Koniec świata i poziomkiTekst

0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Koniec świata i poziomki
Koniec świata i poziomki
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 43,85  35,08 
Koniec świata i poziomki
Koniec świata i poziomki
Audiobook
Czyta Krzysztof Plewako-Szczerbiński
24,95 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Anna Onichimowska

KONIEC ŚWIATA I POZIOMKI

Wydawnictwo Estymator

Warszawa 2021

ISBN: 978-83-66719-53-8

Copyright © Anna Onichimowska

Projekt okładki: Katarzyna Kołodziej

SPIS TREŚCI

Baloniki

Wyruszamy

Tajemnicza skrzyneczka

Kichający nieznajomy

Opowieść Maurycego

Kolejne odkrycie

Namiot, olbrzym i łódka

Trzy rzeki

Nocna przygoda

Deszcz, Albert i my

Parowiec

Próba porwania

Na pełnym morzu

Bal

Wyspa Smutnych Szewców

Podróżowanie w powietrzu

W dżungli

Uwięzieni

Skarb

W poszukiwaniu Józefa

Niespodziewana adopcja

Nareszcie w domu

Baloniki

Poranek był taki, jaki powinien być, kiedy się idzie na koniec świata. Wszystkie rzeczy stały już spakowane w jadalni: duże i małe walizki, kosze i sporo rozmaitych siatek. Krążyłem między nimi, ciągle jeszcze na bosaka i w piżamie, ponieważ nie bardzo wiedziałem, jak się ubrać. Tatuś pewnie również nie wiedział, bo po chwili stanął koło

mnie też w piżamie i na bosaka. Nie mówiliśmy nic do siebie, chociaż chyba myśleliśmy o tym samym.

– Nie stójcie tak, bo dostaniecie kataru – upomniała nas mamusia, wchodząc do pokoju z Józefem na ręku. W różowych śpiochach i obszytej koronką wyjściowej czapce mój brat wyglądał na przygotowanego do drogi. – Jak myślicie – spytała – który wózek będzie najlepszy?

– Aha – domyślił się tatuś – to do wózka chcesz władować te wszystkie bagaże?

– Jak to? – zdziwiła się. – W wózku jak zwykle pojedzie Józef.

– A walizki? – spytał tatuś i usiadł na największej. Na znak poparcia usiadłem obok niego.

– Nie wiem – zmartwiła się mamusia. – Ale chyba nie cały czas będziemy szli na piechotę. Koniec świata jest, jak sądzę, dość daleko.

– Tak czy inaczej, walizki zostają. Zostają też kosze i siatki. No i wózek, rzecz jasna.

– Z Józefem? – przestraszyła się mamusia.

– Józefa wsadzimy w nosidełka – zdecydował tatuś. – I weźmiemy jeden duży plecak. O, ten. – Wskazał na najbardziej wypchany, czerwony, do którego przywiązany był luzem metalowy kubek i trampki mamusi.

– Ale ja nie pamiętam, co w nim jest – zaprotestowała. – Być może potrzebniejsze rzeczy są całkiem gdzie indziej.

– Być może – zgodził się. – Sprawdzimy to po drodze. – Zerwał się nagle, pocałował mamusię i Józefa i wybiegł z pokoju.

Józef rozdziawił buzię, pokazując swoje cztery wielkie zęby, a mamusia popatrzyła na mnie pytająco.

– Co o tym myślisz, Karolku?

Próbowałem podnosić po kolei różne plecaki, w końcu zdecydowałem się na płaski, z wojskowego brezentu.

– Wezmę jeszcze ten.

– Nie będzie ci za ciężko? – zaniepokoiła się.

Przymierzyłem i pokręciłem głową.

– W co mam się ubrać? – spytałem.

– Przygotowałam ci wszystko w łazience. Ubierz się i przyjdźcie z tatusiem do kuchni.

Na śniadanie nie było dzisiaj płatków owsianych ani ryżu na mleku, tylko kakao, bułki z szynką i ciasto z rodzynkami, zupełnie jak w jakieś święto.

A potem mamusia powiedziała, że musi jeszcze posprzątać i wszystko posprawdzać i żebyśmy wynieśli to, co zabieramy, na werandę. Nie było tego w końcu dużo: dwa plecaki, Józef i nosidełko, uporaliśmy się więc szybciutko.

Kiedy mamusia wyszła, było już południe – takie, jakie powinno być, kiedy się idzie na koniec świata.

– No to idziemy! – Klasnął w ręce tatuś i pobiegł po buszującego w trawie Józefa.

– Spójrz na jego śpioszki! – wykrzyknęła mamusia. – Tylko go umyję, przebiorę i możemy iść – zdecydowała i zniknęła z Józefem w domu.

Tatuś westchnął i podszedł do furtki, obok której przechodził właśnie nasz sąsiad.

– Rzucili kolorowe baloniki. Z nosami – poinformował.

– Z nosami? – zainteresował się tatuś.

– Tak – potwierdził sąsiad. – A niektóre mają podobno nawet uszy. Ale nie wiem dokładnie, bo takich nie widziałem.

– Łakoma rzecz, takie baloniki... – powiedział w zamyśleniu tatuś i mrugnął do mnie porozumiewawczo. – Zaraz wrócę.

– Pójdę z tobą! – Chwyciłem go za rękę.

– Pilnuj bagaży – poprosił. – Wkrótce będę z powrotem.

Patrzyłem za nim tak długo, aż zniknął za krzakami jaśminu.

Ciekawe, czy będą z uszami, zastanawiałem się.

Wtedy wyszła z domu mamusia z wyperfumowanym Józefem na rękach. Miał teraz na sobie śpiochy w zielone zające i okropnie ziewał.

– Nakarmiłam go przy okazji – powiedziała. – Teraz powinien być grzeczny. Wsadzimy go w nosidełko i będzie spał. Prawda, mały zajączku? – spytała pieszczotliwie, gilgając go pod bródką. Zabuczał coś po swojemu i zamknął oczy. – Ruszamy! – ucieszyła się.

– Sami? A kto będzie niósł ten wielki plecak?

Mamusia rozejrzała się niespokojnie.

– Gdzie tatuś? – spytała po chwili.

Powiedziałem jej i zaraz poczułem się głodny. Nie wiem, co miały z tym wspólnego baloniki, ale widocznie coś miały.

– Co zjemy dzisiaj na obiad? – spytałem.

– Na obiad?! – Oczy mamusi zrobiły się okrągłe ze zdumienia. – Przecież... – zająknęła się – przecież wyruszamy...

– Pewnie – zgodziłem się od razu. – Ale możemy przecież ruszyć po obiedzie, prawda?

Mamusia uśmiechnęła się jakby z przymusem i weszła do domu. Józefa wzięła ze sobą.

Poszedłem sprawdzić, czy nie dojrzały czasem nowe truskawki. Sprawdzałem tak długo, aż poczułem, że właściwie wcale nie jestem głodny, i wtedy usłyszałem skrzypienie furtki.

*

Były niebieskie, czerwone i żółte. Miały wielgachne nochale i dziwne, małe uszka. Tatuś trzymał je mocno w obu garściach, a one zdawały się unosić go w powietrze. Wyglądało to tak, jakby z dużym wysiłkiem trzymał się jeszcze ziemi.

– Karolu! – wołał. – Karolu! Pomóż mi!

Podbiegłem do niego, a on podał mi kilka sznureczków. Poczułem się tak lekki, jakbym nic nie ważył. Skakaliśmy z tatusiem wielkimi susami po ogrodzie. Mama zaraz wybiegła z domu i zaczęła krzyczeć, że ona też chce. Daliśmy jej po dwa baloniki i unieśliśmy się wszyscy razem nad grządkami tulipanów, nad truskawkami i szczypiorkiem.

– Au! – krzyknęło coś od strony domu.

– Józef! – Roześmiała się mamusia, skacząc ku werandzie.

Niech on też pofruwa, pomyślałem.

Mamusia przywiązała baloniki do balustrady, żeby nie poleciały, a Józef, siedząc po turecku, ślinił się i szczerzył zęby. Umocowałem do szelek jego śpioszków żółty balonik i, zanim zdążyłem pochwalić się tym mamusi, Józef wisiał pod sufitem werandy.

Żeby ściągnąć go na ziemię, musieliśmy przynieść spod czereśni drabinę. Była bardzo lekka, bo przywiązaliśmy do niej baloniki.

– Mam świetny pomysł – pochwalił się tatuś, gdy siedzieliśmy już wszyscy przy stole, na którym dymił gar zupy. – A właściwie – poprawił się – kilka pomysłów. Po pierwsze, przywiążemy do naszych plecaków baloniki.

– I do Józefa – dorzuciłem śpiesznie.

– Nie będziemy chyba brać w podróż drabiny – zaprotestowała mamusia.

– Po drugie... – ciągnął tatuś – będziemy jeść zupę z garnka, żeby nie brudzić talerzy. A po trzecie, po zjedzeniu ja zajmę się garnkiem. Inaczej na pewno dzisiaj nie wyruszymy. – Zamachał nam przed nosami łyżką.

– Pozmywasz? – spytała z niedowierzaniem mamusia.

– Tego nie powiedziałem – zaczął się bronić. – Powiedziałem tylko, że się zajmę. Z czego jest ta zupa? – zainteresował się.

– Z papierka – powiedziała nieśmiało mamusia i szybko dodała: – To znaczy z torebki. Błyskawiczna. Niczego innego nie mamy już do jedzenia. Przecież jedziemy, więc...

– Tak, oczywiście – przerwał jej tatuś. – Oczywiście. Czy mogę zabrać już garnek i łyżki?

Kiwnęliśmy głowami, a on wziął pod pachę garnek i zniknął w głębi ogrodu. Po chwili pojawił się, wyjął z komórki łopatę i nie zwracając na nas uwagi, oddalił się spiesznie.

 

– Gotowe – zameldował po powrocie, otarłszy pot z czoła.

Kiedy zakładaliśmy plecaki, zapadał właśnie zmierzch; taki, jaki powinien być, kiedy się idzie na koniec świata.

Wyruszamy!

Najpierw wszystko było jeszcze znajome: domy i psy, i mijane drzewa. Księżyc oświetlał wijącą się przed nami, brukowaną kocimi łbami ulicę. Podśpiewując różne znane i mniej znane piosenki, maszerowaliśmy, aż kocie łby przeszły w piach. Szło nam się ciągle bardzo lekko; baloniki wesoło podskakiwały pod gwiazdami, gdzieś w oddali kumkały żaby i pokrzykiwały nocne ptaki.

– Dlaczego właściwie my tam idziemy? – spytałem nagle.

– To mamusia... – zaczął tatuś, a mamusia powiedziała jednocześnie: – To tatuś...

Roześmieli się, a tatuś wyjął z kieszeni kurtki flet i zaczął na nim wygrywać swoją ulubioną melodię – „Marsz kolejarzy wąskotorowych”.

– Ale powiedzcie – prosiłem. – Dlaczego...

– Pewnego dnia... – przypomniała sobie mamusia – już wiem, to była środa, leżałam rano w łóżku i nagle usłyszałam płacz Józefa. Kiedy szłam do jego łóżeczka, przyszło mi to do głowy. Ale tak, że wiedziałam, że musimy to zrobić.

Tatuś przestał grać na flecie i popatrzył na nią uważnie.

– Ciekawe – powiedział. – Mnie przyszło to do głowy w tym samym momencie. Pewnie pamiętasz, że wtedy biegliśmy do niego razem. Płakał zupełnie inaczej niż zwykle.

– Jakby się czegoś przestraszył – dodała mamusia.

Szliśmy chwilę w milczeniu i zastanawialiśmy się nad tym.

Nawet tatuś schował flet z powrotem do kieszonki. Wtem przyleciał wiatr. Baloniki zastukały o siebie z niepokojem. Księżyc zniknął za chmurami, a droga gwałtownie schowała się w lesie. Otoczyły nas wysokie drzewa. Szumiały coś po swojemu coraz głośniej i głośniej. Gdzieś daleko rozległ się grzmot.

– Trzeba odszukać peleryny – zdecydowała mamusia.

– Czy masz jakiś pomysł, gdzie mogłyby być? – spytał tatuś.

– Nie – przyznała. – Może w którejś z walizek...

– Ale walizki są w domu.

Poczułem za kołnierzem pierwsze krople deszczu. Józef widocznie też poczuł, bo obudził się i krzyknął ostrzegawczo.

Zdjąłem swój plecak i zajrzałem do środka.

Były. Wszystkie. Złożone starannie w kosteczkę. Niebieska peleryna mamusi, żółta tatusia, zielona moja, no i pasiasty futerał z „szybką” na nosidełka Józefa.

– Dlatego mój plecaczek był taki płaski. I taki lekki. – Cieszyłem się, zawiązując pod brodą kaptur. – Dobrze, że go wziąłem, prawda? – chwaliłem się.

Mój pusty plecak koniecznie chciał gdzieś polecieć.

– Wypuścimy z baloników powietrze – zdecydował tatuś. – Zobacz, co ten wiatr wyprawia. Chce nam je zabrać.

Po chwili po balonikach zostały smutne, bure szmatki.

– Ojej – westchnąłem ciężko, a Józef rozpłakał się na dobre.

– Ruszamy – powiedział tatuś, wyjmując flet. – Na pewno wkrótce znajdziemy jakieś domostwo, gdzie będzie można przenocować. – I zaczął grać refren „Marsza kolejarzy wąskotorowych”.

Zagłuszały go coraz bliższe grzmoty, szum wiatru i coraz silniejsze bębnienie deszczu o peleryny. Zagłuszały także Józefa, stukającego piąstkami w „szybkę” futerału.

*

Posuwaliśmy się teraz prawie po omacku. Droga już dawno przeszła w ścieżkę. Wiła się między jałowcami, gubiła tu i ówdzie na niewielkich polankach. Tatuś przerwał w pół nuty, gdy błyskawica oświetliła cztery wąskie dróżki. Rozchodziły się w cztery strony.

– Dla każdego jedna – zażartował. – Moglibyśmy zrobić konkurs, kto najszybciej dojdzie.

– Najmniej szans miałby Józef. – Zacząłem się zastanawiać nad propozycją tatusia. – Chyba że przyczepilibyśmy mu baloniki. Można je przecież znowu nadmuchać.

– Nie można nimi jednak sterować, nie zapominaj o tym – powiedział tatuś, przestępując niepewnie z nogi na nogę.

– O czym wy właściwie mówicie?! – oburzyła się mamusia. Wydawała się przestraszona. – Nawet nie żartujcie na ten temat. Wyobrażacie sobie, co by było, gdybyśmy się zgubili? To znaczy, nie wszyscy razem, tylko każdy osobno, to znaczy... – zaplątała się – gdybyśmy nie mogli się odnaleźć... Gdybyśmy nie wiedzieli nic jedno o drugim... Pomyślcie sobie, jakie by to było okropne.

Pomyślałem i rzeczywiście, aż zrobiło mi się nieprzyjemnie w środku. Dopóki jesteśmy razem, nie może nas spotkać nic złego. Tej jednej rzeczy byłem najpewniejszy na świecie.

– Idziemy. – Tatuś ruszył wąziutką ścieżką, wydeptaną wśród wysokich traw.

– Tu mogą mieszkać węże – zaniepokoiła się mamusia.

– Nie martw się – uspokajał ją tatuś. – Na pewno już śpią o tej porze. A poza tym jest ciemno i nie będzie ich widać.

Deszcz przeszedł w ulewę. Żeby się porozumieć, musieliśmy krzyczeć. Stanęliśmy pod rozłożystym dębem.

– Zobaczcie, co z Józefem! – krzyknęła mamusia, poprawiając sobie na plecach nosidełka. – Dziwnie się czuję, kiedy go nie widzę.

– Zasnął! – odkrzyknął tatuś.

– Biedaczek – rozczuliła się. – Musi być zmęczony.

– To ja jestem zmęczony! – oburzyłem się. – On siedzi sobie cały czas w swojej budzie i mu dobrze. A ja mam już mokre skarpetki.

– Ojej – przestraszyła się mamusia. – Wiesz co... – wzięła tatusia za rękę – bardzo przyjemnie tak podróżować, naprawdę, ale trzeba znaleźć szybko jakiś dach nad głową. Inaczej... – Jej słowa zagłuszył przerażający grzmot. Ulewa wzmogła się na tyle, że korona drzewa przestała już być schronieniem.

– Tam!!! – krzyknął tatuś, celując palcem w ciemność. – Chodźcie za mną! – I ruszył biegiem poprzez trawy.

Z całych sił starałem się przeniknąć wzrokiem deszczową noc i wkrótce wydało mi się, że widzę zarys domu. Kiedy podeszliśmy bliżej, wrzasnąłem z radości. Najprawdziwszy dom. Z pochyłym dachem i werandą. Pomyślałem z żalem i tęsknotą o własnym łóżku.

Wkrótce dotknęliśmy siatki. Po paru metrach urwała się, ujawniając niewielką dziurę, wystarczająco jednak dużą, by próbować się przez nią przecisnąć.

– Włazimy – zdecydował tatuś.

– Ale tu pusto – szepnęła mamusia i wzdrygnęła się, nie wiem, z zimna, czy ze strachu.

Dom stał ciemny i cichy; z pozamykanymi okiennicami wyglądał na nie zamieszkany.

– Hej! – krzyknął tatuś, stukając do drzwi. – Jest tu kto?!

Odpowiedziało mu milczenie, a po chwili oddalający się grzmot.

– Burza ustaje. Jutro będzie murowana pogoda, zobaczycie – zapewnił.

Mamusia zdjęła nosidełka, wysupłała Józefa z futerału i zmieniła mu pieluchę. Wydawał się zupełnie zadowolony, kopał powietrze i gulgotał o czymś zawzięcie.

Obszedłem dom dookoła, waliłem w okiennice i krzyczałem, ale coraz bardziej stawało się jasne, że nikogo tu nie ma.

– Co robimy? – spytałem tatusia, który majstrował przy zamku. – Włamujemy się? Mogą nas wsadzić do więzienia...

– Jakoś się wytłumaczymy... – Wzruszył ramionami. – Sam rozumiesz... Okoliczności specjalne... Nie chcemy przecież niczego niszczyć ani kraść.

W tym momencie drzwi zaskrzypiały i dom stał przed nami otworem.

– Jak to zrobiłeś? – zdziwiła się mamusia.

– Naszym kluczem – pochwalił się tatuś. – Wyobraźcie sobie, że pasował.

– Coś takiego! – ucieszyła się. – Wchodzimy!

Nie mogliśmy zapalić światła, bo chyba go nie było.

– Pewnie przez tę burzę – domyślał się tatuś. – Coś pozrywało...

– Myślę, że mimo wszystko uda nam się znaleźć łazienkę, żeby się umyć, no i jakieś łóżko – powiedziała mamusia, ruszając niepewnie do przodu. Było tak okropnie ciemno, że musieliśmy iść gęsiego, trzymając się za swetry, żeby się nie pogubić.

W końcu umyliśmy ręce, a mamusia dała nam z chlebaka po dwie kanapki i gorącą herbatę z termosu.

– Bardzo miło jest tak wędrować – mówił tatuś między jednym kęsem a drugim. – Nie uważacie?

– Tak, kochanie – zgodziła się mamusia.

– Znalazłem łóżko! – Potknąłem się o coś dużego i przywaliłem nosem w poduchę. – Już tu zostanę, dobrze? – poprosiłem, zrzucając prędko przemoczone ubranie.

Nie wiem, czy mieli coś przeciwko temu, bo zanim usłyszałem odpowiedź, już spałem.

Tajemnicza skrzyneczka

Najpierw uchyliłem jedno oko. Zobaczyłem koło siebie łokieć tatusia i kawałek kołdry w różowo-żółte paseczki. Taka sama jak nasza, pomyślałem. Otworzyłem oko szerzej i wtedy mogłem już popatrzeć na całe łóżko. Było takie duże jak w pokoju moich rodziców. Obok tatusia pochrapywał cichutko Józef, a z drugiej strony leżała mamusia. Miała oczy szeroko otwarte.

– Dzień dobry, mamusiu – szepnąłem, unosząc się odrobinkę.

Przy okazji otworzyłem drugie oko. Na ścianie obok łóżka wisiał obraz, na którym wytwornie ubrani panie i panowie tańczyli w świetle księżyca. Tak samo jak u nas, zdziwiłem się.

– A może nam się to wszystko śniło, co? – spytałem głośno, rozglądając się po pokoju.

Wyskoczyłem z łóżka. Otworzyłem okno i okiennice i wyjrzałem do ogrodu. Byliśmy w naszym domu, teraz byłem tego pewien.

– Mamusiu... – powtórzyłem.

– Cii... – Położyła palec na ustach. – Obudzisz ich.

Tatuś poruszył się gwałtownie i powiedział przez sen, całkiem wyraźnie:

– Panie komisarzu, to były naprawdę okoliczności specjalne.

Parsknęliśmy śmiechem, a on tylko obrócił się na drugi bok i naciągnął kołdrę na głowę.

– Chodź, synku – szepnęła mamusia.

Wszędzie leżały porozrzucane w wielkim nieładzie nasze ubrania i buty, ale mamusia powiedziała, że posprzątamy później, żeby Józef i tatuś mogli sobie pospać.

Narzuciliśmy w łazience szlafroki i wyszliśmy na werandę. Po wczorajszej ulewie ziemia pachniała, a trawy lśniły w słońcu. Pochodziliśmy trochę na bosaka, trzymając się za ręce, a potem usiedliśmy na schodkach werandy i bawiliśmy się w zamawianie chmur.

– Zamawiam wieloryba – zadysponowała mamusia i patrzyliśmy z napięciem w niebo, co przypłynie.

– A ja koguta! – wykrzyknąłem szybko, zanim można było rozpoznać kształt zbliżającej się chmury.

– To jest coś jakby niemowlak... – powiedziała z namysłem mamusia, przyglądając się białej chmurce.

– Józef! – krzyknęliśmy razem.

– Ma nawet w ręku grzechotkę. – Roześmiałem się.

– Trzyma ją zupełnie jak berło – zastanowiła się mamusia.

„Józef”, gnany wiejącym gdzieś wysoko wiatrem, przysiadł przez chwilę na gałęzi czereśni, a potem zniknął nad lasem.

– Ale powiedz, mamusiu, jak to się stało – przytuliłem się do niej – że tu jesteśmy. Przecież szliśmy i szliśmy. Bardzo długo. I to nam się wcale nie śniło, bo te ubrania, no i w ogóle, normalnie tak nie śpimy...

– Nie wiem. – Pokręciła głową. – Widocznie to jest prawda, że wszystkie drogi prowadzą do domu.

– Czy to znaczy... – zacząłem pytać, ale nagle usłyszeliśmy krzyk Józefa i pobiegliśmy do niego.

Tatuś trzymał go w objęciach, próbując uspokoić, ale on krzyczał i płakał, jakby przyśniło mu się coś złego.

– On krzyczy zupełnie tak samo jak wtedy – powiedziała mamusia, siadając obok na łóżku.

– Czy też od razu przyszło ci to do głowy... Wiesz... – mówił tatuś, gładząc uspokajająco Józefa po plecach – że musimy jak najszybciej wyruszyć...

– Tak – przyznała mamusia. – Kiedy do was biegłam, coś w środku mówiło mi: „Idźcie tam zaraz. Nie zwlekajcie. Na koniec świata”.

– Ja też o tym pomyślałem – przyznałem się.

Popatrzyliśmy po sobie w milczeniu. Nawet Józef przestał płakać i patrzył na nas, jakby i on czemuś się dziwił.

– Jakim sposobem tutaj wróciliśmy? – Tatuś zaczął chodzić w kółko po pokoju.

– Muszę nakarmić Józefa – powiedziała niespokojnie mamusia i wzięła go na ręce. – Chciałabym ugotować dla nas potem zupę mleczną. Przydałby mi się ten garnek, który gdzieś schowałeś. – Spojrzała na tatusia i wyszła z pokoju.

– Idę do ogrodu – zdecydował tatuś.

– Ja też! – zerwałem się ochoczo.

– Może później – poprosił. – Posprzątaj tu na razie, mamusia się ucieszy.

Wcale mi się to nie podobało, ale zbierałem porozrzucane rzeczy, układając je na parapecie, i nagle zobaczyłem, że w kącie ogrodu tatuś wyciąga coś z dziury w ziemi, a potem siada obok tego czegoś i przygląda się temu bez ruchu.

– Tatuś znalazł garnek – powiedziałem mamusi, która butelką ze smoczkiem karmiła Józefa. – A ja pozbierałem w pokoju rzeczy – pochwaliłem się.

– Świetnie. – Uśmiechnęła się, chociaż widziałem, że jest niespokojna.

 

– Przyniosę ci ten garnek, chcesz? – zaproponowałem.

– Pójdziemy razem – zdecydowała, odstawiając pustą już butelkę.

Tatuś siedział w dalszym ciągu na małym pniaczku.

– Zobaczcie, co znalazłem – powiedział.

Koło niego, na trawie, leżała niewielka drewniana skrzyneczka z mosiężnymi okuciami.

– Co jest w środku? – spytała mamusia.

– Nie wiem – przyznał się tatuś. – Pomyślałem, że otworzymy razem.

– Pewnie! – Aż klasnąłem w ręce z radości. – Otwieramy! – Pochyliłem się nad nią i próbowałem unieść wieko. – Tak się nie da – sapnąłem.

– Weźmy ją do domu – zaproponowała mamusia. – Podważymy nożem, a może będzie pasował jakiś klucz... Aha... – poprosiła – i nie zapomnij o garnku.

– Kiedy właśnie... – zaczął się jąkać tatuś – myślałem, że tu jest zakopany. A zamiast niego...

– W tym nie ugotujemy zupy – westchnęła smutno mamusia.

– Gu! Gu! – zawołał triumfalnie Józef, waląc w coś patykiem.

– Zobaczcie! – krzyknąłem. – On też coś znalazł!

Z piachu koło niego wystawało czerwone emaliowane ucho.

– Mój garnek! – ucieszyła się mamusia. – Dzielny Józef! – Pogłaskała go po czepeczku.

Do domu wracaliśmy gęsiego. Mamusia z Józefem na ręku, dalej ja z garnkiem i podzwaniającymi na jego dnie łyżkami, a na końcu tatuś ze skrzyneczką. Kiedy mamusia krzątała się przy kuchni, próbowaliśmy otworzyć skrzynkę. Nożem, szpilką, gwoździem, spinką do włosów – nic. Potem dopasowywaliśmy wszystkie kluczyki, jakie mieliśmy w domu. I nagle, kiedy już się wydawało, że żaden nie pasuje, wsunąłem do dziurki mały kluczyk od skarbonki Józefa. Zameczek odskoczył natychmiast, wieko uchyliło się.

– Mamusiu! – krzyknąłem. – Chodź!

Mamusia zostawiła pyrkoczącą na kuchni kaszę mannę i razem z nami pochyliła się nad otwartą skrzyneczką.

– Jakiś papier... – Tatuś wyjął przewiązany czerwonym sznureczkiem rulon i położył go na stole. – Co to może być? – zastanawiał się, odwiązując kokardkę. – Wygląda na stare... To jest najprawdziwszy pergamin... – mówił, rozwijając przed nami jakąś mapę.

– Ojej! – krzyknęła mamusia. – Kasza! Przypaliła się!

– Nie szkodzi – mruknął zaaferowany tatuś, studiując mapę. – Lubię przypaloną.

– Ja też – przytaknąłem na wszelki wypadek, wpatrując się w tajemnicze linie i znaki.

– Ja też – usłyszeliśmy nagle za sobą zakatarzony głos.

Odwróciliśmy się natychmiast. Józef krzyknął coś po swojemu. W drzwiach kuchni stał wysoki łysy mężczyzna w kraciastej pelerynie i żółtych butach.

Kichający nieznajomy

My się chyba nie znamy – powiedział tatuś, próbując jednocześnie zasłonić sobą mapę.

Łysy nieznajomy nie zwracał uwagi na stół. Wpatrywał się w Józefa – tak intensywnie, aż zaniepokojona mamusia wzięła mojego brata na ręce i odeszła w drugi kąt kuchni. Zwinąłem tymczasem rulon i schowałem do skrzyneczki. Zastanawiałem się właśnie, jak ją stąd wynieść, kiedy tatuś przyszedł mi z pomocą:

– Zanieś pudełko ze swoimi zabawkami do pokoju – powiedział, mrugając do mnie porozumiewawczo.

– Od kiedy to dzieci bawią się starymi mapami? – Nieznajomy kichnął i usiadł w wiklinowym fotelu.

– Pan podglądał! – krzyknął tatuś. – A w ogóle bardzo proszę się przedstawić. Nie wchodzi się tak do cudzego mieszkania.

Mamusia popatrzyła na niego z podziwem i zaczęła nakrywać do stołu. Nieznajomy kichnął ponownie, tak siarczyście, aż zadźwięczały szklanki w kredensie.

– W dodatku jest pan zakatarzony – powiedziała mamusia z pretensją w głosie – a tu są dzieci. Proszę zasłaniać twarz, kiedy pan kicha.

– Czy dostanę trochę tej kaszy? – spytał łysy. – Jestem głodny.

Mamusia spojrzała na nas pytająco.

– Porozmawiamy później – wyjaśnił nowo przybyły. – I tak będzie to konieczne. Po to tu między innymi przyszedłem – dodał tajemniczo. – Ale na razie poproszę kaszy. Z sokiem. Najlepiej truskawkowym.

– Mam tylko porzeczkowy – powiedziała mamusia.

– Trudno. Niech będzie – zgodził się niechętnie.

Na kraciastym obrusie mamusia postawiła wazę z kaszą i cztery talerze.

– A Józef? – spytał nieproszony gość.

– Już jadł – powiedziała mamusia, a potem odłożyła łyżkę wazową i popatrzyła na przybysza ze strachem. – Skąd pan wie, jak on ma na imię? – spytała.

– Tak przypuszczałem. – Nieznajomy aż zatarł ręce z zadowolenia, po czym sięgnął po pierwszy napełniony talerz, nalał sobie pół dzbanuszka soku i nie czekając na nas, zaczął jeść. Siorbał przy tym obrzydliwie, mlaskał i rozchlapywał kaszę dookoła.

– Można jeszcze?– spytał po chwili, wysuwając na środek stołu pusty talerz.

– Chyba że z dna garnka – powiedziała sucho mamusia. – Tej przypalonej.

– Bardzo lubię – uciął gość. – Już zresztą mówiłem – dodał, odbierając z rąk mamusi talerz z czarną kaszą.

Jedliśmy w milczeniu, każdy wpatrzony w swój talerz. Józef znów zaczął płakać, tak samo przeraźliwie jak rano. Ale teraz nie pomyślałem o końcu świata, tylko o zakatarzonym gościu w żółtych butach. Czułem, że to wszystko ma ze sobą jakiś związek.

– Proszę mi go dać na ręce – zaproponował nieznajomy, wskazując na Józefa. Uśmiechnął się krzywo, wstając od stołu. – Lubię dzieci.

– Proszę się nie zbliżać! – krzyknęła mamusia, chowając Józefa za siebie.

– Wygląda na to, że pani się mnie boi. – Roześmiał się hałaśliwie. – Zabawne...

– Pan ciągle nie był uprzejmy się przedstawić – powiedział z groźną miną tatuś, stając naprzeciwko niego. Był o dobrą głowę niższy.

– Tak, tak, oczywiście. – Nieznajomy zaczął grzebać po kieszeniach. Przy okazji rozpiął pelerynę, spod której ukazała się kwiecista kamizelka i białe atłasowe pumpy.

– Czy pan pracuje w cyrku? – spytał tatuś, przyglądając mu się krytycznie.

– W cyrku? – Roześmiał się znów łysoń, ukazując złote zęby. – Sympatyczny pomysł, doprawdy... Niestety, drogi panie, muszę pana rozczarować. Brak kwalifikacji... – Mówiąc to, wywracał nieustannie liczne kieszenie, aż z którejś wypadła wymięta kartka papieru. – O, są! – ucieszył się. – Moje referencje – dodał, wręczając ją tatusiowi.

– Nie wiem, co tu jest napisane – zdenerwował się tatuś. – Nie znam tego języka.

– Bardzo mi przykro – skłamał nasz gość, wzruszając ramionami. – W takim razie będzie pan musiał wierzyć mi na słowo. Tu jest napisane, że jestem pełnomocnikiem pełnoprawnym, odpowiedzialnym i jedynym – recytował uroczyście. – Pełnomocnikiem posiadającym wszelkie możliwe uprawnienia do wszystkich zmierzających do celu działań.

Aż zakręciło mi się od tego w głowie, mamusia też wyglądała na zmęczoną, a tatuś walnął pięścią w stół, chociaż normalnie nigdy tak nie robi.

– Pełnomocnikiem czego albo kogo?! – krzyknął. – Do jakiego celu?! Nic nie rozumiem! A w ogóle – ciągnął – to chyba pan się u nas trochę zasiedział. – Otworzył szerzej drzwi kuchenne. – Miło było pana poznać, ale teraz, pan wybaczy, mamy swoje rodzinne sprawy. W związku z tym, czy zechciałby pan opuścić...

– Nie zechciałbym – przerwał stanowczo nieznajomy. – To znaczy – dodał szybko – nie sam.

– Jak to?! – spytał tatuś.

– Potrzebny mi jest Józef – obwieścił nieproszony gość i podrapał się po łysinie. – No i ta mapa. – Kichnął, wskazując skrzyneczkę.

Wstrzymaliśmy oddech. Nawet Józef wypluł smoka i przyglądał się nieznajomemu z rozdziawioną buzią.

– Spójrzcie na niego – roześmiała się nagle mamusia – jak się zdziwił. Chyba nie mniej ode mnie. Pan po prostu oszalał. – Śmiała się nadal, a tatuś popatrzył na nią, też się roześmiał, wyjął flet i zagrał „Marsza kolejarzy wąskotorowych”. Kiedy zaczął grać, wymknąłem się ze skrzyneczką z pokoju.

Zakopię ją na razie tam, gdzie ją znaleźliśmy, postanowiłem.

Na szczęście ziemia w tym miejscu była miękka i raz-dwa uporałem się z robotą. Położyłem jeszcze na wierzchu porzuconą foremkę Józefa, żeby nie mieć potem kłopotów z szukaniem. Kiedy wróciłem do pokoju, tatuś grał właśnie ostatnią zwrotkę, a nieznajomy machał w takt marsza żółtym butem.

– Teraz posprzątamy – powiedziała mamusia, kiedy flet umilkł – a potem pójdziemy do lasu w nasze poziomkowe miejsce, chcecie?

Popatrzyła na nas, omijając nieznajomego wzrokiem. W ogóle zachowywała się tak, jakby go nie było.

– Nie lubię zbierać poziomek – odezwał się, ale nikt nie zwrócił na niego uwagi.

– Po wczorajszym deszczu – dodał tatuś, składając serwetę – może nawet pokazały się grzyby. Jest tak ciepło.

– Chyba jeszcze za wcześnie. – Pokręciła głową mamusia i zabrała się do zmywania. – Ale sprawdzimy. Karolu – spojrzała na mnie – pilnuj, proszę, Józefa.

Usiadłem koło niego na podłodze. Najeżdżałem mu na rączki malutkimi samochodzikami, a on śmiał się, gulgocząc jak indyk.

– Radziłbym potraktować moją wizytę serio. – Nieznajomy kichnął. – Ja nie żartowałem. I o nic nie prosiłem – ciągnął. – Powiedziałem tylko, po co przyszedłem. Mogę w każdej chwili powtórzyć: po Józefa i mapę. I bez nich się stąd nie ruszę.

– Trzeba iść po policjanta – zdecydował tatuś.

– To nic nie da. – Roześmiał się nieprzyjemnie tamten, a jego złote zęby zalśniły złowieszczo. – Po prostu byłoby lepiej dla wszystkich, gdybyśmy załatwili sprawę po dobroci.

– Jakże mogę oddać mojego synka?! – krzyknęła oburzona mamusia. – Co pan sobie właściwie wyobraża! Jak pan w ogóle śmie coś takiego mówić! Niech się pan stąd wynosi i to już!

– Łysa pała – mruknął tatuś.

– No właśnie. – Zazgrzytał zębami nieznajomy. – Nawet pan mnie przezywa. Trzeba z tym skończyć. Raz na zawsze. A bez Józefa nie dam rady. Niestety. Tak to już jest. Sto tysięcy łysych jak kolano, możecie to sobie wyobrazić?

Ja nie mogłem. Nie mogłem sobie również wyobrazić, co ma wspólnego z tą oszałamiającą liczbą łysych głów mój mały braciszek.

– I do tego ten katar – ciągnął z ciężkim westchnieniem. – Opowiem wam naszą historię i może wtedy dojdziemy do porozumienia. Byłoby lepiej dla wszystkich, daję słowo.

– Niech mówi – powiedział tatuś i machnął ręką. – Co nam szkodzi posłuchać?

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?