Uwięziony krzykTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

2.

Byłam w dobrym nastroju mimo burego dnia.

Podśpiewywałam, zajmując się domem i dzieckiem. Trzy dni wcześniej byliśmy na osiemnastce u siostry, impreza u rodziców, a potem w pubie do rana. Pogoda ducha mi dopisywała, mimo że dzień był jesienny i siąpiący. Taki szary i ponury zwykły wtorek. Dziecko szczebiotało coś po swojemu, mąż wrócił z pracy punktualnie, co się rzadko zdarzało. Dzisiaj myślę, że może tak miało być? Wieczór minął spokojnie. Mała wykąpana, na kolację moje ulubione tosty z pieczarkami. Wszystko tak zwyczajnie. Córeczka słodko zasnęła.

Po kolacji zakręciło mi się w głowie, bardzo mocno, tak że momentalnie upadłam i nie wiedziałam, co się dzieje. Za chwilkę mi przeszło, więc zbagatelizowałam to. Ale nie na długo zapomniałam. Około pierwszej w nocy ze snu wyrwał mnie dziwny ból głowy, taki wewnątrz i z tyłu. Zaczęło mi się znowu kręcić w głowie, nie wiedziałam, gdzie sufit, gdzie podłoga. Obudziłam męża, zaniósł mnie do toalety i zaczęłam wymiotować. Po dwóch wizytach tam już tylko zwisałam z łóżka głową do dołu bezpośrednio nad miską. I tak sobie wisiałam nad nią do szóstej rano, słyszałam, że dziecko się obudziło i płacze. Zaalarmowani teściowie przyjechali, stali bezradnie. Tylko zabawili córkę, teściowa dała mi tabletkę na wymioty, taką na chorobę lokomocyjną, nie zdążyłam jej połknąć, zwróciłam.

Wtedy w moim mieście panowała grypa żołądkowa, wszyscy pewnie myśleli, że to właśnie to, nawet ja. Sądzę teraz, że dlatego to zbagatelizowali. Zdezorientowani i bezsilni pojechali sobie, ale na całe szczęście przyjechali moi rodzice, a wtedy akcja potoczyła się błyskawicznie. Nawet nie zdążyłam się połapać, co się dzieje. Wezwali pogotowie, lekarz, który przyjechał wraz z ekipą ratunkową, widząc, że mam sztywny kark i pływające oczy, mówię bełkotliwie oraz popuszczam mocz, stwierdził, że coś jest nie tak. Znieśli mnie na noszach do karetki i na sygnale zawieźli do szpitala miejskiego.

Błyskawicą trafiłam na oddział, położyli mnie na łóżku i podłączyli kroplówkę przeciw wymiotom. To usłyszałam, bo głośno nade mną rozmawiali. W głowie nadal mi się kręciło, przestawałam widzieć na prawe oko. Straszne uczucie, nie czułam też prawej ręki ani nogi, leżały jak martwe. Tylko po lewej stronie ciała oraz po twarzy chodziły mi mrówki. Takie, jak gdy coś cierpnie, drętwieje, tyle że te mróweczki miały po pięć centymetrów, tak czułam, wielkie oblepiające mrówy. Chciałam je strząsnąć, kopałam lewą nogą, ale słabo mi to wychodziło. Mrówek było coraz więcej, wydukałam: „Siku”, zdziwiłam się, bo mówiłam, jakbym była pijana. Czułam, że ktoś podsuwa pode mnie basen, a ja nadal kopałam nogą, żeby strząsnąć te mrówy. Basen spadł na podłogę, pusty. Tylko brzęk słyszałam. Narobił hałasu, wleciały ze dwie osoby, drąc się na zmianę, jaka to jestem syfiara i niewychowana, że basenem się nie rzuca. W tamtej chwili żałowałam, że nie mogę rzucić w nie basenem wypełnionym kupą.

Lekarz stwierdził, że to coś poważnego i zawiozą mnie do szpitala klinicznego. Do dzisiaj nienawidzę sygnału dźwiękowego karetki, tylko rodzina rozumie, dlaczego się krzywię, kiedy gdzieś wyje syrena. Słyszeć ten przerażający dźwięk nad głową przez czterdzieści minut, jak leżysz, przestajesz widzieć i się dusisz? Nie do zapomnienia. Nie przyjęli mnie do szpitala, usłyszałam: „Po co, przecież i tak umrze”… Ojciec, który jechał ze mną w karetce, zadzwonił do znajomego lekarza z innego szpitala i dzięki niemu przyjęli mnie tu, dokąd mnie przywieźli.

Jechałam korytarzem, chyba ktoś pchający moje łóżko biegł, bo lampy na suficie migały szybko. Korytarz był zwykły, szpitalny, ale nie rozglądałam się, miałam sztywny kark, widziałam tylko to, co znajdowało się na wysokości mojego wzroku. Gdzieś na korytarzu stanęliśmy, a mnie się nadal chciało siku, teraz już bardzo mocno, ale nie mówiłam już, tam musiały być toalety, no ale co z tego? Zawieźli mnie do przyciemnionego pokoju, tyle z tego widziałam. Wsadzili mnie do tuby, która hałasowała, dzisiaj wiem, że to rezonans. Głowę mi czymś unieruchomili, leżałam na wznak. Nie wiem, ile czasu minęło, zaczęło mi brakować powietrza, brakowało… Brakowało… Kurwa, bardzo zaczęło mi brakować powietrza. Widziałam już gwiazdki, a płuca rozrywał ból.

Matko, przecież zaraz umrę, a oni się nie dowiedzą. Musiałam jakoś dać znać, ale jak? Bez głosu? Nadludzką siłą zaczęłam kopać, wierzgać, i jeszcze, i jeszcze. Z całych sił wierzgałam, mnie się wydawało, że kopię niczym konik, ale pewnie słabo. Ale skąd ta siła w martwym już prawie ciele? Do dzisiaj nie wiem, pewnie ze strachu przed uduszeniem. Obsługa mnie jednak wyjęła, zauważyli to wierzganie, lakonicznie stwierdzili takim martwym bezosobowym głosem: „O, wpadł jej język do gardła”, bo i on był już martwy, wiotki. Zachowali się tak, jak gdyby codziennie ktoś się dusił w rezonansie i to była norma. Dowiedziałam się znacznie później, że rodzicom opowiedziano bajeczkę z serii „rezonans się zepsuł”. A ja po tym nieszczęsnym rezonansie zostałam zaintubowana. Potem była punkcja, ale tylko pamiętam, jak mnie trzymało kilka osób, pewnie żebym nie drgnęła, przecież igłą wkłuwali się w rdzeń kręgowy, ale na żadne drgnięcie nie było już szans, bo chwilę po tym przestałam się całkowicie ruszać, no i urwał mi się film.

Pomału się budziłam, jak się potem okazało, po dwóch tygodniach.

Nie rozglądałam się, nie mogłam, oczy mi się rozjeżdżały, pływały. Nie dało się ich ustawić w ten sposób, żeby patrzyły na wprost, ledwo widziałam na prawe oko. Ale zaraz, zaraz! Nie mogę nic powiedzieć, nie mogę poruszyć ustami. Nie mogę ruszyć ręką, rękoma! Nie ruszam też nogami, leżą jak kłody. Próbuję usiąść, nie drgnęłam nawet milimetr… Kur… co jest?! Głowa, myśli jakby osobno, bo normalnie i zwyczajnie trzeźwo myślę. Ale głowa też jest przymurowana, nie mogę oderwać jej od poduszki. Szarpię się, szamoczę, nic, trup. Nie mogę nic, nie mogę nic. Matko Boska, co to jest? Co mi jest?! Ale przecież żyję, to o co chodzi? Ktoś mi to wytłumaczy? Nikt się nie odezwał, ba, nawet nie zwrócili uwagi, że się obudziłam. Gdybym mogła, powiedziałabym im wtedy, żeby mnie uśpili jak psa. Dzisiaj sądzę, że musiałam mieć dobre leki, bo szybko przeszłam nad tym do porządku dziennego. I myślałam, że to na jakiś czas, że przecież na chwilę. Ja wstanę i pójdę, wypiszą mnie do domu zdrową. Nie rozumiałam, co się ze mną dzieje. Zresztą nikt z lekarzy ani docentów nie wiedział, jaka to choroba, niby było widać cień w obrazie z rezonansu. Koniec końców, leżałam jak worek cementu, a diagnozę postawił profesor z Francji w konsultacjach mejlowych. Ale tego dowiedziałam się znacznie później.

Budziłam się w takim stanie codziennie. Jakiś pieprzony dzień świstaka. Jak przez mgłę pamiętam stojących nade mną załamanych, milczących rodziców. Teściowie również milczeli, ale było to milczenie oskarżycielskie, przynajmniej tak czułam. „Nic już z niej nie będzie” – słyszałam we własnej głowie, chciałam wstać, krzyknąć, wrzasnąć: „Co wy za bzdury gadacie!!!”, ale przecież byłam jak zalana betonem, trup. „Co z dzieckiem?” – chciałam zapytać i nie mogłam. Nie macie pojęcia, jakie to uczucie, taka niewiedza, strach.

Ja leżę, dziecko gdzieś tam, nawet nie wiem, jak się czuje, czy pyta o mnie. Nie mogłam przecież zapytać – nic nie mogłam… I tęsknota… Zdrowy człowiek tęskniący za kimś może się wyżalić, porozmawiać z przyjacielem. Czymś się zająć, byle tęsknotę stłumić i nie dopuszczać jej do głosu. Może pracować ponad siły, brać nadgodziny czy pić do upadłego, byle nie czuć tego, co czułam ja. A ja nie mogłam nic. Nie życzę tego najgorszemu wrogowi. Chciałam już umrzeć. Po co mnie ratowali, jaki to miało sens? Co dalej? Pytań milion mi latało luzem po głowie, nawet nie cisnęło się na usta, bo one były martwe. Najgorzej było rano, po południu i wieczorem; kiedy czasami spałam, dało się jeszcze wytrzymać. Zauważyłam podczas czynności pielęgnacyjnych, jakim poddawano moje suche i płaskie jak jesienne liście ciało, że mam pieluchę, jednocześnie miałam wprowadzony cewnik, żeby mocz sobie spływał. Najwidoczniej pielucha była na grubsze rzeczy.

Żenujące i wstyd. Poddałam się bólowi psychicznemu i wstydowi z przeświadczeniem, że losu już nie zmienię. Pomyślałam: ani chybi zaraz się dowiem, że tak już zostanie.

Poznali tę prawdę moi rodzice. „Nigdy nie wstanie” – powiedzieli neurolodzy, konsylia lekarskie i inni znawcy, ale usłyszałam o tym dopiero potem, w domu. Nie ma ŻADNYCH SZANS. Są rzeczy gorsze od śmierci, a ja dostałam karę od losu. Tylko za co? Śmierci się nie boję, przecież już tam byłam. Tam jest spokojnie, wszystko zasnute białą otulającą mgłą chmurką. Taka cisza, nie masz swoich myśli, pustka, czujesz tylko spokój, tak jakbyś płynął. Pokonałam śmierć, kurczowo trzymałam się życia, chociaż gdybym wtedy zdawała sobie sprawę, co nastąpi później, nie chciałabym przeżyć. Nie rozumiałam swojego stanu, żal mi było rodziców, nic więcej. Nawet samej siebie nie było mi żal, bo nie wiedziałam, co ja tu robię. Koniec tamtego życia był początkiem nowego.

A nowe? To imitacja, podróbka życia. Myślałam, że wyjdę z siebie, kiedy pielęgniarka, przetaczając mnie niczym worek po łóżku przy zmianie pieluchy, mówiła do koleżanki: „Taka młoda, szkoda, że umrze”. Gdy zrozumiałam, że rozmawiają o mnie, to nie wiem, jakie miałam tętno. Bałam się zasnąć w nocy, nie spałam w ciągu dnia. Żadnych drzemek, zupełnie świadoma, prawie dwadzieścia cztery godziny na dobę. Ze strachu, że już się nie obudzę, nie potrafiłam zasnąć. Ze zmęczenia przysypiałam, ale zaraz zrywałam się jak ptak do lotu. Serce mi łopotało: żeby tylko nie umrzeć, chociaż jeszcze jeden dzień! W zasadzie to mi się wydawało, że to wszystko było jakimś snem. Zupełnie pozbawione realizmu. Niestety, to było realne i namacalne. Żyłam, biło mi serce, oddychałam, a w buzi miałam rurkę od intubacji. Najpierw wydawało mi się, że to przez nią nie mogę mówić. Ale nie dlatego byłam niema. Całe ciało było jak pozbawione życia. Widziałam, że coś leży na mojej piersi, jakieś wężyki. Było ich kilka, w różnych kolorach, sonda w nosie, jakieś elektrody przyczepione do klatki piersiowej. Jak mnie obracali, zauważyłam, że jestem nimi podłączona pod monitory. Leżałam na OIOM-ie, łóżka były wysokie, dostosowane do potrzeb opiekujących się pacjentami, rehabilitantów, karmiących.

 

Sąsiadów na oddziale miałam takich, że co trzy dni któryś umierał. Byłam świadkiem reanimacji, biegania lekarzy, później śmierci, zabierania ciała przez obsługę do kostnicy. Takiego braku poszanowania zwłok to ja chyba w swoim życiu nie zobaczę – myślałam. Gdy brali je na wózek, taki metalowy, wstrętny, zwłokom opadała głowa i zawsze uderzyła w ten wózek. Tego głuchego dźwięku nie zapomnę do końca życia. Wiecie, że kiedy ktoś umarł, to natychmiast pojawiał się taki dziwny zapach? Taki jak od zgaszonej świeczki albo spalonych w ogniu włosów? Podsumowując: zbyt długo sąsiedztwa nie miałam, bo zawsze ktoś inny leżał na łóżku obok. Sala była przedzielona szynami, na nich zawieszono tkaniny, pamiętam ich kolor, taki zielony, jak ściany. Można było je zasunąć, ale kto by się tym przejmował.

Kiedy się obudziłam z tego snu śpiącej królewny, w sali były trzy łóżka, obok leżał obcokrajowiec. Chyba Włoch, bo słyszałam, jak jego żona śpiewnym głosem dyskutowała z pomocą tłumacza z lekarzami. Z tych rozmów dowiedziałam się, że ma nieoperacyjnego guza. Podsłuchiwałam, co się dzieje wokół, nie żeby jakoś specjalnie, ale czym miałam zatkać uszy? Włoch leżał, był w śpiączce. Któregoś dnia się obudził, napił z kubeczka z dzióbkiem, żona się cieszyła, szczebiotała po włosku. A on za trzy dni zmarł. I chyba słuszne jest powiedzenie, że trzy dni przed śmiercią się polepsza.

I tak mijał dzień za dniem. Karmienie przez rurkę w nosie (od rodziny dowiedziałam się, że mam takie coś), raz dziennie wstrzykują ci trzy strzykawy zupy. Po prostu podchodziła pani, wtłaczała w rurkę, co miała, i odchodziła w milczeniu. Nawet ciekawe uczucie. Jesteś głodna, coś płynie przez rurkę i nagle nie czujesz głodu, choć wcale nie poczułaś smaku. Pić mi dawali rzadko, chociaż oddychałam przez usta. Języka mi nikt nie zwilżał. Rodzina pewnie się bała, podobno język miałam jak spękana ziemia. Oddychałam przez usta, ust nie mogłam zamknąć, nikt ze szpitala tego nie widział? Służba zdrowia w takie duperele się najwidoczniej nie bawi. Zmiana kroplówek, wiecznie coś tam we mnie leciało z tego stojaka. Wenflon był zmieniany co trzy dni, odczyny zapalne, pękające żyły, już nie było miejsca, miałam ręce całe sine, granatowe. Więc zapakowano mi wenflon do żyły w szyi. Zmiana pieluch, wsadzanie w odbyt czopka, oklepywanie, rehabilitacja polegająca na dziesięciominutowym machaniu moimi martwymi kończynami (mogłam zobaczyć swoją dłoń). Słuchanie, co mówią do siebie rehabilitanci (przysyłali studentów), którzy nie zwracali na mnie uwagi. Tak po prostu rozmawiali nade mną o rozmaitych pierdołach. Słuchałam pielęgniarek, z przymusu miałam big brother słuchowisko. Gapiłam się w ścianę przed sobą, naprawdę nie było tam nic ciekawego, ścianka z okienkiem na górze. Za tym okienkiem chyba była inna sala, bo widziałam tam czuprynę pani podającej jedzenie. Chyba że mnie przekręcili na bok, to patrzyłam w okno. Za oknem był budynek szpitalny, nie widziałam go wyraźnie, miał duże okna, a wieczorem był oświetlony. A ja sobie wyobrażałam, jaki to oddział, kto tam leży, co się tam dzieje. Kto spaceruje po oddziałach, kto z kim rozmawia. Takie głupotki, ale o czymś musiałam myśleć, bobym zwariowała. Nie da się myśleć o niczym.

Za oknem była jesień, drzewa zgubiły liście, plucha, wiatr i deszcz. Potem zima, czasem widziałam, jak przymrozek otula drzewa. Było tak cudownie, chciałam tam pospacerować, pooddychać tym powietrzem. W byle jaką pogodę, byle wyjść. Podotykać chropowatej kory drzew, poczuć jej fakturę pod palcami. Dziwne, nigdy wcześniej nie zwracałam uwagi na aurę, stany pogodowe, ale chyba dopiero gdy tracisz coś, co uważasz za zwykłą, normalną rzecz w życiu, zaczynasz to doceniać. Człowiek to ma dziwną naturę.

Chciałam dotknąć drzew, a nie czułam nawet prześcieradła, na którym leżały moje ręce i bezwładna reszta. Dzień za dniem, dzień za dniem, każdy taki sam. W szpitalu wszelkie zabiegi przy mnie wydawały mi się okropne. Byłam oklepywana, odwracali mnie ze wszystkimi rurkami głową w dół i klepali mocno po plecach. Raz im spadłam z łóżka na podłogę, tak mnie musieli mocno trzymać, że chyba wcale, bo przecież się nie ruszałam. Dobra, szłam w nocy, uderzyłam się o szafkę i miałam krwiaka na biodrze .

Później się dowiedziałam, że takie oklepywanie pomaga odkrztuszać wydzielinę z płuc. Zachorowałam jednak na zapalenie płuc, o czym usłyszałam dopiero w domu, bo nikt z obsługi mojej sali nie raczył mnie poinformować. Po prostu leżałam naga pod prześcieradłem, obłożona lodem umieszczonym w specjalnych pojemnikach, a żeby było śmieszniej, przy szeroko otwartym oknie w zimowy, grudniowy wieczór. Nie rozumiałam, dlaczego tak się dzieje, dlaczego tak postępują. Było im chyba za trudno podejść do mnie i powiedzieć: „Chora jesteś na to i to, będziemy robić to i tamto”.

A mierzenie temperatury? Termometr włożony pod pachę wypadał, jak miałam go przycisnąć, czym? Wkładali mi termometr, a rękę przyciskali od boku ramienia czymś w rodzaju odważnika. Albo podchodziły dwie pielęgniarki, jedna unieruchamiała mi głowę, druga włączała odkurzacz, który wkładała mi do krtani. Nawet nie był podobny do odkurzacza domowego. Nikt mi nie wytłumaczył, co to jest i do czego służy, no bo po co z takim murem jak ja rozmawiać? Sama się domyśliłam, jakie jest jego zadanie, miał odciągać wydzielinę z płuc. Zalegała tam, a ja nie byłam w stanie jej odkrztusić ani odchrząknąć. Myślałam, że mi duszę wyssie. To był horror, dławiłam się znowu i wcale nie własną flegmą, tylko tym urządzeniem. Niesamowite uczucie, kompletnie beznadziejne. I tak przez kilka tygodni, codziennie.

Zwykle pielęgniarki wykonywały swoje obowiązki w milczeniu lub rozmawiały przy mnie między sobą. Nikogo nie obchodziło, że tam w środku żyję, wychodziły bez słowa. Ale najgorsze było to, że traktowano mnie nie jak człowieka, ale jak „coś”, coś do obsługi. Niekoniecznie trzeba temu czemuś przekazywać wiadomości czy z nim porozmawiać. Bo przecież czy takie coś ma jakieś potrzeby? Czegoś chce, o czymś myśli? Nikt przez osiem tygodni mnie nie umył, nie przetarł gąbką chociaż na łóżku. W zasadzie dobrze, że miałam zatkany nos (paraliż twarzy), bo nie czułam własnego smrodu. O paznokciach i włosach nie wspomnę, bo i tak ich nie widziałam. Dłonie rzadko, włosów wcale. Skórki przy paznokciach były do ich połowy, a włosy miałam uczesane w dwie kitki u góry. Tego się dowiedziałam później. A przecież nadal byłam kobietą i chciałam ładnie wyglądać. Pomalować paznokcie, umyć, uczesać włosy, zrobić make-up. Pogrzebać w szafie, wybrzydzając, że nie mam się w co ubrać, i wystrojona wyjść. Tymczasem jednak nie miałam płci, byłam CZYMŚ przebudzonym, leżącym. Jak worek kości. Nie miałam jak wyartykułować swoich potrzeb, chociażby tych dotyczących higieny, a nikt z personelu szpitala nie wykazał nawet cienia chęci, żeby mi pomóc w tych czynnościach. To wszystko razem, co się działo ze mną i wokół mnie, to był jeden wielki horror. Jakoś go jednak przeżyłam, nie miałam żadnej innej opcji do wyboru.

Jedna pielęgniarka, Czarna, była bardzo wredna, a tak wzdychała, tak jej było ciężko cokolwiek przy mnie robić, że aż przeciągi robiła od tego wzdychania. Kiedyś mnie „posadziła” jakaś inna pielęgniarka, podniosła mi zagłówek i poduszkę w łóżku. Ale poleciałam na bok jak zwiędnięty kwiatek, nie pracowały mięśnie, nic mnie nie utrzymywało, a głowa mi latała bezwładnie jak tym pieskom, które stoją na tylnej półce w samochodzie. Tyle że one kiwają głową, a moja opadała w dół. A nie mogli mnie podeprzeć z boku jak dzieci, które uczą się siadać? Plecy miałam jak wiotki łachmanek. W każdym razie spadłam z tej poduszki na bok, wisiałam głową do dołu i wyłam głośno (jedyna komunikacja), bo bardzo bolał mnie kręgosłup. Miałam przycisk przywołujący, ale czym go miałam nacisnąć? Siłą woli?

Zmiana chyba była inna, bo przyszła Czarna.

– Czego mnie woła?

Widzi małpa, że wiszę skrzywiona.

– Myślisz, że tylko ty tu jesteś? Nie będę wokół ciebie skakała.

I… wyszła, nie poprawiwszy mnie ani o milimetr.

Musiałam wyglądać jak nieszczęście, bo pomógł mi pan, który przyszedł w odwiedziny do chorego obok. Podniósł, posadził prosto, poprawił, a pod nosem miotał przekleństwa: „Ja pierdolę, opieka!”.

Z kolei inna pielęgniarka, Blondyna, ze mną rozmawiała i co najlepsze, rozumiała moje odpowiedzi na zadane pytania. Była moją idolką.

Skąd wiedziała, co chcę przekazać? Zadawała mi pytania i powoli, patrząc mi w oczy, podpowiadała różne odpowiedzi. Potem mi wytłumaczyła, że przy prawidłowej źrenice mi się rozszerzały. Można? Była bardziej inteligentna niż cała reszta razem wzięta, bo profesorowie i lekarze już dawno skazali mnie na wieczne życie roślinne. Jak margaryna. Moja mama już wcześniej zauważyła, że kiedy byłam nieprzytomna, a ona do mnie mówiła, zwiększały mi się tętno i ciśnienie. Żałowałam, że rzadko widywałam Blondynę, ona jedna potrafiła zagadać i poklepać mnie po ręce.

Za to jazda była z Czarną, bo zawsze się u mnie coś działo, kiedy była na dyżurze, choć niczego nie robiłam specjalnie – ciekawe, jak miałabym to zrobić? Miałam jakiegoś pecha, wszelkie kłopoty spadały na mnie wtedy, kiedy ona miała zmianę. Moim zdaniem miała za często, a właściwie to powinna iść odgarniać śnieg. Bo do chorych się nie nadawała. Lekarzy widywałam rzadko, głównie oglądali mnie przy obchodzie, czy mi na przykład trzecia noga nie wyrosła. Przychodzili z tabunem studentów, odsłaniano prześcieradło, żeby im mnie pokazać. Leżałam nago, tylko w pielusze. Jeśli można umrzeć ze wstydu, to właśnie wtedy powinnam zejść z tego świata. Tymczasem nawet rozpłakać się nie mogłam przez paraliż twarzy. Zero mimiki. Lekarze byli aroganccy, traktowali mnie z góry. Tylko niektórzy wykazywali ciut więcej empatii. Czasem się nawet uśmiechnęli, poklepali po ręku lub zagadali. Pamiętam dzisiaj jak przez mgłę jednego lekarza, był dla mnie bardzo miły. Rozmawiał jak z kimś, kto rozumie. Słyszałam kiedyś strzępki rozmów, stali blisko wejścia do mojej sali, mówili o mnie, wymieniając datę: „Pierwszego lipca”…

Pierwszego lipca wyzdrowieję? Dopiero?! Że co? Był grudzień! Potem, w domu, dowiedziałam się, że to nazwa ulicy i tam pojadę za pół roku na rehabilitację.

Monotonia, wizyta ojca, wujka, mama mdlała (później się dowiedziałam dlaczego). Za mną były monitory, ze mnie wystawały kabelki, rurki, przewody, elektrody.

Sama bym zemdlała, jakbym siebie zobaczyła. Nie wpuścili do mnie córki, nie mogłam nawet o nią zapytać, nigdy nie widziałam też więcej teściów ani nikogo z rodziny męża, jego dwa razy po kilka minut. Dlaczego? Dziwne to dla mnie.

Byłam niemową. Leżałam nieruchoma. I samotna. Tylko ja i moje myśli. Skazana wyłącznie na siebie. Chociaż nie do końca, kiedy byłam nieprzytomna, modlili się o moje zdrowie. Potem się dowiedziałam, że mama w modlitwie prosiła dziadka, żeby mnie pilnował.

Dziadek nie żyje od lat, widziałam go, kiedy byłam malutka. A tu dziadek stał w nogach mojego łóżka, stał, dopóki się nie obudziłam. To nie był jego wyraźny obraz, po prostu taki kontur głowy, włosów zaczesanych do tyłu i okularów, no i zarys ciała. To wszystko było takie nierealne, ale zarazem wyraźne, tak czy owak, wyglądało raczej jak duch. Z tym że byłam pewna, czułam i wiedziałam, że to dziadek. Skąd, jak?

Wszyscy w domu byli w szoku, gdy później o tym „opowiadałam”. Wtedy mama powiedziała mi o modlitwach. Do dzisiaj ani ja, ani nikt z rodziny nie potrafimy tego wytłumaczyć. Ale coś tam, po drugiej stronie, jest na bank, skoro modlitwy dotarły do dziadka. Nie było mi dane się dowiedzieć, co jest po drugiej stronie, nie widziałam żadnego tunelu, czułam tylko spokój. Tak jakbym chodziła w bardzo zamglony dzień i rozglądała się dookoła. Panowała zupełna cisza. Jak widać, dusza to jedno, ciało drugie.

W szpitalu każdy dzień był podobny do poprzedniego. Ba! Identyczny. Ale któregoś razu przyszła do mnie pani logopeda. Była wcześniej, zaraz po moim przebudzeniu się i powrocie do żywych, sprawdzić moje struny głosowe, czy wydaję jakikolwiek dźwięk. Teraz wchodzi, staje nad moim łóżkiem i pyta:

– Poznajesz mnie?

Myślę: no tak, ale co z tego? Jak jej mam dać znać? Oczy mi nie chcą mrugać na zawołanie, głowa nie chce się ruszać, palec kiwnąć – nic. Jak w trumnie.

 

A pani dalej:

– To teraz coś sprawdzimy.

I wędruje na koniec mojego łóżka, ze dwa metry, staje w jego nogach i pokazuje mi obrazki.

Pyta:

– Czy to są banany?

Widziałam zarys czegoś okrągłego, ale jak miałam jej odpowiedzieć? Do tego słabo widziałam, bo nikt nigdy w tym szpitalu nie założył mi okularów. Zresztą nawet gdybym dobrze widziała, co by to zmieniło? Profesjonalna pani logopeda wyszła i, o czym dowiedziałam się później, w moich papierach umieściła opinię: „Pacjentka bez logicznego kontaktu”. Tak myślę, że to z nią nie było logicznego kontaktu.

Znowu minęło kilka dni gapienia się w ścianę tudzież w okno, a ja któregoś ranka poczułam, że chce mi się siku. No ale przecież cewnik miał ten mocz wyprowadzać na bieżąco. A tu chcę siku, a mięśnie nie działają. Komu i jak o tym powiem? Zaczęłam wyć jak pies, to tylko mogłam… Bolało. Czarna pielęgniarka:

– Zamknij się i nie marudź, sieroto, myślisz, że sama tu jesteś?

Wtedy myślałam, że jak wstanę, to ją, delikatnie mówiąc, uderzę. Ale nic to, bolało cały czas, z godziny na godzinę coraz bardziej, a pęcherz nie puszczał, stęknąć, wysilić się czy przeć nie mogłam, nie umiałam, skąd siła mięśni wewnątrz, skoro żadne nie działały? Wielcy profesorowie zaczęli się domyślać, że może chodzić o pęcherz lub nerki. Chciałam wskazać na pęcherz i z bólu lewa ręka ciut się zacisnęła, ale to było za mało, żeby ktoś mnie zrozumiał. Nie sięgnęłam nawet w kierunku brzucha. Nie mogłam sama kierować tą ręką. Jak się potem dowiedziałam, czucie głębokie, zginacze mięśni i spastyka były w moim ciele silniejsze od wszystkiego. Byłam jak marionetka. Jakby ból kierował moją kończyną. Bardzo dziwne, bo kiedy nie odczuwałam bólu, nie poruszała się.

Wsadzili mnie w karetkę i powieźli do innego szpitala (jedźcie samochodem z pełnym pęcherzem!). Pragnęłam umrzeć, a pech chciał, że dali mi tę samą wredną pielęgniarkę, no to chciałam umrzeć podwójnie. W szpitalu jakimś tam zrobili mi USG. Jeździli głowicą po pełnym pęcherzu, wszystko w środku mi wrzeszczało, wyło, przeklinałam, wyzywałam od niedouczonych. Dostałam gorączki, minęły ze dwa dni, już chyba majaczyłam. Wieczorna zmiana normalnych pielęgniarek i ich rozmowa, tocząca się nade mną:

– A kiedy ona miała zmieniany worek od cewnika?

A mnie w głowie huczy: myśl szybciej!

Wymieniły ten worek, zleciało chyba więcej moczu niż to normalne, bo stwierdziły, że czegoś takiego jeszcze nie widziały. W cewniku były same skrzepy. Nie widziałam ich, gdy mi założyli pieluchę, to miałam krew, widziałam przy zmianie. I nie, nie miałam okresu. Z rozmów pielęgniarek dowiedziałam się, że cewnik stały powinien być zmieniany co trzy tygodnie. Debatowały:

– Kto jej to zostawił, kto nie wymienił?

Jak to kto? Sama sobie miałam wymienić?

Ten, w którym się zatrzymał skrzep, był we mnie sześć tygodni.

Któregoś dnia posadzili mnie na taki fotel z oparciem odchylonym w tył. Gdy byłam w pozycji siedzącej, moja sonda, ta w nosie, obluzowała się i wypadła, a ja wraz z jej wypadającą końcówką poczułam w gardle niesmak z żołądka. Sonda leżała sobie spokojnie na moich kolanach. Po godzinie wparowała ta wredna pielęgniarka i wrzeszczy na mnie jak na rozwydrzone dziecko:

– Dlaczego sobie wyrwałaś sondę?! Kto ci pozwolił?

Uruchomiona wrzaskami wchodzi do mojego pokoju inna pielęgniarka i spokojnie pyta, co się stało. Czarna wredna potrząsa sondą trzymaną w dłoni i aż się trzęsie.

– Zobacz, zobacz, już nie mam na nią siły!

Byłam wściekła! Dobrze, że nie mogłam wtedy wstać. Wyrwałabym jej wszystkie kudły. Byłam tam rzeczą, przekładaną lub sadzaną, niemytą, bez uczuć i myśli (no bo warzywa nie myślą). Zero empatii!

Od mamy, która już przyjeżdżała, chyba się ze mną leżącą biedna oswoiła, dowiadywałam się, kto leży w salach obok, o czym rozmawiają na korytarzu, o ich historiach choroby. Uwierzcie, że te wiadomości to był rodzaj rozrywki. W sali obok leżała dziewczyna, która podczas cesarskiego cięcia dostała za dużo tlenu i teraz, osiem miesięcy po zabiegu, nie mogła się wybudzić. I przywozili to dziecko, żeby ją bodźcować. Ale ona leżała w normalnej sali szpitalnej, nie jak ja. Do mojej sali nie wolno było wpuszczać dzieci.

Bardzo tęskniłam za córką, gdybym chodziła, nie mogłabym sobie miejsca znaleźć, głowę to chyba czerwoną miałam od myśli, których nie da się wyłączyć. Czujecie to? Jesteś z dzieckiem dwadzieścia cztery godziny na dobę przez dwa lata, nagle pewnego pięknego dnia wszystko to znika, pryska i nie wiesz, co się dzieje. Kiedyś któraś z pielęgniarek założyła mi na głowę słuchawki. Tak bez pytania włączyła walkmana. Włączyła, zaszeleściła fartuchem i poszła w milczeniu. A tam w słuchawkach gaworzenie dziecka, domyśliłam się w mig, że to należy do tamtej dziewczyny. Jak się można aż tak pomylić? Co za banda niedouczona! Dostałam szału, wrzeszczałam jak oparzona, aż mi to zdjęto, bez komentarzy. Serce by mi przez to pękło. Z tego co wiem, nawet nie powiedzieli o tej gafie moim rodzicom, bo dostaliby opieprz. Ani ja im nigdy o tym nie powiedziałam, to było za trudne.

Tak bliżej końca moich wczasów na OIOM-ie zaczęła do mnie wieczorami przychodzić rehabilitantka. Ładna, uśmiechnięta, pełna życia. Siostra koleżanki. Na oddziale nie chcieli się zgodzić, żeby ktoś z zewnątrz ze mną ćwiczył. Ale widocznie ulegli, skoro się zjawiała. Mówiła do mnie, ćwiczyła moje nogi. Masowała i zginała, trzymając kolana, bo nogi kładli mi na boki jak u ginekologa. Lubiłam ten czas, kiedy przychodziła. Kazała mi wizualizować sobie, że biegnę. Aż któregoś dnia tam w szpitalu poczułam, że moje szmaciane, martwe nogi odrywają się od łóżka. Ale gdy spojrzałam na nie, leżały nieruchomo jak wcześniej i nawet nie drgnęły. Dopiero dużo później się dowiedziałam, że zadziałały pamięć mózgu i zachowane połączenia nerwowe.

Za moją głową, za zagłówkiem, rodzina postawiła radio. Kanału nie pamiętam, jakiś popularny, ale pamiętam, jaka wtedy była muzyka na topie. Kiedy słyszę dzisiaj któryś z tych kawałków, zaraz cofam się tam, do tego czasu. Rehabilitantka, która przychodziła wieczorami, śmiała się, że jak nie będę ćwiczyć, przełączy mi na Radio Maryja. Ale moje nogi nie chciały ćwiczyć, drgnąć ani na milimetr, tak sobie leżały jak na wczasach.

Ta rehabilitantka przychodziła około tygodnia, tu się mogę mylić, przecież każdy dzień był identyczny, zamazuje mi się teraz w pamięci. Nie wiedziałam, ile dni minęło, nie mogłam zapisywać na ścianie jak więzień, nie mogłam nikogo zapytać. Któregoś dnia nade mną (nie ze mną) rozmawiali, że wychodzę do domu. Myślę: jak to wychodzę, skoro nie wyzdrowiałam? Wtedy dotarło do mnie, że wyjście ze szpitala nie jest równoznaczne z wyzdrowieniem. Ale podobno szkoda, że mnie wypuszczają, bo się zmarnuję, znowu nade mną mówili. Zresztą i tak już miałam dosyć, to nie był normalny pobyt w szpitalu. Nie miałam lodówki na korytarzu, nie zjeżdżałam windą do sklepiku po coś słodkiego ani nie czytałam gazet oraz książek i nie paradowałam w szlafroku. Nigdy nie widziałam swojego oddziału. Nie miałam pojęcia, jakie sale są obok, jak wyglądają. Nie znałam swoich współtowarzyszy niedoli. Dzień przed wypisem przyjechały mama z ciocią, humory miały dobre. Albo tak świetnie ukrywały zmartwienie.

Poprzedniego dnia zaczęłam wykazywać chęć przełykania. Pani karmiąca chorych pomyślała chyba, że już sama dam sobie radę. Ale od chęci do jedzenia długa droga, tymczasem na stoliku obok łóżka pojawił się plaster mielonki na talerzyku. Pokazała mi go mama. Taką zaserwowali mi kolację. Nie ruszam niczym, nie gryzę, przełykam raz na dwadzieścia prób (ślinę) i mam zjeść mieloneczkę. Dobili mnie tym, poszłam spać głodna, na szczęście mocno spałam.