemy już od dwóch lat i nic!

Lekarz spojrzał na nią o sekundę dłużej, po czym przeniósł wzrok w neutralny punkt i uśmiechnął się lekko.

— Pozwoli mi pani, że to zaneguję. Państwo nie tyle próbowali, co od razu usiłowali. Z dat, jakie mam na wynikach badań, wnioskuję, że jeśli rzeczywiście odstawiła pani pigułki dokładnie dwadzieścia trzy miesiące temu, zaczęli państwo się badać i chodzić na rozmaite terapie już pięć miesięcy potem. Podejrzewam więc — pozwolił sobie na kolejne spojrzenie na nią i dobrotliwy uśmiech — że ani razu nie było stosunku normalnego, bez mierzenia temperatury, badania śluzu, wykresów i tak dalej. Bardzo się mylę?

— Ale… — zaczęła znów rozpaczliwie kobieta, lekarz przerwał jej jednak.

— Pani chciałaby wszystko kontrolować, zmierzyć, zważyć, wyliczyć… Tymczasem to jest natura. A natura nie lubi takiego podporządkowywania. Czy wie pani, że około osiemdziesiąt procent par, które do mnie przychodzą, to właśnie tacy racjonaliści? Tylko jedna piąta ma jakieś medyczne problemy, które uzasadniają sztuczne metody wspomagania zapłodnienia. Przyczyna problemów całej reszty, w tym i państwa, leży tu — pokazał palcem na czoło. — Tak to już jest w tych problemach z zajściem w ciążę, że im bardziej człowiek się stara, im bardziej wszystko mierzy, bada, tym mniejsze szanse na powodzenie. Nie wiadomo dokładnie, dlaczego tak jest, ale tak jest. Może dlatego, że gdy chcemy za bardzo kontrolować to, czego kontrolować nie powinniśmy, pojawia się stres, który, jak wiadomo, przeszkadza. Może pani własne ciało w ten sposób okazuje swój bunt przeciw wszechwładzy rozumu. Zalecałbym zapomnieć o tych wszystkich wykresach, temperaturach, liczeniu płodnych dni i… po prostu się kochać — zakończył z uśmiechem. — Może dobrze by zrobił jakiś wyjazd na urlop. Niech państwo wiedzą, że w bardzo wielu podobnych przypadkach do zapłodnienia dochodziło po miesiącach bezskutecznych prób i badań, jak w końcu partnerzy machali ręką i mówili: „Dziś się po prostu kochamy, nie robimy dziecka”.

Aneta i Kamil Krukiewiczowie schodzą powoli po schodach z płaszczami przewieszonymi przez ręce, ze wzrokiem wbitym w zielonkawą kamionkową posadzkę.

— I co? — przerywa ciszę Kamil.

— Pedał — mruczy z zaciśniętymi zębami Aneta. Kamil zatrzymuje się.

— Że co?

— Pedał! — krzyczy tym razem głośno, patrząc mu zajadle w oczy Aneta.

— Ale dlaczego?

— Głupi konował — mruczy ona znowu — próbujcie dalej, próbujcie dalej. Bzykajcie się bez wykresów, temperatur… Co to w ogóle za lekarz? To ma być ten najlepszy specjalista w Warszawie? To zwykły szarlatan. „Dziś się po prostu kochamy, nie robimy dziecka”. Co za słownictwo? Jak można tak mówić do pacjentów?

— Ale, Aneta, może on ma rację…

— Ty też zaczynasz?!

— Z jednym na pewno miał rację. Nigdy się po prostu nie kochaliśmy, odkąd odstawiłaś pigułki. Od razu było mierzenie temperatury, wykresy i stosunki z zegarkiem w ręku.

— Tak… bo ja chciałam dziecka. Ty nie chciałeś. Zgodziłeś się pod presją, prawda? Do końca życia byś nie chciał.

— Chciałem, ale…

— Zamknij się. Zamknij się i nie denerwuj mnie! Nienawidzę was wszystkich. Wszyscy mężczyźni są tacy sami… nigdy nie dorosnąć, tak najlepiej. Co cię to obchodzi, że ja za kilka miesięcy kończę trzydzieści lat i potem może być dla mnie coraz trudniej, aż w końcu za późno? Ciebie to gówno obchodzi, bo nawet za dwadzieścia lat będziesz mógł zapłodnić jakąś młodą dupę. Haliniaka też to gówno obchodzi. Nic nie rozumie. Śmiał się ze mnie bezczelnie! Świnia. Podły skurwysyn.

— Wcale się nie śmiał.

— Jeszcze mi wmawiasz, że mam halucynacje? Nie dość, że obsesję, to jeszcze halucynacje? Kurwa, ja z tobą nie rozmawiam! Zresztą… ja już mam to wszystko w dupie. Może dobrze, że nie mam z tobą dziecka, bo ty byś i tak go naprawdę nie chciał. Żyłbyś w poczuciu, że cię do tego zmusiłam. A ja tak nie chcę. Ale dziecka bardzo chcę. Skoro tak, to… chyba mamy niezgodność interesów życiowych. I myślę, że najlepiej będzie, jak się rozejdziemy.

— Aneta, przestań!

— Koniec rozmowy. Rozchodzimy się.

— Skoro tak stawiasz sprawę — wkurzył się w końcu Kamil i ruszył przed siebie energicznym krokiem. Obejrzał się na nią tylko raz, na dole schodów. — Wracasz ze mną do domu samochodem czy zostajesz tutaj?

— W dupie mam ciebie i twój samochód. A mieszkanie jest głównie moje. Moi rodzice dali na nie większość kasy.

— Tak? Więc spróbuj to wykazać przed sądem i mnie stamtąd wymeldować — rzucił z furią i pobiegł labiryntem korytarzy do wyjścia, zostawiając ją, ciągle powoli schodzącą ze stopni.

Magdabel Kos parkuje swój motor na strzeżonym parkingu pod domem. Zsiada, nieco zesztywniała, więc niezbyt zgrabnie, poklepuje machinalnie pojazd jak ukochanego rumaka. Powolnym, zmęczonym krokiem zmierza w stronę swojej klatki. Ziewa po drodze niemiłosiernie. Lekko utyka i pojękuje z cicha, bo nowe glany trochę poobcierały jej pięty. Wjeżdża na piąte piętro windą. Zwykle wbiega po schodach (musi utrzymywać formę), ale dziś jest tak zmęczona, że postanawia to sobie darować. A do tego głodna, bo nawet gdyby nie postanowiła sobie, że zacznie się odchudzać, to i tak przez cały dzień nie miała okazji zjeść nic poza jakimś bananem, kupionym w pośpiechu w warzywniaku. Podchodzi na palcach do furtki od Ciupy. Tak właśnie nazywa owo odgrodzone miejsce na klatce, gdzie mieszczą się lokale 140-144. Ciupa — bo za kratami. Kraty te dla innych lokatorów są symptomem lepszości, wyższości nad całą resztą, a zwłaszcza nad tymi, którzy z jakichś powodów nie mogą się odseparować od reszty. I zapewniają poczucie bezpieczeństwa. „Nie może się tu dostać nikt poza nami. A my przecież jesteśmy zamożni, moralni, porządni. I jesteśmy sami w swoim gronie, więc nic złego stać się tu nie może”. Tak myślą inni. Dla Magdabel jednak nic z tych rzeczy owe kraty nie znaczą. Są dodatkowym utrudnieniem w jej codziennej odysei. Ostatnią, ale upierdliwą przeszkodą. I pierwszą każdego ranka, gdy wyrusza na codzienną walkę o byt.

Teraz ostrożnie, cichutko, by nie zbudzić sąsiadów, przekręca klucz w drzwiach do Ciupy, przytrzymując go miękkimi opuszkami palców, wchłaniając w nie jego brzęk i szczęk w zamku. Bo głośna muzyka w dzień to jedna sprawa. Coś, czego Magdabel nie może sobie odmówić. Ale wracając po nocy, uważa, by nikomu nie przeszkodzić. Przekonała się, jak czujny sen mają Renata Janowska czy Adam Wojdyło. Nieraz wychodzili na klatkę, gdy otwierała, nie bacząc na hałas, i patrzyli na nią nieprzyjemnym wzrokiem. Ostrożnie zamyka drzwi i stąpa niedosłyszalnie. Znów bezszelestnie otwiera drzwi i zaszywa się w ciemnościach swojego mieszkania. Zamyka drzwi, zapala światło, oddycha z ulgą, siada na podłodze, z głośnym jękostęknięciem zrzuca buty i skarpetki i ogląda w skupieniu pęcherze na piętach…

W mieszkaniu obok Adam Wojdyło do niedawna siedział w bujanym fotelu, paląc jednego papierosa za drugim. Huśtał się od czasu do czasu, jednak ostrożnie. Podobnie jak jego sąsiadka, starał się zachowywać jak najciszej, choć z zupełnie innych powodów.

Tak późno, a jej ciągle nie było… Wiedział to, był pewny, że nie wróciła wcześniej. Łowił uchem każdy szmer z klatki, wstrzymując kaszel, westchnięcie, cokolwiek głośniejszego od powietrza za każdym razem, gdy słyszał mdły szelest, szczęk, krok — i za chwilę wypuszczając zgromadzone w płucach powietrze z irytacją, nienawidząc induktora dźwięku, gdy okazywało się, że to nie ona.

Poderwał się z fotela, słysząc zduszony szczęk klucza w zamku drzwi do Ciupy. O tej porze mogła to być tylko jedna osoba… lub jego własna wyobraźnia, płatająca mu nieraz figle w ten przykry sposób.

Na palcach podbiegł do drzwi, zgasił światło w przedpokoju. Teraz on przytrzymał wyłącznik opuszkami palców, by wchłonąć w nie jego stuk. Bezszelestnie uchylił drzwi wejściowe. Gdyby go teraz zobaczyła, musiałby udawać, że ma pretensje nie wiadomo o co, bo przecież ciszej zachowywać się nie mogła. Ale nie, zbyt skupiona była na sobie, swoim bólu, zmęczeniu i wydzielanym przez siebie minihałasie. Obserwował ją przez milimetrową szparę, wstrzymując oddech, mrużąc drugie oko, patrzył, jak idzie, lekko utykając, czy może mu się zdawało, lekko ziewając, jak otwiera drzwi i znika za nimi.

 

Teraz Wojdyło leży nieruchomo z uchem przy cienkiej ścianie graniczącej z jej mieszkaniem. Dawno temu wykuł ją w jednym miejscu, tuż przy podłodze, do tego stopnia, że słyszy właściwie wszystko z jej mieszkania. Wystarczy, że odsunie fotel kamuflujący na co dzień efekt jego poczynań. Teraz nawet nie musi go odsuwać, bo zrobił to wcześniej, kładzie się więc i chciwie łowi każdy odgłos dochodzący z mieszkania numer 141.

Magdabel zdejmuje ciężkie buciory w przedpokoju. Wojdyło słyszy, jak stopy się z nich wysuwają. Zamyka oczy i wdycha powietrze, autentycznie niemal czując, że te stopy pachną wilgotną, pleśniejącą ściółką leśną. Albo przypróchniałą korą odrywaną od drzewa… Niemal czuje ciepło bijące od stóp uwolnionych z wielogodzinnego więzienia.

Ona jęczy. Wojdyło widzi oczyma wyobraźni spuchnięte, martwe stopy, blade, z purpurowymi śladami miejsc, w których nowe glany przylegały mocno do skóry, z pęcherzami na piętach.

Ona idzie do łazienki. Ponieważ to pomieszczenie znajduje się najdalej od niego, tuż przy szybie wentylacyjnym, do Wojdyły dociera tylko szmer spuszczanej wody, a potem pojedyncze pluski. Czeka cierpliwie. W końcu ponowne skrzypnięcie drzwi. I cisza. Znów cisza.

Wojdyło rusza się niecierpliwie. Chyba nic już dziś nie usłyszy. Może by położyć się spać… Boli go ramię, na którym leży na ziemi, boli go kark od sztywnego przyciskania ucha do ściany, głowa boli go od karku… Jest zmęczony, załatwiał dziś wiele spraw, miał dużo pracy. O siódmej musi znowu być w hurtowni. A u niej cisza. Może już nie opłaca się czekać. Lecz z drugiej strony nie słyszał jeszcze tego tak dobrze mu znanego westchnięcia, którym Magdabel wyraża rozkosz pożegnania z dniem. Wydaje je zawsze, bez wyjątku, w momencie, gdy po zgaszeniu światła układa się do snu. Nie słyszał też szelestu zimnej, błyszczącej pościeli, białej zapewne i atłasowej jak suknia panny młodej… A może krwiście czerwonej…

Wojdyło słyszy za to odgłos korka wyciąganego z butelki. Magdabel otworzyła wino.

Teraz Bóg jeden wie, jak długo będzie je piła. A tu zmęczone mięśnie, kości, stawy i myśli stają się coraz cięższe, coraz bardziej nieruchawe i coraz bardziej obolałe.

Zrezygnowany Wojdyło podnosi się z podłogi, nie dbając już o hałas. Przez chwilę pojękuje z cicha, rozprostowując zastałe ciało, po czym ziewa, zdejmuje szlafrok, kładzie się do łóżka, naciąga kołdrę i układa się w pozycji embrionalnej.

Po chwili jednak przewraca się na wznak i kołdra w punkcie dokładnie na środku łóżka zaczyna się miarowo unosić, tworząc wzgórek na gładkiej, białej równinie, a następnie opadać. Coraz szybciej.

Rozdział 4

Mariusz Zielnik po raz chyba dziesiąty spróbował przepchnąć pakunek przez okratowane drzwi. Ze skutkiem takim samym jak przy poprzednich dziewięciu razach.

— Cholera jasna! — zaklął bezsilnie.

Zastanawiał się przez chwilę, co dalej. Ciężki, opakowany w karton ładunek zaklinował się na amen. Pchany, nie chciał przejść na drugą stronę, zaś o jego wyciągnięciu nie było co marzyć. Dłonie, palce i paznokcie ślizgały się po gładkiej powierzchni kartonu, nie znajdując punktu zaczepienia i nie mogąc zadziałać z dostateczną siłą.

„Gdyby udało mi się przepchnąć ten jeden kancik — pomyślał z irytacją Mariusz Zielnik — ale brakuje dosłownie dwóch milimetrów. Gdyby jakoś go zgiąć, ścieśnić, ugnieść jak klamoty w walizce… to już dalej by poszło. A tak, to ani w tę, ani we w tę…”

Westchnął ciężko, bardziej aby pozbyć się wewnętrznego napięcia niż z wysiłku.

Uderzył kilka razy pięścią w ścianę.

Przecież wszystko wymierzył tak dokładnie. Wczoraj wieczorem wyszedł z metrówką, zmierzył co do milimetra wysokość i szerokość furtki w kracie. W sklepie zmierzył karton równie dokładnie. Z pomiarów tych wynikało, że na styk, ale powinien się zmieścić. Gdyby było inaczej, Mariusz po prostu byłby otworzył go przed furtką do Ciupy i rozebrał mebel na części, aby można było go łatwo przenieść. Niestety, obliczenia go zawiodły i kanapa w kartonie zaklinowała się.

„Ale jak to? — myślał gorączkowo. — Przecież nie mogłem się pomylić. Coś się tam musiało dostać między kratę a karton, coś tak małego, że nie widać, a co wszystko blokuje”.

Rozważania takie teraz nie miały sensu, trzeba było raczej spojrzeć na sytuację praktycznie i poszukać rozwiązania. Mariusz spróbował nacisnąć guzik od domofonu, ale ten nie działał, gdy drzwi były otwarte. Wyjął więc telefon i zadzwonił do żony. Odebrała, zdziwiona, dlaczego jeszcze go nie ma w domu, skoro widziała go przez okno dobre pół godziny temu wchodzącego do klatki w towarzystwie faceta ze sklepu meblowego, który pomógł mu wtaszczyć pokaźny karton do windy. Mariusz wyjaśnił pokrótce i z wyraźną złością w głosie, jaka jest sytuacja.

— No ale… co ja mam zrobić? — zabrzmiał głos w słuchawce.

— Po prostu wyjdź na klatkę i pomóż mi.

— Mam ci pomóc w dźwiganiu kanapy?!

— Pomóż mi ją przepchać albo wyciągnąć.

Usłyszał gniewne parsknięcie. Klaudia się rozłączyła. Chwilę jeszcze czekał, wreszcie wyszła. Była ubrana w długą, powłóczystą tunikę z gęstego, białego tiulu. Jak mgła. Na twarzy miała białą jak śnieg maseczkę, z otworami na oczy, nozdrza i usta. Wyglądała w tym wszystkim jak upiór zmarłej w dziewictwie panny młodej, której dusza, nie zaznawszy rozkoszy nocy poślubnej, nie może zaznać też spokoju i błąka się po bagnach.

— Co mam robić? — rozległ się jej głos spod maski, jak jakiejś starożytnej Pytii.

— Chwyć i ciągnij.

— Zwariowałeś? Paznokcie sobie połamię! Tu nie ma się za co złapać! I ręce dopiero co kremowałam…

— To pchaj, a ja spróbuję wyciągnąć.

Klaudia stanęła w wykroku, ramiona oparła o brązową powierzchnię pudła, naprężyła się, Mariusz z drugiej strony sapał i zdzierał opuszki palców, usiłując zwiększyć jakoś siłę tarcia, ale karton ani drgnął.

— Cholera — powtórzył Mariusz i spojrzał na żonę bezradnie. — Nie ma wyjścia, musisz kogoś poprosić o pomoc.

— J a?! J a mam prosić?

— Stuknij do tego Wojdyły. Albo do Krukiewiczów. Żeby jakiś facet przyszedł i pchnął to mocniej z tamtej strony.

— Mariusz, oszalałeś? Ty w ogóle mnie widzisz? Ty widzisz, jak ja wyglądam?

— Kurwa, Klaudia, idź to zmyj i zawołaj kogoś.

— Mogę zmyć dopiero za dziesięć minut.

— Jezu, nie denerwuj mnie. Nie wkurwiaj mnie, bo w końcu stracę cierpliwość i ci przyłożę w tę otynkowaną papę.

— Cham.

— Idiotka.

— Wiesz co? Bujaj się z tą kanapą, ja mam cię w dupie.

Mariusz znów głęboko westchnął, wywrócił oczami i wyglądał, jakby liczył do dziesięciu.

— Klaudia, do cholery, kanapę chciałaś tak samo jak ja. Problem jest tak samo twój, jak i mój.

— Wtaszczanie mebli to chyba męska sprawa. Tak zawsze myślałam.

— Zgoda, i wiesz, że gdybym mógł, wtaszczyłbym ją na chatę sam, ale widzisz, że nie mogę. Jakbym mógł, to sam poszedłbym po jakiegoś sąsiada, ale nie mogę. Musisz więc to zrobić ty. Kurwa, czy ja ci naprawdę muszę tłumaczyć takie rzeczy?! — zdenerwował się znowu. — Masz dwa lata, że tego nie rozumiesz?

— Pierdol się, wiesz? Wypraszam sobie taki ton.

— Wiesz co? Jesteś podła. I rekordowo głupia.

— To ty jesteś podły.

— Ej, cicho teraz. Słyszysz? Winda.

Oboje zamilkli i wsłuchiwali się w odgłos zwalniającego dźwigu, wreszcie głuchawy szczęk, gdy się zatrzymała. Skrzypnęły drzwi w środku kabiny, potem rozległ się świeży trzask odmykanych zewnętrznych drzwi i łoskot sunącej po posadzce walizki na kółkach, zagłuszający kroki. Jeszcze moment i zza winkla wysunęli się Aneta i Kamil Krukiewiczowie.

— Dzień dobry — bąknęli jednocześnie, spoglądając pytająco na Mariusza i z pewnym niesmacznym zdziwieniem na jego żonę.

— Dzień dobry — odkłonił się Mariusz Zielnik. — Jak państwo widzicie, jest mała awaria i przejścia nie ma. Ogromnie mi przykro.

— Może jakoś pomogę? — zaoferował Kamil Krukiewicz, oparł walizkę o ścianę, zaparł się nogami i począł pchać wielkie pudło. Mariusz do niego dołączył, postękali chwilę, ale na tym skończyły się ich możliwości.

— To na nic — sapnął Mariusz, gdy spasowali. — Trzeba tego Wojdyłę poprosić, żeby z tamtej strony ciągnął albo pchał. Klaudia, idź, stuknij do niego, proszę cię.

— Dobrze, tylko twarz umyję — odpowiedziała zaskakująco cicho i łagodnie Klaudia, po czym wsunęła się do mieszkania.

— Mam tylko nadzieję — mruknął jej mąż — że ten Wojdyło jest w domu.

— Nie wymierzył pan dobrze, co? — zapytał Krukiewicz Zielnika z ukrywaną, acz wyraźną satysfakcją człowieka, który ma okazję pouczyć innego. Zielnik lekko poczerwieniał i zaperzył się.

— Wymierzyłem. Dokładnie co do joty.

— No to jakim sposobem to się stało?

— Nie mam pojęcia. Ale wiem, że wszystko się zgadzało. Jestem tego pewien. Bo specjalnie mierzyłem… Gdybym nie był pewien, że się zmieści, tobym ją rozebrał na części i tak wniósł.

— A co to w ogóle jest?

— Kanapa.

— Na nową kanapę to, widzę, was stać — zjadliwie zauważyła Aneta Krukiewicz — ale z opłatami za czynsz regularnie zalegacie. Przez takich jak wy wszyscy płacimy więcej.

— Wszystko mamy uregulowane. Ma pani nieaktualne informacje — odparł wyzywająco Mariusz Zielnik, patrząc jej prosto w oczy, aż tamta nie wytrzymała, zagryzła lekko wargi i spuściła wzrok.

— Może i w tej chwili tak. Ale wiem, że ta ostatnia podwyżka była spowodowana tym, że wielu lokatorów miga się od płacenia i administracja nigdy nie miała dość pieniędzy na bieżące wydatki.

— Aneta, popatrz na to — przerwał nagle jej mąż. Od paru chwil oglądał w skupieniu ścianę za kratą. Wyciągnął nawet minilatarkę z kieszeni, by lepiej widzieć. Żona podeszła i spojrzała w ślad za nim.

— No co niby? Że grzyb? Był przecież już, jak wyjeżdżaliśmy.

— Ale teraz jest dużo większy, nie wydaje ci się?

— Nie wiem. Nie widzę dobrze przez tę kratę. A zresztą jeśli nawet, to co? Normalne, że jak się grzyba niczym nie zwalcza, to się rozrasta.

— Ale on się nie rozchodzi po samej ścianie, tylko w przód. Tak się dziwnie wybrzusza.

— Ta wariatka spod 141 powinna powiadomić o tym administrację. Przecież to jej ściana. Ale gdzieżby ONA zniżała się do takich prozaicznych spraw!

— Przepraszam, czy pani aby o mnie mówi? — dobiegł ją ironiczny, lekko rozbawiony głos zza pleców. Aneta obróciła się znienacka i po raz drugi w ciągu kilku minut została poważnie skonfundowana. „Wariatka” Magdabel Kos musiała widać wejść cicho jak kot po schodach, bo przyjazd windy przecież by było słychać. Wyglądała zresztą jak czarny kot: szczupła, zwinna, w mocno dopasowanym ubraniu. Aneta Krukiewicz zmieszała się tak, że spąsowiała jak cegła i nie wiedziała, gdzie oczy podziać. W gruncie rzeczy była osobą uprzejmą dla obcych, czasem tylko miewała swoje humory i wtedy bluzgała bez zastanowienia.

— A jeśli o to chodzi — kontynuowała teraz Magdabel Kos złośliwym, lecz wesołym tonem — chciałabym zauważyć, że to nie moja ściana. Mogą państwo wejść do mnie i zmierzyć odległość od drzwi. Za tym grzybem jest szyb wentylacyjny.

— No ale najbliżej pani mieszkania, powinna pani jednak iść do administracji — warknął Kamil Krukiewicz.

Magdabel wzruszyła ramionami.

— To tak samo moja ściana, jak i pana. A ja późno wracam z pracy. Bardzo często w nocy. O tej porze administracja jest już nieczynna. A rano, kiedy ja wychodzę, oni akurat mają przerwę.

— Pani niech idzie — wycedził teraz Mariusz Zielnik, spoglądając na Anetę, rad, że będzie mógł odegrać się na niej za uwagę o niepłaceniu rachunków — ma tam pani znajomych, pani prędzej posłuchają niż kogokolwiek z nas.

— Nie mam tam żadnych znajomych — zaperzyła się zaatakowana.

— Tak dobrze pani wie, skąd podwyżka, kto nie płaci rachunków… niech pani nie udaje.

— Nie znam tam nikogo. To, co wiem, słyszałam od innej osoby.

Tymczasem od drugiej strony do kraty zbliżyli się niespiesznie Adam Wojdyło i umyta już Klaudia. Wyjrzała też, zaintrygowana hałasami i rozmowami na klatce, Renata Janowska. Wojdyło ukłonił się wszystkim, nie patrząc na nikogo. Podszedł do drzwi i przez chwilę skrupulatnie oglądał drzwi, kratę, ścianę i karton.

— Drzwi się tu nie otwierają do końca — zdiagnozował w końcu problem. — Ten grzyb na ścianie blokuje. Dlatego toto utknęło.

 

— Mówiłem, że zmierzyłem drzwi i karton — zwrócił się tryumfalnie Zielnik do Krukiewicza. — Ale drzwi się nie otwierają tak, jak powinny, oto w czym problem.

— A ja mówiłem, że ten grzyb się dziwnie rozrasta. W przód! — wykrzyknął jeszcze tryumfalniej Krukiewicz. — Wy tego możecie nie dostrzegać, bo byliście tu cały czas. A nas przez dziesięć dni nie było i od razu zauważyłem, że coś tu nie gra.

— Faktycznie — włączyła się z progu swojego mieszkania Renata Janowska — przecież w zeszłym tygodniu to myśmy stół z naprawy przynieśli i pamiętam, że wtedy drzwi otwieraliśmy swobodnie.

— No właśnie. A teraz nie. To jakiś dziwny grzyb. Trzeba by natychmiast zgłosić to w administracji.

— Pani powinna to zrobić — zwróciła się Janowska do Magdabel — to pani ściana.

Magdabel powtórzyła to, co powiedziała wcześniej.

— Ale co tam, najbliżej pani mieszka, niby kto ma to zrobić, jak nie pani — nie dała się przekonać Renata. Zwracała się do Magdabel z wyraźną niechęcią.

— Pani da jej spokój, przecież ONA ma na pewno WAŻNIEJSZE SPRAWY — wtrącił się z sarkazmem Wojdyło. Magdabel posłała mu pełne jadu spojrzenie, ale zdążył odwrócić wzrok.

— Niech się pani sama pofatyguje — odwarknęła więc Janowskiej. — Siedzi pani cały dzień w domu i nic nie robi, to ma pani kupę wolnego czasu. A ja haruję i z podatków opłacam pani rentę, zasiłki czy co tam pani pobiera, więc grzeczniej proszę.

— Chamka! To… to szczyt chamstwa! — krzyknęła Janowska i gdyby nie krata i zablokowane drzwi, prawdopodobnie rzuciłaby się na sąsiadkę z pięściami.

— Panie szanowne, spokój poproszę! — wmieszał się Kamil Krukiewicz. — Mamy tu dwa problemy: grzyb na ścianie i zablokowane drzwi. Proponowałbym, żebyśmy zajęli się najpierw tym drugim. Czekamy tutaj już od dziesięciu minut i nie możemy wejść do własnych mieszkań. My z żoną wracamy akurat z podróży, jesteśmy głodni i zmęczeni. Pani Kos wróciła pewnie z pracy i też chciałaby wejść do siebie. A ktoś z was prędzej czy później będzie potrzebował wyjść. O tym, kto powinien pójść do administracji, pomyślimy później, a na razie odblokujmy te drzwi.

— Niech pan spróbuje pociągnąć z tamtej strony, my będziemy pchali — zwrócił się do Wojdyły Mariusz Zielnik. Wojdyło jednak pokręcił głową.

— Mowy nie ma, żeby tak się udało. Nie mam tu nawet jak złapać, drzwi blokują mi dostęp do pudła. Ja mogę tylko pchać, a wy ciągnijcie. Potem trzeba będzie jakoś to rozebrać, żeby tu wnieść. Da się to rozebrać? — zapytał Zielnika, ten skinął głową.

— Da się.

— No to na trzy, cztery.

Przez kilka minut słychać było tylko sapania, stęknięcia i szuranie paznokci po kartonowej powierzchni pudła. Kobiety z napięciem patrzyły na zmagania mężczyzn.

— To na nic — spasował pierwszy Kamil Krukiewicz, odrywając dłonie od pudła i oglądając machinalnie swoje poczerwieniałe, popuchnięte palce.

Po drugiej stronie kraty Wojdyło też się poddał.

— Musimy wymyślić coś innego — powiedział z roztargnieniem, obserwując bacznie najwęższe gardło. — Gdyby tu ściąć lekko ten kant, może by się udało — dodał po chwili, podnosząc spojrzenie.

— Ja mam taki duży, bardzo ostry nóż w domu — odezwała się Magdabel.

— No ale pani nie może tam wejść.

— Niech pan weźmie moje klucze i sam wejdzie. Albo pani — zwróciła się do stojącej na uboczu Klaudii Zielnik. — Proszę — przecisnęła się obok mężczyzn, podeszła do kraty i podała jej klucze. — Nóż jest w kuchni, wisi na ścianie na takim magnesie. Pozna go pani od razu, jest największy. Niech pani uważa, naprawdę łatwo się nim pokaleczyć.

Klaudia Zielnik oderwała się od ściany, którą podpierała, i przysunęła się mimozowato do kraty. Potem, ciągle powolnymi, jakby lunatycznymi, ruchami, nie patrząc na nic ani na nikogo, spełniła prośbę Magdabel. Wróciła po paru minutach i podała Wojdyle nóż. Ten obejrzał go w skupieniu. Dotknął bardzo lekko ostrza palcami.

— Faktycznie, niezły — zerknął przez kratę na jego właścicielkę — morduje nim pani na zlecenie? — zażartował, ale Magdabel była ciągle na niego wściekła. Posłała mu tylko zimne, ponure spojrzenie spode łba. Wojdyło zaczął ścinać kant kartonu, rzeczywiście za pomocą tego ostrza było to łatwe, nawet mimo ograniczonego dostępu.

Po chwili oddał nóż Klaudii i zarządził kolejną próbę wypchnięcia pudła z kanapą. Tym razem wysiłki zostały uwieńczone sukcesem.

— Uff — rozpromieniony Mariusz Zielnik spojrzał na sąsiadów — dziękuję wszystkim i jeszcze raz przepraszam.

— Nie ma za co — podał mu rękę Krukiewicz, następnie wymienił uścisk dłoni z Wojdyłą. — A z tym grzybem, żeby zgłosić to do administracji, to musimy się jeszcze wspólnie zastanowić. Tymczasem wybaczcie, ale marzymy z żoną o odpoczynku…

— Do widzenia — rzucił mu Zielnik.

— Kłaniam się — dodał Wojdyło.

— Pani nóż — omdlewającym głosem wybąkała Klaudia Zielnik, podając Magdabel narzędzie.

— Do widzenia wszystkim — powiedziała ta i zniknęła w swoich drzwiach. Chciała jeszcze po drodze uderzyć spojrzeniem Janowską, lecz ona nie stała już na korytarzu, kilka minut wcześniej, nie żegnając się z nikim, zaszyła się w swoich metrach. Wojdyło poszedł w ich ślady.

Na klatce został samotnie Mariusz Zielnik mocujący się z kartonem i kanapą.