Dziewczyna z fotografiiTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Anna Olszewska

Dziewczyna z fotografii


ISBN 978-83-8202-272-8


Copyright © by Anna Olszewska, 2021

All rights reserved Adiustacja Magdalena Wójcik, Agnieszka Czapczyk Projekt okładki i stron tytułowych Paulina Radomska-Skierkowska Opracowanie graficzne i techniczne Barbara i Przemysław Kida Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 90 sklep@zysk.com.pl www.zysk.com.pl Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Dla Adama

Prolog

Wbiegam na scenę warszawskiego Teatru Wielkiego razem z pozostałymi tancerkami i odnajduję na deskach maleńki krzyżyk, na którym powinnam stanąć. Strach miesza się z podnieceniem, a moje serce tłucze się o żebra tak bardzo, że czuję ból. Witam znajome wrażenie, które narasta we mnie, aby za chwilę wybuchnąć i unieść mnie w tańcu. Sprawić, aby moje skoki były lekkie, a ruchy perfekcyjne. Światła reflektorów oślepiają mnie na krótką chwilę, jednak szybko się mobilizuję i wracam do pełnego skupienia. Jeżeli spełnię pokładane we mnie nadzieje, dostanę rolę Odetty. Pozostałe dwadzieścia trzy baletnice również dają z siebie wszystko, więc muszę zatańczyć idealnie. Po entrée pełnym skoków i port de bras wykonywanych z gracją i elegancją zastygamy w równym rzędzie. Pozwalam sobie na spojrzenie w stronę pięcioosobowej komisji zasiadającej na widowni. Adrenalina buzująca w moim ciele sprawia, że mrowią mnie opuszki palców. Wyprężam tułów i trwam z uniesionymi ramionami. Półtorej minuty ciągnie się w nieskończoność i mimo wielu dni wypełnionych morderczymi treningami moje nogi zaczynają drżeć. Łabędzie pióra przyczepione do śnieżnobiałego stroju łaskoczą moją skórę. Fragmenty białego puchu fruwają w powietrzu między baletnicami. Mam ochotę śledzić ich lot, ale ponownie przywołuję się do porządku. W końcu znowu mogę się poruszać i wykonuję kolejne figury. Wszystko dociera do mnie jakby z oddali. Przyspieszone oddechy innych tancerek, spojrzenia komisji skupione na tym, aby wyłowić najdrobniejsze potknięcie, stukot poprzecieranych desek ułożonych na scenie. Rozdzielamy się na dwie grupy. Równo, równo, równo… powtarzam jak mantrę, pilnując, aby nie popsuć szyku. I jeszcze raz zastygam bez ruchu. Jestem coraz bardziej zmęczona i walczę, aby nie opuścić ręki nawet o milimetr. Kątem oka dostrzegam, że niektórym dziewczynom ta sztuka się nie udaje, i ogarnia mnie poczucie triumfu. Możemy przyjaźnić się poza sceną, ale na niej jesteśmy konkurentkami.

I nagle światła reflektorów przybliżają się do mnie z każdą sekundą. Czuję ucisk w piersi i nie mogę zaczerpnąć tchu. Znika uczucie uniesienia towarzyszące tańczeniu. Wszystko oddala się, ginąc w długim tunelu, jakby ktoś zassał otaczającą mnie rzeczywistość. A potem moje ciało przeszywa wszechogarniający ból, a suitę z Jeziora łabędziego zagłusza zgrzyt gnącego się metalu i krzyk mojej mamy. Dźwięk, o którym wiem już, że zostanie ze mną na zawsze. Walczę z bólem i próbuję zlokalizować rodziców, ale kończyny mam jak z ołowiu. Jest mi tak strasznie zimno, a jednocześnie skóra pali mnie żywym ogniem. Brakuje mi sił na wypowiedzenie choćby jednego słowa. Wiem, że coś jest nie tak, jednak jestem zbyt skołowana i wystraszona, aby ustalić co… Łzy spływają mi po policzkach do uszu, w ustach czuję metaliczny smak krwi, a potem zapada ciemność…

Zerwałam się z miękkiego materaca z krzykiem. Przepocona koszulka przylepiła się do rozgrzanej skóry. Podciąg-

nęłam koc pod brodę, próbując zdusić szloch wzbierający w zaciśniętym gardle. Dreszcze przetaczały się falami przez moje ciało, a ja, chcąc je powstrzymać, oplotłam rękami kolana i kołysałam się, powtarzając, że wszystko będzie dobrze. Kiedy poczułam, że ponownie panuję nad oddechem, wyciągnęłam rękę w kierunku lampki ustawionej przy łóżku. Gdy światło zalało pokój łagodnym blaskiem, położyłam głowę na poduszce, starając się odgonić ostatnie powidoki koszmaru, nawiedzającego mnie od niemal roku.

1. Natasza

Cholera! — Przekleństwo wyfrunęło z moich ust, kiedy otworzyłam luk bagażowy i na głowę spadła mi czyjaś walizka. — Pardon — dodałam po chwili, oglądając się w stronę mężczyzny, o którego niechcący się oparłam. Spojrzał na mnie znad ciemnych okularów i opuścił telefon przyklejony do ucha, prosząc rozmówcę o chwilę cierpliwości. Jego francuski był nienaganny, ale wyłapywałam w nim ślady obco brzmiącego akcentu.

— Problèmes d’équilibre? Kłopoty z równowagą? — Uśmiechnął się do mnie szeroko, a ja spiorunowałam go wzrokiem, mając nadzieję, że zawarty w nim ładunek lodu skutecznie pohamuje jego komentarze.

Kiedy wyciągnął rękę, aby pomóc mi upchnąć walizkę z powrotem do luku, podziękowałam mu jedynie szybkim skinieniem głowy.

Przepchnięcie się na miejsce nie było łatwe. Fotel 15B znajdował się pośrodku rzędu i kiedy udało mi się w końcu usiąść, od razu musiałam podwinąć nogi. Mężczyzna, który przed chwilą oszczędził mi bliskiego kontaktu z cudzym bagażem, właśnie przeciskał się, aby zająć miejsce przy oknie. Zamknęłam oczy i zaczęłam rozcierać nogę tuż nad kolanem. Ból promieniował w górę i w dół, z ostrego przechodząc w tępy i uporczywy. Tabletka powinna zacząć działać jeszcze przed wejściem do samolotu, ale moje ciało już dawno przestało ze mną współpracować. Jedyne, co mi pozostawało, to pogodzić się z uczuciem odrętwienia, które objęło już większą część nogi. To tylko dwie i pół godziny, powtarzałam sobie, starając się chociaż trochę zrelaksować.

Wyciągnęłam z kieszeni żakietu telefon i zerknęłam na wyświetlacz. MMS od Malwiny i dwa nieodebrane połączenia od babci. Otworzyłam zdjęcie od przyjaciółki. Leżała na wielkim fotelu, a mój zdradliwy kot wtulał się z rozkoszą w jej bok. Chciałabym napisać, że Bastuś za tobą tęskni, ale nie lubię kłamać… Na końcu dodała swoim zwyczajem emotikonki wyrażające miłość i samolot, a także parę innych, których znaczenie znała prawdopodobnie tylko ona. Uśmiechnęłam się pod nosem, pozostawiając wiadomość bez odpowiedzi, a moje myśli powędrowały do babci… Nagle nie może się mnie doczekać? Nie rozumiałam, po co w ogóle ściągała mnie do Paryża. Ostatni rok upłynął nam pod znakiem zimnej wojny. Obwiniała mnie o wszystko, co wydarzyło się w marcu, i nie miałam jej tego za złe. Sama nie radziłam sobie z pustką i poczuciem winy. Dlatego rozsądnym rozwiązaniem było, abyśmy trzymały się od siebie z daleka. I chociaż udawało nam się to przez trzynaście miesięcy, nagle uznała sprzedaż mieszkania po rodzicach za sprawę niecierpiącą zwłoki… Miałam nadzieję, że szybko odnajdę w sobie siłę, aby udać się na Rue du Parc Royal, i będę mogła wrócić do Warszawy. Tymczasem musiałam odbyć kolejną męczącą rozmowę.

Komunikat informujący o zakazie używania komórek jeszcze się nie podświetlił, więc wybrałam numer.

— Nataszo? — Wzdrygnęłam się lekko, słysząc chłodny ton Genevieve Bernadotte, niepozostawiający wątpliwości, że dłuższe ignorowanie nieodebranych połączeń nie byłoby dobrym rozwiązaniem. — Siedzisz już w samolocie? Kiedy mogę się ciebie spodziewać?

— Nie wiem… Myślałam, żeby po drodze wstąpić jeszcze…

— Czekam na ciebie. Do zobaczenia, moja droga. — Przerwała mi bezpardonowo, a dźwięk świadczący o tym, że odłożyła słuchawkę, uświadomił mi, że moje plany nie miały dla niej znaczenia.

Wypuściłam powoli powietrze i wyłączyłam telefon. Zerknęłam przez lufcik. Warszawa żegnała mnie mgłą i mżawką osiadającą na płycie lotniska. Pokusa, aby wysiąść z samolotu, była tak wielka, że aż świerzbiła mnie skóra. Musiałam jednak ostatecznie zamknąć sprawy w Paryżu i uwolnić się od babki, więc dalej tkwiłam między dwoma nieznajomymi mężczyznami, coraz bardziej obolała i nieszczęśliwa. Dopiero po dłuższej chwili zorientowałam się, że chłopak, który pomógł mi uporać się z cudzym bagażem, przygląda mi się z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Zdjął okulary i mogłam spojrzeć w jego jasnoniebieskie oczy. Miał spojrzenie sprawiające, że wyglądał, jakby śnił na jawie. Ciemna karnacja, zarost i burza czarnych włosów tworzyły całość tak hipnotyzującą, że nie mogłam oderwać od niego wzroku. W końcu uniósł kącik ust w kpiącym uśmieszku.

— Ciężki dzień?

Skinęłam niechętnie głową. Nie radziłam sobie w takich sytuacjach. Nie umiałam odczytywać ludzkich emocji i nie lubiłam okazywać swoich. A luźna rozmowa prowadziła właśnie do tego.

— Luka. — Wyciągnął do mnie rękę. Miał długie szczupłe palce, z wyraźnie zaznaczonymi stawami. Wgłębienie między kciukiem i palcem wskazującym ozdabiał czarny symbol, przypominający przechyloną literę „F”.

— Natasza.

Nasze dłonie zetknęły się na krótką chwilę, zanim szybko cofnęłam swoją, skracając kontakt do minimum.

— Natasza… — powtórzył cicho, a moje imię zabrzmiało w jego ustach tak egzotycznie, że przeszył mnie dreszcz.

Wstrzymałam oddech, czekając na ciąg dalszy, ale wbrew moim obawom Luka dał mi spokój. Wibrowanie silnika i szarpnięcie, gdy maszyna ruszyła powoli po pasie startowym lotniska, spowodowały, że zacisnęłam dłonie na oparciu fotela, zapominając na moment o bólu nogi. Samolot oderwał się od ziemi i poczułam, jak żołądek podchodzi mi do gardła, aby po chwili wrócić na swoje miejsce. Dopiero gdy pilot wyrównał lot, nieco się rozluźniłam.

 

Luka wydawał się nieporuszony startem. Patrzył przez okno, a ja wykorzystałam to, aby obrzucić go ukradkowym spojrzeniem. Moje doświadczenia z mężczyznami ograniczały się do partnerowań w pas de deux, a także kilku randek, na które zwykle wypychała mnie Malwina. Wszyscy, których w tym celu wybrała, byli tancerzami jak ja, a ich ciała, mimo że silne, emanowały eterycznością. Ich skóra była nieskazitelna, włosy porządnie zaczesane, a dłonie wypielęgnowane. Luka stanowił ich zupełne przeciwieństwo. Teraz, kiedy zdjął kurtkę i został jedynie w białym podkoszulku, widać było jego umięśnione przedramiona pokryte drobnymi, prostymi tatuażami. Włosy lekko kręciły mu się na karku i sprawiały wrażenie, jakby nigdy nie używał grzebienia. Był zrelaksowany i swobodny. Dłonie ozdabiały trzy sygnety, wyobrażające głowy dzikich zwierząt. Wodziłam wzrokiem po jego sylwetce, ośmielona tym, że na mnie nie patrzył. W końcu zatrzymałam wzrok na tatuażu, przyciągającym mój wzrok od samego początku. Przechylone „F”… Zastanawiałam się nad jego znaczeniem, kiedy usłyszałam jego cichy głos.

— To Ansuz. Runa inspiracji.

— Jesteś artystą? — Było w nim coś, co sprawiało, że rozmowa wydała mi się nagle czymś naturalnym.

Przechylił głowę i spojrzał na mnie, pocierając brew.

— Sama zgadnij. — Być może zbyt pochopnie założyłam, że będę potrafiła rozmawiać z nim bez skrępowania. Odruchowo ściągnęłam łopatki i uniosłam brodę, jak wiele razy wcześniej. — No dalej… W końcu nie ma tak dużo zajęć… dla artysty.

A więc jednak nie zamierzał zostawić mnie w spokoju.

— Jesteś muzykiem? — zapytałam na odczepnego.

— Właśnie straciłaś jeden ze swoich trzech strzałów.

— Nie pamiętam, żebyśmy ustalali jakieś reguły — stwierdziłam chłodno. Mój głos przypominał teraz ton babci. Na samą myśl, że choć trochę się do niej upodabniam, wzdrygnęłam się.

— Właśnie ją wymyśliłem. — Puścił do mnie oko, a ja przyjrzałam mu się ponownie, z większą uwagą. Tatuaże, sygnety, skórzana kurtka i runa inspiracji.

— Tatuujesz? — podjęłam grę.

— Przykro mi. — Uniósł do góry dwa palce, dając mi znać, że właśnie zaliczyłam drugie pudło.

— Tańczysz?

— Tylko dla przyjemności. — Powiedziawszy to, założył na uszy słuchawki i zamknął oczy.

Patrzyłam na niego osłupiała. Wydawało mi się, że miał zamiar rozmawiać ze mną całą drogę. A teraz odciął się ode mnie na dobre? Rozejrzałam się niepewnie dookoła, czując, jak serce zaczęło łomotać pod wpływem ogarniających mnie uczuć. To już koniec? Byłam aż tak nudna, że starczyło mu cierpliwości zaledwie na kilka minut? Pytania wirowały w mojej głowie, a wśród nich jedno nurtowało mnie nieustannie. Kim był ten mężczyzna? Nie mogąc znaleźć odpowiedzi na żadne z nich, siadłam sztywno w swoim fotelu, nagle skrępowana jego towarzystwem.

*

Kiedy koła samolotu dotknęły asfaltu paryskiego lotniska i pojawił się komunikat o możliwości odpięcia pasów, odetchnęłam zadowolona, że moja udręka dobiegła końca. Kolano rwało mnie coraz bardziej, zmęczone ułożeniem w jednej pozycji. Starałam się ignorować narastający ból, jednak moje myśli wciąż krążyły wokół tego, aby stłumić go kolejną porcją leków.

Sięgnęłam do luku bagażowego po torbę i nie oglądając się za siebie, ruszyłam w kierunku drzwi. Kusiło mnie, aby zerknąć przez ramię, jednak tego nie zrobiłam. Nadal prześladował mnie uśmieszek, którym Luka obdarzył mnie, gdy zakładał słuchawki. Powoli przesuwałam się do przodu. Co chwila ktoś mnie poszturchiwał lub mimowolnie się o mnie ocierał. Czułam, jak krople potu zaczynają się perlić na spiętym karku. Nie pomagały nawet głębokie wdechy i techniki relaksacyjne, których nauczyłam się w szkole baletowej. Atmosfera po locie była tak zatęchła, że powietrze zdawało się lepkie i brudne. Skinęłam głową stewardesie życzącej mi miłego pobytu w Paryżu i zaczerpnęłam tchu, gdy chłodny wiatr owiał moją twarz.

Kiedy miałam postawić stopę na pierwszym stopniu schodów, poczułam, jak ktoś dotyka mojego ramienia. Odwróciłam głowę, a nagły podmuch rozwiał moje rozpuszczone włosy. Za mną stał Luka z telefonem wyciągniętym w moją stronę. Usłyszałam pstryknięcie aparatu i otworzyłam usta, żeby coś powiedzieć, ale pasażerowie, którzy stali w kolejce do zejścia, zaczęli się niecierpliwić, więc nic nie mówiąc podążyłam prosto do terminalu lotniska Paryż-Orly.

*

Zaledwie godzinę później stałam pod kamienicą, w której znajdował się apartament babki. Przede mną rozciągał się widok na Place des Vosges, ulubione miejsce piknikowe paryżan i znienawidzone przez moją antenatkę, twierdzącą, że zwykła hołota specjalnie je sobie wybrała, aby szargać jej nerwy i psuć widok na piękną zieleń. W rzeczy samej, grupka podchmielonej młodzieży właśnie fałszowała pod oknami budynku oznaczonego numerem jedenaście, w którym kiedyś pomieszkiwał Victor Hugo. Dyscyplina zabudowy wokół kwadratu, na którym mieścił się park, uspokajała mnie. Kamienice ustawione w równiutkich rzędach okalających plac przywodziły mi na myśl układy baletowe, w których żadna z tańczących baletnic nie powinna wysunąć stopy choćby o centymetr przed innymi. Ceglasto-kremowe fasady odcinały się na tle beżowych alejek. W każdym rogu uruchomiono już zgrabną fontannę, tryskającą lodowatą wodą. Budzące się do życia drzewka posadzone wśród ścieżek przystrzyżono w geometryczne kształty. I tylko gęstwina najstarszych drzew na samym środku placu zaburzała nieco ten matematyczny ład miejsca, w którym dorastałam.

Gdy tylko nacisnęłam mosiężną klamkę, do drzwi pospieszył majordomus Eugène, starszy niż absurdalnie wielki apartament babci, nad którym sprawował pieczę. Poły klasycznego fraka zatrzepotały, gdy sztywno się skłonił. Niewzruszony wyraz twarzy, który pamiętałam jeszcze z dzieciństwa, kojarzył mi się jedynie z pogardą, ale nigdy nie miałam pewności, jakie uczucia kryją się za tą nieruchomą maską. Zastanawiałam się, czy staromodny strój, uwzględniający wykrochmalony na sztywno kołnierzyk koszuli oraz klasyczny żabot, to pomysł babci, czy jego inicjatywa. Być może były to standardy wyniesione ze szkoły dla majordomusów, o ile w ogóle coś takiego jeszcze funkcjonowało.

— Panienko Nataszo. Witamy w domu. Zaraz zaanonsuję panienki przybycie.

— Sama się zaanonsuję, Eugène. Umiem trafić do salonu.

— Jak sobie panienka życzy. — Tym razem nie miałam żadnej wątpliwości. Chętnie pozbyłby się mnie, najszybciej jak to możliwe. Pewnie uważał, że kalam swoją obecnością to święte miejsce.

Podałam mu kurtkę, zsunęłam z nóg balerinki i ku jego dezaprobacie kopnęłam je w kąt wiatrołapu. Zrobiłam to z czystej złośliwości, aby poprawić sobie nieco humor. Być może zachowałam się dziecinne, ale poczułam się lepiej. Byłam trochę bardziej gotowa na spotkanie z królową lodu…

Zawsze kiedy przechodziłam korytarzem prowadzącym do salonu, zastanawiałam się, czy ród Bernadotte był tak paskudny, czy po prostu skąpili pieniędzy na dobrych portrecistów. Niektórzy z moich pradziadów wyglądali naprawdę przerażająco. Krzywe, wielkie nosy, narośla na twarzach, krzaczaste brwi i wszyscy opakowani w kołnierze z krynoliny. Zupełnie nie przypominali współczesnych Francuzów. Ich widok był przytłaczający. Wszystko w tej rezydencji było zresztą takie. Złocone ramy obrazów, kryształowe żyrandole, poprzecierane chodniki ciągnące się kilometrami po błyszczącym parkiecie. Obrazu dopełniały kotary w ponurych kolorach, zakrywające trzy czwarte powierzchni okiennych. Brakowało tu jeszcze wypolerowanej zbroi rycerskiej, stojącej gdzieś w kącie i straszącej potencjalnych gości.

Im bliżej salonu się znajdowałam, tym wyraźniej słyszałam melodię Tańca wieszczki cukrowej. Babcia musiała być dzisiaj w wyjątkowo podłym nastroju, skoro zdecydowała się przywitać mnie moim ulubionym fragmentem Dziadka do orzechów. Ulubionym w czasach, kiedy słuchanie muzyki poważnej nie sprawiało, że chciałam umrzeć. W czasach, gdy każde assemblé, cabriole, chausse

au czy pas de basque sprawiały, że czułam się lekka jak piórko, a wszystkie figury przychodziły mi z taką łatwością jak oddychanie. Ale to było kiedyś i moja antenatka doskonale o tym wiedziała.

*

Wchodząc do salonu, już drugi raz tego dnia ściągnęłam łopatki i uniosłam podbródek, uważając, aby utykanie nie zdradziło kondycji mojego ciała. Przyzwyczajenia baletnicy były we mnie zakorzenione tak głęboko, że nawet gdybym chciała, nie mogłabym od nich uciec.

— Babciu… — Pochyliłam się nad fotelem i musnęłam jej wiotki policzek. Jak to możliwe, że ta krucha istota trzymała władzę twardą ręką i nikt w rodzinie nawet nie próbował się jej sprzeciwić? Chociaż niewielu zostało już takich, którzy mogliby to zrobić…

— Widziałaś już sukienkę?

Ach tak… sukienka. Najważniejsza sprawa, o której powinnyśmy porozmawiać.

— Nie byłam jeszcze w swoim pokoju.

— Jeżeli nie będzie pasowała, zostanie bardzo mało czasu na przeróbki.

— Jestem przekonana, że zadbałaś o to, aby leżała idealnie. — Spróbowałam wykrzesać z siebie coś na kształt uśmiechu, a ona obrzuciła mnie przeciągłym spojrzeniem, postukując dłonią w rączkę laski, którą trzymała przed sobą.

— Na tym balu będą wszyscy nasi przyjaciele. To ważne wydarzenie…

Właśnie tego obawiałam się najbardziej. Ostatni raz widziałam tych ludzi, zanim jeszcze moje życie legło w gruzach. Żałowałam swojej decyzji o kontynuowaniu tradycji

zapoczątkowanej przez rodziców od momentu, w którym zgodziłam się pójść na bal.

— Myślałam o sprzedaży mieszkania… — spróbowałam podjąć interesujący mnie wątek.

— Nie teraz, dziecko. Wszystko po kolei. Najpierw bal, potem mieszkanie.

— Możesz mi powiedzieć, czemu chcesz je sprzedać właśnie teraz? — Jej decyzja nie miała dla mnie większego sensu, chociaż musiałam przyznać, że moje oszczędności topniały ostatnio w rekordowym tempie i gotówka podreperowałaby mój skromny budżet.

— Uznałam po prostu, że to dobry moment. — Babcia odgoniła machnięciem ręki muchę, która krążyła uparcie po salonie. Jej bzyczenie było przez chwilę jedynym dźwiękiem wypełniającym to ponure miejsce.

— Ale…

— Nataszo! Powiedziałam, że nie będziemy teraz o tym rozmawiać. Krawcowa czeka na telefon w sprawie ewentualnych poprawek.

Patrzyłam na nią dłuższą chwilę, aż w końcu podnios-

łam się, uznając, że i tak nic nie zdziałam. Smak rozgoryczenia wypełnił moje usta. W tej rodzinie nie było już miejsca

na polemikę. Zdałam sobie sprawę, że już nigdy nie poczuję ekscytacji, tocząc zażartą dyskusję z moimi bliskimi, tak jak bywało dawniej. Teraz pozostała nam jedynie chłodna wymiana informacji.

— Skoro uważasz, że to najważniejsza kwestia w tym momencie…

— Nataszo Bernadotte! Twój ojciec nigdy nie odważyłby się odezwać do mnie takim tonem. — Aż zachłysnęła się, gdy mnie upominała.

Spojrzałam na nią z góry.

— Ale go tu nie ma, nie pamiętasz, babciu? Leży w grobie razem ze swoją ukochaną żoną. Zostałam ci tylko ja, przykro mi.

Ostatnie zdanie nie zawierało już w sobie nawet ziarna buntu. Kiedy przypomniałam nam obu ten oczywisty fakt, moja złość wypaliła się jak zapałka.