Hanka Ordonówna. Miłość jej wszystko wybaczyTekst

Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa



Miłość ci wszystko wybaczy

Smutek zamieni ci w śmiech.

Miłość tak pięknie tłumaczy

Zdradę i kłamstwo, i grzech.

Choćbyś ją przeklął w rozpaczy,

Że jest okrutna i zła,

Miłość ci wszystko wybaczy,

Bo miłość, mój miły, to ja.

Julian Tuwim, Kabaretiana

„Przez sceny teatrzyków przecwałowały tabuny śpiewających pań. Ale mit zrósł się nie z nimi, lecz z Hanką Ordonówną. Co o tym zadecydowało?”

Ryszard Marek Groński, Jak w przedwojennym kabarecie

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

This ebook was bought on LitRes

Od Autorki

Hanka Ordonówna nie była tak piękną i atrakcyjną kobietą, jak głosi legenda. Wczesne zdjęcia przedstawiają dziewczynę raczej nieśmiałą, skromną, zawstydzoną. Na późniejszych fotografiach – przeciwnie, sprawia wrażenie kobiety uwodzicielskiej. Ale żadne – popularne i mniej znane wizerunki artystki – nie oddają jej wdzięku, głosu, jego barwy, charakterystycznego zaśpiewu, finezji szeptu, czaru spojrzenia. Nazywano ją „dobrą panią od piosenki”, „czarodziejką sceny”. Dlaczego? Dlatego że podczas występów rzucała urok na obecnych na widowni entuzjastów jej talentu, którzy ją uwielbiali. Śpiewała tak, aby docierać do wszystkich widzów w teatrze, publiczności na koncercie czy recitalu. Tych w pierwszych rzędach i tych w najodleglejszych miejscach na widowni. Zależało jej na tym, bo wiedziała, że jej publiczność to ludzie, którzy słuchali: „W radości / Możni i prości / W sercach swych czując drżenie” (Ja śpiewam piosenki – słowa Juliana Tuwima). Tadeusz Boy-Żeleński nazwał ulubioną artystkę kabaretu Qui pro Quo Ordonką. I pod tym pseudonimem przyszła hrabina Maria Anna Tyszkiewiczowa z domu Pietruszyńska, znana jako Hanka Ordonówna, weszła do historii polskiej piosenki, sceny, estrady, kabaretu, teatru i filmu.

W 1995 roku przywiozłam od Tadeusza Wittlina z Waszyngtonu paczkę „papierów po Ordonce”. Znajdowały się w niej: bruliony i notesy, luźne kartki z zapiskami, nuty, zdjęcia i listy, stare gazety i nieopisane wycinki prasowe. Kilkanaście kopert nie zawierało wszystkiego, co pozostało po wspaniałej artystce kabaretu. Reszta materiału biograficznego i dokumentacyjnego została rozproszona w ciągu ponad sześćdziesięciu lat, jakie minęły od jej odejścia. Po zapoznaniu się z tymi archiwaliami, które już znałam, i po latach poszukiwań innych dokumentów w bardzo wielu instytucjach i w zbiorach prywatnych zrozumiałam, że być może nigdy nie dowiem się wszystkiego o mojej bohaterce. Domyślam się też, że nikt tak naprawdę nie znał Hanki Ordonówny jako osoby prywatnej. Chociaż rozmawiałam z wieloma osobami, które zetknęły się z nią przed 1939 rokiem, przeczytałam też liczne wspomnienia aktorów z epoki gwiazd polskiego kabaretu. Hanka Ordonówna w ich relacjach pozostała jednocześnie zwyczajna i tajemnicza. Jak w piosence Juliana Tuwima, w której śpiewała „ja nie artystka / ja szarlatanka”. I taka nieodgadniona Ordonka nadal żyje w legendzie, którą sama wykreowała1. Ta książka jest jedynie próbą zbliżenia się do niej.

Z niepokojem podjęłam się tego zadania. Doceniłam to, że mam rzadką okazję poznać i opisać pogmatwane losy „pieśniarki Warszawy”, jej chwile artystycznego triumfu, ale też porażek i dramatów osobistych. Także determinację i siłę autokreacji. Wierzyłam, że słuchając dawnego nagrania popularnego przeboju, w którym śpiewała: „Po różnych miastach człowiek włóczył się / Werkował na Montmartrze bruk / We Wiedniu starych walców uczył się / A w Nicy w słońcu leżeć mógł…”, pewnego dnia odkryję tajemnicę diseusy i zrozumiem magię sukcesu, powodzenia i nieśmiertelności wykonawczyni piosenki Jakieś małe nic (słowa Mariana Hemara).

Ta tajemnica to: talent, ambicja, pracowitość, upór i wytrwałość w dążeniu do celu. I miłość. Nikt, kto nie ma talentu idącego w parze z silnym poczuciem własnej wartości, nie mógłby osiągnąć tak wiele, jak to się udało Hance Ordonównie…

1 Tę legendę budowali też ludzie, którzy mieli szczęście poznać ją osobiście. Natalia Gałczyńska, żona Konstantego, tak opisała w swoim dzienniku jedno ze spotkań z Ordonówną w Ornianach: „Patrzyłam na nią zawsze zachwyconymi oczami. Miała w sobie ten nadmiar życia, który może jest w człowieku największym urokiem”, Kira Gałczyńska, Srebrna Natalia.


Córko ma, drżysz,

Chodzisz i śnisz,

Powiedz, co ci jest,

Lica blade, oczy pełne łez.

Julian Tuwim, Grajek i dziewczyna,

z tomu Utwory nieznane

Wstęp

Hanka Ordonówna w filmie Szpieg w masce w 1933 roku zaśpiewała piosenkę Miłość ci wszystko przebaczy (słowa Juliana Tuwima, muzyka Henryka Warsa), która od razu stała się przebojem jej życia. Wizytówką! A przecież i wcześniej, i w następnych latach wykonywała utwory, które są znane i pamiętane do dzisiaj. A jednak to ta piosenka bywa najczęściej przywoływana (nawet przez najmłodszych fanów jej talentu), gdy wymienia się pseudonim sceniczny „Ordonka”. Czy wykonawczyni najpopularniejszej w jej repertuarze piosenki czuła, że to są słowa może i o niej, gdy śpiewała: „Miłość ci wszystko wybaczy, / Smutek zamieni ci w śmiech. / Miłość tak pięknie tłumaczy zdradę i kłamstwo, i grzech”2? Tego nie wiemy. Nie dowiemy się też, jaką osobą „pani Hanka” była naprawdę.

Stefania Grodzieńska określiła Hankę Ordonównę jako „niepowtarzalne zjawisko”. Artystka podobno miała wcale nie tak częsty dar nawiązywania „kontaktu duchowego z publicznością”. A jej z natury słaby głos zyskiwał dzięki interpretacji piosenek, wspaniałej mimice i gestykulacji „umuzykalnionych rąk”. Efekty wielkiej pracy nad każdą piosenką bywały „oszałamiające”. Zdobywała uznanie i uwielbienie widzów i słuchaczy z wielkich miast europejskich i z małych miejscowości w Polsce. Wszędzie, gdzie występowała, sale teatralne, koncertowe i widowiskowe (na przykład cyrkowe) były wypełnione do ostatniego miejsca. Prezentując najczęściej repertuar solowy, będąc sama na dużej scenie, potrafiła skupić uwagę polskiej i zagranicznej publiczności, która oklaskiwała ją tak samo gorąco. Z nielicznych wczesnych zdjęć można wnioskować, że będąc młodą dziewczyną, Marysia Pietruszyńska raczej nie zachwycała urodą. Ale jako kobieta dojrzała umiała wyglądać wspaniale. Jak w piosence Michała Tyszkiewicza: „Każda z pań modern ma swój styl i wie / Gdzie co przypiąć, co upiększyć, a co cieniem skryć / To misterna gra, gdy kobieta zna / Czem pociągnąć, czem zadziwić, jak uroczą być…”.

Anna Lisiecka w monografii Loda Halama. Pierwsze nogi Drugiej Rzeczypospolitej zacytowała szczerą wypowiedź znakomitej tancerki o koleżance: „Hanka była bardzo efektowna. Trochę zrobiona na Gretę Garbo w tych swoich zawojach na głowie i z wpółprzymkniętymi oczyma, dbająca o płynność gestu. Umiała się ubrać. Miała tak zwane wejście. Elektryzowała publiczność. To była wielka sceniczna osobowość”. Juliusz Lubicz-Lisowski w książce Wspomnienia starego aktora starszej i lubianej koleżance poświęcił rozdział, w którym tak ją scharakteryzował: „Hanka była, powiedzmy sobie ładnie po francusku, potelé, co dziś oddalibyśmy pełna. Wysoka i zgrabna, nie miała jednak wcięcia w talii, dlatego żądała kostiumów wyrafinowanych, przyciemnionej sceny, szali i zasłon”.

Artysta fotograf i malarz Stefan Plater-Zyberk, który w Warszawie przy ulicy Nowy Świat 57 prowadził firmę Photo-Platt, przyjaźnił się z autorem wspomnień i w latach trzydziestych wykonał serię zdjęć Hanki Ordonówny. Widziałam u pana Juliusza zdjęcie Ordonki (autorstwa Platera) z jej dedykacją dla niego. Aktor zwrócił uwagę na to, że gdy sie porówna zdjęcia wcześniejsze z tymi, które robił Plater, widać, jak bardzo aktorka wystylizowała swoją urodę. Naturalnie rudawoblond włosy w loczkach zrobiły się proste o odcieniu popielaty blond. Podobno długo korzystała z usług tego samego fryzjera, pana Witolda, z zakładu Cleo, w którym – jako pierwszym w Warszawie – zaczęto stosować fiołkową płukankę do włosów firmy L’Oréal. Mira Zimińska we wspomnieniach Nie żyłam samotnie przypomniała, że „Hanka miała śliczne szaroniebieskie oczy i piękne popielate włosy”. Artystka wcześnie zrezygnowała z przyklejania modnych sztucznych rzęs, od których puchły jej powieki. Przed występem starannie pudrowała twarz beżowym odcieniem i używała pomadki w czereśniowym kolorze. Gena Galewska3, projektantka kostiumów, opowiedziała w rozmowie ze mną, że Ordonka bardzo ceniła suknie wizytowe z matowego jedwabiu. Poznała dobrze tajemnice prawdziwej elegancji: nienaganny krój, umiejętność doboru kolorów, harmonię pomiędzy suknią, kapeluszem a bucikami. Lubiła granatowe i szafirowe stroje, szafiry w biżuterii i barwne długie szale. Kochała białe dodatki: rękawiczki, apaszki, wiązania do bluzek. I kapelusze. Najczęściej kupowała nakrycia głowy z firmy Henriette. Umiała je nosić, elegancko w nich wyglądała. Ale na co dzień nosiła proste sukienki i spódnice z szarej flaneli, wygodne w podróżach. Na jednym ze zdjęć z 1937 roku (z Zizi i Feliksem Parnellami) pozuje w ciemnej sukni, na którą ma narzucone jasne średniej długości futro, a na ręce przewieszoną prostokątną torbę z długimi uszami, z dużym monogramem „HO”. Jako jedna z pierwszych kobiet w Polsce nosiła szerokie spodnie. Była wierną klientką eleganckiego magazynu z obuwiem Lucjana Leszczyńskiego przy ulicy Nowy Świat 34. Pantofle musiała mieć zawsze wygodne. Na scenie i do chodzenia na co dzień, zwłaszcza w częstych i dalekich podróżach. W jej teatralnej garderobie stała buteleczka modnej wody toaletowej Soir de Paris, „orzeźwiającej jak strumień górski” – jak pisano w reklamach prasowych.

 

2 Wyjaśnienie dla spostrzegawczych: to nie pomyłka! Na nutach wydrukowano „przebaczy”, a wykonawczyni zaśpiewała w filmie i na płycie „wybaczy”.

3 Eugenia Galewska-Wittlin (1914–2012) projektowała kostiumy do przedstawień teatralnych i filmów, m.in Pani minister tańczy, Papa się żeni, Pan Tadeusz.


Zygmunt Kęstowicz zapamiętał, że w Wilnie (w latach 1940–1941) Hankę Ordonównę można było zobaczyć na ulicy ubraną zawsze na czarno. Powszechnie znano powód: „Ona nosi żałobę po Warszawie”, mówiono. Gwidon Borucki wspominał w rozmowie ze mną, że w Tel Awiwie (w 1943 roku) kilka razy siedział z Ordonką i jej mężem na plaży. Zawsze chroniła głowę i szyję przed intensywnym słońcem. To są mniej ważne szczegóły. Dzisiaj wiemy, że artystka zdobyła popularność i sławę nie jako miss piękności czy elegancji, lecz talentem i charyzmą. W pamięci przyjaciół pozostała jako ta, która potrafiła być szczera i serdeczna. Miała „pełne wdzięku ruchy i gesty prześlicznych rąk. Rozmarzone oczy i twarz, zamyślone spojrzenia”, przypomniała Janina Surynowa-Wyczółkowska w artykule Hanka Ordon-Tyszkiewiczowa („Tydzień Polski”, 17 stycznia 1976).

Jak na prawdziwą gwiazdę przystało, Ordonówna dbała o swój medialny wizerunek. Chętnie udzielała wywiadów i uczestniczyła w sesjach zdjęciowych. Pisała do popularnych tygodników relacje z podróży zagranicznych. Nieobca była jej reklama. Reklamowała śniegowce, zegarki marki Omega, futra od Maksymiliana Apfelbauma (Marszałkowska 125) i z zakładu kuśnierskiego Czesława Sznajdrowicza (Hoża 68). Posiadała dużą kolekcję zdjęć własnych i przyjaciół (z dedykacjami dla niej!), zbierała wycinki prasowe i całe gazety, w których znajdowały się wzmianki lub artykuły na jej temat. Podczas zagajenia na wieczorze poświęconym żonie, 30 czerwca 1972 roku w Londynie, Michał Tyszkiewicz powiedział, że Ordonówna „otoczona była legendą prawdziwą i nieprawdziwą”. Próbuję zrozumieć intencję jego słów. Nie zamierzam pisać biografii niezapomnianej artystki kabaretu. Raczej będzie to dokumentalna opowieść o niezwykłym losie prostej dziewczyny ze skromnej warszawskiej rodziny. Bardzo ambitnej i wytrwałej w dążeniu do celu. Po latach okazało się, że Hanka żyła zgodnie z dewizą męża, która brzmiała: „Jeżeli naprawdę czegoś chcesz, to prawie zawsze to osiągniesz”.


Marysia Pietruszyńska za sprawą nieprzeciętnych zdolności i niezwykłej pracowitości osiągnęła szczyt kariery pieśniarki i deklamatorki. Poza sławą i uznaniem współczesnych zdobyła też coś więcej. Nieśmiertelność! Jeszcze za życia stała się ikoną niełatwej sztuki estradowej. Najpierw tancerka, potem diseusa, której nieobce były teatr dramatyczny i film. Jakże współcześnie (mimo upływu lat!) brzmi nagranie drugiej piosenki z filmu Szpieg w masce – również ze słowami Tuwima: Pierwszy znak, które cytuję zgodnie z zapisem wydania nut z 1933 roku.


Trudno serce okłamywać,

Bo mądrzejsze jest niż ty,

Trudno sercu się sprzeciwiać,

Gdy wyrywa się i drży.

Jeszcze nie wiesz, kto on taki,

Ten twój miły, ten twój ktoś,

A już miłość daje znaki,

Że się w życiu stało coś…


Popularność w Polsce osiągnęła Ordonówna ciężką pracą. Dawała setki występów komercyjnych i nigdy nie odmawiała udziału w koncertach na cele charytatywne w dużych miastach i w małych miejscowościach. Jej głos kojarzono z filmami, w których występowała. W miasteczkach, gdzie znajdowało się kino, był zwyczaj, że przed każdą premierą nad wejściem do budynku umieszczano głośnik i grano muzykę i piosenki z filmu, który nazajutrz wyświetlano. Po pokazach na prowincji filmu Szpieg w masce cała Polska śpiewała „Miłość ci wszystko wybaczy…”.


Kazimierz Krukowski we wspomnieniach pisanych pod koniec lat pięćdziesiątych XX wieku (Moja Warszawka) podkreślił, że Ordonkę charakteryzowała „nieprawdopodobna intuicja artystyczna, wielka muzykalność i niecodzienne wyczucie gestu i plastyki”. Artystka potrafiła „zdobyć sobie serca i myśli podlotków i dorastających pensjonarek, stała się dla nich tym, czym kiedyś była dla młodzieży [Romana4] Popielka czy [Maria] Wisnowska. Każda premiera w Qui pro Quo czy gościnne recitale piosenek w Krakowie, Lwowie, Poznaniu, Wilnie czy Łodzi to nieprzerwane pasmo triumfów, to coraz większy zasięg entuzjastów Kniaginiuszki”. Wspomnianą już Genę Galewską, która często projektowała kostiumy dla Ordonki, zapytałam, w jakich piosenkach najlepiej zapamiętała pieśniarkę. Odpowiedź pani Geny bardzo mnie zaskoczyła, przytaczam ją bez skrótów:

– Ponieważ mój ojciec [Józef Galewski] był stałym scenografem Qui pro Quo, miałam okazję bardzo wcześnie zapoznać się z artystami tego teatru. Przychodziłam na próby za zgodą dyrektora Boczkowskiego. Podpatrywałam układy taneczne, to mnie wtedy bardzo interesowało. Jako nastolatka marzyłam, aby tańczyć w teatrze. Nie pamiętam, w którym to mogło być roku i w którym kabarecie, ale gdy zamknę oczy, to widzę, jak Ordonówna śpiewa i tańczy melodie hiszpańskie. Oczywiście wiedziałam, że wcześniej była tancerką, ale jej sprawność fizyczna i poczucie rytmu imponowały mi bardzo. Tego, co ona robiła na scenie, nie da się odtworzyć. Hiszpańska tancerka ma to we krwi, ma w sercu, ma w przegubie rąk i biodrach. Ordonka cała była rytmem i tańcem. Z wdziękiem gazeli przechylała głowę. Wspaniale przybijała stopy – ręce i nogi stanowiły jedność. To był żywy obraz. Na koniec zrywała z szyi szal, który cudownie układał się na scenie, jakby puentował jej występ. Niezapomniane wrażenie. Mój mąż [Tadeusz Wittlin] był entuzjastą Ordonki. Gdy pracował nad książką o niej, często rozmawialiśmy, wspominaliśmy, co nas w niej zachwycało. Moim zdaniem – szczerość. Ona niczego na scenie nie udawała. Była postacią, którą kreowała – czy to w piosence, czy w skeczu. Dużo mówi się i pisze o niej jako o pieśniarce, ale prawie wcale nie wspomina się jej ról w skeczach. Ordonówna była zdolną aktorką, która z małej roli potrafiła zrobić kreację. Dla artysty rewiowego piosenka i skecz to nie to samo. Ordonka miała powodzenie i w jednym, i w drugim rodzaju niełatwej sztuki estradowej”.

Ludwik Lawiński w wydanej w Londynie książce Kupiłem tak wspominał młodszą od niego koleżankę: „Hanka Ordonówna, mistrzyni piosenki i doskonała aktorka – w tych dwóch określeniach pragnę zmieścić wszystko, co o Hance można powiedzieć. Nie znosiła komplementów i gratulacji, napisałem więc krótko, by uszanować jej wolę. Pragnę tylko dodać, że był to pewnego rodzaju fenomen, jeśli chodzi o pamięciowe ujęcie tekstów. Tekst otrzymany o godzinie szóstej wieczorem (dwie pełne strony) mówiła o ósmej wieczorem bez suflera”.

*

Wspominając gwiazdy rewii i kabaretu tamtych lat, epoki dwudziestolecia międzywojennego, wymieniamy kilka nazwisk: Hanka Ordonówna, Zula Pogorzelska, Stefcia Górska, Zofia Terné, Mira Zimińska i Lena Żelichowska. Każda z tych pań była maestrą w swojej specjalności. Pracowały w tych samych teatrach. Lubiły się, szanowały – ale towarzyszyło tym sympatiom także uczucie zazdrości. Nie zawsze o konkretnego mężczyznę! Najczęściej o repertuar i o zachwyt publiczności.

Pogorzelska zmarła po kilku latach choroby, bardzo młodo, w 1936 roku. Ordonka czternaście lat później w Bejrucie. Żelichowska odeszła w 1958 roku na serce w San Francisco, osierocając czternastoletniego syna Andrew Norblina (dziś znanego wirtuoza gitary klasycznej). Stefania Górska po wojnie występowała jeszcze długo w teatrze Syrena. Do końca życia (zmarła w 1986 roku) cieszyła się z tantiem za muzykę skomponowaną do kilku piosenek (między innymi Naszą jest noc, Rozstanie, Głos z daleka). Terné od 1946 roku mieszkała w Londynie, gdzie przez wiele lat występowała dla polonijnej publiczności, ostatni raz na kilka miesięcy przed śmiercią w sierpniu 1987 roku. Najdłuższym życiem los obdarował Mirę Zimińską (odeszła w styczniu 1997 roku). Po wojnie, porzuciwszy występy estradowe i własną karierę, stała się „panią na Mazowszu”.

Wspominając popularne artystki rewii i kabaretu tamtego okresu, nie można nie wymienić Marii Modzelewskiej i Jadwigi Andrzejewskiej (aktorek znanych także z teatru dramatycznego) oraz Olgi Kamieńskiej, Janiny Brochwiczówny, Toli Mankiewiczówny, Niny Grudzińskiej czy Lucyny Szczepańskiej! Ale to Hance Ordonównie angielski pisarz i dziennikarz Hubert Griffith poświęcił rozdział w książce European Encounters. A Travel Note-Book5, wydanej w Londynie w 1931 roku. Autor książki widział polską artystkę w wiedeńskim Theater der Komiker. Zrobiła na nim ogromne wrażenie. To był kabaret z tak zwaną konsumpcją. Gdy „Hanka Ordonóvna” rozpoczęła występ, widownia przestała jeść, pić i palić, skupiwszy uwagę wyłącznie na niej. Wykonanie trzech utworów – Ręce, Śmierć łabędzia, Siedmiu braci – zostało przyjęte owacjami. Artystka swoim występem osiągnęła tyle – wspominał ów naoczny świadek – co cały zespół aktorów przez cały wieczór.

*

Na grobie Ordonki (od 1990 roku w Alei Zasłużonych na Starych Powązkach w Warszawie) często leżą świeże kwiaty i palą się znicze – symbol naszej o niej pamięci. Oby trwała jak najdłużej dobra pamięć o artystce i „szarlatance”, co śpiewała „piosenki ludziom na pocieszenie”, „jadąc w życie Błękitnym ekspresem, bez przystanku, do celu, przez świat”. A nasza miłość niech jej wszystko wybaczy: „kłamstwo i zdradę, i grzech…”.

Wywołajmy zza kulis wielką gwiazdę kabaretu tak, jak zapowiadał ją zakochany w niej Fryderyk Járosy:

Proszę państwa! Wystarczą dwa słowa: HANKA ORDONÓWNA!

4 Wszystkie przypisy w nawiasach kwadratowych pochodzą od Autorki.

5 Zob. Aneks 1, fragment rozdziału poświęconego Hance Ordonównie.


Nic o tobie nie wiem, skąd przywiał ciebie wiatr.

Nie znam twoich zalet ani nie znam twoich wad.

Emanuel Schlechter,

Nic o tobie nie wiem

Marysia Pietruszyńska

Nic o tobie nie wiem. Szkoda słów

1915–1924

Piosenkę Nic o tobie nie wiem Emanuel Schlechter i Henryk Wars napisali do filmu Włóczęgi w 1939 roku. Niemal wszyscy pamiętamy sugestywną interpretację Zbigniewa Rakowieckiego i Andrzeja Boguckiego. I chociaż ta piosenka nie wprost kojarzy się z Hanką Ordonówną, to jej słowa najbardziej pasują do zaproszenia Czytelników do wspólnego odkrywania tajemnic życia największej gwiazdy kabaretu w Polsce w XX wieku. Mimo zainteresowania wielu badaczy i miłośników Ordonki jej biografią niewiele wiemy o początkowym okresie życia przyszłej artystki. Urodziła się w Warszawie. Ale kiedy? Dat urodzenia Marii Anny Pietruszyńskiej znam trzy: 25 września 1902, 11 sierpnia 1904, 23 września 1905. Która jest prawdziwa? Tego nie wie nikt. Nie udało się do tej pory odnaleźć wiarygodnego dokumentu, metryki urodzenia. Gdy rozpoczęłam poszukiwania aktu ślubu Ordonówny z Michałem Tyszkiewiczem, doświadczyłam kolejnego niepowodzenia. Tadeusz Wittlin w wydanej po raz pierwszy w 1985 roku w Londynie książce Pieśniarka Warszawy. Hanka Ordonówna i jej świat, powołując się na informację, którą uzyskał bezpośrednio od bohaterki biografii, podał, że ślub odbył się 26 marca 1931 roku w kościele pod wezwaniem św. Krzyża przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Ale czy to prawda?! Legenda głosi, że uroczystość odbyła się wczesnym rankiem, w gronie zaledwie kilku najbliższych osób, po czym wszyscy udali się na śniadanie do Hotelu Angielskiego przy ulicy Wierzbowej. Szczęśliwym zbiegiem okoliczności w tym kościele z pożogi wojennej (zwłaszcza z Powstania!) ocalały księgi metrykalne. Ale nie zawierają wpisu o zaślubinach Hanki Ordonówny z hrabią Michałem Tyszkiewiczem! Dwa dni wcześniej – 24 marca – Jan Tyszkiewicz z Waki, starszy brat Michała, ożenił się z księżniczką Anną Radziwiłłówną. Zaślubiny odbyły się w archikatedrze św. Jana na Starym Mieście. Z tej uroczystości zachował się oryginalny wpis w księgach parafialnych! Z przekazów rodzinnych znamy inną datę ślubu Marii Anny Pietruszyńskiej i hrabiego Michała Zygmunta Antoniego Marii Tyszkiewicza: 30 kwietnia, a więc ponad miesiąc po ślubie brata6.

 

Ale nie wiemy, w którym z warszawskich kościołów. Być może w kościele Sióstr Wizytek pod wezwaniem Opieki św. Józefa Oblubieńca Niepokalanej Bogurodzicy Maryi w Warszawie, która to świątynia należy do parafii Świętego Krzyża. Skąd takie przypuszczenie? Ponieważ 14 czerwca 1894 roku arcybiskup metropolita warszawski Wincenty Teofil Popiel udzielił sakramentu małżeństwa rodzicom Michała Tyszkiewicza. Było to wówczas wydarzenie szeroko omawiane w prasie warszawskiej i krakowskiej. Kościół Wizytek sąsiaduje z pałacem Tyszkiewiczów, który do 1923 roku pozostawał własnością tej rodziny.


Rodzicami Marii Anny byli Władysław Pietruszyński (urodzony w 1868 roku) i Helena z Bieńkowskich, córka Franciszka i Michaliny (urodzona 12 kwietnia 1877 roku w miejscowości Gołębie). Ślub państwa Pietruszyńskich odbył się w 1895 roku w kościele św. Stanisława i Wawrzyńca na Woli. Dla porządku chronologicznego przyjęłam 1899 za rok urodzenia Marii Anny Pietruszyńskiej, popularnej Hanki Ordonówny. Uważam, że jest prawdopodobny.

Rodzina zamieszkała przy ulicy Żelaznej 68. To pierwszy znany adres prywatny przyszłej gwiazdy kabaretu. Drugi, o którym wiemy, pochodzi z zachowanego dowodu osobistego matki, wydanego 31 sierpnia 1925 roku w Warszawie – Poznańska 14.

W dokumencie odnotowana została pozycja społeczna matki – w rubryce stan cywilny: „mężatka”, w rubryce: zawód: „przy córce”, religia: „rz. katolicka”. Poznajemy też bliżej panią Helenę nie tylko dzięki fotografii, ale także rysopisowi: wzrost miała średni, oczy ciemne, usta normalne, włosy blond, twarz owalną. Posiadała znajomość czytania i pisania i władała językiem polskim. Jest jeszcze jedna ważna informacja. Otóż właścicielka dokumentu pod zdjęciem podpisała się „Pietruszyńska”, a urzędnik wypełniający dowód wpisał nazwisko „Pietrusińska”. To wyjaśnia wieloletnie wątpliwości biografów artystki, jakie było panieńskie nazwisko Hanki Ordonówny.

O jej ojcu nie wiemy prawie nic. Powtarzana bywa informacja, że Władysław Pietruszyński był kolejarzem lub tramwajarzem. Ale Stanisław Łoza, autor leksykonu Czy wiesz kto to jest?, wydanego w Warszawie w 1938 roku, w którym informacje o osobach pochodzą z wypełnionych przez te osoby ankiet, informuje, że ojciec Hanki Ordonówny (urodzonej 11 sierpnia 1904 roku w Warszawie i zamieszkałej przy ulicy Królewskiej 7 m. 9) był… inżynierem! Tu także pojawia się znana już data ślubu z Tyszkiewiczem – 30 kwietnia 1931 roku.

Oboje państwo Pietruszyńscy zmarli przed wybuchem drugiej wojny światowej.

*

Podobno od szóstego roku życia Marysia chodziła do szkoły baletowej przy Teatrze Wielkim. Na pewno uczestniczyła w pokazie szkolnym kończącym jej edukację baletową wiosną lub latem 1915 roku7.

Kolejną niewiadomą jest zawodowy debiut artystki. Konrad Tom w artykule wspomnieniowym, ogłoszonym w londyńskim „Dzienniku Polskim i Dzienniku Żołnierza” 20 września 1950 roku, pisał:

„Sztuka aktorska jest palcem po wodzie pisana, aktora którego traci się z oczu – traci się i z serca. Już w ostatnich latach fascynująca sylwetka Ordonki zatarła się w wyobraźni ogółu. Nieliczni tylko jeszcze interesujący się gasnącą gwiazdą, wiedzieli, że w Libanie walczy z nieubłaganą chorobą. I oto ponura wieść o jej śmierci poruszyła znów wyobraźnię dawnych wielbicieli tego samorodnego, wielobarwnego talentu. Jak gdyby po skończonym, świetnie odegranym widowisku podniosła się raz jeszcze kurtyna i na chwilę ukazała się nam dawna Hanka Ordonówna. Potrząsnęła płową czupryną barwy mazowieckiego żyta, przymrużyła po szelmowsku chabrowe oczy i dygnęła z wdziękiem porcelanowej markizy. Złożyła nam ostatni pożegnalny ukłon… Może nieraz jeszcze wywołamy ją w naszych wspomnieniach, ale – prawa sceny są nieubłagane – po pewnym czasie musi zapaść żelazna kurtyna, kurtyna niepamięci… Wokoło postaci Ordonki, jednej z najpopularniejszych aktorek jej rodzaju, wytworzyła się jaskrawa i chaotyczna legenda. Niewątpliwie w tych gadkach było sporo i plotki, i swoiście pojmowanej publicity, ale też nad podziw barwne życie Ordonki, jej bujny temperament, sposób bycia pełen ekscentrycznych odruchów i nieposkromionej fantazji – były ponętnym tematem. Ale prawdziwa Ordonka była o wiele ciekawsza od anegdotek i legend. W ciągu długich lat wspólnej pracy, od warszawskiego Mirażu8 do ostatnich jej występów już w Palestynie, a więc (dyskrecja już nie obowiązuje mnie – niestety) od 1915 r. aż po 1945 r. – nauczyłem się rozróżniać dwie Ordonki. Nie wdaję się w ocenę jej talentu – oceniła go publiczność. Była ulubienicą, gwiazdą. Nie próbuję też definiować jej sztuki – bo we wszystkim osiągała świetne sukcesy. Była pieśniarką, diseusą, tancerką, aktorką dramatyczną, filmową… Miałem zawsze wrażenie, że gdyby się po swojemu zawzięła, doszłaby do szczytów jako skrzypaczka, akrobatka czy woltyżerka. Publiczność znała ją jako delikatną, wątłą osóbkę, kapryśną i raczej bierną. Myśmy znali ją lepiej – to był żywioł, uosobienie dynamiki, energia atomowa. Hanka była wzorem wytrwałości i pracy. (…) Niespożyta siła witalna Hanki Ordonówny wywracała wszystkie przeszkody na drodze do kariery. Zapałem czy też zawzięciem się mogła pokonać najtrudniejsze zadanie, opanować na poczekaniu każdy tekst, ułożyć każdy taniec. Był to fenomen mnemotechniki i szybkiej orientacji. Miała z natury nieskazitelną dykcję, giętkość głosu, poczucie rytmu, plastyki. Nikt jej nie uczył teatru, dopiero znacznie później tamten lub ów reżyser doszlifowywał ten wspaniały diament. Intuicja prowadziła ją nieomylnie, a skupiona siła wewnętrzna dawała przedziwną sugestywność jej interpretacji. Błahe w gruncie rzeczy piosenki nabierały blasku i głębi, docierały do wyobraźni słuchacza i pozostawały w niej długo. Mała rzeczka Manzanares, Ballada o MacDonaldzie, Kniaginiuszka, Uliczka w Barcelonie czy sto innych piosenek utrwaliło się w pamięci tłumów nie dzięki autorowi, kompozytorowi. Wmówiła je w nas Ordonka. Fantazja nieraz dodawała jej skrzydeł na scenie i była natchnieniem dla autorów. Dynamiki tej kobiety nie osłabiły ani lata, ani przejścia osobiste. Szukała dla niej ujścia do ostatnich chwil swego życia. (…) W mojej osobistej pamięci Ordonka pozostanie pewnie taką, jaką zastałem ją w Palestynie [w 1943 r.]: żałosną garsteczką popiołu, w której niesamowitym blaskiem żarzyły się jeszcze iskierki zapału. Chciałbym bardzo, żeby w pamięci ogółu pozostała jak najdłużej świetną, promienistą gwiazdą, Ordonką ze starej budy Qui pro Quo. Składam tę skromną wiązankę wspomnień na jej tułaczej mogile z bolesnym przeświadczeniem, że odeszła na zawsze nieprzeciętna jednostka, dobra Koleżanka i zasłużony członek naszej teatralnej społeczności”.

*

Kim zatem była kobieta, która „wmówiła w nas piosenki”? Znakomite, a czasem słabsze, które w innym wykonaniu straciłyby walor sztuki. Kilkanaście ważnych. I wiele znaczących mniej. Nie wszystkie utwory wykonywane przez Ordonkę przez prawie trzydzieści lat zawodowej kariery zasługiwały na najwyższe oceny za teksty lub muzykę. Częściej, zwłaszcza w początkowych latach, śpiewała piosenki bardzo słabe, chociaż ich autorami bywali znani poeci. Zdarzało się, że mierny tekst (na przykład Mam chłopczyka na Kopernika Tuwima) zyskiwał dzięki znakomitej interpretacji wykonawczyni. Z ponad stu znanych (dzięki nagraniom płytowym i zachowanym wydawnictwom nutowym) piosenek Ordonówny do naszych czasów – głównie dzięki cudem ocalałym zrekonstruowanym archiwalnym nagraniom – przetrwało ponad czterdzieści, może pięćdziesiąt! Ale wymienianych jako najbardziej popularne bywa dziesięć tytułów!

Niepowtarzalny głos, znakomita dykcja, oryginalna interpretacja – to cechy charakterystyczne niemal wszystkich przebojów w wykonaniu Hanki Ordonówny. Świadczą o tym nagrania utrwalone na płytach różnych wytwórni fonograficznych. Ona nie śpiewała piosenek, ona była piosenką! Piosenki tworzone specjalnie dla niej przez Leona Łuskino, Mariana Hemara, Andrzeja Własta, Juliana Tuwima, Konrada Toma, Jana Lechonia, Emanuela Schlechtera, Jerzego Jurandota i innych autorów stawały się szlagierami już w dniu prapremiery w teatrze Qui pro Quo, Bandzie, Cyruliku Warszawskim.

Należy pamiętać, że w dwudziestoleciu międzywojennym przeboje teatralne przynosiły dodatkowy dochód twórcom piosenek (ale i monologów, duetów w skeczach) ze sprzedaży płyt gramofonowych i wydawnictw nutowych. Zdarzało się, że piosenka w dniu premiery teatralnej (lub wkrótce po niej!) miała także swoje równoległe życie na płycie lub w wydawnictwie nutowym.