Za szafąTekst

Z serii: To lubię
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Za szafą
Za szafą
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 37,85  30,28 
Za szafą
Za szafą
Audiobook
Czyta Krzysztof Plewako-Szczerbiński
19,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa




Marcin Pałasz

Wszystko zaczyna się od marzeń

© by Marcin Pałasz

© by Wydawnictwo Literatura

Okładka i ilustracje:

Katarzyna Kołodziej

Korekta:

Lidia Kowalczyk, Joanna Pijewska, Aleksandra Różanek

ebook przygotowany na podstawie wydania III

ISBN 978-83-7672-439-3

Wydawnictwo Literatura, Łódź 2016

91-334 Łódź, ul. Srebrna 41

handlowy@wyd-literatura.com.pl

tel. (42) 630-23-81

faks (42) 632-30-24

www.wyd-literatura.com.pl

Skład wersji elektronicznej na zlecenie Wydawnictwa Literatura

Monika Lipiec, Woblink

Spis treści

Rozdział 1. O tym, co to będzie

Rozdział 2. Między innymi o Kocie

Rozdział 3. Niespodzianka

Rozdział 4. Królik czy baran?

Rozdział 5. U dziadka

Rozdział 6. Ogon

Rozdział 7. Flamaster

Rozdział 8. Gwiazdka

Rozdział 9. W górach

Rozdział 10. Gadu-Gadu

Rozdział 11. Hot-Dog

Rozdział 12. Sobota

Rozdział 13. Niezwykły uciekinier

Rozdział 14. Kiepscy detektywi

Rozdział 15. Prima aprilis

Rozdział 16. Zużyte baterie

Rozdział 17. Pożółkłe kartki

Rozdział 18. Wiersze na Dzień Matki

Rozdział 19. Wszystkie dzieci są nasze

Rozdział 20. Myśleć o brzuchu

O Autorze


Moja siostra Krysia pisze pamiętnik, Kot ma bloga, a tato stuka na komputerze różne artykuły. Pomyślałem sobie, że będę od nich lepszy i napiszę powieść. Autobiograficzną.

W zeszłym roku mieliśmy spotkanie z pisarką. I kiedy ktoś ją spytał, skąd czerpie pomysły na książki, powiedziała, że pomysłem może być wszystko, co nas spotyka, trzeba mieć tylko oczy i uszy szeroko otwarte. I że najlepiej pisać o sprawach, które się zna. Już wtedy złapałem trochę wiatru w żagle i postanowiłem wziąć się za książkę o moim życiu, ale musiałem go wypuścić, bo na przeszkodzie stanęły mi wakacje. Teraz nie mam już jednak żadnej wymówki, rok szkolny się rozpoczął, a więc zaczynam.

Nazywam się Jarek Liciński i chodzę do trzeciej klasy. Mieszkam w Warszawie, na czwartym piętrze bez windy, razem z rodzicami i siostrą. Kryśka ma już czternaście lat, maluje oczy i paznokcie i ciągle w kimś się kocha. Zwykle są to osoby znane z kina albo telewizji. Wycina ich zdjęcia i zalepia nimi ściany w naszym pokoju. Narysowałem flamastrem kreskę, do którego miejsca wolno jej się panoszyć, ale od razu ją zalepiła plakatem z Legolasem. Wtedy domalowałem mu flamastrem zieloną brodę i wąsy i zrobiło się piekło.

– To, że mieszkam za szafą, nie znaczy, że należy mi się w pokoju mniejsza przestrzeń. Zmierzyłem ją co do centymetra! – oznajmiłem z goryczą, kiedy tato próbował mi wmówić, że jestem trudny we współżyciu.

Szkoda, że mama wyjechała akurat jako pilot wycieczki do Turcji i nie było równowagi sił, bo myślę, że stanęłaby za mną murem.

Właśnie wtedy postanowiłem, że moja powieść będzie nosić tytuł Za szafą. Może go kiedyś zmienię, zobaczymy. A kim jest Kot, o którym wspomniałem na początku, niech pozostanie zagadką do następnego rozdziału!


Obiecałem napisać, kim jest Kot, więc może od niego zacznę. Na naszym piętrze mieszkają jeszcze dwie rodziny: jedna naprzeciwko i druga przez ścianę. Ta przez ścianę składa się z uśmiechniętej pani, skrzywionego pana i jamniczki o imieniu Zuzia. Niedawno Zuzia się oszczeniła, a na tablicy ogłoszeń na dole pojawiła się informacja, że wkrótce będą do oddania w dobre ręce szczeniaki. Ja uważam, że moje są dobre, ale rodzice są innego zdania.

– Z pieskiem trzeba wychodzić na spacer trzy razy dziennie – powiedziała mama, jakbym tego nie wiedział. – Już widzę, jak go wyprowadzasz rano przed szkołą. Wiesz, że na mnie nie masz co liczyć. Często wyjeżdżam.

– A ja potrzebuję choć chwilę samotności i spokoju – dodał tato.


– Mógłby mieszkać w naszym pokoju – poparła mnie nieoczekiwanie Kryśka, a mnie aż zamurowało z wrażenia. Chyba pierwszy raz, od kiedy pamiętam, stanęła po mojej stronie. I chociaż nic to nie pomogło, byłem jej bardzo wdzięczny.

– Możesz sobie powiesić jakiś plakat po mojej stronie pokoju – powiedziałem potem łaskawie, ale jakoś z tego nie skorzystała.

Miałem pisać o Kocie, ale zacząłem od sąsiadów przez ścianę. Pani Kotowska, czyli mama Kota, mieszka natomiast naprzeciwko z nim i jego dwiema siostrami bliźniaczkami: Kasią i Basią. Nie dość, że mają podobne imiona i są do siebie bardzo podobne, to lubią się tak samo ubierać. Pewnie żeby jeszcze zaciemnić sytuację.

Kot jest dość stary, ma szesnaście lat i nigdy bym się z nim nie zaprzyjaźnił, gdyby nie moja siostra. Jeszcze przed wakacjami gadała z nim na podwórku, a potem widziałem ich z okna, jak wychodzili z bloku, ale wrócili już oddzielnie. I tego samego wieczoru Kryśka zdjęła ze ścian kalendarze, plakaty i zdjęcia Legolasa, a ja domyśliłem się, że w jej życiu uczuciowym zaszła jakaś zmiana.

– Gdzie twój lowelas? – spytał tato, kiedy zobaczył gołe ściany.

– Nie lowelas, tylko Legolas! – krzyknęła zdenerwowana, a potem zrobiła się czerwona jak burak i zaczęła coś mamrotać o prawie każdego do prywatności.

– Ona się odkochała – wyjaśniłem tacie, co ją, nie wiadomo dlaczego, jeszcze bardziej zirytowało.

Ściany jednak pozostały gołe jak nigdy.

Potem podsłuchałem, że Kot jedzie na ten sam obóz wędrowny co Kryśka. I kiedy spakowali się w jeden plecak – „żeby Krysia nie musiała dźwigać”, jak powiedział Kot – to już dla wszystkich stało się jasne, że się w sobie zakochali.


Nie wiem, co on w niej widzi. Bo co ona, to można dostrzec gołym okiem. Kot ma czerwone włosy zlepione w sterczące szpikulce i właściwie powinien się nazywać Jeż, a nie żaden Kot. Poza tym jest wegetarianinem, to znaczy nie je mięsa ani ryb, ani nawet jajek, bo uważa, że gdyby ich kurom nie podbierać, to z nich też wylęgłyby się pisklaki.

Na razie na znak poparcia dla niego zjadam jajecznicę z jednego jajka zamiast z dwóch, a dzisiaj nie dojadłem kotleta, mimo że był bardzo dobry.

Chociaż to nie ja powinienem się ograniczać, ale Kryśka, a ona wcina wszystko jak leci, tak samo jak przedtem, i Kot to znosi. Serce nie sługa, jak mawia moja babcia, ale o tym napiszę przy innej okazji.

Dzisiaj chciałem tylko jeszcze dodać, że jednego z piesków adoptował właśnie Kot. Mały ma na imię Pirat i jak na jamnika ma wyjątkowo długie i proste łapy. Mój tato twierdzi, że pewnie jego ojcem był chart. Też dobra rasa.


Nie pisałem jeszcze wcale o mojej szkole. Nosi imię Stanisława Moniuszki, ma dwa piętra i jest w kolorze żółtym. Jeśli ktoś nie wie, kim był Moniuszko, wyjaśniam, że kompozytorem, a ciekawskich odsyłam do encyklopedii albo internetu.

 

Jest nas w klasie dwadzieścia osiem sztuk – jedenastu chłopaków, a reszta to dziewczyny. Najfajniejszy chłopak (oprócz mnie) ma na imię Krystian, a najładniejsza dziewczyna – Agata. Z Krystianem siedzę w jednej ławce, a o Agatę prawie się pobiłem kiedyś z takim jednym, który twierdził, że jest za gruba.

Nasza pani jest bardzo miła i ma na imię Małgosia. Wiem, że mieszka sama, co mnie dziwi, bo ja od razu poprosiłbym ją o rękę, gdybym był w stosownym wieku. Uczy nas trzeci rok i już się martwię, jak to będzie, kiedy nas opuści. Chyba że zdecyduję się powtarzać klasę, wtedy pani Małgosia będzie mnie nadal uczyła. Ale nie wiem, czy mi się to opłaca, bo obok mnie nie siedziałby już Krystian, no i w ogóle przyzwyczaiłem się do mojej klasy.

– Pamiętasz, że w tym tygodniu jest Dzień Nauczyciela? – zagadnął mnie przy kolacji tato.

– Pewnie – pokiwałem głową. – Dwie koleżanki będą recytować wiersze na akademii, no i pani Małgosia dostanie od nas kwiaty jak co roku.

– No właśnie… – westchnęła mama z kwaśną miną. – Moglibyście wymyślić coś ciekawszego. Jakąś niespodziankę. Coś, co by jej naprawdę sprawiło przyjemność.


W nocy śniło mi się, że nasza klasa śpiewa przed panią Małgosią arię z opery Moniuszki, ale tak fałszowaliśmy, aż się obudziłem. I wtedy przypomniało mi się, że nasza pani lubi zwierzęta, i już wiedziałem, co zrobię. Zobaczyłem, że za szafą pali się nocna lampka, więc wstałem z łóżka i zajrzałem do Kryśki. Czytała książkę.

– Nie śpisz? – spytałem trochę głupio, ale nic innego nie przyszło mi do głowy.

– Śpię… – mruknęła. – A co? – podniosła na mnie wzrok.

– Chciałbym od sąsiadów jednego pieska…

– Przecież rodzice się nie zgodzili.

– Pani Małgosia mieszka bez rodziców – zapewniłem, a potem opowiedziałem jej co i jak. – Mnie na pewno sąsiedzi nie dadzą, ale gdybyś ty z nimi porozmawiała…

Krysia wybrała Siniaka – jamniczka z czarną plamką pod okiem. Najmniej podobało mi się w nim imię, ale pomyślałem sobie, że może nie zdążył się jeszcze do niego przyzwyczaić i pani Małgosia nazwie go, jak będzie chciała.

Kot zgodził się przetrzymać go przez noc u siebie w mieszkaniu i umówiliśmy się na odbiór w Dniu Nauczyciela przy kiosku z gazetami. Kot trochę się spóźnił, podobno Siniak za nic nie chciał pozwolić sobie zawiązać na szyi czerwonej kokardy.

Nie udało mi się iść tak szybko jak zwykle, bo piesek bardzo się wyrywał. Pewnie było mu duszno pod ręcznikiem, którym go przykryłem dla niepoznaki. Jak niespodzianka, to niespodzianka.

I kiedy wszedłem do klasy, Agata wręczała już bukiet od całej klasy.

– A to – niespodzianka… – wysapałem, wypuszczając Siniaka na stolik pani.

Natychmiast pod pieskiem pojawiła się kałuża.

– Rzeczywiście… – przyznała mi rację pani Małgosia.



Kiedy wróciłem dzisiaj ze szkoły i nacisnąłem dzwonek do drzwi, to pomyślałem, że śnię. To znaczy, nie myślałem tak jeszcze w chwili naciskania dzwonka, ale sekundę później, kiedy drzwi się otworzyły. Bo w moim mieszkaniu byli zupełnie obcy ludzie. Uśmiechali się do mnie miło i zapraszali do środka, w dodatku w jakimś dziwnym języku, który przypominał polski, ale brzmiał inaczej. Pewnie dałbym nogę, gdyby za nimi nie wyrosła mama.

– No chodź, Jareczku. Poznaj naszych gości…

Zwykle wiadomo, kiedy ktoś się do nas wybiera. Tato piecze wtedy ciasto, a mama robi porządki. Dzisiaj mieliśmy jechać do miasta po zimowe ubrania, a więc na pewno nikt nie był zaproszony.

Goście składali się z pana podobnego do dziadka, tylko z dłuższymi wąsami, grubiutkiej starszej pani w chustce na głowie, pani w wieku mamy, chłopaka o imieniu Kola i królika w klatce. Starsza pani często się uśmiechała i wtedy widać było jej złoty ząb. Gdyby nie królik, pewnie cały czas bym się jej przyglądał.


Obściskali mnie, zupełnie jak rodzina, a potem mama powiedziała:

– Państwo Wołodko są ze Wschodu. Przyjechali tu z wycieczką. Okazało się, że miałam źle podaną liczbę uczestników i zabrakło dla nich miejsca w hotelu. Poza tym w recepcji krzywili się na królika. Przenocują u nas…

W tym momencie wróciła ze szkoły Kryśka i sytuacja się powtórzyła. Kiedy wkroczył tato, nie chciało mi się już tego słuchać po raz trzeci i uciekłem do siebie.

Położyłem się na tapczanie w obawie, że ktoś mi go zabierze, i zaraz obok mnie usiadł Kola. Rozumiałem go prawie zupełnie. Dowiedziałem się, że chodzi do czwartej klasy i mieszka we Lwowie. A potem powiedział mi jeszcze, że przyjechali tu odszukać groby pradziadków. Wszystko to było bardzo ciekawe i już zaczynaliśmy się przyjaźnić, kiedy pokazał klatkę z królikiem, którą ze sobą przytargał.

– To baran – powiedział, a mnie aż zatkało.

– Sam jesteś baran – zdenerwowałem się i trochę zaczęliśmy się tarmosić.

Rozdzieliła nas Kryśka. Weszła akurat do pokoju, żeby się spakować – wyprowadzała się w popłochu do przyjaciółki. No i chciała pogłaskać królika. Kiedy jej powtórzyłem, co powiedział Kola, tylko się roześmiała:

– To jest taka rasa. Królik rasy baran, rozumiesz? – I otworzyła klatkę.


Królik wyskoczył natychmiast i uciekł pod szafę. Nie wiem, jak mu się to udało, musiał się trochę rozpłaszczyć. A moja siostra znowu się roześmiała i sobie poszła.

Próbowaliśmy go wyciągnąć, ale bez skutku. Znalazłem za to pod szafą dwa długopisy, które uznałem za zaginione, i waleta pik. Miałem znów kompletną talię kart, więc zaczęliśmy grać w oczko.


Ale nie pograliśmy długo, bo nasi goście wybierali się na cmentarz razem z Kolą i moją mamą, która bała się, że się zgubią.

Leżałem na podłodze, próbując wygarnąć królika szczotką, kiedy tato zaczął coś krzyczeć z drugiego pokoju. Okazało się, że baran właśnie przegryzł kabel, a tato chciał obejrzeć mecz w telewizji.

– Wyprowadzam się! – oznajmił groźnym tonem, zupełnie jakby to była moja sprawka, chwycił szczotkę do zębów oraz piżamę i pobiegł do wujka Staszka. – Będę tam nocował… – dodał, jakbym się tego nie domyślał.

Też bym chętnie obejrzał mecz, ale królik był ciekawszy od telewizji. Pilnowałem, żeby nie przegryzł więcej kabli i nie zjadł roślinek doniczkowych, i kicałem za nim dookoła mieszkania. Dopiero kiedy usłyszałem zgrzyt klucza, zaniosłem go do klatki. Trochę się trząsł, pewnie ze strachu, czy nie dostanie lania za ten kabel.

– Nic im nie powiem, baranku – szepnąłem mu do ucha. I dotrzymałem słowa.


Co roku na Wszystkich Świętych jeździmy na wieś do dziadka, a potem razem z nim i z babcią idziemy na groby. Bardzo to lubię. Sam nigdy w życiu nie wybrałbym się na cmentarz, szczególnie wieczorem, bobym się bał duchów. Kiedy się do tego przyznałem, dziadek zaczął się śmiać, a jego gruby brzuch podskakiwał jak piłka.

– Też coś… – powiedział. – Nas często odwiedza moja świętej pamięci mamusia. Miałbym się bać własnej matki? Zastanów się, dziecko. Przysiądzie sobie nieboszczka w kącie, pogrzeje się przy piecu, czasem po jej wizycie znika ciasto, szczególnie jak Lonia upiecze drożdżowe. To był jej przysmak, pamiętasz, Stefan? – zwrócił się do mojego taty.

– Nie rób dzieciom wody z mózgu! – obruszył się tato, a wtedy brzuch dziadka zaczął podskakiwać jeszcze szybciej.

Dziadek był ojcem taty, a babcia jego mamą. Na cmentarzu leżeli moi pradziadkowie i dwie ciocie. Jedną trochę pamiętam, a resztę znam tylko ze zdjęć i opowieści.


Położyliśmy na ich grobach kwiaty i zapaliliśmy znicze. Na grobie prababci, przy nazwisku, jest jej zdjęcie. Patrząc na nie, zastanawiałem się, czy kiedy odwiedza teraz dziadka jako duch i wyjada ciasto drożdżowe, wygląda tak samo, czy jest starsza. A może młodsza?

Spytałem o to już w obejściu, kiedy poszliśmy podziwiać cielaczka.

– Za każdym razem wygląda inaczej – powiedział dziadek. – Czasami z trudem ją rozpoznaję, ale zawsze wiem, że to ona.


Tato zaczął znacząco chrząkać i mrugać do mnie za plecami dziadka. Chciał mi w ten sposób dać do zrozumienia, żebym w to wszystko nie wierzył, ale postanowiłem posłuchać głosu rozsądku, a ten mi szeptał, że dziadek musi wiedzieć lepiej. Zawsze mi powtarzano, że należy słuchać starszych, a dziadek jest starszy od taty.

Cielaczek był niewiele wyższy ode mnie, miał śliczne oczy i dawał mi się głaskać po grzbiecie. Mógłbym go mieć w pokoju zamiast psa, na którego rodzice nie chcą się zgodzić. Dopiero by się chłopaki zdziwiły, jakbym wychodził na spacer z cielakiem!

Po powrocie do chałupy dziadków zjedliśmy rosół, potem nadziewanego kurczaka i buraczki, a kiedy poczułem, że już pękam, wjechały jeszcze na stół drożdżowe bułeczki. Rozejrzałem się niespokojnie po kątach, czy nie ma prababci, ale tym razem nie przyszła. Pewnie woli placek z kruszonką – pomyślałem z pewną ulgą.

– Mógłbyś spisać wreszcie dzieje naszej rodziny! – usłyszałem, jak dziadek przypomina tacie. – Jesteś w końcu dziennikarzem!

– Jestem poetą – bronił się słabo tato, a dziadek na to powiedział, że się zgadza, aby historia została opowiedziana wierszem.

I zaraz odsunął talerz, znalazł jakąś kartkę i narysował dwa wysokie drzewa z wieloma gałęziami.

– To jest drzewo genealogiczne moje, a to babci – oznajmił z dumą, a potem zaczęli na zmianę sadzać na niektórych gałęziach swoich przodków.

Babcia rozłożyła album ze zdjęciami i razem tłumaczyli nam, kto się czym zajmował, kto z kim ożenił, ile miał dzieci i co się z nimi stało.

– O tym – babcia pokazała nam bladego chłopca w podkolanówkach – wiadomo tylko, że wyjechał do Chicago. Urwał nam się kontakt.

Pomyślałem sobie od razu, że go odnajdę i pojadę go odwiedzić w tej Ameryce – na zdjęciu był w moim wieku.

– Musi mieć teraz z osiemdziesiątkę jak nic… – liczył dziadek.


No tak, to mi nie przyszło do głowy. Ale może mieć wnuka, a nawet kilku wnuków…

Jeśli tato będzie się wykręcał z opisaniem rodzinnych dziejów, sam się tym zajmę – postanowiłem. Zaraz po zakończeniu książki o moim życiu.


Dzisiaj rozmawialiśmy z panią Małgosią o teatrze. Prawie wszyscy byli kiedyś na przedstawieniu kukiełkowym, ale nie każdy widział na żywo spektakl grany przez aktorów. Pani Małgosia obiecała nam, że wybierzemy się kiedyś do teatru, a wtedy Agata podniosła rękę i spytała, czy byśmy nie mogli sami wystawić jakiejś sztuki. Straszny się wtedy zrobił wrzask, jednym się ten pomysł podobał, innym nie, ktoś chciał grać Spidermana, mimo że to postać z kina, a nie z teatru, i każdy głupek o tym wie, ktoś inny Wawelskiego Smoka, aż pani Małgosia musiała zacząć klaskać, żeby uciszyć towarzystwo.

 

– Mam nadzieję, że kiedyś będę wam biła brawo po przedstawieniu – powiedziała, a to znaczyło, że się zgadza.

Kazała nam wymyślić w domu nazwę naszego teatru – mieliśmy potem wybrać ze wszystkich tę, która nam się najbardziej podoba – i poprosiła, żeby się zastanowić, co chcielibyśmy wystawić. Jaką bajkę.

Myślałem po drodze ze szkoły i podczas obiadu, i nawet jak oglądałem mój ulubiony serial w telewizji, i każdy pomysł wydawał mi się głupi.

– Coś dzisiaj taki myśliwy? – zagadnął mnie Kot, kiedy usiadłem ze wzrokiem wbitym w sufit.

Kot ostatnio wciąż przesiaduje u Kryśki, niby jej pomaga w matmie.

Powiedziałem im co i jak, a wtedy oni też zaczęli gapić się w sufit, aż Kot krzyknął:

– Mam!

– Co?! – spytaliśmy chórem.

– Nazwę – powiedział Kot, a Kryśka popatrzyła na niego z podziwem. – Krowa na patyku.

– Co?! – wykrzyknęliśmy w osłupieniu.

– No właśnie. Zaskoczyłem was. I o to chodzi – oznajmił Kot, szarpiąc nerwowo kolczyk w uchu. – Nazwa powinna być niezwykła.

Kryśka zaczęła mrugać, jakby jej wpadła mucha do oka, a ja chrząknąłem coś, co Kot przy dobrej woli mógł uznać za aprobatę, i wyniosłem się do kuchni.

– Czy uważasz, tato, że Krowa na patyku to dobra nazwa dla teatru? – spytałem.

– Nie wiem… – mruknął, nie odrywając wzroku od gazety. – A o co chodzi?

Powiedziałem mu o naszym pomyśle, a on obiecał, że jak już coś wystawimy, napisze o tym w piśmie „Blokowisko”. Przerzuciliśmy wspólnie tom baśni braci Grimm, ale jakoś nie mogłem się zdecydować, w której chciałbym wystąpić. W Kopciuszku musiałbym grać księcia, a to wykluczone, bo nie lubię tańczyć, w Czerwonym Kapturku pewnie myśliwego, ale Kot na pewno by tego nie pochwalił, na Tomcia Palucha byłem za wysoki.

– Nie myśl, że od razu dostaniesz główną rolę… – uspokoił mnie tato. – W teatrze większość ról jest drugoplanowych, więc możesz grać jakiś ogon.

Myśl o graniu ogona nie była mi niemiła. Nie będę musiał się uczyć roli na pamięć, bo ogony zwykle nic nie mówią albo bardzo mało – myślałem, wiercąc się w łóżku. Długo nie mogłem zasnąć, bo nie wiedziałem, co powiedzieć następnego dnia pani Małgosi.

Okazało się jednak, że nie tylko ja miałem z tym kłopot. Pani pocieszyła nas, że to normalne, i że sztuka na ogół rodzi się w mękach.

Wszyscy chcieli brać udział w przedstawieniu.

– Skoro tak, musimy wymyślić takie, w którym weźmie udział dwudziestu ośmiu uczniów… – zamyśliła się nasza pani.

Przyznałem się, że chętnie zagram ogon, a kiedy wyjaśniłem, co mam na myśli, okazało się, że tylko pięć osób chce się uczyć ról.

– Czyli musi być to spektakl na pięciu aktorów i bardzo długi ogon – roześmiała się pani Małgosia.

– Teatr Ogon! – wykrzyknąłem wtedy i tak zostało.


To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?