Daleki rejs / Gdzie jesteś tatusiu?Tekst

Z serii: To lubię
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Niespodzianka


Zawsze, gdy wracam ze szkoły, zaglądam do skrzynki. Wisi na naszej furtce od strony ogródka i panu listonoszowi nie jest za wygodnie wkładać tam listy, bo musi wsuwać rękę przez sztachety. Nawet już kiedyś skarżył się naszej mamie, ale zostało po staremu. Mama nie umie robić takich różnych rzeczy, do których potrzebny jest młotek i gwoździe, a taty nie mamy. To znaczy on pewnie gdzieś jest, ale wyjechał już dawno temu i nic o nim nie wiemy. Dlatego zawsze patrzę do skrzynki, bo myślę sobie, że w końcu do nas napisze. Jak widzę kopertę, to mi serce mocniej bije, ale jeszcze nigdy nic nie przyszło. Ciągle jakieś druki i rachunki. Tylko w wakacje – kartki od znajomych z widokami gór albo jezior, a na święta – z bombkami albo kurczakiem. Normalne listy przysyła czasem dziadek, ale bardzo rzadko. I kiedy przychodzą, to wiadomo, że się do nas wybiera.

Pomyślałem sobie, że pewnie dziadek wkrótce przyjedzie, jak zobaczyłem przez dziurki w skrzynce białą kopertę. Gdzieś jeszcze w środku, bardzo głęboko, myślałem o tacie. A kiedy zobaczyłem na kopercie moje imię i nazwisko, to nie wiedziałem już nic, tylko zrobiło mi się okropnie gorąco, bo ja jeszcze nigdy nie dostałem listu. Nawet z początku tak się przestraszyłem, że włożyłem go z powrotem do skrzynki.


Sam usiadłem na trawie pod płotem, ale zobaczyłem, że podgląda mnie z okna mój brat, więc udałem, że but mi się rozwiązał, a potem – jakby nigdy nic – wyjąłem list, schowałem do kieszeni i poszedłem do domu.

– Było coś w skrzynce? – spytała mama, a ja – nie wiadomo dlaczego – powiedziałem, że nie, i zaraz uciekłem do mojego pokoju. Czekał już tam na mnie Kuba. Kazałem mu iść do siebie (po wyjeździe taty każdy z nas dostał swój pokój), ale on tylko patrzył na moją kieszeń, z której wystawał rąbek koperty, i wcale nie chciał się ruszyć.

Mama zawsze powtarza, że powinienem się Kubą opiekować, bo jest moim młodszym i jedynym bratem, ale ja go niezbyt lubię. Nie jest dużo młodszy, bo tylko rok z kawałkiem, ale jest ciapowaty, gruby i nosi okulary.

Długo nie mogłem otworzyć tego listu. Jak tylko Kuba wyszedł, mama zawołała nas na obiad, potem musieliśmy z nią iść po zakupy, i jeszcze potem odrabiała ze mną lekcje. Dopiero wieczorem wyjąłem kopertę z kieszeni, wygładziłem, bo była już troszkę wymięta, i zacząłem się wpatrywać w swoje imię i nazwisko. Wszystko się zgadzało – nie mogło być mowy o pomyłce. Tylko od razu wiedziałem, że to musiał pisać jakiś chłopak albo dziewczyna. Na pewno nikt dorosły. Charakter pisma był kulfoniasty, podobny do mojego. Ciekawe, że przedtem wcale tego nie zauważyłem. Pewnie z wrażenia.

W środku była podwójna kartka w linie wyrwana z zeszytu, a na niej było napisane tak:

Cześć, Paweł!

Nigdy nie pisałem listu, ale teraz będę do Ciebie pisać, a Ty mi odpowiadaj. Tylko że ja Ci nie mogę powiedzieć, jak się nazywam ani gdzie mieszkam, bo to jest tajemnica. (Dalej było coś poprzekreślane i tak pomazane, że nie mogłem odczytać.) Może Ci kiedyś powiem, ale nie wiadomo kiedy. Wiem o Tobie wszystko, ale chciałbym jeszcze więcej. Na rogu, gdzie skręcasz do szkoły, rośnie kasztan. I on ma dziuplę. Schowałem już tam worek śniadaniowy i Ty tam chowaj swoje listy do mnie. Ja będę je odbierał i potem moje będę znów wkładał do tego worka. Żeby ich nikt nie przechwycił. A teraz muszę już kończyć. Jak jutro nie zdążysz mi odpowiedzieć, to chociaż pojutrze. Aha, i ja już nie mam więcej kopert, więc będę listy wkładał prosto do worka, Ty możesz robić tak samo.

I to był koniec listu, tylko na dole była jeszcze tłusta plama i podpis z zawijasami: Tajemniczy Dżejms.

Długo tego wieczora przewracałem się w łóżku z boku na bok i myślałem, co też mogę napisać temu Dżejmsowi, bo tego, że napiszę, byłem pewny. W końcu tak miło jest dostawać listy! A jak na dodatek nie wie się od kogo, to jest trochę niezwykłe. A ja lubię rzeczy niezwykłe.

Topór wojenny


Zanim zacząłem pisać do Dżejmsa, zjadłem chyba z pół ołówka z namysłu, o czym właściwie powinien być ten list. Jego przeczytałem tyle razy, że znałem go prawie na pamięć, ale tam nic takiego nie było, co by mi mogło pomóc. I wtedy przypomniałem sobie, jak dziadek zaczynał swoje listy. Napisałem tak samo: „W pierwszych słowach mego listu…”, ale dalej znowu nie wiedziałem. Kreśliłem to wszystko i przepisywałem trzy razy, aż w końcu mój list brzmiał tak:

Tajemniczy Dżejmsie!

W pierwszych słowach mego listu dziękuję za Twój list. Ja nie mam żadnej koperty, ale jak szedłem dzisiaj rano do szkoły, zajrzałem do dziupli w kasztanie i zobaczyłem, że jest tam worek śniadaniowy, tak jak mówiłeś, więc włożę list prosto do worka. Ciekawe, skąd o mnie wszystko wiesz. To nie może być prawda. Bo jakbyś naprawdę o mnie wiedział wszystko, tobyś musiał być moim przyjacielem. A moim przyjacielem jest Bartek i trochę Grzesiek, ale oni po co mieliby pisać. I ani Bartek, ani Grzesiek o mnie wszystkiego nie wiedzą. A jak jesteś taki mądry, to odpowiedz mi na dwa pytania: 1. Jak miał na imię mój chomik? 2. Jakiej zupy najbardziej nie lubię?

I napisz mi jeszcze, jak wyglądasz.

Paweł

Chciałem od razu pobiec schować go do dziupli, ale było już trochę ciemno i mama nie pozwoliła mi wyjść. Zresztą nie bardzo wiedziałem, co powiedzieć, bo ja nie umiem kłamać i od razu po mnie widać, że coś jest nie tak. A nie chciałem mamie mówić o listach, nikomu innemu też nie – nawet Bartkowi ani Grześkowi. To miała być moja tajemnica. Tak samo tajemnicza jak ten cały Dżejms.

Kuba nawet nie próbował wtryniać mi się do pokoju, dopiero kiedy skończyłem pisać i poszedłem oglądać telewizję, usiadł koło mnie. Oglądaliśmy film o wyprawie alpinistycznej w Himalajach. A on sapał i wiercił się – widać było, że bardzo to przeżywa, i nawet ręce zaciskał na brzegu fotela jak tamci na gołej ścianie skalnej.

– Co, Kubusiu? – zagadnęła mama i przysiadła na brzegu jego fotela.

– Chciałbym się tak wspinać – powiedział bardzo poważnie i jakoś uroczyście Kuba, a ja zacząłem chichotać.


– Dlaczego się śmiejesz? – spytała mama.

Kuba przestał sapać i wiercić się, za to poczerwieniał i wyszedł z pokoju, a mama popatrzyła na mnie z takim wyrzutem, jakbym zrobił jakąś okropną rzecz.

– Nie mógłbyś się z nim trochę zaprzyjaźnić? On tak cię lubi… – westchnęła.

Leżąc w łóżku, zastanawiałem się, czy mógłbym zaprzyjaźnić się z Kubą, i doszedłem do wniosku, że nie. Był za powolny, nie miał żadnych przyjaciół, a do tego wszystkiego był prymusem. Jak był zupełnie mały, to nawet go lubiłem, ale potem mi przeszło. Po wyjeździe ojca zrobił się mazgajowaty i ślamazarny, w ogóle – zupełnie inny. Mnie też było okropnie głupio, jak zostaliśmy naraz sami, ale kiedy patrzyłem na Kubę, było mi jeszcze gorzej, i powoli przestawałem na niego patrzeć. Wtedy on zaczął jakoś tak za mną łazić i mnie śledzić, i już wtedy zupełnie go znielubiłem. Czasami bawiłem się z nim, żeby mamie zrobić przyjemność, ale tylko dlatego. A potem była ta sprawa z chomikiem. Kiedy nie było mnie w domu, Kuba przyniósł z podwórka małego kotka. A chomik akurat wyszedł z klatki… Kuba potem płakał i tłumaczył się, że chciał tylko kota nakarmić, ale nie mogłem tego słuchać.

I powiedziałem Kubie, że między nami koniec i że wykopuję topór wojenny. Tak właśnie powiedziałem, bo akurat czytałem książkę z Dzikiego Zachodu i bardzo mi się to spodobało. Tak naprawdę niczego nie wykopałem, tylko udawałem, że mojego brata w ogóle nie ma, i to było chyba jeszcze gorsze. Bo wcale się z nim nie kłóciłem ani nic. Patrzyłem na niego jak na mebel i nigdy się do niego pierwszy nie odzywałem. On na początku próbował różnych sztuczek, ale potem przestał i tylko mi się przyglądał. I robił się coraz grubszy.

Mój tata


Z tą dziuplą w kasztanie to niby był bardzo dobry pomysł, ale nie do końca. Wracałem zawsze do domu z chłopakami i nie mogłem przy nich sprawdzać, czy w worku coś jest. Dzisiaj specjalnie okropnie się guzdrałem, chciałem wyjść ze szkoły sam, ale Bartek i tak na mnie czekał. I wcale mnie to nie ucieszyło, że mam takiego dobrego kolegę, tylko ciągle myślałem, czy jest dla mnie jakiś list. A jak już byliśmy całkiem blisko kasztana, powiedziałem mu, że zapomniałem ze szkoły piórnika i muszę wrócić. On upierał się, że widział, jak chowałem do teczki, chciał sprawdzać, nawet musiałem się z nim trochę poszamotać.

Kiedy odbiegłem tak daleko, że już nie mógł mnie widzieć, przystanąłem za budką z warzywami i postałem sobie chwilę. Patrzyłem, jak osy wyjadają z dojrzałej gruszki środek i takie to było ciekawe, że nawet na chwilę zapomniałem o Dżejmsie. Ale tylko na chwilę, bo zaraz usłyszałem, że ktoś mnie woła, i to był Grzesiek z torbą na zakupy. Odprowadził mnie do domu i znowu nie mogłem zajrzeć do dziupli.

 

Po powrocie powiedziałem mamie, że chętnie skoczę do sklepu, ale poszedł już Kuba. Mama była niezadowolona, że przyszedłem późno, niepokoiła się o mnie i musiała odgrzewać obiad.

Dopiero następnego dnia rano wyjąłem list. I nie poleciałem do szkoły, chociaż było już późno, tylko najpierw przeczytałem, co pisze Dżejms. A było to tak:

Cześć, Paweł!

Ten list, co od Ciebie dostałem, to byt pierwszy list w moim życiu i dziękuję Ci, że mi odpisałeś, i ja też zaraz Ci odpisuję, żebyś za długo nie musiał czekać. Właśnie że wiem o Tobie wszystko i Twoje pytania wcale nie są dla mnie trudne. Twój chomik miał na imię Wincenty, a najbardziej nie lubisz owsianki. I jeszcze fasolowej. A teraz Ci napiszę, jak wyglądam. Jestem chudy i wysoki. Mam czarne włosy. Wzrok mam najlepszy w całej klasie i nawet jak usiądę w ostatniej ławce, to widzę, jak mucha chodzi po tablicy. Umiem robić różne rzeczy – szybko biegam i wspinam się na najwyższe drzewa. Na sam czubek. A płoty to przeskakuję. Jak będę dorosły, będę pilotem albo alpinistą. Jeszcze nie wiem. A Ty co będziesz robił? Mógłbyś też być pilotem. Drugim. Albo nawet pierwszym. Albo – żeby było sprawiedliwie – raz byłbyś pierwszym, a ja drugim, a potem odwrotnie. Napisz mi, co o tym myślisz, bo to ważne.

Tajemniczy Dżejms

Przeczytałem ten list dwa razy i właśnie zaczynałem trzeci, kiedy wpadł na mnie Jurek. Okropnie się spieszył, już było po ósmej, a on zaspał. Ucieszyłem się, bo zawsze jest raźniej wchodzić do klasy razem, kiedy lekcja się zaczęła.


To były rysunki i wszyscy pochylali się nad blokami, a pani nad jakąś książką. Nawet się na nas za bardzo nie gniewała, tylko kazała siadać szybko na miejsce i rysować to, co wszyscy. Temat rysunku był Mój tata. Po chwili pani widocznie coś się przypomniało, bo powiedziała, że ja mogę rysować mamę. Wszyscy na mnie popatrzyli i zaczęli ze sobą szeptać, a ja udałem, że nie słyszę. Mruknąłem, że narysuję tatę, bo przecież dobrze wiem, jak on wygląda.

A potem zacząłem go sobie przypominać i najbardziej pamiętałem jego koszulę w niebieskie paski. Więc zacząłem rysować od tej koszuli i dopiero do niej dobierać wszystko inne. Narysowałem jeszcze spodnie i buty, a potem zacząłem się zastanawiać nad twarzą, ale on nie miał brody ani wąsów, okulary nosił tylko słoneczne, więc nic nie było takiego wyraźnego. I kiedy już wydawało mi się, że przypomniałem go sobie, pomyślałem, że taką twarz ma przecież pan, który sprzedaje w cukierni pączki, a to na pewno nie jest tata. Zaraz później zadźwięczał dzwonek i mój rysunek wyglądał bardzo głupio, bo tata nie miał twarzy. Narysowałem mu tylko głowę i brązowe włosy. Właściwie powinny być czarne, ale złamała mi się czarna kredka, a nie miałem już czasu zatemperować.

Pani zbierała rysunki i każdemu coś mówiła, żartowała sobie i śmiała się, ale jak zobaczyła mój, to posmutniała i tylko pogłaskała mnie po głowie. Powiedziałem jej, że nie starczyło mi czasu, a ona uwierzyła od razu i nawet szepnęła mi do ucha, że to bardzo, naprawdę bardzo dobry rysunek i że tak jest nawet lepiej.

Imieniny


Robi się coraz chłodniej. Niektóre drzewa są już całkiem łyse, na innych powiewają pojedyncze listki, czepiając się gałęzi ostatkiem sił. A na chodnikach leżą całe sterty liści, po których bardzo fajnie się chodzi, bo trzeszczą trochę tak, jak palące się ognisko.

Dzisiaj są imieniny mojego przyjaciela Bartka. Już wchodziłem na boisko, kiedy sobie o tym przypomniałem i jeszcze o tym, że Bartek założył sobie zielnik (to znaczy ma taki zeszyt, do którego wkleja rozmaite rośliny – kwiatki, trawy i liście). Z początku ten zielnik nawet mnie śmieszył, ale potem, jak zobaczyłem, że z Bartka wcale się nie zrobił żaden fajtłapa, co tylko wącha kwiatki, przestałem się wtrącać. A teraz nazbierałem mu trochę kolorowych liści, żeby miał na imieniny. Wybierałem te mniej zabłocone i każdy z innymi ząbkami z boku, bo w zielniku nic nie powinno się powtarzać. Zresztą, tak samo jak w każdej innej kolekcji.

W szkole Bartek częstował nas cukierkami. Na przerwie wyciągnąłem z teczki liście dla niego, nie były już takie ładne jak rano, trochę się pogniotły i pokruszyły, a niektórym nawet pozawijały się rogi i jakby się zestarzały. Ale Bartek powiedział, że nic nie szkodzi i że „dziękuje za pamięć”. Nie wiem, gdzie to usłyszał, ale zabrzmiało tak uroczyście, że aż się zaczerwieniłem.

Może coś jest w tych liściach, a może w jesiennym wietrze, bo jak tylko znowu znalazłem się na dworze, przypomniałem sobie, że nie tylko mój przyjaciel ma dzisiaj imieniny. Mój tata też miał tak na imię – Bartłomiej.

Postanowiłem o tym napisać Dżejmsowi, bo to było ważne. Że dzisiaj mój tata ma imieniny i ja o tym pamiętam, i pewnie mama też pamięta, a – kto wie – może i Kuba, no i że nawet nie możemy mu wysłać kartki, bo nie wiemy gdzie. I napisałem:

Tajemniczy Dżejmsie!

Nie odpisałem od razu na Twój list, bo miałem klasówkę z matmy i musiałem się uczyć. Ale teraz piszę, bo muszę Ci coś powiedzieć. Dzisiaj są imieniny mojego taty. Ale ja nie wiem, gdzie on mieszka. A to chyba nie jest w porządku. Nie wiem, co się stało. Mama mówi, że wyjechał. Ale jak ktoś wyjeżdża, nawet bardzo daleko, to przysyła listy. A on nie.

U mnie w klasie jest jedna dziewczyna, co nie ma ojca, ale on się rozwiódł. I z nim Ulka – bo tak się nazywa ta dziewczyna – chodzi w niedzielę na lody i do kina. A jeden chłopak mieszka tylko z dziadkami, a jego rodzice są w Australii i piszą do niego, a nawet mu przysłali kangura z pluszu. On już jest za duży na tego kangura, ale pewnie im się coś pomyliło, bo jak wyjeżdżali, był jeszcze mały i bawił się takimi zabawkami.

Napisz mi, Dżejmsie, co o tym myślisz i jeszcze coś o Twoim ojcu. I o mamie możesz też. A co do tego, który z nas będzie pierwszym, a który drugim pilotem, to jeszcze się zastanowimy, bo ja nie miałem czasu tego przemyśleć i nie wiem, co będę robił, jak będę zupełnie dorosły.

Ciekawi mnie, skąd o mnie tyle wiesz, bo to wszystko jest prawda, co napisałeś. Ale jak tyle wiesz, to napisz mi lepiej, gdzie mieszka mój tata, bo dzisiaj jego imieniny, a ja mu nie mogę złożyć życzeń, i pospiesz się, żeby nie były za bardzo spóźnione.

Paweł

Pisałem ten list przez cały wieczór, aż mama w końcu weszła do mnie do pokoju, tak było cicho i spokojnie. Najpierw chciała zobaczyć, co piszę, ale jak jej powiedziałem, że to tajemnica, nie nalegała. Zapytałem, czy mama pamięta, czyje są dzisiaj imieniny, a mama zrobiła okrągłe oczy i pokręciła głową. Wtedy jej przypomniałem, a ona przytuliła mnie i powiedziała, że imieniny taty były w sierpniu, bo Bartłomieja jest kilka razy w roku.

Do sierpnia było jeszcze tyle czasu – prawie rok. Uśmiechnąłem się do siebie. Może przez ten czas dowiem się, gdzie mieszka tata – powie mi o tym Dżejms albo zdarzy się jeszcze coś innego – i wyślę mu piękną kartę. I dam też jego adres mamie, i nawet Kubie, bo wtedy dostanie trzy karty. Każdą z innymi kwiatami. Tylko że moje muszą być najładniejsze.


Pan w słomkowym kapeluszu


Cześć, Paweł!

Ja też myślę, że powinno się znać adres swojego taty. I ja bym Ci na pewno powiedział, gdzie on mieszka, ale Twój tata to nie Ty. O nim nie wiem tak dużo. Chociaż moglibyśmy go poszukać. Raz nawet chyba go widziałem. Stałem w warzywniaku po kapustę i patrzyłem w szybę, i on przechodził. Ale akurat była moja kolej, a jak już wyszedłem z tą kapustą, nigdzie nie było go widać. Pobiegłem nawet w tę stronę, gdzie on szedł, ale nie było nikogo podobnego. Na drugi raz, to choćby była moja kolej, od razu za nim pobiegnę. I ty zrób tak samo. I możemy się w ogóle porozglądać po ulicach. Jak tylko będę coś wiedział, zaraz Ci napiszę. Ty też mi napisz, gdybyś miał taką sytuację, jak ja wtedy. Chociaż myślę, że to będzie trudne. Jakby był tak blisko, toby przecież do nas, znaczy do Ciebie, przyszedł, a nie się ukrywał jak jakiś złodziej.

Napisz mi jeszcze coś o swoim bracie. I czy coś zbierasz. Bo ja znaczki. Mam trzy podwójne, mogę Ci je dać.

Tajemniczy Dżejms

Czytałem list i czytałem, i ciągle sobie wyobrażałem mojego tatę przed warzywniakiem, jakby to było coś niezwykłego. Myślałem sobie, jaki dobry z Dżejmsa kolega, że rozglądał się za nim, a nawet trochę go szukał.

Mnie się tylko raz wydawało, że widziałem tatę. Jechaliśmy wtedy z mamą na wakacje. Pociągiem. I na jednej stacji – takiej malutkiej, że nie było na niej nawet żadnego dworca, tylko napis na patykach – stał pan w słomkowym kapeluszu i w spodniach w wielką kratę. Na smyczy trzymał rudego pieska z podwiniętym ogonem.

– Zobacz, mamo, zobacz! – zacząłem wtedy krzyczeć. – Tata!

Pasażerowie popatrzyli na nas dziwnie, udawali, że czytają swoje gazety, ale ciągle zerkali raz na nas, a raz za okno, dopóki pociąg nie ruszył.

– Pawełku, co ty mówisz – upomniała mnie mama. – Czy widziałeś kiedyś, żeby tata nosił takie spodnie?

Pewnie, że nie nosił, kapeluszy słomkowych też nie, nie miał również psa, ale to przecież o niczym nie świadczy. Mógł mu się zmienić gust. Albo mógł być przebrany specjalnie, żeby go nikt nie poznał. Widziałem kiedyś taki film. Jak jeden pan ukradł obraz, a potem wyjechał do innego miasta, doprawił sobie wąsy i inaczej się ubierał, a wszyscy myśleli, że to jest ktoś inny. Ale ten pan nie miał żadnych dzieci.

Żałowałem, że nie ma z nami Kuby w czasie tej podróży. Był u dziadka, a my do nich jechaliśmy. Gdyby Kuba wtedy też poznał tatę, może mama przyjrzałaby się temu panu uważniej. Chociaż nie wiem, bo pociąg stał bardzo krótko.


Wcale nie byłem pewny, czy Dżejms dobrze pamięta mojego tatę. Na wszelki wypadek postanowiłem mu pożyczyć zdjęcie. Mama poszła akurat z Kubą do fryzjera. Wyjąłem z szafy pudło po butach pełne różnych zdjęć i zacząłem oglądać. Niektóre były bardzo stare. Mama wyglądała na nich jak dziewczyny z mojej klasy, tylko była trochę inaczej ubrana. Ja bym nawet wcale nie wiedział, że to ona, gdyby mi tego nie powiedziała. Ale tak samo siebie nie mogłem poznać. Wiedziałem już, który bobas to ja, a który Kuba, ale też dzięki mamie.

Przewracałem te zdjęcia i przewracałem, przypominałem sobie różne rzeczy, aż usłyszałem zgrzyt klucza w zamku. Przestraszyłem się okropnie, zupełnie jakbym robił coś złego. Wepchnąłem szybko pudło na miejsce. Kilka zdjęć wysypało się na podłogę, wkładałem je właśnie do kieszeni, kiedy mama i Kuba weszli do pokoju. Kuba wyglądał okropnie. Był jeszcze bardziej pucaty niż zwykle, uszy miał jak u słonia i pachniał jak dorosła kobieta.

– Co ty tam chowasz? – zainteresowała się mama i spojrzała na mnie podejrzliwie. Trzymałem cały czas rękę w kieszeni.

– Mamo – wtrącił Kuba – chyba zaczął się w telewizji film rysunkowy. Mogę włączyć?

– Możesz – odpowiedziała nieuważnie mama, przyglądając mi się badawczo.

– Chce mi się pić – zaczął marudzić Kuba, a mama westchnęła i poszła do kuchni.

Na ekranie saperzy rozbrajali miny. Zerknąłem na mojego brata. Wydawało mi się, że mrugnął do mnie porozumiewawczo.