Przełęcz Diatłowa

Tekst
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Poświęcam dziewięciorgu

Kto wie, nie mówi.

Kto mówi, ten nie wie.

(Laozi)

„Przyciąga nas to, co dręczy nasze sumienie”

To prawdopodobnie najdziwniejsza historia, jaka wydarzyła się na Uralu w dwudziestym wieku.

W lutym tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego dziewiątego roku grupa studentów Uralskiego Instytutu Politechnicznego przeszła przez przełęcze niewysokiego, choć surowego Uralu Północnego. Szli trasą o najwyższym stopniu trudności, a prowadził ich kolega Igor Diatłow. W grupie były dwie dziewczyny. Droga przebiegała spokojnie, zgodnie z harmonogramem. Wszyscy byli profesjonalistami. I nagle katastrofa. Podczas jednego z noclegów, wieczorem, już po zmierzchu, zdarzyło się coś na tyle strasznego, że przeraziło doświadczonych, zahartowanych podróżników, którzy potrafili przetrwać w każdych warunkach choćby z jednym nożem.

Rozpruli namiot, porzucili wszystko i wybiegli na mróz tak, jak stali – niektórzy ubrani, inni w samych skarpetkach. Zbiegli po zboczu, niosąc troje rannych przyjaciół… Po kilku kilometrach wzięli się w garść, zatrzymali i zaczęli zastanawiać, jak przetrwać noc bez ciepłej odzieży, bez latarek i toporów, z rannymi…

Nikt nie ocalał. Ani jedna osoba nie doczekała świtu. Ale wszyscy, którzy nie stracili przytomności, walczyli o siebie i pozostałych jak lwy. A martwe śniegi płaskowyżu zachowały dynamiczne pozy ludzi czołgających się do opuszczonego namiotu.

Szukano ich długo, szukano ich z rozmachem – śmigłowcami i w grupach narciarzy. W końcu znaleziono. A przełęcz u stóp Góry Umarłych została nazwana Przełęczą Diatłowa.

Do tej pory nie jest jasne, co wydarzyło się tamtej lutowej nocy na odległej śnieżnej przełęczy. Wersji jest całe mnóstwo. Upadek rakiety i atak więźniów zbiegłych z pobliskiego łagru, pijacka bójka o dziewczynę i zemsta dawnych bóstw, próba bomby sodowej i śmiercionośne infradźwięki spowodowane wirowaniem wiatru wśród skał. Zagadkę potęguje to, kim były ofiary: młodzi, silni, rozsądni, stanowczy, doświadczeni, zgodni, sumienni. Elita budowniczych komunizmu.

Tragizm historii grupy Igora Diatłowa kryje się oczywiście w śmierci młodych ludzi. Jej dramat zaś w tym, że zginęli właśnie ONI. W tamtych czasach przeszliby selekcję do oddziału kosmonautów, a dziś wygraliby każdy bezlitosny casting do wszystkich szałowych telewizyjnych show. Okazało się jednak, że los, niczym pogański tyran, posłał najlepszych chłopców i najlepsze dziewczęta na rzeź w ofierze dla Minotaura.

Niesprawiedliwie.

Od ponad sześćdziesięciu lat poczucie niesprawiedliwości wzmaga fakt, że przyczyna ich śmierci pozostaje nieznana. Gdyby to był Minotaur, można by jeszcze zrozumieć – to żarłoczna bestia. Ale jaka bestia przyjęła ofiarę z ludzi na stokach Chołatczachl, Góry Umarłych?

Poczucie niesprawiedliwości dotyczące tej zagadki jest też głównym napędem powieści Anny Matwiejewej. Rozwiązanie rozwiązaniem, jednak najczęściej to właśnie poszukiwanie odpowiedzi stanowi cel sam w sobie. Aby go osiągnąć, zaczyna się corps de ballet teoriami konspiracyjnymi, żonglerkę faktami, akrobacje domysłami.

Gra rozumu wypiera ból duszy. Przy czym, po rozpadzie Związku Radzieckiego, Anna Matwiejewa napisała książkę o diatłowcach jako PIERWSZA. To ona wyznaczyła sposób prowadzenia śledztwa: „Przyciąga nas to, co dręczy nasze sumienie”. Miłośnicy cudów zlekceważyli priorytety Matwiejewej. Kierowały nimi bowiem tylko żądza krwi i prostackie wścibstwo.

Anna Matwiejewa znajduje rozwiązanie zagadki. Jakżeby inaczej. Jednak równolegle do pracy z dokumentami tworzy inny wątek. „Śledztwo” prowadzi główna bohaterka, młoda kobieta, która przez zbieg okoliczności zajęła się i zainteresowała historią grupy Diatłowa. Dookoła „liche dziewięćdziesiąte”. A bohaterka odczuwa dyskomfort nie z powodu braku pieniędzy, a przez duszącą biurokratyczną zmowę milczenia wokół sprawy Diatłowa.

Życie zadaje bohaterce bolesny cios: porzucił ją ukochany, posprzeczała się z przyjaciółką. Jednak facet zrozumiał, że popełnił błąd. I zaczął powolutku wiązać nierozsądnie zerwane nici, odbudowywać związek. W książce Matwiejewej jednocześnie, i jakby współzależnie, poprawia się los bohaterki i opadają pokryte pleśnią całuny skrywające tajemnicę grupy Diatłowa.

Do czego to Annie Matwiejewie potrzebne?

Powieść to nie reportaż. Zbiór dokumentów przeznaczony jest dla zainteresowanych tematem, powieść – dla wszystkich. Powieść wymaga od czytelnika reportażu, a raczej dokumentów, empatii. Umiejscawiając swoją bohaterkę wśród „diatłowskich” archiwów, Matwiejewa sprawia, że historia diatłowców staje się częścią losów bohaterki. Czując wobec niej empatię, czytelnik czuje empatię również wobec diatłowców: współczucie działa jak echo. Prostota tego literackiego zamysłu czyni go złożonym.

Oczywiście pozostaje kontrast między dwiema składowymi powieści: historiami diatłowców i bohaterki. Ta podwójność wprowadza dystans i tworzy efekt stereo, który jest konieczny, żeby zrozumieć to, co się stało. Tragedia diatłowców należy do historii, ale ich dramat jest aktualny tu i teraz. Kontrast pozwala dostrzec ów nieoczywisty, lecz niezwykle ważny sens dramatu. Matwiejewa zamienia tragedię w dramat, bo tak powinno być. W tragedii się przysięga, w dramacie płacze; w tragedii zaciska się pięści, w dramacie boli serce; tragedia ma miejsce teraz, dramat dzieje się zawsze.

Ostatecznie tragedia jest dla tych dziewięciorga, którzy w odległym tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym dziewiątym roku, nie wiedząc, co ich czeka, wyszli w posępne i mistyczne góry Uralu Północnego. A dramat jest dla pozostałych, litujących się nad tymi, którzy odeszli.

Aleksiej Iwanow

Od autorki

Wydarzenia, o których mowa w tej książce, są prawdziwe. Wszystko to naprawdę miało miejsce. Zagadkowa śmierć dziewięciorga turystów wstrząsnęła Swierdłowskiem, chociaż w tysiąc dziewięćset pięćdziesiątym dziewiątym roku poza mieszkańcami miasta mało kto o niej wiedział. Resorty wojskowe i partyjni przywódcy przejęli nad wszystkim kontrolę. Jednak tragedia nie przestała fascynować ludzi.

Otoczona tajemnicą, do dzisiaj nie daje spokoju nawet tym, którzy dalecy są od turystyki i nigdy w życiu nie byli na Uralu. Odkąd moja powieść została opublikowana po raz pierwszy (a trzymacie w rękach tłumaczenie już szóstego wydania), pojawiły się nowe opracowania, książki, filmy. Czasami mam wrażenie, że zainteresowanie diatłowcami jest nadmierne, że najwyższy czas zostawić dusze młodych ofiar w spokoju… W tym, że tragedia na przełęczy zamieniła się w „święto wspólnego nieszczęścia”, widzę też trochę swojej winy. Niestety, prawda wciąż pozostaje nieodkryta, sprawa nie została zamknięta. Nie da się powiedzieć: „Tak, teraz już wszystko jasne, pokój ich duszom”.

W swojej książce chciałam pokazać historię z tysiąc dziewięćset pięćdziesiątego dziewiątego roku oczami człowieka, który żyje tą tragedią przez wiele lat. Moim celem nie było odkrycie strasznej tajemnicy Góry Umarłych. Ten cel wyznaczyłam Tobie, Drogi Czytelniku. Ja tylko postarałam się zrobić wszystko, aby ułatwić Ci zadanie.

Dokumenty wykorzystane w książce zostały przytoczone w oryginale, czasami w nieco skróconej formie. Współcześni bohaterowie są fikcyjni, chociaż niektórzy mają pierwowzory.

Ludziom, którzy byli osobiście związani z poszukiwaniami i podzielili się ze mną wspomnieniami o zmarłych oraz swoimi wersjami wydarzeń, składam serdeczne podziękowania za wierną przyjaźń i dążenie do przywrócenia sprawiedliwości. Przepraszam też za momenty, w których nasze opinie się rozmijają.

I jeszcze muszę was uprzedzić, że to naprawdę straszna lektura. Niczego nie wyolbrzymiłam, nie było takiej potrzeby. Historia grupy Diatłowa jest wystarczająco straszna. Niektórzy wyznali mi, że dążąc do rozwiązania zagadki, nie od razu dostrzegli, iż zaczęło się z nimi dziać coś dziwnego. Nie ma w tym żadnej mistyki, być może to jedynie zbieg okoliczności.

Dla czytelników, których interesują wyłącznie dokumenty, wyznaczyłam w książce specjalny szlak: unikajcie podstawowej czcionki.

Anna Matwiejewa

CZĘŚĆ PIERWSZA

PRZY ŚWIETLE DZIENNYM I SŁONECZNEJ POGODZIE

Rok 1999

W moim mieszkaniu jest bardzo zimno.

Termometr pokojowy pokazuje jedenaście stopni. Wyobraźnia domaga się niedźwiedzich skór i szorstkich rąk, które łamią przy ognisku niedopieczone kości. I żeby odblaski płomieni pełgały po brodatych twarzach. Obowiązkowo.

Jest połowa listopada, zaczyna się tradycyjna uralska rozrywka: bitwa o ciepło. Aż do marca będę kopniakami zmuszać się do wejścia w lodowate poranki. Kot miękko wskakuje na parapet i przygląda się czemuś, co tylko on zna i zauważa za oknem, gdzie jest jedynie czarne powietrze i śnieg chrzęszczący jak kapusta.

Nie walczę z zimnem w moim mieszkaniu, nie narzekam. To bez sensu. Powiedzą, że nasz burmistrz to złodziejaszek, a ja zaczynam marznąć już na samą myśl, że temu łajdakowi jest ciepło. Jeszcze oznajmią, że nowe budownictwo rzadko jest ocieplane, a mój blok jest nowy, ma dopiero pięć lat. Do tego wadliwe kaloryfery i okna, których nie da się uszczelnić.

Ratuję się sztucznym ciepłem grzejnika, niezliczonymi kubkami herbaty i czekam na wiosnę.

 

Tak można żyć, można czekać. Tylko że ostatnio coraz częściej śni mi się wciąż jeden i ten sam sen. Jak w filmie: widzę wysokie gęste zaspy, czarne świerki, mizerne powykrzywiane brzózki. I jeszcze, w przedostatnim roku tysiąclecia, dolatuje do mnie świst śmiertelnego, morderczego wiatru i jakby jego ciche echo – ciężki oddech zamarzającego człowieka. Drobinki śniegu na zaczerwienionej twarzy, zesztywniałe dłonie. Zamknięte oczy.

Wieczorem sprawdzam, czy wszystko pozamykane. Żyjemy w takich czasach, że zasuwy i kraty to nasi najlepsi przyjaciele. Delikatnie pociągam za klamkę, a następnie, na wszelki wypadek, wyglądam przez wizjer.

Za drzwiami stoją ludzie. Cicho, bez ruchu. Małe szklane oczko judasza zniekształca ich twarze, ale widzę, że się uśmiechają. Dwie dziewczyny i kilku mężczyzn. Wszyscy w narciarskich spodniach i wodoodpornych kurtkach.

– A wy do kogo? – pytam.

Milczą.

Zauważam oparte o ścianę narty. Gdzie ich wywiało w taką pogodę? Zwariowali.

Kot wije się wokół moich nóg niczym piskorz. Na piętrze jest pusto. Otwieram drzwi. Czuć delikatny zapach papierosów, a obok wycieraczki leży śnieg.

1.

Rano ktoś zaczął walić do drzwi z taką siłą, jakby zabijał gwoździami trumnę. Ze mną w środku. Spojrzałam na zegarek – było wpół do ósmej, co za gadziny! – i wyskoczyłam z ciepłego azylu pościeli.

– Aniu, otwieraj, prędzej! – usłyszałam jeszcze w drodze do drzwi.

Dopełnieniem były płacz, krzyki i inne składowe zbiorowej histerii, która całkowicie unicestwia początkową irytację osoby wyrwanej ze snu.

Na piętrze, gdzie wczoraj byli narciarze, stała w towarzystwie jakichś ludzi moja sąsiadka Ira.

– Aniu, wpuść mnie, muszę zadzwonić. Emil Siergiejewicz nie żyje.

Ira załkała i zaczęła mówić szybciej. Z jej opowieści zrozumiałam niewiele, jak zawsze się zagalopowała.

Kiedy dzwoniła z mojego telefonu po karetkę, na milicję i do zakładu pogrzebowego, wyszłam na klatkę schodową i mijając współczujące plecy sąsiadów, poszłam do jej mieszkania.

Jej teść, Emil Siergiejewicz, leżał na podłodze. Potknęłam się spojrzeniem o nienaturalnie wyprostowane nogi w kapciach poprzecieranych na palcach.

– Serce – powiedział ktoś cicho za moimi plecami.

O tym, że Emil Siergiejewicz choruje, wiedziałam od dawna. Był miłym seniorem, wcale nie takim starym. Z tego, co zrozumiałam, przeszedł na emeryturę cztery lata temu. Bardzo lubił czytać i nieustannie pożyczał ode mnie książki. A ja, wbrew swoim zwyczajom, chętnie mu je dawałam, chociaż nie lubię, kiedy obce ręce dotykają moich rzeczy. Emil Siergiejewicz był bardzo skrupulatny i zawsze oddawał książki obłożone w „Literaturną Gazietę”.

Zmarły wyglądał poważnie, nawet pięknie. Zupełnie inaczej niż za życia.

Ira trzasnęła drzwiami.

– Anka, co ty tu robisz? Przecież twoje mieszkanie stoi otwarte! – A kiedy znowu zobaczyła Emila Siergiejewicza, dodała: – Oj, co to teraz będzie?

Zdenerwowanie Iriny można było zrozumieć. Teść był jedynym oparciem dla niej i jej małego synka. Żyli z jego emerytury i dodatkowych zleceń, nie wiem dokładnie jakich.

– No nic. – Ira otarła łzy. – Przynajmniej śmierć miał lekką.

„I co z tego?”, przyszło mi do głowy. Na głos zaś powiedziałam:

– Ira, tak bardzo mi przykro. Mogę ci jakoś pomóc?

Odpowiedziała, że nie, dziękuje. I że jak niby mogę teraz pomóc.

Wychodząc, postanowiłam jednak zapytać:

– Wiem, że to zupełnie nie w porę, ale… nie widziałaś wczoraj grupy narciarzy na klatce schodowej?

Ira w milczeniu pokręciła głową i ponownie wycofała się w swoje nieszczęście, jak do głębokiej jamy.

Nie byłam na pogrzebie Emila Siergiejewicza. Musiałam lecieć do Moskwy w sprawie mojej książki i nie mogłam odwołać tego spotkania. Leciałam samolotem nad zaśnieżoną ziemią i wyobrażałam sobie, jak na cmentarzu Szirokorieczeńskim trumna opada do grobu. Obok stoi nagrobek jego syna, męża Iriny, którego zabiły na ulicy pijane małolaty. Na śniegu przed bramą leżą świerkowe gałązki.

A kiedy po czterech dniach wróciłam, przeklinając wszystko i wszystkich, bo spotkanie okazało się całkowicie bezsensowne – wydawnictwo nie chciało powieści, co równie dobrze mogli powiedzieć mi przez telefon – Iriny nie było w mieszkaniu.

– Pojechała do matki do Sierowa razem z synkiem – wyjaśniła Nadieżda Gieorgijewna spod dziewięćdziesiątkipiątki. – Powiedziała, że mieszkanie wynajmie. Nie wiem, Anka, kto tu będzie chciał zamieszkać. I że ona się nie boi, meble tam przecież zostawiła i dywan…

Dywan i meble Iriny to nic specjalnego, ale Nadieżda Gieorgijewna mieszka znacznie biedniej, więc nie ma porównania.

Poza tym w mieszkaniu Iriny jest zimno, zupełnie jak u mnie. A przecież ona ma jeszcze dziecko!

Odwróciłam się od Nadieżdy Gieorgijewny, żeby w końcu otworzyć drzwi, ale staruszka powiedziała:

– Aniu, wejdź do mnie.

Jeszcze z torbą podróżną – pełna kultura! – poszłam do zaniedbanego mieszkania pod numerem dziewięćdziesiątym piątym. Nieprzyjemnie pachniało starością: mieszaniną leków, starej skóry, lichego jedzenia i noszonych od kilku dni wełnianych skarpet.

Za to Nadieżda Gieorgijewna miała pomalowane usta.

Wyciągnęła grubą teczkę wypchaną papierami i dwie duże pogniecione koperty koloru tektury, przedarte wzdłuż brzegów.

– Irka kazała ci to przekazać. Emil Siergiejewicz zawsze siedział nad tymi papierami i mówił, że trzeba by się poradzić Anny, wszak to pisarka, ale się wstydził. Irka mówi, że teraz te papiery nadają się tylko do wyrzucenia, ale a nuż ci się do czegoś przydadzą.

2.

Weszłam do doszczętnie wyziębionego mieszkania. Kocur pędem rzucił się mnie przywitać, pazury ślizgały mu się po parkiecie. Obrócił się dookoła własnej osi i aż sam się przestraszył, opuścił uszy.

– Nie zapomnieli cię nakarmić, Schumi?

Rzuciłam teczki i koperty Emila Siergiejewicza na fotel i poszłam do kuchni wstawić wodę. Zabawne, że kiedyś stawiało się czajnik na kuchence, a teraz wystarczy wcisnąć guzik.

Za plecami usłyszałam pacnięcie i przeciągły szelest. Schumacher wskoczył na oparcie fotela.

Zawartość teczki i kopert leżała na podłodze niczym jeszcze jeden dywan. Dokumenty wystukane na starej maszynie do pisania „Moskwa”, kartki zapisane przez kalkę różnymi charakterami pisma, kserokopie map i rysunków, wycinki prasowe skserowane tak, że pośrodku śnieżnobiałej kartki przebijały niewyraźne notatki, kiepskiej jakości fotografie i około dwustustronicowa zszywka (to ona tak dźwięcznie pacnęła o podłogę).

Podniosłam ją. Wyblakły czarno-biały wydruk był którąś z kolei kopią, najwyraźniej niekompletną. Wielu stron brakowało, a po ósmej od razu następowała dwudziesta piąta.

SPRAWA KARNA NR __

Decyzja o umorzeniu śledztwa

W SPRAWIE ŚMIERCI TURYSTÓW

W OKOLICACH GÓRY OTORTEN

Wszczęto … 1959 r.

Zakończono … 1959 r.

Na chybił trafił (i najwyraźniej trafnie) otworzyłam teczkę.

Okoliczności sprawy:

23 stycznia 1959 roku samodzielna grupa turystów składająca się z 10 osób wyruszyła na wyprawę narciarską po trasie Iwdel – góra Otorten. Od Obozu Północnego nr 2 na wyprawę narciarską wyruszyło 9 osób. 1 lutego 1959 roku grupa zaczęła wspinaczkę w kierunku góry Otorten, a wieczorem rozbiła namiot u podnóża szczytu 1079.

Nocą 2 lutego w niewyjaśnionych okolicznościach nastąpiła śmierć wszystkich 9 osób[1].

Następnym dokumentem w „Sprawie” było zdjęcie narciarzy, którzy stali pod moimi drzwiami w poprzedni piątek. Dwie pucułowate dziewczyny – brunetka i blondynka, wesoły chłopak w kapeluszu i jeszcze jeden, o odrobinę skośnych oczach (podobają mi się takie oczy i tacy chłopcy)… Minęło przecież czterdzieści lat! I nawet gdyby założyć, że oszalałam, a to jedynie halucynacje, nie rozumiem, czego mogliby ode mnie chcieć ci narciarze. Nie jestem turystką, nawet nie lubię przyrody. Nigdy nie spałam pod namiotem ani nie byłam na nartach i co najważniejsze, mam dopiero trzydziestkę, nawet ich nie znałam. Nie mogłam znać!

Jeszcze raz (teraz od początku) otworzyłam kopię akt śledztwa i zaczęłam czytać wszystko po kolei.

Prokuratura

Rosyjskiej Federacyjnej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej

Do Prokuratora Obwodu Swierdłowskiego

Państwowego Radcy Sprawiedliwości 3-ciej klasy –

Tow. Klinowa N.

(osobiście)

Zwracam akta umorzonego postępowania karnego dotyczącego śmierci turystów Diatłowa i innych.

Załączniki:

1. Akta Sprawy w 1 tomie.

2. Album.

3. XXXXXXXXXXXXXXX[2]

Zast. prokuratora RFSRR

Państwowy radca sprawiedliwości 3-ciej klasy

(Urakow)

Następnie był odręczny dopisek kursywą. Tak podpisują swoje książki dumni pisarze:

t. Rogowoj J.I.

zgodnie z zaleceniem N.I. Klinowa prosi się o przechowywanie w tajnym archiwum,

dokumenty przechowywać w zakładzie Sielsowietu

11/VII 59 r.

Postanowiłam jednak napić się herbaty. Ostatecznie teczki i te dziwne dokumenty donikąd nie uciekną. Poza tym musiałam się zastanowić, co to za cuda się ze mną wyprawiają. Kiedyś pomagał mi zebrać myśli papieros (tak naprawę przeszkadzał, wszak od palenia się głupieje, serio), teraz pozostała tylko herbata.

I nagle zdarzyło się, co następuje. Zaczęło mi krążyć po głowie sześć cyfr. Jak piosenka: osiem-pięć-jeden-cztery-dziewięć-dwa. Krążyły i krążyły…

Cyfry były różne, żadna się nie powtarzała.

Numer indeksu?

Kod?

Czas się leczyć?

Zadzwonił telefon.

Telefon!

Podniosłam słuchawkę, ale to była pomyłka. Prosili o Jewgienię Iwanownę. Pomyślałam wtedy: „Przecież osiem to rozmowa międzymiastowa, nie może być takiego numeru…”.

Ale i tak go wykręciłam. Usłyszałam radosny infantylny głos:

– Gratulacje! Dodzwonił się pan do radia „B-moll” jako pierwszy!

– Pierwsza – poprawiłam machinalnie. – I co teraz? Po co się do was dodzwoniłam…?

– Wygrała pani nasz konkurs, teraz trzeba odebrać fantastyczną nagrodę!

W słuchawce coś nagle zaburczało, rozległy się dzikie okrzyki.

– Kiedy ja w ogóle nie chciałam brać udziału w waszym konkursie.

Infantylny głos zaśmiał się z wyraźnym niedowierzaniem.

– Proszę zapisać adres!

Posłusznie chwyciłam długopis. Bijąca się z myślami inteligentka, nie ma nic gorszego.

3.

Kiedy długo nie piszę, rozwija się u mnie ostra toksykoza słowna. Słowa kisną we mnie jak niewykorzystane mleko w piersiach mamki. Zaczynam chorować i szafuję trafnymi, moim zdaniem, porównaniami. Toksykoza przechodzi, gdy tylko mam dostęp do komputera, notatnika, w najgorszym razie do czyichś uszu (chociaż w tym wypadku literatura światowa nie może liczyć na mój wkład: to, co powiedziane, przestaje mnie interesować). Tym razem toksykoza się przeciągnie. Nie dość, że w Moskwie nie wyszło, to w domu też wszystko nie tak: halucynacje, dziwne dokumenty i jeszcze jakaś idiotyczna nagroda!

Przynajmniej rozgłośnia nadawała z sąsiedniej ulicy. Może i dobrze wybrać się na spacer, chociaż jest tak zimno! Schumacher wyraźnie prognozował paskudną pogodę – zwinął się na kanapie w puszysty precel i schował nos w łapki.

Czasami żałuję, że nie jestem kotem. Możesz przespać sześćdziesiąt procent życia i nikt nie nazwie cię darmozjadem. Poza tym ludzie, którzy nie lubią kotów, zawsze okazują się podli, a nawet jeśli nie, to i tak nie warto się z nimi zadawać. Przeżyłam to na własnej skórze. Za to dobrzy ludzie zawsze mają kotkę albo kota. To też sprawdziłam.

Potargałam Schumacherowi grzywkę i zaczęłam się ubierać. Kotom to dobrze, mają jedno futro na całe życie!

Na dworze było znacznie cieplej niż w domu. Chłodne powietrze wkradało się jednak ochoczo w rękawy i za kołnierz, a lodowate płatki śniegu siekły po twarzy niczym tłuczone szkło, które starożytni truciciele dosypywali do jedzenia swoim wrogom. Nawet nie zdążyłam zmarznąć. No, może oprócz nosa.

 

– Ja do radia „B-dur”, przyszłam po nagrodę – zameldowałam się zwięźle wartownikowi o siwych brwiach, który z zaciekawieniem studiował mój czerwony nos.

– Dziewczyno – zganił mnie wartownik – radio nazywa się „B-moll”. Dur to coś zupełnie innego, dur brzmi radośnie, nie smutno.

Westchnął tak tęsknie, jakby od dawna brakowało mu tonacji dur, a następnie nabazgrał coś na kartce i kurtuazyjnie wskazał mi windę.

– Proszę nie zapomnieć o podpisaniu przepustki!

Winda jechała do mnie ze zgrzytem okratowania i wyciem maszynerii. Budynek był stary, zbudowany przez triumfatorskich Niemców, w związku z czym napisy w windzie były w dwóch językach – po rosyjsku i niemiecku.

Winda to po niemiecku Fahrstuhl – „jadące krzesło”.

Tylko dlaczego „krzesło”, skoro w windzie się stoi…?

Białe drzwi, za którymi rezydowały infantylne głosy, były zamknięte na specjalny zamek z kodem, którego oczywiście nie znałam. Nikt mi go nie podał. Westchnęłam i nacisnęłam klamkę. Cisza.

– Jedzą obiad.

Na przedwojennym krześle siedziała chudziutka dziewczyna, podobna do przebiegłej lisiczki.

– Jestem Swieta – powiedziała. – Kazali mi przyjść po nagrodę, chociaż to była pomyłka. Dzwoniłam nie do nich, a do mamy. Chciałam się wymigać, ale wszyscy są tu tacy stanowczy!

– U mnie to samo. – Swieta uniosła brew, a ja się zmitygowałam. – Ania. Piszę książki.

Swieta uśmiechnęła się, co sprawiło, że przypominała lisiczkę jeszcze bardziej.

– A ja właśnie szukałam pisarza, żeby…

Nagle się zawstydziła.

– A ty czym się zajmujesz? – zmieniłam temat. Swieta była jedną z tych osób, którym od razu chce się mówić na „ty”. Nie zdarza się to zbyt często. Zazwyczaj trafiam na coś wręcz przeciwnego. Ludzie, których spotykam, są jak antytezy Swiety. Nalegają, żeby przejść na „ty”, a mnie przychodzi to z trudem, szczególnie z nimi. W rezultacie często wyrwą mi się jeszcze „pan” albo „pani”, a antytezy Swiety czują się urażone.

– Studiuję – powiedziała. – Na Wydziale Historycznym. Ale to nie jest najważniejsze… Ja… interesuję się… turystyką.

Musiałam nadać twarzy nieprzenikniony wyraz.

Nigdy nie przepadałam za turystami. Po pierwsze, nie rozumiem, skąd biorą tyle sił, żeby wędrować z balastem ciężkich plecaków na nieprawdopodobne odległości. Po drugie, nie wiem, jaki mają w tym cel. Przecież dużo przyjemniej jest leżeć pod kocem z książką, kotem i butelką czerwonego wytrawnego wina. I, co najważniejsze, mam niezachwianą pewność, że pasjonaci turystyki też nie zrozumieją mojego leniwego stylu życia. Widząc go, na pewno zaczęliby wymieniać porozumiewawcze spojrzenia i pochrząkiwać.

Jeszcze do tego mój tata jest superturystą. To dowódca wypraw, myśliwy i rybak z czterdziestoletnim stażem. W dzieciństwie zabierał mnie na eskapady do lasu. Grzecznie pokonywałam jakieś dwieście metrów, po czym siadałam w trawie i zaczynałam lamentować wniebogłosy:

– Do dooooomu! Góóóóówno!

O co chodziło z tym ostatnim, nie wiadomo. Mama mówiła, że sama musiałam się gdzieś tego słowa nauczyć, a tata srodze się obrażał. Sadzał mnie na pieńku, dawał książkę Uspienskiego o granatowych ludzikach i gałązkę, żebym mogła opędzać się od komarów. Wtedy dało się jeszcze jakoś wytrzymać. Po dwóch czy trzech takich eskapadach tata uznał, że umywa ręce, i odmówił dalszych leśnych przygód w moim towarzystwie. Tym sposobem wyrosłam na mieszczucha.

I oto teraz natknęłam się na prawdziwą turystkę, która na dodatek szuka pisarza…

– Swietka, a po co ci pisarz? – natarłam ponownie z wdziękiem czołgistki.

Swieta wzięła się w garść (widać, że była nieco lękliwa) i zaczęła:

– Przed czterdziestu laty na północy Uralu zginęła grupa turystów. Grupa Diatłowa. Dziewięć osób.

Nagle uchyliły się drzwi, a w szczelinie ukazał się uśmiech.

– Witajcie, witajcie! – powiedział uśmiech.

Drzwi otworzyły się szerzej i przed nami wyrosła wysoka androgyniczna istota. Swieta również się uśmiechnęła, a istota odwróciła się w stronę gabinetu i wykrzyknęła patetycznie:

– Przybyli nasi zwycięzcy!

Rozległ się gwar, Swieta zaś szepnęła:

– Najwyraźniej nikt już do nich nie dzwoni. Dobrze, że przyszłyśmy, jakoś tak mi ich żal. Przecież tu pracują ludzie.

Zostałyśmy uroczyście wprowadzone do pokoju, gdzie istota (zauważyłam, że ma lekki, prawie ładny garbik, a jej uszy są podobne do czerwonych pomarszczonych plasterków suszonych jabłek – najwyraźniej istota nieco się odmładzała) szczodrze nalała koniaku do dwóch kieliszków.

– Dziękuję, ale prowadzę – odmówiła Swieta.

– Och! – ucieszyła się istota i jednym haustem wypiła koniak. Skosztowałam (dokładniej mówiąc, zmarnowałam) odrobinę trunku. Miałam nadzieję jeszcze dzisiaj popracować.

Następnie wręczono nam dwie plastikowe reklamówki z logo radiostacji „B-moll”. W mojej znalazłam czapkę z daszkiem, długopis i dwie płyty kompaktowe z potępieńczymi gębami na okładkach. Nie wiem, co dostała Swieta, ale na wszelkie sposoby komunikowała swoje zadowolenie.

– Dziękujemy bardzo! – podziękowałyśmy szczerze, kierując się w stronę drzwi, a istota krzyknęła za nami:

– Liczymy, że będziecie naszymi wiernymi słuchaczkami!

– Nie podpisałyśmy przepustek! – przypomniała sobie Swieta, kiedy byłyśmy już na schodach. – Trzeba się wrócić, przecież to nie wypada.

– Spróbujemy się wydostać bez tego. – Ruszyłam zdecydowanie w stronę znajomej windy.

Wartownik uśmiechnął się szeroko.

– Ilja Pietrowicz uprzedzał, że już schodzicie. Gratulacje!

– Ilja Pietrowicz to pewnie ta dziwna istota – powiedziałam.

Swieta zdziwiła się.

– A myślałam, że to kobieta.

Roześmiałyśmy się i miałam wrażenie, jakbym znała Swietę od bardzo dawna. Chociaż, mówiąc szczerze, nie przyjaźnię się z kobietami, odkąd zetknęłam się z kobiecą podłością pierwszej próby. Przyjaciółka, z wdziękiem godnym szachowej rozgrywki Raszyta Nieżmietdinowa, uwiodła mojego męża. Zrobiła to naprawdę pięknie i z lekkością. Jestem pewna, że tak uprowadza się cudze barany w krajach Wschodu. Zdążyłam tylko krzyknąć za nim: „E-dwa na E-cztery”, co i tak bardziej przypominało wrzask: „Niech cię szlag!”. Po tym wszystkim skończyłam i z jedną, i z drugą płcią. Moim jedynym przyjacielem i towarzyszem broni jest Schumacher.

Swieta chciała powiedzieć coś uprzejmego na pożegnanie, mogłam to dostrzec na jej miłym lisim pyszczku, ale najwyraźniej zmieniła zdanie, bo usłyszałam coś innego:

– Wsiadaj, podwiozę cię.

Usadowiłam się w zielonej ładzie samarze, a Swieta ostrożnie włączyła się do ruchu.

Po dwóch minutach byłyśmy pod moim blokiem.

– Wejdziesz? – zapytałam niepewnie. Przecież to strach tak obcego człowieka od razu zapraszać do siebie. Wadik, mój były mąż, chybaby mnie za to zabił. Teraz może najwyżej zabić moją przyjaciółkę, zasłużyła sobie.

– Chętnie – powiedziała Swieta. – Jestem pewna, że to właśnie ciebie szukałam.