Uwięziony krzykTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Pobyt w szpitalu trwał tylko osiem i aż osiem tygodni. Całe szczęście, że się skończył! Pojawiła się mama, a z nią mój własny osobisty dawno niewidziany mąż i wyjechałam nogami do przodu (dosłownie) na łóżku do karetki. Przede mną była cała reszta nowego, nieznanego życia.

3.

W karetce mnie położyli, przypięli pasami. W milczeniu zawieźli pod blok moich rodziców. Na noszach, przypiętą pasami, dwaj posępni panowie ponieśli do mieszkania na czwartym piętrze. Nie było to windą do nieba i nie wbiegłam po dwa schody jak zwykle, wnieśli worek. Już samo to było upokarzające. Po drodze wrzeszczałam z nerwów, jak to będzie. I z emocji, a schody wydawały mi się przepaścią nie do ogarnięcia. Były dziwnie ogromne, to był jakiś lęk przestrzenny, który pozostał ze mną do dziś, ale w innej skali i formie. Potem płakałam, łzy mi same leciały – bo siostry, nie widziałam ich bardzo długo, no i bo rodzice. Nie pamiętam wszystkich wydarzeń tego dnia. Kiedy panowie wrzucili mnie na nowiutkie łóżko rehabilitacyjne, płakałam nadal. Dzisiaj wiem, że poudarowcy cierpią na chwiejność emocjonalną i bywają nadwrażliwi. Pisząc to wszystko, też często płaczę, bo to nie są dla mnie miłe wspomnienia i nie jest mi łatwo do nich wracać, ale wiem, że warto – żeby ktoś je poznał. Poza tym jak się powiedziało A, trzeba powiedzieć B.

Nie umiem sobie przypomnieć wszystkich szczegółów z domu. Naprawdę – każdy dzień był podobny, czasem nie wiedziałam, jaki jest dzień tygodnia. W każdym razie… no leżę i co? Oni na mnie patrzą, ja na nich. Zero możliwości porozumienia, usta miałam spętane niewidzialną nicią.

Jak mi się w szpitalu tęskniło do mówienia, tak w domu myślałam, że się wścieknę od tego całego milczenia. Tak chciałam coś powiedzieć, ale wyrywał mi się tylko jęk, i to rzadko . Nie mogłam im przekazać myśli ani wyrazić tego, co czuję, gotowało mi się w środku. Ja, kiedyś katarynka, pyskata, wygadana… A tu złość, żal, poirytowanie własnym stanem, milion pytań mam do nich – wszystko naraz. Tyle emocji! Myślałam, że wyjdę z siebie i stanę obok. Kipiałam gniewem, ale na zewnątrz oaza spokoju. Siostry opowiadały, co u nich, dowiedziałam się, że będę miała rehabilitację w domu, rozpłakałam się – znowu – bo pomyślałam: a logopeda? Bez niego nie zacznę mówić, nie będę umiała, ale czy moja rodzina o tym wie?

Mama w kuchni miksowała jedzenie, bo zaczęłam przełykać. Karmili mnie łyżeczką, powolutku, spokojnie. Czyli jakby tam na OIOM-ie ktoś, kto był odpowiedzialny za żywienie chorych, poświęcił mi trochę czasu, tobym mogła jeść normalnie już wcześniej. Nawet nie miałam czasu się złościć, bo byłam zafascynowana możliwością jedzenia. Odkryłam, że gdy złączę zęby, górne i dolne, jak je zacisnę, to wtedy mam odruch przełykania. Niby proste, a jakie trudne, ale jaki olbrzymi krok dla mnie. Sprawdzacie teraz? Ludzie! Piłam kawę! Jadłam owoce! Ziemniaki zmiksowane z sosem! Kiedyś mama zostawiła w kuchni sałatkę jarzynową, żeby nie była zimna. Siostry zmiksowały, nakarmiły mnie – indyka, niebo w gębie. Jakbym nie jadła takiej sałatki od lat! Tylko to niebo w gębie tak mi jeździło po brzuchu, że zwymiotowałam – aż usiadłam, ale takiego sposobu na naukę siadania nie polecam. Wtedy inni mają za dużo prania. Wniosek: ciężkostrawnych potraw lepiej mi nie dawać.

To miksowane jedzenie, leki, picie ze strzykawki, ale to był raj! Plus banany. Do dzisiaj czasem mieszam sobie banana, biały ser, jakiś owoc do tego. O, i jeszcze bułka w mleku, jak dla dziecka, ale zmiksowana na papkę smakowała zupełnie inaczej, mniam. Dużo tego było, bo tak naprawdę wiele posiłków da się miksować. Obłęd i jedyna przyjemność, taki raj, że przez pół roku przybyło mi ponad dwadzieścia kilogramów. A na dźwięk miksera dochodzący z kuchni ciekła mi ślina. Zachowywałam się jak pies Pawłowa. Połykałam też miażdżone na proszek lekarstwa. Było ich dużo. Paliły w gardło, a syrop na dotlenienie mózgu był gorzki niczym piołun.

Szybko nauczyłam się cierpliwości i zrozumiałam, że od teraz wszystko, co się ze mną dzieje, będzie się składało z małych kroczków, tak jak z tym jedzeniem. Nie wstanę któregoś pięknego dnia i nie pójdę.

Chociaż nie zdawałam sobie sprawy, jak to będzie, kiedy wstanę. Przede wszystkim, jaki czas mnie od tego dzieli. Myślałam, że kiedy już stanę jak homo sapiens na własnych nogach, zrobi się normalnie, jak przed chorobą. Że wróci zwykłe życie.

Nie straciłam wrodzonego poczucia humoru, tylko w czasach, kiedy nie miałam kontaktu z otoczeniem, było ono podszyte ironią, trochę sarkazmem lub goryczą. Najciekawsze w tym czasie były wizyty . Właśnie one mnie bawiły, normalnie to bym powiedziała, że ze śmiechu aż mnie brzuch bolał. Ale nie bolał, bo nie działały mięśnie, więc kpiłam sobie do woli. A o sarkazm w tej sytuacji nie było trudno. Goście spoza rodziny nachylali się piętnaście centymetrów od mojej twarzy i mówili, nie poruszając głową: „A ona rozumie?”. Ryczałam w środku ze śmiechu, bo przecież było oczywiste, że rozumiem. Nie dla wszystkich, dzisiaj sama bym zadała takie pytanie nad żyjącym workiem cementu: Czy ono rozumie? Tak, ono, nie byłam człowiekiem, byłam jakimś tam czymś, zlepkiem części ciała miękkich jak szmatki.

Kiedy wróciłam ze szpitala, podczas przebierania czy mycia mogłam w końcu zobaczyć, jak wygląda moje ciało. To był horror! Ono nie było moje – skóra wiotka, nie miałam wcale mięśni! Wyglądałam niczym szkielet obciągnięty skórą. Zwykle ważyłam około czterdziestu pięciu kilogramów, a że zrobiło się mnie pół, to w tamtym okresie moja waga była lekkopółśmieszna. Ręce jak patyki, nogi jak zapałki i zapadnięty brzuch. Piersi nie miałam, jakieś smętne, a tyłka nie widziałam, ale wnioskując z tego, co mówiła siostra, może i dobrze. Jednak nie myślałam o tym, nie chciałam dużo, powiedzieć choćby kilka słów, nie liczyło się przecież dla mnie, jak wyglądam, nie w moim stanie.

Umyli mnie, jaki to luksus poczuć wodę i zapach świeżości, jak czasem takie drobne, głupie rzeczy nabierają znaczenia. Wtedy zrozumiałam swoją babcię, która zawsze po kąpieli mówiła sama do siebie: „Siedem kilo lżej!”.

Umyli mi włosy. W szpitalu nie myto mi głowy dwa miesiące, a teraz podobno włosy mi wypadały garściami. Nie wiem z jakiego powodu zostawały mamie w dłoniach całe pasma. Samo mycie głowy było nie lada wyczynem – tak dla mnie, jak i dla myjących. Podciągali mnie na łóżku do góry, tak że głowa wychodziła mi ponad zagłówek, a ciało było nadal na łóżku. Ktoś tę głowę podtrzymywał od spodu, bo leciała jak noworodkowi, a ktoś inny ją mył. A mnie się wydawało, że spadam, lecę w dół, tak wrzeszczałam jak nigdy, aż dostawałam plam na brzuchu jak żyrafa. Nawet nie wiedziałam, że takie coś się może dziać z nerwów. Zupełnie nierealne. Inne czynności fizjologiczne też działały, ale jak to u mnie, nie miałam nad nimi kontroli. A latem, jakieś trzy miesiące przed chorobą, babcia przysłała mamie paczkę i tam była pielucha dla dorosłych, zwykły pampers. Babcia jest mistrzynią przesyłania zaskakujących prezentów.

Widziałam taką pierwszy raz w życiu. Przymierzyłam tę pieluchę, porównując malutką córki z tą dużą.

– Nie przymierza się takich rzeczy, bo to przynosi pecha – stwierdziła mama.

Ale gdzie tam, jakiego pecha? Ja?

No i patrzcie.

Pęcherz miałam neurogenny, blokujący się.

Czasem nie sikałam cały dzień, nie bolało. W końcu po dwunastu godzinach puszczało. Powódź, wszystko mokre – ja, łóżko, materac (był podkład), pościel, moje ubranie. Ale tak do tego przywykłam, że nie było mi już nawet wstyd. Zupełnie zobojętniałam na tę nową sytuację. Jak ktoś akurat siedział na łóżku, też był mokry, robiłam sobie nawet listę w głowie, kogo bym chciała obsikać. Kiedyś nasikałam pełną pieluchę, była ciężka. Ja bezwładna, trudno mnie było dźwignąć. Siostra wzięła się na sposób: stanęła na moim łóżku, na brzegach, na wysokości moich bioder, odpięła pieluchę, którą miałam na sobie, i zamaszystym ruchem wyrwała ją spod mojego tyłka. Fajna metoda i działała, ale siostra tak się zamachnęła tą kilkukilogramową pieluchą, że zbiła klosz od żyrandola. Do dziś się z tego śmiejemy.

Jakkolwiek by to jednak zabawnie wyglądało, to i tak cały czas byłam zupełnie uzależniona od innych, nawet zabić się nie mogłam. Niby w jaki sposób? Nie chciałam żyć. Lekarz domowy powiedział, że uciekłam grabarzowi spod łopaty, ciekawe, po co ja mu uciekłam. Żałowałam, że nie umarłam, nikt by nie miał ze mną problemu, a ja ze sobą już wcale. Byłam zła na los. Ale podobno byłam cudem „chodzącym”, bo oberwałam niedotlenieniem w pień mózgu, odpowiedzialny za większość tego, co się dzieje w organizmie. Tę wiedzę zdobyłam później, na razie byłam zielona, bezbronna i zrezygnowana, bo szok już minął w szpitalu. Dowiedziałam się od sióstr, że miałam udar, myślę: że co, że jak? Udaru dostają przecież starsze osoby. Jak widać, nie tylko.

Nie zadałam sobie pytania: „Dlaczego ja?”. A co by to zmieniło? Po co rozpamiętywać? Przeżyłam, później się będę zastanawiała, co dalej. Tak się stało i już.

W domu czas płynął zupełnie inaczej. Niby ten sam, ale inny . Wokół mnie coś się działo, a ja byłam tylko niemym uczestnikiem życia. Ale to obejrzałam jakiś program w TV, to ktoś coś opowiadał, wyszedł, przyszedł, a z jedzenia zrobiłam sobie rozrywkę.

Zajęli się mną moi rodzice i siostry, miałam wyrzuty sumienia, bo ich życie się zmieniło w dużym stopniu, nikt z rodziny nie był wolny, żyli moim nieruchomym życiem. Siostry miały chłopaków, randki, a tu wszystko im zepsułam, wszystko miały takie na wyrywki. Przecież tyle przy mnie robili, często w nocy niedosypiali, bo ja nie mogłam zasnąć i marudziłam.

 

Tylko mama pracowała, a po pracy miała na głowie to wszystko, co związane ze mną. Ogrom, do dzisiaj nie wiem, jak to ogarnęła. Do tego żyła w ogromnym stresie. Schudła. Jeszcze teraz żal mi mojej rodziny: że musieli na to patrzeć, zajmować się mną. Wszystko przeze mnie, ja naprawdę chciałam wstać, coś zrobić, cokolwiek. W środku mi wrzeszczało, a na zewnątrz byłam najspokojniejsza na świecie, jakie miałam wyjście? Co i w jaki sposób mogłam zrobić? Zresztą choroba dotknęła całej rodziny, to ona starała się, żebym się czuła jak najlepiej w stanie, w jakim byłam. Nie wiem nawet, czy można się za to odwdzięczyć.

Przyszło Boże Narodzenie, och, ubrać choinkę, kupić prezenty, posiedzieć przy stole z rodziną! Ale u nas nie było świąt, nikt nie miał do tego głowy. Później sylwester, a ja zastanawiałam się, co mnie czeka w roku następnym. Raczej będę żyła, ale co z jakością tego życia? Nawet dzień jutrzejszy był zagadką. Co się stanie ze mną, z córką, z mężem? Gdzie będę mieszkać i w jakim stopniu wyzdrowieję? Na myśl o tym wszystkim ogarniała mnie panika. Po Nowym Roku była kolęda. Ksiądz się o mnie dowiedział i chciał mnie odwiedzić. Ledwo mama otworzyła drzwi do pokoju, zaczęłam histerycznie płakać. Szybko zamknęli drzwi i nie wpuścili go. Bałam się księży. Tam w szpitalu dostałam ostatnie namaszczenie, chyba było ze mną źle. Krzyczałam wtedy do tamtego księdza, że ja tam jestem, w środku, ale przecież nikt tak naprawdę mnie nie słyszał.

Mijał dzień za dniem, godzina za godziną, nie było przy mnie córki, została z drugą babcią, nie było jej biegania, dziecięcej paplaniny, a zresztą co bym z nią zrobiła? Ani pocałować, ani przytulić, a straszyć swoim wyglądem? No bo przecież ja byłam zdrowa! Przecież wewnątrz byłam zdrowiusieńka. To, co się nie ruszało, nie było mną, nie było moje. Nie panowałam nad niczym, nad ciałem ani nad emocjami. Noworodek, wszystko od nowa.

Mimo że nie mogłam się kontaktować i leżałam jak ta kłoda, w domu i tak było ciekawiej, to nie był szpital. Przede wszystkim czułam się normalnie, jak normalnie można się było czuć w moim stanie. Nie jak ktoś, coś, tylko córka i siostra. Pamiętam, jak pokazywałam siostrze oczami kierunek, siostra zgaduje: „Ale co? Coś na komodzie? Leki? Jedzenie? Książka?”. Ja chciałam położyć się na boku, a nawet przekręcanie mnie to nie była taka prosta sprawa. Jedna osoba przekładała na bok górną część ciała, a druga podtrzymywała i układała nogi, które były jak szmatki, tułów przewrócony na bok nie pociągnął za sobą automatycznie nóg, one nadal zostawały na wznak. Jak już byłam umoszczona na boku, jeszcze trzeba było włożyć mi między kolana poduszkę. Kiedy kolana się ze sobą stykały, niemiłosiernie bolały mnie kości. Pod sobą, na materacu słyszałam brzęczenie, jakiś czas później się dowiedziałam, że to materac zmiennociśnieniowy. Pompuje powietrze do komór naprzemiennie, żeby ciało było uciskane nierównomiernie, zapobiega to odleżynom.

Jedną z moich ulubionych rozrywek było czytanie, zawsze czytałam tonami. Któraś z sióstr wpadła na pomysł, że mogłabym czytać i teraz. Jakim sposobem? Potrzeba matką wynalazku: mały stołeczek z szerokim blatem, który miałam w nogach łóżka, żeby oparte na nim stopy nie opadły i się nie przykurczyły, został moim stolikiem do czytania. Miałam na sobie buty. Wysoko wiązane, żeby trzymały stopy. Stoliczek stał nad moimi udami przechylony w moją stronę, pod kątem, ja trochę „siedziałam”. Siostry położyły na stoliczku książkę, ja czytałam, a gdy zauważyły, że moje oczy nie czytają, przewracały kartkę. One były niemożliwe! Wtedy też przyszła do mnie jedna z pytających, czy rozumiem, jakaś tam pielęgniarka środowiskowa. Nachyla się nade mną, zadając moje ukochane pytanie i wywołując u mnie salwę śmiechu. I mówi do mojej siostry, która akurat miała dyżur (bo się zmieniały): „Kupcie jej książeczkę Ala ma kota czy podobną”. Wszyscy w śmiech, ja wewnętrzny, i pokazują jej książkę, którą aktualnie czytałam. Pani założyła, że zapomniałam czytać, potem się dowiedziałam, że to się nazywa afazja. Ale nie miałam jej tego za złe, bo skąd mogła wiedzieć, że beton potrafi czytać.

Zaraz po tym, jak znalazłam się w domu, na drugi dzień, przyszła taka ładna dziewczyna. Miała wesołą pogodną twarz, w przeciwieństwie do tych, co się nade mną pochylali ze współczuciem. Dowiedziałam się, że to rehabilitantka. Powiedziała, że będzie dobrze. I tego się trzymałam, podobnie jak myśli, że zawsze może być gorzej. Rodzice szukali najlepszej i faktycznie, jak się później okazało, była najlepsza. Zaczynała ćwiczenia od palców u dłoni i nóg, chwytając, zginając, prostując palec po palcu, mozolna robota. Widziałam swoje nogi, unosiła je, zginała. Stopy miałam dziwne, duży palec sterczał jak żołnierz sztywno do góry, a reszta palców leżała oklapnięta jak zwiędnięty kwiat. To była lewa stopa, bo prawa była zupełnie oklapnięta. Zresztą cała byłam jak takie miękkie coś, a w środku ja. Narzeczona Picassa.

Praca była ciężka, ale jak na razie tylko dla niej. Bo ja niczego nie czułam, a jako laik w temacie paraliżu nawet nie wiedziałam, jaki sens miało ćwiczenie takiego bezwładu. Ćwiczyła każdy mięsień na moim workowatym ciele, każdy, którego mogła dotknąć, a już hardcorowo było, jak mnie posadziła. Normalnie posadziła, jak siedzą ludzie, wiecie, co to był za widok? Jakbym wszystko widziała pierwszy raz w życiu – z tej perspektywy.

Pomarańczowy pokój, biały gruby dywan, do podłogi od materaca było jakieś pięćdziesiąt centymetrów. Do dzisiaj pamiętam ten strach. Czułam się tak, jakbym siedziała na szczycie jakiejś góry, skarpy. Miałam wrażenie, że powietrze wokół mnie jest rzadkie, nie wiedziałam, co ja robię w pozycji siedzącej. Tak jakbym nie pasowała do tej sytuacji. Rehabilitantka siedziała za mną. Wspierała moje plecy i mocno mnie obejmowała, bo leciałam bezwolnie do przodu. Siedzenie, mimo całego strachu i mojej bezwładności oraz niemożności utrzymania się w tej pozycji, podobało mi się, chciałam jeszcze, ale bardzo szybko poczułam się wyczerpana. Zmęczyłam się siedzeniem przez pięć minut, świetnie. Oj, długa droga przede mną.

Przychodziła codziennie, ale najlepsze było, jak zaczęła mnie stawiać przed sobą. To było niesamowite, spróbujcie postawić ugotowany makaron spaghetti, to mniej więcej tak samo. Stałam twarzą do niej, ona mnie obejmowała i na siłę blokowała mi kolana. Wciskała swoje lekko ugięte kolana w moje, a ja opierałam brodę o jej ramię. Postawiła taki worek, takie coś, też mi się spodobało, bo to było zupełnie nowe doświadczenie. Ośliniłam jej sweterek, robiłam to codziennie, nie miała pretensji, ale i tak czułam się głupio. Żeby dorosła kobieta pluła innej na sweterek? To nie było normalne, no ale co w moim życiu było normalne?

I tak minął miesiąc – pobudka, jedzenie, mycie, TV, rehabilitacja, jedzenie, sen. Codziennie. Proszę, połóżcie się i leżcie bez ruchu, żadnego ruchu, godzinę. Nie drapcie się po nosie ani w żadne inne miejsce. Nie poprawiajcie okularów i nie śpijcie, a do tego się nie odzywajcie, choć cały czas macie pełną świadomość. Nie wytrzymacie nawet pół godziny, a mnie trudno zliczyć, ile musiałam znieść tych godzin, tygodni, miesięcy… To było jak we śnie, kiedy chcesz biec i biegniesz w miejscu albo krzyczysz i nie wydobywa się żaden dźwięk. Zupełnie nierealne, a zarazem twarde życie. Moje. Nigdy się nad tym nie zastanawiałam, nad swoją psychiką. Ale jakoś żyłam, chociaż mówią, że ten udar to skutek silnie skumulowanego stresu. A tu musiałam być silna i nie chodziło o siłę fizyczną, nie o bystrość ani tym bardziej spryt życiowy. Ta siła wewnętrzna sama się znalazła, bo od początku twierdziłam, że ja nie jestem chora, a to tylko stan przejściowy. I jeszcze byłam zawzięta, myślałam: ja wam pokażę!, no a miałam komu…

I cały czas ta tęsknota, córkę widziałam raz, gdy przyprowadzili ją teściowie. Urosła, utyła, patrzyłam na nią, jak chodzi po pokoju i tuli się do mnie. A ja z niemocy płakałam, to chyba było najgorsze. Całe szczęście, że była za mała, żeby cokolwiek rozumieć. Nie życzę tego najgorszemu wrogowi, dziecko siedzi obok, a ty po prostu płaczesz. Byłam wściekła! Co mogłam zrobić? Krzyknąć? Tylko ból fizyczny i strach wyzwalały moją jedyną formę komunikacji, mój krzyk. Coś jak zwierzę, zwierzę też nie mruczy, bo chce, ono kieruje się instynktem, ja nie mogłam nawet mruknąć. Grób, beton. Ból psychiczny w moim przypadku był nie do uwolnienia.

Moja druga połowa przestała się mną interesować. Jak to zabolało, trudno opisać. Do tej pory czułam się jak nic, teraz jeszcze jak nikt. Zero – nieważne, odepchnięte. Koniec, kropka. Byłam wśród ludzi, ale tak naprawdę sama, tam w środku. Sądzę, że całe to psychiczne obciążenie wpływa do dzisiaj na to, jaka jestem.

4.

Zaczęła mnie boleć lewa dłoń. Od środka aż ją wykręcało, mimo że leżała, wewnątrz rwało i piekło. Bardzo mocno, ale na szczęście tylko kilka godzin. Aż któregoś dnia zaczęłam ruszać wskazującym palcem tej ręki, tak po prostu, patrzę, a on żyje. On jeden i ja w środku! Taka oznaka życia! Od tego dnia moje życie trochę się zmieniło.

Bardzo szybko pojęłam, że gdy któraś część ciała zacznie wracać do życia, uruchamiać się, to najpierw będzie mnie boleć. To był okropny, rozrywający ból, ale paradoksalnie czekałam na taką zapowiedź jak na żadną inną. Ból, po którym następuje życie. Jak poród.

Boli, ale zaczynasz żyć, poruszać własnym ciałem. Widać doskonałość rodzi się w bólach.

W ślady palca za dobrym przykładem poszedł nadgarstek. Ruszać się zaczął jak gdyby nigdy nic.

Zginałam i zaciskałam tę dłoń z dziką rozkoszą. Ona się ruszała, ona żyła, znowu tak zwyczajnie. Ja żyłam na niby. Ona jedyna była normalna. Wszystko inne – bez zmian. Leżę jak ten cement i milczę, ale myślę i mogę poruszać lewą ręką maksymalnie do połowy długości kości promieniowej. Dzień, noc. Często nie spałam, nie wybiegałam się w dzień. Dopiero później wyczytałam, że pień mózgu, mój niedomagający przyjaciel, jest odpowiedzialny także za dobowe czuwanie i sen. Czyli byłam zepsuta od podstaw. O innych funkcjach mózgu, o tym, za co odpowiada każda jego część – też się dowiedziałam. To była pasjonująca nauka.

Nie dziwię się, że mózg pacjentów często zaskakuje lekarzy. To dlatego zawsze wam przedstawią najczarniejszy scenariusz dotyczący osoby w szpitalu. Lekarze nie mogą dawać nadziei, oni każą ją mieć. Struktura mózgu pod względem złożoności nie ma sobie równych. Przy samej korze mózgowej człowieka galaktyka to prosty układ, a przecież jak bardzo niepojęty. Mózg jest fascynujący. Tak więc czytałam encyklopedię zdrowia, opasłe tomisko. Przewracałam strony. Zupełnie sama. Co prawda moje ruchy nie były precyzyjne, bo palce nie działały sprawnie, i raczej próbowałam położyć dłoń na kartce i zadrzeć ją jak mały niedźwiadek. Ale działało. Jak coś jest głupie, ale działa, wcale nie jest głupie.

Przyszła pani logopeda, kolejna fajna babeczka. Na początek pokazywała mi dużą kartkę ze zbiorem różnych rysunków, wśród których miałam wskazać psa na smyczy przy budzie. Pokazałam psa na łańcuchu przy budzie, bo jego pierwszego zauważyłam. Dlaczego to tak pamiętam przez tyle lat? Nie wiem, chyba dlatego, że się pomyliłam. Logopedka poleciła moim bliskim, żeby na kartce z bloku napisali alfabet. Ale ułożony jak litery na klawiaturze komputera, żebym w przyszłości mogła pisać bezwzrokowo. Rozumiecie, przede mną była jakaś konkretna przyszłość. To był już inny świat. Rodzina podsuwała mi tę kartkę pod dłoń, trzęsła mi się ona przy wskazywaniu, była niezbyt precyzyjna, co sprawiało, że wychodziły komiczne słowa, na przykład Kaszlolodówka . Ręka trzęsła mi się z braku siły mięśni, a nie z nerwów.

Byłam trochę spokojniejsza, pogodzona? Mimo że „żyły” tylko nadgarstek i dłoń lewej ręki, a reszta pozostała przymurowana do prześcieradła? Tak, ale ja mogłam coś „powiedzieć”. Nawet kawały opowiadałam. Dzięki Bogu – miałam jak dawniej poczucie humoru, bobym oszalała.

Miałam kontakt. Dziki szał! Cieszyłam się, to była dla mnie duża zmiana. Kiedy czułam głód, dotykałam ręką brzucha, głaszcząc się w okolicy żołądka. Kartka z alfabetem i głaskanie się po brzuchu. Ale jaki to był przełom w komunikacji…

Córki nie widziałam już kolejny tydzień, nie przyprowadzano jej do mnie. Bolało bardziej niż ta moja choroba. Wiedziałam, że malutkiej nie dzieje się krzywda, przecież jest u własnego ojca. Ale to wszystko było bardzo niesprawiedliwe. Moi bliscy wyczuwali, o co bym chciała zapytać, i próbowali mi to jakoś łagodnie wytłumaczyć. Moja rodzina zajęła się mną, rodzina męża córką. Rozumiałam, że opieka nade mną i dwuletnim dzieckiem byłaby niemożliwa. Ale dlaczego nikt od nich o to nie zapytał? Dlaczego ich przy mnie nie było? Ludzi, których pokochałam… A moja kochana córeczka już nie była moja i żyła gdzieś osobno.

 

Mimo oznak życia i jakiegoś przełomu w moim funkcjonowaniu cały czas było podobnie. Czyli byle jak, ale stabilnie. Ciężka praca, jaką była opieka nade mną, karmienie, zmiana przesikanej pościeli i pranie we frani. Dla rodziny ciężka fizycznie, psychicznie, no i finansowo. Wiem, że wyprzedawali z domu po znajomych i komisach, lombardach co cenniejsze rzeczy, by uzyskać środki na życie. Na dom zarabiały tylko mama i młodsza z sióstr. A rehabilitacja, leki i moje żywienie były bardzo kosztowne. Dla nich czas pędził, było trudno, i wiecznie to borykanie się z brakiem pieniędzy. Mama poszła do księdza z naszej parafii, chodziło jej o pomoc Caritasu czy zbiórkę pieniędzy. Powiedział, że ewentualnie może za mnie ZA DARMO odprawić mszę. No to chyba empatia ludzka poziom ekspert. A u mnie? Co się u mnie zmieniało? Pieluchy chyba. Byłam zrezygnowana, w tym czasie przyjmowałam wszystko spokojnie.

Do rytmu tygodnia doszły zajęcia z logopedą. A w rytmie dnia bez zmian pozostawała rehabilitacja. Lubiłam te męki, dzisiaj myślę, że to masochistyczne, bo dentystę też lubię. Rehabilitację miałam prywatnie, pieniądze dawała nam babcia. Od państwa należała się godzina ćwiczeń na tydzień i gdyby moja rodzina nie załatwiła tej sprawy, dzisiaj byłabym jak powyginany paragraf z przykurczami. A na pewno bym nie chodziła.

Tym akurat zajęła się ta cudowna dziewczyna. Tym, żeby mi działały dłonie, żebym mogła ustawić stopę na podłodze jak należy. Rehabilitantka sprawiała, że ja z tym miękkim ciałem siedziałam i stałam. A pracę miała zajebiście mozolną. Bardzo zdolna i mądra dziewczyna.

Mimo całego naszego wysiłku dla mnie to była rozrywka, odskocznia od dnia codziennego. Zaprzyjaźniłyśmy się i bardzo lubiłam jej opowieści. Poza tym nigdy, ani razu nie potraktowała mnie jak osoby chorej czy gorszej. Byłam dla niej zupełnie normalna i zdrowa, tylko chwilowo nieczynna. Zaraziła mnie optymizmem, lubiłam jej wizyty.

Przychodziła codziennie w dni robocze. Praca była ciężka, każda kończyna ćwiczona aż do zmęczenia materiału. Dowiedziałam się, że kiedy kończyny są z niedowładem, wchodzi spastyka. Obrazowo? Spastyka wygina człowieka oraz sprawia, że się robią przykurcze. Więc w zasadzie to była walka o normalność.

Nauczyła moją rodzinę, jak mnie sadzać w łóżku, jak opuszczać mi nogi i w jaki sposób je postawić, żeby mnie przemieścić, posadzić na wózku. Wiecie, że w ten sam sposób utrzymacie w pionie kolegę, który przesadził z procentami? Taki bezwładny, ale jak mu zablokujesz kolana swoimi, to będzie stał na nogach.

Moim przyziemnym marzeniem było wyjść na dwór, takie piękne promienie zachodzącego słońca widziałam na ścianie przed sobą. Lub chociaż do kuchni zrobić sobie kawę, obiad, uklepać głupie mielone.

Takich rzeczy człowiek zdrowy nie widzi, nie docenia tego, co może. Nie docenia choćby tego, że rano się budzi cały i zdrowy. A świadomość, że w każdej chwili może mu się coś stać, odsuwa. Ja cały czas myślałam, że to jest jakiś sen. A tu – nikt nie mógł tak naprawdę nic, najgorsza była ta zupełna bezsilność. Bo i moja rodzina była chora, chora ze mną. Choroba taka jak moja dotyka niestety wszystkich wokół. Nikt nie był gotowy na takie przeboje – nowy rok, nowa ja. Oni na psychiczne obciążenie związane z opieką nade mną, a ja na to, że znalazłam się w jakimś matriksie.

Tak, nie doceniamy tego, że żyjemy, chodzimy. Marudzimy: „Jeszcze obiad muszę zrobić, jeszcze posprzątać”… Wtedy dałabym wszystko za taką możliwość. Teraz na obowiązki nie narzekam, spełniam je niekoniecznie z przyjemnością, nie śpiewam „gdy strumyk płynie z wolna”, wcale ich nie uwielbiam, ale – MOGĘ.

Dla jasności: też mam gorsze dni i wszystko mnie drażni – brak koordynacji, powolność, brak refleksu, bywam zła, rozżalona, płaczliwa. Ale to mija.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?