Uwięziony krzykTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Projekt okładki: Paweł Panczakiewicz/PANCZAKIEWICZ ART.DESIGN

Redakcja: Irma Iwaszko

Redaktor prowadzący: Ewa Orzeszek-Szmytko

Redakcja techniczna: Anna Sawicka-Banaszkiewicz

Korekta: Sławomira Gibka

Fotografie na okładce

© Nastco/iStockphoto.com

© Foto4440/iStockphoto.com

© by Anna Naskręt

© for this edition by MUZA SA, Warszawa 2019

ISBN 978-83-287-1177-8

Warszawskie Wydawnictwo Literackie

MUZA SA

Wydanie I

Warszawa 2019

Na zdrowie

Ślachetne zdrowie,

Nikt się nie dowie,

Jako smakujesz,

Aż się zepsujesz.

Tam człowiek prawie

Widzi na jawie

I sam to powie,

Że nic nad zdrowie

Ani lepszego,

Ani droższego;

Bo dobre mienie,

Perły, kamienie,

Także wiek młody

I dar urody,

Mieśca wysokie

Władze szerokie

Dobre są, ale –

Gdy zdrowie w cale.

Gdzie nie masz siły,

I świat niemiły.

[…]

Jan Kochanowski, Fraszki, Księgi trzecie

Spis treści

1.

2.

3.

4.

Wspomnienia siostry

5.

6.

7.

8.

9.

10.

11.

12.

13.

14.

15.

16.

17.

18.

19.

20.

21.

22.

23.

24.

25.

Kilka miesięcy później

M.

26.

Wstęp

Jestem Anna Maria. Pochodzę z Wielkopolski.

Przedstawiam wam książkę o moim życiu. Jest trochę taka jak ja, chaotyczna. Pełna emocji, skrótów myślowych, urywanych zdań, urywanych myśli, nawet przekleństw. Ale taka ma być, nie lubię mdłych książek, a swojej, gdyby była mdła, nie lubiłabym tym bardziej. Przenoszę na papier to, co mam w głowie, ot tak. Książka ta powstawała głównie w telefonie, w notatniku. Każdą myśl łapałam, spisywałam, wysyłałam na mejla, odbierałam w komputerze i rozwijałam. To historia sprzed lat, a więc szczegóły się rozpływają, zamazują. Niektóre zdarzenia pamiętam dokładniej, inne fakty nie są tak wyraźne. Starałam się całą tę opowieść poukładać w miarę chronologicznie. Zachorowałam w roku 2000, dotąd nie wyzdrowiałam w stu procentach. To, że opiszę wszystkie swoje hity życiowe, było jasne i oczywiste. Już wtedy, gdy leżałam, mama mówiła mi, że kiedyś powinnam to wszystko spisać. Ale przez lata nie miałam pomysłu, jak to ująć, w jaką fabułę włączyć tę historię, zwyczajnie – jak to ugryźć. Rozwiązanie przyszło tak zwyczajnie: prosta historia i prosta opowieść.

Ta prosta historia jest przerażająca: zachorowałam na niedokrwienny udar pnia mózgu i móżdżku z czterokończynowym porażeniem spastycznym. Do tego doszła afazja, czyli brak mowy. Miałam dwadzieścia cztery lata i zostałam uwięziona we własnym ciele. Stała się katastrofa. Od pracy rozmaitych części mózgu zależą ruch, koordynacja, właściwe natężenie siły, działanie mięśni, chód, równowaga. Gdyby nie część zwana móżdżkiem, nie bylibyśmy między innymi w stanie skoordynować nawet ruchów gałek ocznych, tak by obiema patrzeć w jedną stronę. W pniu mózgu znajdują się ośrodki: oddychania, regulujący pracę serca, ciśnienie tętnicze oraz temperaturę organizmu. Czyli summa summarum to, jak mózg funkcjonuje, jest cudem. W nic ważniejszego niż pień i móżdżek oberwać nie mogłam.

Według statystyk rocznie niedokrwiennego udaru mózgu doświadcza kilkadziesiąt tysięcy osób, jest on trzecią co do częstości przyczyną zgonów i najważniejszą przyczyną niesprawności osób dorosłych. Połowa chorych, którzy przeżyją, zmaga się z niedowładami, zaburzeniami mowy i innych funkcji. Udary dotykają ludzi w każdym wieku – od dzieci przez nastolatków do dorosłych.

Badania, które trzeba wykonać profilaktycznie, to:

• USG Dopplera żył szyjnych i tomografia komputerowa z angiografią – pokażą zarówno stan wszystkich żył i tętnic doprowadzających krew do mózgu, jak i stan naczyń krwionośnych w mózgu;

• echo serca – pokaże, czy nie ma chociażby minimalnych ubytków w przegrodzie. Takie ubytki prowadzą do niedotlenienia, a w konsekwencji do zawału serca bądź udaru mózgu zwanego zawałem;

• badanie krzepliwości krwi – wskaże, w jakim stanie jest krew, czy nie jest zbyt gęsta i czy nie zlepia się, co powoduje zator.

Oczywiście nie badałam się pod tym kątem przed udarem. A trzeba krzyczeć, tupać i upominać się o skierowanie na te badania. Albo, jak to w Polsce bywa, zrobić je prywatnie.

Żadna ze mnie pisarka wysokich lotów, jestem raczej zupełnym laikiem, jeżeli chodzi o pisanie. Ale dzięki tej książce chcę wam, czytelnikom, pokazać, jak brutalne i nieprzewidywalne bywa życie. Jest jak bańka mydlana, w jednej sekundzie potrafi zmienić się diametralnie. Najtrudniej było przywyknąć do choroby, zżyć się z nią. Trudniej nawet niż trwać uwięziona we własnym ciele. Zdrowie – myślisz, że dane jest na zawsze. Nic bardziej mylnego. Jasne, może być dobrze wszystko i zawsze. Ale nie musi. Mnie świat się zawalił w jeden dzień. Tak po prostu – skończył się jeden świat, jak w filmie katastroficznym, a zaczął jakiś kosmos.

To nie jest książka na temat rehabilitacji i jej metod, choć wiem oczywiście, jak niezmiernie istotne są długotrwała rehabilitacja i terapia lekami wsparte wiarą, nadzieją i wytrwałością. Tu odsyłam do fachowej literatury. To książka o tym, jak zachorowałam i co się wydarzyło później. Wiele osób nie rozumie tego, co chcę przekazać. Tego, jak okrutne choroby chodzą po ludziach. Tego, co się dzieje z człowiekiem w człowieku, kiedy musi zacząć żyć z nie swoim ciałem. Ciało to jedno, a psychika drugie. Porażenie czterokończynowe, tak silne, jakiego doznałam, potrafi zwalić z nóg, odebrać godność, człowieczeństwo i siły do życia, już o walce o siebie nie wspomnę. Udar udarowi nierówny. Każdy jest inny, różnią się nie tylko objawami i późniejszymi powikłaniami. Jest to uszkodzenie mózgu. W jakim stopniu, tego nie wiedzą nawet mądre lekarskie głowy. Nikt, kto miał udar, nie może powiedzieć, że doświadczył czy doświadcza takich samych zaburzeń równowagi jak inny udarowiec. Nie sądzę, żeby dało się je jakoś opisać, a porównać jest niemożliwością. Kiedyś osoba na wózku, chora od urodzenia, zaczęła prawić mi morały, jak powinnam żyć i jak mam się pogodzić z chorobą. Zapytałam tylko: „A chodziłeś kiedyś?”. I po temacie.

Jak być szczęśliwym? Zmniejszyć oczekiwania wobec tego, co los przynosi, i nie dążyć do szeroko pojętego ideału, ale być zadowolonym z tego, co się ma, i z tego, co się osiągnęło. Nie mogę tego czy tamtego zrobić w taki sposób, jak to robi większość ludzi. Ale przecież mogę po swojemu jeść, trzymać sztućce, kubek z kawą czy wchodzić po schodach. Najważniejsze, że to działa. Zauważyłam, że ludzie za dużą wagę przywiązują do pierdół. Takich jak fałdka na udach, fałdka na brzuchu, cellulit. Nie ta bluzka, ten sweterek nie pasuje do tamtych spodni. Pół dnia przy szafie, bo nie mam się w co ubrać. Mam torebkę za dwa tysiące i spodnie za osiemset złotych. Ale – ooo, jaka jestem gruba, całe dwa i pół kilo nadwagi i łydki mi przytyły. Brzydkie talerzyki, szklanki, zastawa ma pięć lat, a meble trzeba zmienić, bo niemodne. Ręczniki miękkie, twarde. Gramatura bawełny nie ta, muszę wymienić. Nie ta serwetka, nie ten dywanik, a sztućce nie od kompletu. Nowsze firanki, lepszy samochód, ładniejsze czy brzydsze mieszkanie. Nie znaczy to, że mamy żyć byle jak i chodzić w byle czym. Ale nie bądźmy snobami. Nie przypisujmy rzeczom takiego znaczenia, nie przywiązujmy do nich takiej wagi, bo tak naprawdę liczy się co innego. A co robić – zapytasz? Docenić to, że jesteś dzisiaj, jutra może nie być. Życie zaskakuje i tylko ono miewa takie pokręcone scenariusze (scenariusz mojego pisał chyba ktoś naćpany). I nie chodzi tylko o zdrowie. Powtarzam więc – nie przejmuj się drobiazgami. Nie denerwuj czymś, na co nie masz wpływu. Wiem, że to nie jest łatwe, sama, nawet po takich doświadczeniach, dopiero się tego uczę.

 

Nagły wypadek, zdarzenie neurologiczne, choroba to tragedia nie tylko dla poszkodowanego, ale również dla jego najbliższego otoczenia. Walkę o życie podejmuje się błyskawicznie, chociaż ja długo leżakowałam bez diagnozy. Pacjent uratowany przed śmiercią, udało się, teraz jest potrzebna opieka oraz rehabilitacja. Po wypisie ze szpitala na rehabilitację państwową trzeba czekać, a na prywatną rodzina często nie ma pieniędzy. Jedna osoba w domu rezygnuje zwykle z pracy, żeby zająć się chorym. Odbija się to na kondycji ekonomicznej rodziny, ale przede wszystkim psychicznej. Marzyłabym o tym, żeby na oddziałach neurologicznych powstała grupa wsparcia dla rodzin poszkodowanych. Po pierwsze, pomoc psychologiczna, po drugie, pomoc dotycząca stricte obsługi pacjenta w domu. Moja rodzina dochodziła do wszystkiego metodą prób i błędów. Została pozostawiona samej sobie, zresztą jak większość rodzin pacjentów w naszym kraju.

Dzięki tej książce chcę dotrzeć do wielu ludzi. Do tych, którzy przez swój zawód mają kontakt z takimi ciężkimi przypadkami. Do rodzin opiekujących się leżącymi i do osób, które żyją pełnią życia, żeby pokazać, uświadomić, że taka choroba może się przytrafić każdemu, w każdej chwili. Nie ma znaczenia wiek. Każda z tych grup zinterpretuje sobie inaczej moje wspomnienia. Chcę podkreślić, że moim zamysłem nie jest ukazanie wad służby zdrowia. Nie chcę uderzać w lekarzy, opisuję fakty oraz to, co mnie spotkało. Jaka jest służba zdrowia, każdy wie i może sam wystawić opinię.

Wspomnienia nie są miłe. Pisząc, przenosiłam się dziewiętnaście lat wstecz. Z zakamarków pamięci powyciągałam wszystko to, co we mnie siedziało. Nie opowiadałam tego nikomu w sposób, w jaki to opisuję. Nie potrafię do teraz opowiadać. Pisać jest łatwiej. Pisanie, składanie tego w całość i czytanie po raz tysiąc dwudziesty piąty zadziałały na mnie jak swoista terapia. Historia ta, niemożliwa do opowiedzenia, stała się dla mnie bardziej zwyczajna. Książka powstała dzięki mojej Rodzinie – Rodzicom, Siostrom, Córce. Bo gdyby nie Oni, nie byłabym w tym miejscu w życiu, w którym jestem. Do napisania jej motywował mnie Partner. Bardzo doceniam Jego wiarę we mnie, dzięki Niemu dostałam skrzydeł do pisania. Do tego jest moim najważniejszym recenzentem, najlepszym przyjacielem i pomocą w każdej trudnej chwili. Mogę tylko napisać: dziękuję ♥

Sama czasem w to wszystko nie wierzę i czuję się tak, jakby to było gdzieś kiedyś w innym życiu. Ale było w tym, a dzisiaj dzielę życie na dwa, przed i po. A sformułowanie „w tamtym życiu” zagościło w moim słowniku. Zdaję sobie sprawę, że miałam dużo szczęścia, bo przecież mogłam pozostać w stanie, w jakim byłam.

Czasem widzę w telewizji sparaliżowane osoby, którymi zajmują się rodzice. To mogłam być ja… Ale czuję pewien dysonans: wzrusza mnie bardzo widok takiego chorego, zaraz wyobrażam sobie siebie w podobnej sytuacji, a jednocześnie nie jestem całkiem zadowolona z tego, co mam i na ile wyzdrowiałam. No cóż, widać nie każdy może mieć w życiu wszystko. To, co mi się przydarzyło, na pewno mnie zmieniło. Postarałam się złożyć to w jedną całość. Zapraszam.

1.

Nie dostałam się do liceum ogólnokształcącego. Kiedyś, lata temu, były egzaminy, zdałam, ale zabrakło mi kilku punktów i nie przyjęli mnie do klasy humanistycznej. Koniec końców, trafiłam do liceum zawodowego o profilu rolniczym w miasteczku obok, a że musiałabym dojeżdżać codziennie jakieś trzydzieści kilometrów, to zamieszkałam w internacie. Co to było za życie! Przede wszystkim samodzielność. Szybko się dogadałam ze współlokatorkami i zżyłyśmy się przez te cztery lata. Mimo rygorów internatowych i nauki w rolniku – luz. Pokoje z czterema pojedynczymi łóżkami przykrytymi sztywnym kocem w granatowo-czerwoną kratkę. Szafka z półkami na książki, a w tej samej szafce, ale w szufladzie na dole, jedzenie. Sama szafka została nazwana „syfnościówką”. Stał na niej telewizor, taki kineskopowy, duży, innych w tamtych czasach nie było. Często w godzinach przymusowej nauki oglądałyśmy rozmaite programy. Kiedyś wszedł dyżurny opiekun, mówiąc swoim tubalnym głosem:

– Oj, dziewczynki, bo wam ten telewizor spadnie.

Miał na myśli, że go zabierze.

Na to ja, która mówiłam szybciej, niż myślałam:

– Nieee, on dobrze stoi.

Wbudowane szafy na ciuchy, które kiedyś, dawno, były białe, teraz okleiłyśmy plakatami rockmanów, zespołów metalowych, grunge’owych i afiszami z koncertów. Na długich korytarzach były dyżury, ktoś z nas sprzątał te dywany z metra. W łazience prysznice bez brodzików z wbudowanymi w podłogę odpływami, kolejki jak dzisiaj w Biedronce. Zlewozmywaki po obu stronach wykafelkowanego murka z lustrami. W bocznym skrzydle na dole była stołówka, wtedy mnie denerwowała, dzisiaj wspominam z sentymentem kolejki do okienka. No i zjadłabym dzisiaj tamte kulinarne wyczyny. Dania obiadowe niczym w barze mlecznym, kolacje z wątrobianką, dzisiaj pasztetową. Chleb z serkiem topionym, a na to dżem (jem tak do dzisiaj). Wymiany i swoisty handel jedzeniem.

– Daj mi ogórka, dam ci kiełbasę.

Wiele z dań miało nazwy własne:

– szynka z przeszkodami – boczek;

– kawa de lur;

– lastriko – salceson;

– żużel – kaszanka;

– przegląd tygodnia – zupa jarzynowa;

– i bigos z tłustym mięsem – nie widziałam dzisiaj pana Kazia (czyt.: będzie w bigosie).

Wielkie schody, po poręczach których świetnie się zjeżdżało. Świetlica, dyskoteki z wolnymi kawałkami Guns’N Roses. Byłam beztroska. A kto ma troski w normalnym nastoletnim życiu? Mnóstwo znajomości, ognisko integracyjne w pierwszej klasie liceum ze szkołą średnią z internatu dziesięć kilometrów dalej. Tak się wszyscy zintegrowali, że powrót z pociągu do naszego rodzimego internatu odbywał się wężykiem. W milczeniu, bo przodem szedł wściekły wychowawca grupy. Zamiast do swoich pokoi, skierowano nas do świetlicy. I odbyła się pogadanka moralizująca, a do rodziców najbardziej krnąbrnych uczestników wyjazdu integracyjnego wysłano listy. Eskapady na koncerty rockowe, śmiechu co niemiara, a jedynym moim zmartwieniem była klasówka z matmy.

Przedmioty w szkole były bardzo trudne, dzisiaj wydają mi się zabawne. No i wieczne praktyki, dojenie krów, obrządki w oborach i zajęcia praktyczne na polu polegające na zbieraniu dużych kamieni, przerywaniu, czyli przerzedzaniu posianych buraków i kalafiorów, no i odchwaszczanie. Kolejne zajęcia to praktyki w budynku podobnym do szklarni. Ale warunków szklarniowych tam nie było, wiatr hulał aż miło. Pośrodku ogromne stoły z górami cebuli prosto z pola. Cebulę trzeba było ładnie obrać z łupinek. W rękawiczkach, bo ręce grabiały z zimna. A tak śmierdziałyśmy cebulą, że do dzisiaj ciężko mi wąchać nawet jedną. Jeżdżenie traktorem lub przyczepą. Śniadania na polu w postaci chleba ze smalcem, który nazwałam mielonymi ślimakami. Do tego serwowana była kawa de lur. Gdy padał deszcz, to nas zwalniali do domu, a jak wisiały czarne chmury, wykonywałam tańce „rytualne” z motyką w ręku i szamańskimi śpiewami. I czasem po tych „czarach” faktycznie spadał deszcz. Śmiechu miałyśmy po pachy.

W szkole mechanizacja rolnictwa, hodowla zwierząt, hodowla roślin. Żywienie rodziny – gotowałyśmy podzielone na grupy. Na higienie przygotowywałyśmy się do dbania o dom. Na jeszcze innych zajęciach uczyłyśmy się szyć ręcznie. Ogólnie była to szkoła dobrze wykwalifikowanych gospodyń wiejskich, idealnych żon dla rolników. Nasza klasa była żeńska, dwadzieścia sześć dziewczyn. Zapamiętałam ją jako zgraną, potworzyły się grupki trzymające się razem, ale nie było fochów. Jak uciekałyśmy z lekcji, to wszystkie.

Mieszkającym w internacie trudno było urwać się ze szkoły, bo zaraz nas szukano. Trzeba było się rozejść i rozproszyć po miasteczku. Chociaż pamiętam taką całodniową ucieczkę, dwadzieścia sześć panienek jak jeden mąż. Nauczyciel nas znalazł w pubie. Pogadanka kilkugodzinna łącznie z wizytą dyrektorki. Jak się ktoś urywał sam, to szedł na obwodnicę w kierunku Poznania zaraz za internatem i łapał tak zwanego stopa. I spędzało się trochę czasu, szwendając się po Starym Mieście.

Przy szkole (za free) można było zrobić kurs na prawo jazdy. Zrobiłam, egzamin zdałam, a w samochodach się zakochałam, to znaczy w fiacie 126p zwanym maluchem. Co to była za wolność taka jazda! Rage Against the Machine albo Pearl Jam na ful, wyjazd na weekendy do domu oraz powroty do internatu tylko samochodem. Do dzisiaj z żalem i tęsknotą patrzę na malucha, tęsknię nawet za jego wadami. Umiałam naprawić akumulator, przewody, świece czy dysze i nie raz wracałam do domu z brudnymi rękami. Nigdy się nie psuł tak, żebym musiała go oddawać do mechanika. Silnik potrafił zapalić, nawet gdy maluszek stał pod blokiem tydzień w zimowe dni, a zimą było minus dwadzieścia. Teraz piszę, jak powiadają babuleńki, „za moich czasów”, tymczasem wtedy tryskałam energią, byłam chudziutkim, filigranowym żywym srebrem o burzy kręconych blond loków, wiatrem czesana. W okularach, koszulach w kratkę, dżinsach i za dużych swetrach. Okulary wiązałam gumką z tyłu głowy, to był patent na koncerty. Tak zapobiegawczo, gdyby chciały spaść, bo często ruszałam w pogo. To taki taniec nieprzypominający tańca, ponieważ pogo polega na bardzo chaotycznym wzajemnym odbijaniu się od siebie oraz przepychankach w tańczącym tłumie. Czyli trzeba było pilnować drogocennych okularów. Byłam ostatnio na wielu koncertach rockowych, często stałam w pierwszym, drugim rzędzie, przyglądałam się pogującym osobnikom w środku kotła koncertowego i tylko czekałam, aż ktoś z potrząsających głowami się zderzy. Niedawno, tak ze dwadzieścia pięć lat temu, byłabym tam pierwsza. Stara się robię.

Szkoła średnia to lata 1991–1995, chyba mój najlepszy czas. Najlepsza muzyka. Wtedy dużo jeździłam z paczką znajomych, rockowa muzyka była nieodłączną częścią mojego życia. I jest nadal. Wtedy ta na żywo i ta z magnetofonu na kasety. Oley z Proletaryatu, jego rozłożone ręce i „Hej – naprzód marsz” doprowadzały mnie do omdleń z zachwytu, zachowywałam się co najmniej jak dziewczyny na koncertach The Beatles – te, co się po twarzy drapały i piszczały. Na koleżankę tak samo działał Titus z Acid Drinkers, w tych dzwonach z koca we wzór zebry. Kiedyś udało się nam dwóm dostać za kulisy, oni wtedy grali. Pogadałyśmy, dostałyśmy autografy od chłopaków, a Titus nas odprowadził do drzwi. Za kilka miesięcy były rockowe walentynki, nie mogło nas nie być. Ktoś nas woła po imieniu i uchyla bramkę, wchodzimy, a tu Titus – gadka szmatka, pitu-pitu, my śmichy, a za bramkami pisk dziewczyn. Bo przecież ich gwiazda stoi tak blisko. „No to na razie, do zobaczenia, dajcie czadu” – wymieniamy z gwiazdą uprzejmości. Słyszymy wołanie: „Dziewczyny! Chcecie autograf?” – Titus nas pyta. A my: „Nie, już mamy”. W głowach nam się przewróciło z tego dobrobytu.

Byłam normalną, cieszącą się życiem nastolatką i myślałam, że tak będzie zawsze. Że w dorosłym życiu wszystko potoczy się według planu, tak jak u innych. Że będzie mąż, dziecko, samochód, praca, którą będę lubić. Byłam za młoda, za mało wiedziałam o życiu, żeby zdawać sobie sprawę, jakie ono potrafi być przewrotne. Żyłam zachłannie, tak jakbym chciała nażyć się na zapas, i nie miałam żadnych problemów w życiu codziennym. Skończyłam zaoczne studium marketingu, ale czasy były takie, że w firmach nie przewidywano etatów dla marketingowca. Dzisiaj z tej szkoły, którą śmiało mogę nazwać kursem, nic nie pamiętam. Zero zasad marketingu, taka sztuka dla sztuki, nawet sobie tyłka nie wytrę tym świadectwem, bo jest w twardej okładce. Czyli było niepotrzebne, a w zasadzie jest nadal. A że bez pieniędzy nie da się żyć, poszłam pracować do knajpki jako kelnerka. Ciężka robota, dużo konfliktów z pijącymi alkohol, kto tak pracował, ten wie. Nie dawałam sobie w kaszę dmuchać i zawsze się wykłóciłam, niełatwo było mnie przegadać. Ale musiałam znosić klepanie po tyłku i teksty w stylu: „Będziesz tak długo siedziała, aż się nie napiję” o drugiej w nocy. Czasami miałam wrażenie, że tam mieszkam.

Chłopak jeden, a później drugi, którego nie doceniłam i długo tego żałowałam. Taki bardzo głupi, wręcz idiotyczny błąd młodości. Wydawało mi się, że znam się na ludziach, ale byłam młoda i głupia, bez doświadczenia życiowego. Działałam na emocjach, pochopnie. Jeden błąd pociągnął za sobą drugi. Pożałowałam tego gorzko i szybko. Poznałam chłopaka, zaszłam w ciążę, wzięliśmy ślub. Tak, w tej kolejności. Urodziłam zdrową córkę. Nie czułam się szczęśliwa, byłam znerwicowana, smutna. Może to, co się wydarzyło później, było tego następstwem. Byłam bardzo nerwowa, ważyłam mniej niż czterdzieści kilogramów, bez odchudzania. Czułam się samotna, dzień rozjaśniało mi dziecko. A nade mną zbierały się i kłębiły czarne chmury, czego nie mogłam być świadoma. Snułam plany na przyszłość, chciałam kupić maszynę do szycia, rozmawiałam już z właścicielami sklepów, jak załatwić odbiór towaru, chciałam szyć i miałam rozmaite pomysły. Myślałam też o założeniu biura rachunkowego, szybko się uczyłam, poza tym jakieś podstawy miałam w szkole.

 

Ale teraz byłam na macierzyńskim i zajmowałam się córką, pogodną, bardzo grzeczną małą paplą. Coraz więcej mówiła i cieszyły mnie jej wszystkie nowe osiągnięcia. Była zdrowym dzieckiem, wtedy myślałam, że przecież to normalne, że zdrowa. Dzisiaj wiem, że zdrowe dziecko to szczęście, które trzeba doceniać. Tak samo jak własne zdrowie. Ale kto by się nad tym zastanawiał, przejmował się tym ledwo po dwudziestym roku życia. A gdzie jeszcze robiłby jakieś badania. Przecież byłam zdrowa jak koń. Mimo niełatwego życia patrzyłam w przyszłość ze spokojem. Miałam plany zawodowe, miałam też marzenia, życie było w miarę poukładane, córka rosła zdrowo, miała dwa latka. Wszystko runęło w jednej chwili. Jak domek z kart. Tak po prostu, w zwykłą listopadową noc.