W pułapceTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 2

Pamiętam jej czarny szal. Wszędzie jej towarzyszył. Taki prawie że szerszy niż dłuższy. Zarzucała go na ramiona i otulała się nim, jak gdyby wiecznie było jej zimno. Rozstawała się z nim tylko w lecie. Ale też zawsze zabierała go z sobą w podróż, nawet na dwudniowy wypad pod namiot.

Gdy było zimno, wkładała najpierw ten szal, dopiero gdy nie wystarczał — swetry i kurtki.

Pamiętam ten majestatyczny ruch, jakim przekładała go sobie przez ramię, jakby to był ciężki płaszcz z gronostajów.

Pamiętam jej spojrzenie w takim momencie — przez ramię i lekko z góry. Lekko, bez pychy, bez przesadnej dumy. Z wyraźnym poczuciem wyższości. Wyraźnym, ale takim mimowolnym. Jak u człowieka, który swej wyższości nie musi podkreślać, bo ona zeń po prostu emanuje.

Pamiętam, jak zostawiła go w wynajmowanym domku w Stanach. Mieszkaliśmy przez pół roku w Lafayette, w stanie Indiana, dokąd wyjechałem na staż z uczelni — kończyłem doktorat. Gdy do odlotu pozostały trzy dni, pojechaliśmy do jej ciotki w Chicago. Ponad dwieście kilometrów, pięć godzin jazdy ichnim pociągiem, amtrakiem.

W Chicago zorientowała się, że zapomniała o swoim szalu.

Natychmiastowy plan.

Następnego dnia po południu wsiedliśmy do pociągu do Lafayette. O dziesiątej wieczorem byliśmy na miejscu.

Z dworca do naszego domku poszliśmy piechotą. Szybko, prawie w zupełnym milczeniu. Jedyne, o czym myśleliśmy, to czy ten szal teraz tam jest. A może był tam już ktoś z agencji, w której wynajęliśmy ten domek, i go zabrał?

— Nie martw się — pocieszałem Anetę. — Wtedy po prostu poczekamy do rana i pójdziemy do tej agencji. Ten, kto go zabrał, odda nam i już. Chyba nie wyrzucił go tak po prostu.

Nie wiem, czy naprawdę byłbym gotów zostać tam dzień dłużej. Nie mieliśmy gdzie się podziać, a co gorsza — gdybyśmy wracali amtrakiem za dwa dni (bo jedyny pociąg do Chicago odchodził co dzień o siódmej rano), mogliśmy nie zdążyć na samolot. Bez zmiany rezerwacji trzeba by bulić z własnej kieszeni za bilety… w dodatku właśnie był okres powrotów ze Stanów do Europy, więc mogłoby się zdarzyć, że następne wolne miejsca w samolocie będą dopiero za parę tygodni, zatem nie pojawiłbym się na początku października na uczelni…

Ona chyba myślała o tym samym. I pewnie by w takiej sytuacji jednak odpuściła ten szal. Bądź co bądź jego wartość rynkowa wynosiła dokładnie tyle samo w dolarach co w złotówkach, euro, funtach szterlingach, frankach szwajcarskich czy kolumbijskich pesos.

Ale nie mogłem wyjechać z takim argumentem. Straciłbym w jej oczach cały urok, zdegradowałbym się do rangi pozytywistycznego groszoroba.

Doszliśmy na miejsce. Rozejrzeliśmy się. Było ciemno choć oko wykol. Od sąsiednich domków dzieliło nas co najmniej pięćdziesiąt metrów. I światła w nich były zgaszone.

Żadnych samochodów na tym odludziu, żadnych odgłosów radia, telewizji czy telefonu.

Tylko miarowe cykanie świerszczy w idealnej ciszy.

Najpierw zapukaliśmy. Potem nacisnęliśmy klamkę i pchnęliśmy drzwi. Żeby sprawdzić, czy jednak kogoś tam nie ma. Gdy nie ustąpiły, Aneta wyjęła kartę kredytową i delikatnie podważyła zamek. W Stanach nikt nie pilnuje tego, co ma w domu, może poza najbogatszymi ludźmi. Nikomu nie opłaca się kraść radia, telewizora, sprzętu czy notebooka. Zamki w normalnych domach są więc tylko po to, żeby nazywało się, że są. Kiedyś Aneta widziała, jak sąsiedzi, którzy zgubili klucze, w ten właśnie sposób, za pomocą karty elektronicznej, „włamują się” do własnego domu. Teraz zrobiła to samo.

Szal był, wisiał na gwoździu w przedpokoju. Tak jak go zostawiliśmy.

Padliśmy sobie w ramiona, śmiejąc się jak szaleni. Aneta płakała przez ten śmiech.

Zastanawialiśmy się, co zrobić z resztą nocy. Najpierw siedzieliśmy w naszym domku. Na podłodze, bo meble zostały wyniesione. Paliliśmy papierosy, piliśmy wódkę, którą kupiliśmy na dworcu w Chicago, przepijaliśmy ją colą. Potem jednak zrobiło się nam zimno od siedzenia na podłodze, a tyłki też mieliśmy od tego obolałe. No i czuliśmy głód. Ruszyliśmy więc do jedynego w Lafayette sklepiku czynnego całą dobę. Kupiliśmy jakieś ohydne kanapki. W połączeniu z wypitym alkoholem spowodowały one u Anety wymioty, a u mnie paskudne nudności i zgagę. Do tego doszły suszki po wódce. O czwartej nad ranem byliśmy zbolali, wymięci, bladzi. Oddalibyśmy duszę diabłu za dobrą kawę, herbatę i cokolwiek jadalnego. Niestety, poza tym sklepikiem, który teraz omijaliśmy szerokim łukiem, nie znaleźliśmy innego czynnego lokalu.

O siódmej rano przyjechał pociąg. Można w nim było kupić kawę i herbatę z automatu. Nigdy w życiu kawa tak mi nie smakowała. Aneta to samo powiedziała o herbacie, z lubością otulając się swoim odzyskanym szalem, wpatrując się w niego z czułością, jak w niemowlę trzymane w ramionach. A gdy jeszcze obsługa przyniosła nam rogaliki na śniadanie i kolejne kubki kawy i herbaty, byliśmy w siódmym niebie.

Wtedy niczego nam do szczęścia nie brakowało.

Ten szal był stary, zmechacony, poszarpany. W celu odzyskania go na samą podróż do Lafayette i z powrotem do Chicago wydaliśmy grubo ponad sto dolarów. W tamtych czasach była to prawie jedna trzecia mojej pensji.

Gdzie on teraz jest?

Po jaką cholerę oni robią te wszystkie castingi, skoro i tak od początku wiadomo, kto wygra?

Zawsze jest to jakaś córka ministra, premiera albo innego ważniaka. Po co w ogóle się starać? Jak tylko zobaczyłam dziś tę Busek, nie miałam ochoty nawet wchodzić do środka. I powinnam była rzeczywiście ostentacyjnie powiedzieć, co myślę, i wyjść. Odstawienie całej tej szopki to była strata czasu i nerwów. Przecież oni nawet na mnie nie spojrzeli, nie słuchali, jak mówię. Coś jak przetarg ustawiony od samego początku.

Jestem pewna, że dziś byłam od niej piękniejsza. Wchodząc tam, widziałam się w lustrze. Byłam najlepsza ze wszystkich, to nie pycha, po prostu wiem to. Wyglądałam naprawdę jak laleczka, włosy cudownie mi się ułożyły, okalały mi twarz tak, że wydawała się anielska. Oczy odzyskały blask, pryszcza na policzku w ogóle nie było widać. I miałam takie śliczne, wyglądające zupełnie naturalnie, rumieńce! Buskówna była blada i włosy zwisały jej jak strąki, podkreślając końską twarz. Ale co z tego…

Mariusz dziś wróci późno… ma spotkanie z Zezowatym, transport za wschodnią granicę będą organizować. Strasznie się tym denerwował. Rano w ogóle o tym nie pamiętałam. Myślałam, że ma pretensje nie wiadomo o co, a on po prostu się denerwował. Pierwszy raz robi to na taką skalę. Dlatego się na mnie zezłościł.

Szkoda, że go nie będzie. Chciałabym z nim pogadać, wyżalić się…

Dawniej wstydziłam się porażek. Po każdym castingu, o którym wiedziałam, że nic z niego nie wyjdzie, chciałam się ukrywać jak chore zwierzę. Wstydziłam się spojrzeć na chłopaka, rodziców, przyjaciółkę — zależy, z kim akurat mieszkałam. Wydawało mi się, że jestem taka brzydka i pozbawiona talentu, dlatego mnie nie wzięli. I że wszyscy tak myślą. Wstydziłam się więc w ogóle pokazywać światu.

Wszyscy mi odradzali zajęcie się tym na poważnie. Rodzice po prostu mnie wyśmiewali, gdy tylko o tym słyszeli. Matka kpiła: „Nazywasz się Mizerko i masz mysie włosy, tobie się wydaje, że nadajesz się na modelkę?” A gdy przestawała kpić, jadowitym tonem „doradzała”, bym zajęła się angielskim i matematyką. Mój pierwszy chłopak, Robert, był taki sam. Naśmiewał się otwarcie z moich marzeń, po każdym nieudanym castingu patrzył, jakby chciał powiedzieć: „A nie mówiłem!” Proponował mi pomoc w załatwieniu posady sekretarki. Pełny etat, roboty nie za wiele, zarobki może nie szokujące, ale za to nie musiałabym zostawać po godzinach. Mogłabym się wtedy zapisać na jakiś kurs albo studia wieczorowe, po których poszukałabym lepszej pracy.

Czasem myślę, że mieli rację. Ale szybko mi to przechodzi. Wystarczy, że patrzę na przyjaciółkę ze szkoły średniej, która robiła tak, jak rodzice jej kazali. Uczyła się angielskiego i matematyki. Potem zrobiła kurs komputerowy i została sekretarką. Wyszła za mąż, urodziła dziecko, po urlopie wychowawczym wróciła do pracy. Czasem z nią chodzę na piwo. Rzadko oczywiście, bo piwo szkodzi na urodę. Dopóki jest trzeźwa, mówi z zadowoleniem o mężu, pracy i synku. Dopiero gdy się upije, płacze mi na ramieniu: Czy to już ma być wszystko? Całe życie? Nuda, kierat. Praca, dziecko, mąż, dom. Każdy dzień wygląda tak samo. Mówi, że to gorsze niż więzienie. Bo jak się jest w więzieniu, to przynajmniej człowiek kombinuje, jak by z niego uciec. Albo czeka, kiedy wyjdzie. Ma jakiś cel w życiu. A z tego więzienia, w którym ona tkwi, nie sposób uciec. No bo jak? Dokąd? Nikt jej tam niby na siłę nie trzyma, ale rzeczywiście — dokąd ona ma uciec?

I mówi wtedy: Klaudia, ja ci zazdroszczę, że chociaż masz wolność i marzenia, cele… ja już mam tylko ten kołowrotek.

Tak, ja mam przynajmniej wolność i marzenia. I Mariusza…

Gdy tylko go poznałam, wiedziałam, że to facet mojego życia.

Dawniej wstydziłam się moich marzeń, a jeszcze bardziej porażek.

Ale przy nim, po pierwsze, poczułam się w pełni rozumiana. Bo on ma takie same marzenia. I tak samo zna gorycz porażki. Po drugie, poczułam się bardziej pewna siebie. Nie mówił, że się nie nadaję, że nigdy się nie przebiję i że powinnam raczej zdroworozsądkowo zająć się pracą sekretarki albo ekspedientki, wyjść za mąż, urodzić dzieci i w codziennym znoju zarobkowania, sprzątania, gotowania, prania, prasowania oraz wychowywania dzieci przebiedować jakoś do emerytury. Po czym najlepiej w miarę wcześnie umrzeć, żeby nie obciążać budżetu państwa oraz swoich własnych dzieci. On tak nigdy nie mówił. Przeciwnie, wspierał mnie, wyszukiwał ogłoszenia o castingach, kupował w prezencie najlepsze kosmetyki — a zna się na nich i w dodatku wie, które muszą być markowe, a które można zastąpić tańszymi odpowiednikami! On doradził mi, żebym przefarbowała się na platynowo, i to był strzał w dziesiątkę — zaraz po tym dostałam rolę w reklamie podpasek!

 

W małżeństwie zrozumienie, wsparcie i utrzymanie. Poza tym wolność, marzenia i cele…

Nie oszukujmy się — która z moich koleżanek, co to potulnie uczyły się polskiego, historii i matematyki, a potem „rozsądnie” powychodziły za mąż za lekarzy, adwokatów i biznesmenów, ma z życia aż tyle?

Mordowanie dziecięcych marzeń jest jedną z najokrutniejszych i najbardziej wyrafinowanych zbrodni świata. Nie grozi za nie żadna kara. Bo wbrew chrześcijańskiej teologii, która mówi, że można zabić jedynie ciało, a dusza jest nieśmiertelna, tu zabija się tylko czyjąś duszę. Tego nie widać. Ciało nadal żyje. Ciało z zamordowanymi marzeniami je, pije, wydala, uprawia seks, dorasta i zasila szeregi zombie uczących się, studiujących, zarobkujących, płodzących i rodzących dzieci, sprzątających, gotujących, piorących, prasujących, wychowujących kolejne pokolenia zombie. Najgorsze w tej zbrodni jest to, że najczęściej dopuszczają się jej kochający rodzice „dla dobra dzieci”. Takie okaleczenie jest według mnie stokroć gorsze od niejednego fizycznego okaleczenia, na przykład paraliżu od pasa w dół.

Znowu się mnie czepiał.

Obleśny burak.

Prawdę mówiąc, byłby z niego całkiem dorzeczny facet, gdyby nie był taki sflaczały. Na przykład gdyby założył inne okulary. Te nadają jego twarzy wygląd wyleniałego sępa, uwydatniając krzywy, długi nos. Gdyby trochę częściej mył włosy, nie garbił się i nie opuszczał kącików ust, które układają się wtedy w małpi pyszczek, prezentowałby się całkiem, całkiem. No i gdyby ubrał się trochę z gustem, z jakimś polotem, a nie w przecenione rzeczy kupowane w hipermarketach. Pracowały nad nimi biedne małe rączki w kraju, w którym masowo morduje się Tybetańczyków na ulicach i w więzieniach. Ale co tego starego buca może obchodzić los chińskich dzieci albo Tybetańczyków. Tanio, to kupuje. A przecież stać by go było na lepszy gatunek. Biedny nie jest. Ma własną, nieźle prosperującą pizzerię, duże mieszkanie. Jak kiedyś zaglądnęłam przez otwarte drzwi, widziałam też całkiem fajne meble, choć jedne do drugich pasowały jak on sam do angielskiej królowej.

Widać po nim, że musi być kiepski w łóżku. Facet dobry w łóżku inaczej chodzi, inaczej patrzy, ma zupełnie inny wyraz twarzy. A Wojdyło jest taki cipowaty. Kilka miesięcy porządnego seksu zrobiłoby z niego człowieka. Tylko że najpierw musiałaby się znaleźć jakaś chętna. Wręcz z ciekawości czasem mam ochotę spróbować. Tak dla celów badawczych. Jeśli ktoś wygląda i zachowuje się jak Wojdyło, to zazwyczaj znaczy, że brakuje mu seksu, dobrego wina i dobrego jedzenia. Wojdyło seksu nie uprawiał chyba nigdy, jeśli już pije jakiś alkohol, to wódkę albo piwo, nieregularnie i w dużych ilościach od razu. A na obiady je swoją własną pizzę albo chińskie żarcie z budki obok.

Jakby przez trzy miesiące miał dobre wino, jedzenie i rżnięcie, byłby odmieniony jak Eliza z „Pigmaliona”.

Tylko kto by się nim zainteresował na tyle, żeby przez trzy miesiące dostarczać mu tego wszystkiego? Nim to by mogła się zainteresować co najwyżej kobieta, której również tego wszystkiego brakuje — jest niedorżnięta, bo miała tylko jednego faceta, który nigdy nie doprowadził jej do orgazmu, alkoholu w ogóle nie uznaje, a na obiad gotuje mielone i kapuśniak z niedokwaszonej kapusty.

Z drugiej strony to byłby ciekawy materiał na scenariusz do jakiegoś szmirowatego filmu rodem z Hollywood. Zakładają się dwie laski, tak właśnie jak ci faceci z „Pigmaliona”, że jedna z nich doprowadzi Cipowatego do stanu używalności, no i potem, jak te trzy miesiące przeminą, oczywiście musiałaby pojawić się wielka miłość i happy end… Nie, to koszmar! Kicz, jakich wiele. Swoją drogą, ciekawe, czy istnieje w Hollywood jakiś limit na poziom głupoty filmu… Bo i głupsze widziałam…

Ale tak czy tak, uważam, że każdemu człowiekowi tych trzech rzeczy właśnie potrzeba i że wystarczą trzy miesiące, by najgorszą szmatę przerobić na wizytową kreację. To znaczy faceta. Z kobietami bym nie była taka pewna. One są dużo twardsze.

Hmm, a mój ojciec?

Jemu chyba też by nie wystarczyło… Zresztą on to by nie spojrzał na babkę, która mogłaby mu zaoferować dobry seks, wino i wyszukane jedzenie. Omija takie szerokim łukiem. Wie, że zawładnęłyby nim. Ale Wojdyło… czuję w kościach, że gdybym zechciała, miałabym go w garści. Tylko zbyt obleśny jest, nie ma sumy, o jaką bym się musiała założyć, żeby to zrobić…

Ojciec zaś by się nie dał. Ma podbudowę ideologiczną.

Gdyby się znalazła jakaś babka, co by postanowiła spróbować zrobić z niego człowieka, chętnie bym się z nią założyła, że nie wyjdzie. I bardzo bym się cieszyła z przegranej. Może by tak dać ogłoszenie do gazety? He, he…

Cóż, na razie muszę wracać do pracy, Malewiczowa wychodzi ze studia…

*

Ciekawe, ile ona nosi na sobie…

Nowa czarna skórzana kurtka — minimum tysiąc. A bardziej prawdopodobne, że koło dwóch. Buty, chyba glany się nazywają — trzy stówy, lekko licząc. Czarne dżinsy też nie z hipermarketu ani z bazaru, tylko levisy — ze dwie i pół stówy. Nawet okulary słoneczne, wielkie na pół twarzy, też kupuje po takich sklepach, jakby była jakaś różnica, czy takie, czy ze stoiska ulicznego. Widziałem ją kiedyś w centrum handlowym, jak była na zakupach. Ona mnie nie zauważyła. Biegała po firmowych sklepach i z każdego wychodziła obładowana coraz większą ilością tobołków. Z ciekawości za nią chodziłem. Najwięcej czasu oczywiście spędziła w Triumphie. No ale ona to musi mieć bieliznę kurewską, z koronek i atłasów, zdzira jedna. Jakby moja kobieta wydawała tyle pieniędzy na swoje fanaberie, tobym jej palce poucinał. Chyba oczywiste, że nie zarabia tyle ciężką, uczciwą pracą. Zresztą ona się nawet z tym nie kryje, prawie co wieczór ktoś do niej przychodzi, a kiedyś było ich dwóch. Nic nie słyszałem wprawdzie, ale to dlatego, że puściła muzykę. Suka. Obrzydlistwo. Brrr… Powinni wyrzucić ją z mieszkania, żeby ludzi nie gorszyła. Za fraki wyciągnąć, z ciuchów obedrzeć i, jak średniowieczne żony przyłapane na zdradzie, batami po ulicach gnać, bosą i gołą, z tablicą „Jawnogrzesznica” trzymaną nad głową. Przez całe centrum miasta. Przez trzy dni. O głodzie i bez wody. I jej jądro zepsucia, ten czerwony dywan, z wciągającą próżnią pośrodku, tę otchłań rozpusty, ołtarz, na którym dokonują się jej czarne msze, na którym ofiaruje zwabionych podstępnie mężczyzn swoim rozwiązłym bóstwom, ten dywan zwinąć i za nią pognać batogami, a na koniec uśmiercić i wbić kołek w sam jego środek, w tę próżnię kołek wbić, żeby on więcej nie wstał. Wielka szkoda, że żyjemy w czasach takiego zepsucia, że jej to wszystko uchodzi płazem. Dawniej miałaby się z pyszna… Dawniej było zupełnie inaczej. Musiałaby zmienić się i wieść porządne życie albo prędko je zakończyć. Podobnie jak wszystkie inne kobiety, choć akurat ona to pewnie wolałaby umrzeć, niż wyrzec się tych wszeteczeństw. Nie umiałaby bez nich żyć. Zginęłaby spalona na stosie, a razem z nią jej wampiryczny czerwony dywan…

Ten dywan…

Z długim włosiem, jak stara makata na ścianę, na zewnątrz biały, czerwieniejący stopniowo ku środkowi, soczyście krwiste kółko na środku; przy dłuższym patrzeniu sprawia wrażenie, jakby wciągał w ten środek, pod którym jest loch albo jaskinia, gdzie rozmaite polipy obłapują człowieka oślizgłymi mackami i trzymają, podczas gdy śluzowate ścianki go trawią jak żołądek jedzenie, wchłaniają; ofiara umiera w mękach przez wiele tygodni, bez szans na ocalenie. Kiedy u niej było zebranie sąsiadów, starałem się nie spoglądać na ten dywan, bo w głowie mi się kręciło. Ktoś zdaje się spytał ją, skąd go ma, ona powiedziała, że był jeszcze u jej matki, która prawdopodobnie ukradła go Cyganom. Mówiąc to, śmiała się, zupełnie niezawstydzona tym, że jej matka coś ukradła — no, wprawdzie Cyganom ukradła, więc to nie taki znów powód do wstydu — a ja znów na niego patrzyłem i znów w głowie mi się kręciło. Nadepnąć na ten dywan znaczyłoby dać się porwać, wciągnąć w czerwoną dziurę, więc omijałem go starannie, ale wzrok, choćbym starał się nie wiem jak go odwracać, zawsze w końcu padał na niego z powrotem. Potem w nocy śniło mi się, że zostałem wciągnięty przezeń do tajemnej jaskini, w której ona była, i nim się obejrzałem, padłem jej łupem, jak owad zwabiony w pajęczynę, a ona okazała się wampirzycą, która wyssała ze mnie wszystką krew i inne płyny ustrojowe. Po czym, gdy został ze mnie suchy, zmięty strzęp, wyrzuciła go i czyhała w dole, pod czerwonym dywanem, na kolejną ofiarę…

Magdabel nie jest szczególnie piękna, powiedziałbym nawet, że za chuda, ale ten dywan…

Pasują do siebie, Magdabel i dywan, dywan i Magdabel…

Ciężkie te kartony. Niby z jogurtami tylko i nie takie duże, ale ciężkie. Przesuwają się po podłodze z suchym świstem. A później jeździ taki odgłos po człowieku, od góry w dół i z powrotem, łaskocze od wewnątrz, porusza jakimś ośrodkiem w głowie, aż się mimowolnie wzdrygam cały.

Taką samą robotę miał kiedyś Stanisław Terlecki z serialu „Byle do miasta”. W ogóle mój los jest bardzo podobny do jego. Tak samo jak on wychowałem się na wsi, przyjechałem do dużego miasta szukać pracy, potem wyjechałem do Londynu, gdzie bez końca przeładowywałem kartony w magazynie… Terlecki uzbierał tyle pieniędzy, że mógł wrócić do siebie na wieś i założyć własny biznes. Ja, niestety, pojechałem już w gorszych czasach, kiedy Polaków było tam pełno, zarobki niższe, o dobrą pracę trudniej, a w Polsce wszystko dużo droższe.

Myślałem, żeby też otworzyć coś swojego, ale jak to bywa, pieniądze z Londynu trzeba było wydać na remont łazienki, dołożyć się do samochodu syna — i tak się rozeszły.

A potem, jak tam znowu pojechałem, to było jeszcze gorzej. W ogóle żadnej pracy dla tych, co nie znają języka. To po prostu jawna dyskryminacja. Jak można po tym oceniać człowieka? No nie mówię, że w biurze jakimś, gdzie trzeba telefony na przykład odbierać, ale w sklepie? Przecież na migi się można dogadać, a zresztą szef to prawie zawsze Polak. Zresztą o czym tu gadać, że w Anglii dyskryminacja, jak w Polsce to samo. Gdzie jakieś ogłoszenie o pracę, to ma być człowiek młody, z co najmniej pięcioletnim doświadczeniem, po studiach, ze znajomością angielskiego. W Polsce! Pewnie chętniej by zatrudnili Anglika niż Polaka…

Miałem pracę mimo to. W hipermarkecie byłem operatorem wózka widłowego, a wcześniej to miałem nawet posadę w dużej firmie, roznosiłem listy. To wcale nie była taka głupia robota, jak się wydaje, trzeba było się szybko zorientować, kto jak się nazywa, kto jest ważniejszy stopniem i komu oddać list w pierwszej kolejności. Wymagała naprawdę dużej inteligencji i doskonałej pamięci! Potem przez jakiś czas byłem doradcą ubezpieczeniowym, ale to nie było dla mnie. W tym czasie Renata miała udar, po którym została na rencie. Dzieci w szkole, no to nie mogłem sobie pozwolić na opóźnione i nieregularne dochody. Wykazywałem duże zdolności negocjacyjne, szefowie mnie chwalili, prosili, żebym został, ale nie zdecydowałem się, zwłaszcza że kolega zaproponował, że załatwi mi robotę w markecie. Zrobili mi szybkie przeszkolenie i zostałem operatorem wózka widłowego. Małe zarobki, ale stałe były. No ale potem otworzyli granice i zaczęły się wyjazdy do Anglii. Pytali mnie koledzy: „Ty frajer jesteś? Chcesz tu zapierdalać za takie marne pieniądze? W Londynie zarobisz cztery albo i pięć razy tyle. Prześpisz się gdzieś na waleta, z Polski nawieziesz konserw, tam tylko chleb będziesz kupował i czasem piwo”. Nie chciałem być frajerem, więc pojechałem. Rzuciłem stałą pracę i pojechałem. Myślałem, że skoro tu nikt nie zostaje, to nawet jak mi nie wyjdzie, po powrocie łatwo znajdę znowu robotę, bo w Polsce będzie brakować rąk do pracy. Niestety, nie wiem, jak to się stało, ale gdy przyjechałem z powrotem, powiedzieli mi, że pracy to już nie ma. Pewnie byłaby gdzieś na prowincji, nie w Warszawie, ale przecież nie mogłem się wyprowadzić i zostawić tak tu wszystkiego. Syn i córka zakładali rodziny, trzeba było jakoś ich wspomóc, domy im poremontować, bo to partnerów z dwiema lewymi rękami sobie wzięli… Znajdowałem co i rusz dorywcze zajęcia i jakoś tak mi się to spodobało. Sam sobie ustalałem, kiedy będę pracował i za ile, nie więził mnie żaden Żyd czy Niemiec na etacie. Dobrze mi z tym było, a zarobki wcale nie okazały się dużo mniejsze niż za pracę operatora. I odtąd tak zostało. Renata ma rentę jako stały dochód, a ja łatam budżet. Nauczyliśmy się żyć oszczędnie. Niektórzy potrafi ą wydać tysiąc złotych w miesiąc na samo jedzenie. A my z Renatą, jak się sprężymy, to nie przekroczymy trzystu złotych — na nas dwoje. Ale to trzeba się postarać, wiedzieć, gdzie są promocje i polować na okazje w hipermarketach. I nie wydawać bezmyślnie. Ludzie to kupują chleb za dwa złote w osiedlowym sklepiku albo wręcz za dwa pięćdziesiąt w piekarni, że niby lepszy. Ja jadę do hipermarketu i kupuję pięć bochenków po złoty siedemdziesiąt albo nawet po złotówce, jak jest wczorajszy. Potem kroję i trzymam w zamrażalniku. Oszczędzam w ten sposób co najmniej złoty pięćdziesiąt, a czasem nawet sześć pięćdziesiąt. Na samym chlebie! Albo ludzie mają zachcianki na jakieś oliwy z oliwek czy na pomidorki koktajlowe po dwadzieścia pięć złotych za kilo! Albo herbata: my kupujemy najtańszą ekspresową za niecałe dwa złote za sto torebek, ludzie jakieś liptony czy dilmahy za ponad dychę. Parówki: na promocji kupiliśmy w zeszłym tygodniu dwa kilo za trzynaście złotych, gdy jeden kilogram takich berlinek kosztuje ponad dwadzieścia złotych u nas w osiedlowym sklepie. Chcieliśmy nawet więcej, ale że chleb jeszcze kupowaliśmy i mięso, to baliśmy się, że nie będzie miejsca w zamrażarce.

 

No ale nie dziwi, że ludzie mogą wydać z tysiąc, a nawet więcej na samo jedzenie. My jemy po to, żeby żyć, a w życiu mamy inne cele, więc czasem się udaje zamknąć w trzystu. Za mieszkanie płacimy dwieście pięćdziesiąt złotych czynszu, plus jakieś sto kilkadziesiąt — wszystkie opłaty. Renata ma renty osiemset siedemdziesiąt, więc zostaje jeszcze około sto pięćdziesiąt na wydatki takie jak ubranie, leki, ewentualne naprawy czy sprzęty. No a jeszcze ja zawsze coś dorwę i dorobię. Mamy więc nawet oszczędności, choć oficjalnie utrzymujemy się z jednej renty (w Warszawie!), a ja jestem bezrobotny. A już taki mój syn na ten przykład to w długi popadł. On mówi, że kredyt, nie długi, tak jakby to było lepsze, a przecież to właśnie gorsze, bo przy kredycie to trzeba płacić z odsetkami, a jak się ma długi po rodzinie, to nie. Mówiłem mu, żeby nie zaciągał, żeby się w to nie ładował. Przecież mieszkanie, które dostali po mojej teściowej, by im wystarczyło. Ale oni uparli się, że chcą większe i nowe. To mówiłem, że do wuja w Stanach napiszę i on pożyczy, no i do mojej bliższej rodziny, każdy by miał parę tysięcy, ale on się zaparł i wziął. Teraz ledwie dycha przez to. Choć nie tylko przez to. Zarabia trzy tysiące, żona dwa i pół, tego kredytu mają tysiąc trzysta na miesiąc, a ciągle im mało. No ale żeby wystarczało, toby babę musiał do roboty pogonić, żeby obiady w domu gotowała i do sklepu na promocje jeździła, a nie, jak to ona, przyjdzie z tej swojej firmy i już tylko nogi do góry. A jedzą po restauracjach albo zamawiają coś do domu. W najlepszym razie kupują jakiegoś gotowca w torebce. Nawet jak nas zaprosili na obiad, to tyłka nie ruszyła, królewna, tylko zabrali nas do restauracji. Rodziców zaprosić na obiad do restauracji! To już trzeba być nią, on sam by tego na pewno nie wymyślił. Okropna ta jego żona. Wypindrzona, z paznokciami na pół metra, do najdroższego fryzjera w mieście chodzi. Sprząta im gosposia. Jeżdżą samochodami, oboje. Wakacje muszą spędzać co najmniej w Grecji. To i nie dziwi, że ciągle im mało. Zastanawiam się tylko, kiedy do mnie i Renaty, bezrobotnego i rencistki, przyjdą po wsparcie. Dam im, oczywiście, ale reprymendy udzielę, że im w pięty pójdzie. A zwłaszcza tej pindzie Zuzannie, żonie Franka, mojego syna. Mówi, że ona pracuje i że ma prawo do odpoczynku. Też coś…

Muszę się teraz pospieszyć. Roboty jeszcze sporo, a jest już piętnasta. Za godzinę zaczyna się „Moda na szczęście”. Żebym miał pewność, że zdążę, muszę stąd wyjść za dwadzieścia czwarta. Plus przebranie się: pięć, dziesięć minut. O wpół do chciałbym mieć ostatni karton z głowy. Ostateczna pora to piętnasta czterdzieści. Wtedy spóźnię się może tylko na przypomnienia z poprzedniego odcinka…