W pułapceTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

ANNA M. RĘDZIO
W pułapce


Zysk i S-ka Wydawnictwo

Krzyśkowi

Zamykamy się. Za drzwiami, kratami, ścianami. Odgradzamy nasze osiedla, klatki schodowe, części korytarza, barykadujemy mieszkania. Opłacamy strażników, instalujemy domofony, wstawiamy atestowane zamki, opancerzone drzwi. W ten sposób budujemy nasze poczucie bezpieczeństwa i prestiż. Odcięci od reszty świata, czujemy się pewniej i lepiej. Jesteśmy umieszczeni wyżej niż cała hołota, nienarażeni na jej brudny dotyk. Jak w kafkowskim zamku. Niedostępni dla pariasów, których nie stać na kupno mieszkania na strzeżonym osiedlu. Otoczeni tylko takimi jak my — lepszymi, zamożniejszymi, czystymi.

To w pełni naturalne, że chcemy się chronić. Ostatecznie każdy żywy organizm jest wyposażony w najrozmaitsze mechanizmy obronne. Wytwarza przeciwciała mające wyeliminować zeń wirusy oraz szkodliwe bakterie. Wykształca odruchy i zachowania zabezpieczające nas przed agresorami z zewnątrz. Niekiedy jednak, jak w przypadku sepsy czy gwałtownej reakcji alergicznej, ślepe mechanizmy obronne złośliwieją.

Wtedy okazuje się, że to, co miało nas chronić, powoduje dyskomfort, poważne kłopoty, a czasem wręcz prowadzi do śmierci…

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Rozdział 1

Zadzwonił budzik. Kobieta leniwie odwróciła się na drugi bok i nacisnęła guziczek tak, aby ponownie odezwał się za dziesięć minut. Mężczyzna śpiący obok niej nie zareagował ani na dźwięk, ani na jej ruch.

Kobieta znów odwróciła się twarzą do jego pleców. Pachniały ciepłym, ciężkim snem i były tak duże, że z bliska nie widziała nic poza ich beżoworóżowym prostokątem. Przytuliła się do nich policzkiem, ziewnęła i zamknęła oczy.

Uwielbiała te poranne chwile. Wiedziała, że za kilka minut będzie musiała wstać i rzucić się w wir codziennych zajęć. I tak naprawdę jej racjonalny umysł uważał to wylegiwanie się za zwykłą stratę czasu. A mimo to nigdy nie potrafi ła zmusić się do wstania po pierwszym dzwonku. Lubiła chwytać każdą sekundę tych cennych kilku minut, przeżywać je tak, by trwały jak najdłużej. Lubiła wtulać się w szerokie plecy swojego męża, upajać się dusznym zapachem jego ciała, leżeć w ciepłym półmroku i stopniowo, leniwie oswajać się z koniecznością rozpoczęcia nowego dnia.

Budzik zadzwonił po raz drugi. Kobieta westchnęła i usiadła na łóżku. Potem wstała i przeciągnęła się. Lekko potrząsnęła mężczyzną.

— Budź się powoli, już dziesięć po siódmej.

Odmruknął coś niechętnie. Kobieta nałożyła seksowny, prześwitujący szlafroczek i poszła boso do łazienki.

W mieszkaniu obok rolety w oknach zostały już dawno podniesione. Platynowłosa piękność, podobna bardziej do lalki z wosku niż do żywej kobiety, siedzi w podobnym jak u sąsiadki szlafroczku przed wielką toaletką. Wilgotne loki ma przytrzymane opaską, by nie opadały jej na twarz, i nie spiesząc się, robi makijaż. Poświęca temu jakieś dziesięć razy tyle czasu, co normalna, dbająca o siebie kobieta wychodząca rano do pracy. Sam fluid nakłada przez kilka minut, starannie, gąbeczką. W trakcie tej czynności popija wodę mineralną ze szklanki i masuje stopy o specjalną matę. Z niepokojem odnotowuje fakt, że jej oczy nie mają dziś blasku. Za późno już, by zmyć fluid, zaaplikować sobie maseczkę na powieki i potem znowu nałożyć fluid. Pozostaje tylko liczyć na to, że rześkie poranne powietrze przywróci im normalny wygląd. A Mariusza trzeba ostro ochrzanić za wczorajszy wieczór. Gdyby nie jego protesty, wyszliby z lokalu znacznie wcześniej, wyspałaby się, no i nie siedziałaby tak długo w zadymionym pomieszczeniu. Co, jak wiadomo, ma zgubny wpływ na wygląd oczu.

Drzwi wejściowe się otwierają, wchodzi mężczyzna o urodzie Apollina, niosąc reklamówkę ze świeżutkimi bułkami, masłem i sokiem pomarańczowym. Stawia ją na kuchennym stole i nie rozpakowując, zabiera się do przygotowywania kawy.

— Mariusz! — dobiega go głos z sypialni.

— Zaraz!

— Chodź tu natychmiast, słyszysz?

— Jak zrobię kawę.

— Ja nie chcę.

— Przecież ci nawet nie proponuję. Sobie robię.

— Zęby będziesz miał brzydkie.

— Odczep się. Przeginasz, wiesz?

— Mariusz, kurwa, nie przeginam. — Poirytowana kobieta pojawia się na progu kuchni. — Przyjrzyj mi się. Przyjrzyj mi się i powiedz, jak wyglądam.

Apollin z westchnieniem podchodzi, przygląda się jej i wydyma usta.

— Normalnie. Jakiś syf ci wyskoczył na skroni.

— Co?! Jaki syf?

— Mały, nie widać go prawie. Dziabnij korektorem i będzie okej.

— Cholera! — Kobieta jest już z powrotem przy lusterku, skrupulatnie ogląda swoją twarz. — Cholera! — powtarza prawie z płaczem. Zajęta lustrowaniem zmęczonych oczu, zupełnie nie zauważyła krostki na prawym policzku, tuż przy skroni. — I co ja teraz mam zrobić?

— Klaudia, bez paniki, naprawdę. Wcale tego nie widać. Przesadzasz. Zatuszuj korektorem i spoks.

— Ten korektor, co mi go kupiłeś, jest do niczego. Na kilometr go widać.

— Kosztował prawie dwie stówy.

— Ale i tak jest do niczego. Nie kupuj mi już niczego, czego nie znasz, nawet jeśli kosztuje tysiąc.

— W porządku.

— Nie w porządku, bo co teraz mam zrobić?

— Przypudruj to albo olej.

— I oczy mam takie zmęczone. Wszystko przez to siedzenie w klubie do jedenastej.

— Ja cię nie zmuszałem do siedzenia. Mogłaś wyjść sama, kiedy chciałaś. W ogóle nie musiałaś tam iść. Ej, tylko bez takich! — dodał prędko, widząc, że jego żona jest bliska załamania, zaczyna trzepotać powiekami, a w oczach pojawiają się łzy. — Jak się teraz rozbeczysz, dopiero będzie tragedia.

Myślał przez moment, że skoczy na niego z pięściami, i napinał mięśnie, przygotowując się do odparcia ataku w taki sposób, by nie zrobić jej krzywdy. Klaudia jednak opanowała się, przełknęła łzy i wróciła do toaletki ratować resztki swojej sponiewieranej urody.

— Masz rację — powiedziała po kilku głębokich oddechach — pogadamy później. A teraz proszę cię, zrób mi małą miseczkę musli z jogurtem.

— Nie ma jogurtu. Był w sklepie, ale przeterminowany. Kupiłem bułki i sok pomarańczowy.

— Roztyjesz się od tych bułek.

— Przestaniesz wreszcie zrzędzić czy nie?

— Daj mi więc tylko sok.

— A proszę cię bardzo. — Nalał soku do szklanki i postawił przed nią z głośnym stukiem, aż się wzdrygnęła, a kilka kropel płynu rozbryzgnęło się na blat toaletki.

— Mariusz, kurwa! Mogłeś mi zachlapać cienie!

— Wkurwiasz mnie maksymalnie, wiesz?

— Dobra, ale powiedziałam, że pogadamy później, nie musimy się żreć teraz, dość mam stresów, jak na jeden poranek!

— OK, zamknij się, to ja też się zamknę!

Posłuchali się oboje i kolejny kwadrans upłynął im w milczeniu.

Wróciwszy z łazienki, kobieta z poprzedniego mieszkania stwierdziła, że jej mąż już nie śpi, siedzi na łóżku i ziewa.

— Zbieraj się, wpół do ósmej dochodzi — rzuciła dobrotliwie.

— Dobra, dobra. Zrobiłem kawę. Dla ciebie jest w kuchni.

— Kochany jesteś — zauważyła z wdzięcznością.

Mężczyzna wstał i poszedł do łazienki. Spędził tam około dziesięciu minut, które żona skrupulatnie wykorzystała. Wyszedłszy, wziął wystudzoną już kawę, włączył komputer i zasiadł przed nim.

— No tak — skomentowała żartobliwie jego partnerka. — Męski poranek trzech „k”: kawa, kibel, komputer.

— A damski to kawa, kibel, komórka — odmruknął z uśmiechem.

— Aaa, właśnie, à propos. Zadzwoniłam i umówiłam nas na szesnastą do Haliniaka.

Na tę wieść mężczyzna znieruchomiał z fi liżanką kawy w połowie drogi do ust.

— Aneta, do cholery! Nie zwolnię się znowu z pracy.

— Przykro mi. Nie ma innych terminów. Nie martw się, przecież nie musisz tego nigdzie zgłaszać, studenci poczekają kwadrans i pójdą zadowoleni do domu.

— Aneta, kurczę…

— Kamil, próbowałam, naprawdę. Następny termin był za trzy tygodnie i też w godzinach pracy. Mieliśmy w ogóle niebywałe szczęście, że ktoś dziś odwołał wizytę.

— Musimy już dziś, naprawdę? Nie da się poczekać?

— Cholera jasna, mówiłeś tak przez kilka lat, więc teraz jest za późno, żeby to zrobić w sposób naturalny. To przynajmniej oszczędź mi wymówek. Nie wiadomo, ile to jeszcze potrwa. Nie musi się udać za pierwszym razem. A do trzydziestki brakuje mi raptem kilku miesięcy.

— O rany, znów ta magiczna trzydziestka. Wiele kobiet po trzydziestce zachodzi w ciążę, rodzi dzieci i jest OK.

— Ale jest coraz trudniej. I można urodzić downa.

— Daj spokój, przecież powiedziałem „tak” już dwa lata temu i od razu zaczęliśmy próbować.

— No widzisz. I już pewnie było za późno. Teraz każda chwila może się liczyć.

— Wcale nie jest powiedziane, czy udałoby się, gdybyśmy zaczęli wcześniej.

— Jestem tego pewna. Wiedziałam, że będziemy mieli kłopoty, jeśli będziemy czekać nie wiadomo na co. Czułam to. Kobieta czuje takie rzeczy.

 

— Idź więc dzisiaj sama. Ja nie mogę. Trzeci raz w semestrze nie odwołam zajęć przez twoje fanaberie.

— Moje fanaberie?! — naskoczyła na niego. — To, że po prostu chcę mieć dziecko, to jest fanaberia?! To ty miałeś fanaberie — najpierw chciałeś doktorat, potem podróże… Cholera, dobrze by było poczekać na moje klimakterium, prawda? Potem zachciałoby ci się dziecka, a ponieważ ja już nie mogłabym mieć, tobyś mnie wymienił na nowszy model, co nie?!

— Aneta… — próbował ją objąć, ale ona już wykazywała oznaki histerii. Wyrwała mu się i tupiąc, zaczęła biegać po mieszkaniu, płacząc jednocześnie i krzycząc na przemian. Porwała filiżankę z niedopitą kawą i rzuciła nią o twarde kafelki w kuchni, filiżanka z hartowanej porcelany nie rozbiła się jednak, tylko potoczyła z dźwięcznym łoskotem w kąt. Wrzeszcząc coraz bardziej, Aneta chwyciła talerz z suszarki i chciała z nim zrobić to samo co z filiżanką, jednak Kamil zdołał zbliżyć się do niej, złapać ją mocno za młócące powietrze ręce i przygarnąć do siebie z całej siły.

— Kochanie, uspokój się, proszę… Anetka, proszę… przepraszam… uspokójmy się oboje, naprawdę… przecież wiesz, że tak nie jest… chciałem po prostu, żeby nasze dziecko miało jak najlepsze warunki, żebyśmy oboje mieli stałą pracę i mieszkanie, a nie żeby wychowywało się w jakiejś wynajętej kawalerce, kiedy ojciec zapieprza całymi dniami i nocami, bo boi się, że straci robotę, więc nie ma czasu dla dziecka ani dla żony… chciałem, żebyśmy mieli jakąś pozycję, to wtedy można i dzieci na spokojnie, a nie tak co nagle…

Chlipała jeszcze i szarpała się, ale trzymał ją mocno, aż usłyszał, że jej oddech zaczyna się uspokajać.

— Aneta, kocham cię… wiesz, że nigdy bym cię nie opuścił, na pewno nie dlatego, że nie mogłabyś mieć dzieci… po prostu to nie ja, może inni tak robią, ale to nie ja… mi tak bardzo na… — Chciał powiedzieć, że na dzieciach mu aż tak bardzo nie zależy, by opuszczać kobietę, z którą nie może ich mieć, ugryzł się jednak w język. Znał już swoją żonę i wiedział, że takie słowa mogą natychmiast zostać obrócone przeciwko niemu („no i sam przyznajesz, że wcale nie chcesz mieć dzieci!”). Zamiast tego powiedział: — Mi tak bardzo na tobie zależy, że nic, nic na świecie tego nie zmieni.

— Mi na tobie też — chlipnęła. — Ale czasami jest mi tak trudno… Dlaczego nie można po prostu mieć dziecka? Tak po prostu, bez żadnych specjalnych zabiegów, z wyjątkiem… — przerwała i zachichotała.

— Będziemy mieli dziecko. Zobaczysz. I będzie to najładniejsze i najmądrzejsze dziecko w całej Warszawie. I będzie miało wszystko, czego tylko zapragnie. Właśnie dlatego, że na nie trochę dłużej poczekamy niż ci, co płodzą dzieci bezmyślnie.

Odgłosy awantury między Anetą i Kamilem Krukiewiczami zbudziły Renatę Janowską, mieszkankę lokalu numer 144, sąsiadującą z nimi przez ścianę.

— Znowu się kłócą z rana — burknęła i nakryła głowę kołdrą, jakby chciała jeszcze chwilkę dospać, jednak ciekawość okazała się silniejsza. Odchyliła kołdrę, wsparła się na łokciu i wytężyła słuch. Dobiegły ją słowa: „…tobyś mnie wymienił na nowszy model, co nie?!”, a potem odgłosy płaczu i ciskania różnych przedmiotów o podłogę.

— Aaa — mruknęła z wyraźną satysfakcją i z poczuciem spełnionego obowiązku. Położyła się z powrotem na wznak. — To wszystko jasne — dodała sama do siebie.

Mężczyzna leżący obok niej odwrócił się i zapytał:

— Co niby jest jasne?

— Ooo, ciebie też obudzili?

— Umarły by się obudził. Trzeba im zwrócić uwagę, awanturują się codziennie o wpół do ósmej rano, człowiek by jeszcze pospał, a tak… — ziewnął i podrapał się z hałasem po ramieniu.

— A ona to jadaczkę ma straszną. Jak ją rozpuści, słychać na całą klatkę. Sąsiadka z czwartego, i to nie mieszkająca pod nimi bezpośrednio, tylko na skos, też się skarżyła. W windzie kiedyś, słyszałam.

— Może się skarżyła na kogoś innego, skąd wiesz, że akurat na nią? — zasugerował facet, lecz Renata spojrzała tylko na niego z politowaniem i umilkł, po czym pospiesznie powrócił do przerwanego wątku. — No ale mówiłaś, że coś jest jasne, co mianowicie?

— Ach, no przecież jasne, o co się kłócą. Jak wszyscy: ona mu zarzuca, że się postarzała i że on by ją chciał wymienić na nowszy model.

— A chciałby?

— Ja tam wiem jedno, że odkąd tu jest ta Kos, to awantury między wszystkimi sąsiadami są znacznie częstsze niż kiedyś.

— Przesadzasz. Przecież ona nic złego nie robi. Poza tym jest starsza od Krukiewiczowej.

— Ale lata w tej krótkiej spódniczce albo ciasnych spodniach i na tym swoim motorze jeździ. Rany boskie, kobieta na motorze? Dla mnie to coś okropnego. Ale faceci się ślinią. Nawet ty.

— Ej, no co…

— Nie zaperzaj się tutaj, bo widziałam. Nie bój się… ja za stara jestem, żeby być zazdrosna, a ty za stary dla niej dziad, hehe… I za brzydki. Ale ona to jakiś numer jest. Już co najmniej czterech różnych widziałam, jak do niej przychodzą. A raz to przyszli we dwóch.

— Może imprezę jakąś robiła? Przecież często tam hałasy, muzyka głośna…

— Ech, ty to, naprawdę, tirówkę byś zobaczył na drodze i pomyślał, że to autostopowiczka, i jeszcze byś ją do auta zabrał… Jakbyś, oczywiście, auto miał… Pomyśl: trzydziestkę to ona już dawno przekroczyła, a faceta na stałe żadnego. To co to znaczy?

— Może rozwiedziona? Albo… wdowa?

— Mmm… może — przyznała z wyraźną niechęcią Renata. — Ale według mnie to ona zwyczajna dziwka jest. Albo i lesba. Bo każda lesba to dziwka — dodała z ożywieniem.

— Wczoraj mówiłaś, że każda dziwka to lesba.

— No… tak — Renata spojrzała na męża ze zdziwieniem. — No to przecież to samo mówię: każda lesba to dziwka.

Kamil Krukiewicz spieszy się, wkłada płaszcz, szuka kluczyków od auta, znajduje, wrzuca je razem z komórką do teczki, pędem wraca do pokoju i pakuje jeszcze jakieś szpargały z biurka. Jego żona, ciągle w szlafroczku, gdyż do pracy idzie dopiero na dziewiątą trzydzieści, snuje się bezładnie po mieszkaniu, stanowiąc uderzający kontrast dla uwijającego się męża.

— Będziesz? — pyta w końcu żałośnie, stanąwszy w progu jego gabinetu. Kamil wzdycha ciężko.

— Będę — odpowiada z rezygnacją.

Renata i Grzegorz Janowscy wstali już z łóżka. On się goli w łazience, ona w rozdeptanych kapciach i szlafroku podkreślającym jej obwisłe piersi i wydatny brzuch niespiesznie przygotowuje śniadanie.

— Po bułki świeże można by pójść — mruczy pod nosem. — Grzesiek, długo jeszcze się będziesz pacykował? — woła w stronę łazienki.

— Przecież dopiero co tu wszedłem!

— Po bułki trzeba by skoczyć.

— Zaraz pójdę.

Renata przerywa więc przygotowywanie śniadania i zaczyna wertować gazetę z programem telewizyjnym.

— Dziś ten nowy serial się zaczyna — mówi bardziej do siebie niż do męża, który przez strumień płynącej wody nie ma wielkich szans jej usłyszeć — trzeba zobaczyć. O dwudziestej piętnaście na jedynce. Reszta jak zawsze.

Gazetę przegląda dla formalności, bo godziny emisji wszystkich seriali, które razem oglądają, zna na pamięć i na wyrywki, w każdym dniu tygodnia, na sześciu programach telewizyjnych. No i po to, by sprawdzić, czy nic się nie zmieniło.

— Trzeba by dzisiaj pojechać na Bazar Różyckiego — myśli głośno, odłożywszy gazetę — może jakie talerze by dostał, bo już każdy jest z innego kompletu, wstyd gości zapraszać. Grześkowi spodnie by się przydały i koszula nowa na święta, obowiązkowo.

— Na bazar chcesz jechać? — pyta Grzegorz, który właśnie wyszedł z łazienki. — To musisz sama, ja nie mogę, mam na dziś robotę.

— Jaką robotę? — pyta zaskoczona, spoglądając na niego znad okularów.

— Kartony tu w sklepie mam pakować. Mówiłem ci przecież…

— Aaa… zapomniałam — mówi z roztargnieniem Renata. — To źle… poniedziałek dziś i dużo nowego towaru przyjedzie.

— Trudno, już się umówiłem. Zejdzie mi co najmniej do szesnastej. Mogę nie zdążyć na początek „Mody na szczęście”.

— Sama nie pojadę, to bez sensu, koszulę i spodnie dla ciebie trzeba by kupić, bo chodzisz już jak obszarpaniec.

— Jak kasy nie zarobię, to i tak nie będę miał za co kupić.

— No tak, tak… Przecież nic nie mówię. Idź już po te bułki, głodna jestem.

— Coś do tych bułek jeszcze kupić?

— Jakąś wędlinę może… Tylko nie ten salceson co ostatnio, obrzydliwy był. Aaa i papier toaletowy się kończy. Herbaty dwie ostatnie torebki…

— Nie chcę tu kupować za dużo, drogo w tym sklepie jak skurczysyn. Jedź później do Tesco, zrób większe zakupy, skoro bazar dziś odpada.

— Węża w kieszeni to ci nie brakuje.

— Oszczędny jestem, ty byś całą rentę w jeden dzień potrafi ła wydać.

— Moja renta, nie?!

Swary przerywa dzwonek telefonu. Renata odbiera, a mąż, korzystając z tego, prędko wymyka się po zakupy.

Komórka Klaudii Zielnik brzęczy w takt jednego z ostatnich muzycznych hitów. Znak, że zamówiona taksówka czeka już na dole. Klaudia jeszcze z namaszczeniem nakleja ostatni sztuczny paznokieć, przygładza włosy i maluje usta. Ostatni rzut oka w lustro.

— Trzymaj się — Mariusz wychodzi z kuchni, przygarnia ją i całuje, ostrożnie, by nie zniszczyć fryzury i makijażu. — Dziś ci się uda, czuję to. Wyglądasz super, naprawdę.

Klaudia próbuje mu coś odpowiedzieć, ale jest tak przejęta, że nic nie przechodzi jej przez gardło. Uwalnia się więc z jego objęć, uśmiecha się bez odrobiny radości i wychodzi.

Adam Wojdyło spod numeru 143 wpada do domu podczas przerwy w pracy. Był już z samego rana w hurtowni, gdzie kupił wszystkie potrzebne towary do swojej pizzerii, zawiózł je tam i teraz ma wolną chwilę. O trzynastej będzie musiał się tam pojawić, bo zaczyna się ruch, a przedtem musi jeszcze załatwić sprawę w urzędzie, ale chce przynajmniej spokojnie wypić kawę, ogolić się i przebrać.

Otwiera kluczem drzwi w kracie odgradzającej lokale 140-144 od reszty klatki. Wchodząc, mija się z Mariuszem Zielnikiem, wychodzącym z lokalu 140.

— Dzień dobry — mruczy Zielnik.

— Kłaniam się — odburkuje Wojdyło.

Na tym zwykle kończy się wymiana zdań między nimi, tym razem jednak coś przykuwa uwagę Mariusza Zielnika.

— Patrz pan, jaki tu paskudny grzyb na ścianie się robi — zwraca się nieco głośniej do sąsiada. Ten, choć marzy już o kawie, spogląda tam, gdzie Zielnik.

— Ojej — przytakuje — faktycznie, paskudny wyjątkowo. W życiu takiego nie widziałem. Teraz się pojawił?

— Nie wiem. Nie zauważyłem wcześniej. Ale też nigdy się specjalnie nie przyglądam.

— Trzeba by administrację powiadomić.

— Ta ściana to od mieszkania tej Kos. Ona powinna się tym zająć.

Obydwaj mimowolnie spoglądają na drzwi do lokalu 141. Przykręcona do nich tabliczka informuje: Magda Izabela (Magdabel) Kos. Enter at own risk.

— Myśli pan, że ona w ogóle jest w stanie zauważyć takie rzeczy? — pyta z powątpiewaniem Wojdyło. — Przecież ona to jakaś wiecznie nieprzytomna się wydaje. O ile w ogóle jest w domu, bo chyba rzadko jest.

Mariusz Zielnik wzrusza ramionami.

— Jej problem, jak jej ściana całkiem zgrzybieje.

— Zastukam do niej dzisiaj, zwrócę jej uwagę. Przecież jak się ten grzyb rozejdzie, to będzie wszystkich problem.

— Też racja. Marne szanse, że zastanie ją pan o jakiejś normalnej porze, ale życzę powodzenia. Tymczasem do widzenia…

— Kłaniam się — odpowiada z roztargnieniem Wojdyło, ale gdy Mariusz Zielnik znika za winklem, on, choć przed minutą jeszcze umierał z chęci rozsmakowania się w aromatycznej kawie, teraz nadal stoi przed drzwiami do mieszkania 141, wpatrując się tępo w tabliczkę.

— Magdabel Kos — mruczy pod nosem. — Magdabel Kos…

Nagle traci równowagę i omal nie pada na plecy, bo znienacka uderza go muzyka puszczona na cały regulator. Gdyby drzwi i ściana nie zamortyzowały fali uderzeniowej, leżałby teraz ogłuszony.

— Cholera! — wrzeszczy Wojdyło i wali pięściami w drzwi, ale z doświadczenia już wie, że to próżny wysiłek. Musi pogodzić się z tym, że cała przyjemność z kawy zostanie mu popsuta przez punk rock dobiegający zza ściany, wprawiający w wibracje całą klatkę, a najbardziej jego mieszkanie, znajdujące się tuż obok. — Suka — warczy w poczuciu bezsilnej złości i z zemsty przywala z meszta w drzwi. Pozostaje na nich odcisk jego zabłoconej podeszwy.

 

Magdabel Kos niechętnie wstaje z łóżka. Do łazienki idzie boso i nago. Sypia bowiem nago, a że mieszka sama, nie ma po co ubierać się z rana.

Wczoraj wprawdzie miała gościa do trzeciej nad ranem (dlatego dopiero teraz się zwleka, w czym wydatnie pomaga jej muzyka punkowa puszczona na cały regulator), ale nie pozwoliła mu zasnąć u siebie.

Zresztą takiego, którego nie wyrzuciłaby z łóżka po wykonaniu jego zasadniczego zadania, nie było. „Nie spałam jeszcze z nikim” — mówi niekiedy z uśmieszkiem, i mówi prawdę.

Teraz idzie powoli, przeciągając się i ziewając, do łazienki. Po drodze zatrzymuje się przed lustrem i krytycznie mierzy wzrokiem swoje odbicie od stóp do głów. Kręci z dezaprobatą głową, wciąga mocniej brzuch i ściąga łopatki. Potem wyjmuje z szuflady centymetr i mierzy się w pasie.

Za dużo… jakieś dwa, trzy centymetry musi zrzucić.

— Obżerałam się ostatnio jak świnia, bez opamiętania, to i mam — mruczy.

Idzie do łazienki.

Łazienka jest — jak całe jej mieszkanie — biało-czarno-czerwona.

Czerń i biel w jej mieszkaniu to kolory idealne. Jest tylko jedna czerń i jedna biel. Ale odcieni czerwonego — cała gama. Od czerwieni tętniczokrwistej poprzez żylnokrwistą po winną. Nie ma jedynie brudnej, czerwień u Magdabel jest sterylnie czysta.

Białe, czerwone i czarne są jej wszystkie, bez wyjątku, meble, sprzęty i ubrania.

Białe, czerwone i czarne są obrazy wiszące na jej ścianach.

Biało-czarno-czerwone (z efektem podczerwieni) są zdjęcia zrobione przez Magdabel, które uznała za warte ocalenia, wywołania, oprawienia i powieszenia na ścianach.

Magdabel czuje się kompletnie rozbita, mimo że poniedziałek rano nie jest dla niej tym samym, co dla zwykłego etatowca, bo ona pracuje na swój własny rachunek i pierwszy dzień tygodnia niczym się dla niej nie różni od drugiego, czwartego czy siódmego. Do tego Magdabel ma szczęście, że nie musi się zrywać o określonej porze, by zdążyć do pracy. Pracę zaczyna raczej późno, bo wcześniej nie dzieje się nic ciekawego, a potem pracuje, dopóki starczy światła.

Pije teraz z niechęcią kawę w kuchni, ciągle naga, ciągle z zapuchniętymi oczami.

Ubrana, uczesana, umalowana — na biało, czarno, czerwono — wychodzi.

Zamykając drzwi na klucz, słyszy, że Adam Wojdyło też wychodzi ze swojego mieszkania.

— Dzień dobry — mówi, choć to on jej powinien się pierwszy ukłonić.

— Znowu pani dziś hałasowała — smaga ją Wojdyło. Przez moment miga mu przed oczyma Magdabel pod pręgierzem, w kajdanach z czarnej, ćwiekowanej skóry. Świst przecinającego powietrze bicza, uderzenie o skórę, krzyk i na jej białych plecach pojawia się czerwona, rozmazująca się kreska.

— Ojej — patrzy na niego bezradnie — myślałam, że pan już wyszedł do pracy. Bo zwykle o tej porze to nikogo już nie ma…

— Dziś byłem. Tynk mi odpadał od ściany. Pani głucha jest czy co? Pani nie wystarczy o połowę ciszej?

— No nie! — odpowiada Magdabel z tak świętym oburzeniem, że Wojdyło mimo woli kurczy się i maleje. — Ale naprawdę nie chciałam panu przeszkadzać…

— Dobrze już… niech pani na przyszły raz tak nie robi.

— Nie będę. Obiecuję.

Magdabel pieczętuje tę obietnicę uśmiechem, tak samo jak wiele poprzednich o identycznej treści. Nim Adam Wojdyło jest w stanie uporać się z zamknięciem swoich drzwi, Magdabel otwiera furtkę i pędzi na schody. Nie chce ryzykować wspólnej jazdy windą. Dopiero poniewczasie Wojdyło uświadamia sobie, że miał z nią porozmawiać o grzybie na ścianie.