Spowiedź Ewy BraunTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Nie masz czasu na czytanie?
Posłuchaj fragmentu
Spowiedź Ewy Braun
Spowiedź Ewy Braun
− 20%
Otrzymaj 20% rabat na e-booki i audiobooki
Kup zestaw za 59,90  47,92 
Spowiedź Ewy Braun
Spowiedź Ewy Braun
E-book
30  22,20 
Szczegóły
Spowiedź Ewy Braun
Spowiedź Ewy Braun
Audiobook
Czyta Elżbieta Kijowska
29,90  21,83 
Szczegóły
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


Spis treści

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

Prolog

O krok od śmierci

Pałac pośrodku wojny

Wybranka szatana

Sekret Ilse

Słodkie początki

Schellingstrasse 50

Kat i wybawca

Życie w złotej klatce

Oblicze tyrana

Dwie połówki pomarańczy

Koszmar powraca

Króliczy order

Herbaciane szczęście

Biblia moich czasów. Mein Kampf

O Tannenbaum

Śmiertelna przysięga

Tajemnice wroga

Szara eminencja

W łóżku z Hitlerem

Nie wyjdę z tego cały. Ewo…To koniec…

I nie opuszczę Cię aż do śmierci…

Śmierć albo początek

Epilog

Literatura

Okładka


Projekt okładki i stron tytułowych

Anna Damasiewicz

Redaktor prowadzący

Zofia Gawryś

Redaktor techniczny

Marcin Adamczyk

Korekta

Ewa Grabowska

Bogusława Jędrasik

Copyright © by Bellona Sp. z o.o., Warszawa 2018

Copyright © by Anna Lerke, 2018

Niniejsza publikacja mimo nadanego jej paradokumentalnego charakteru jest fikcją literacką

Źródła ilustracji: Polska Agencja Prasowa (Alamy, DPA), Shutterstock.com (Everett Historical, Roman Nerud, 360b), Narodowe Archiwum Cyfrowe, archiwum Bellony, National Archives and Records Administration, Wikimedia Commons, Bundesarchiv, Muzeum Narodowe w Warszawie.

Wydawca

Bellona Sp. z o.o.

ul. J. Bema 87

01-233 Warszawa

Zapraszamy na stronę Wydawnictwa

www.bellona.pl

Księgarnia internetowa

www.swiatksiazki.pl

Dołącz do nas na Facebooku

www.facebook.com/Wydawnictwo.Bellona

ISBN 978-83-11-15519-0

Skład wersji elektronicznej

pan@drewnianyrower.com

Prolog

Krew ma smak zgniłych marzeń, straconych nadziei i łez rozpaczy.

Trzymam w ręku nóż, ten sam, którym jeszcze wczoraj rozdzielałam chrząstki kurczaka. Czy będzie tak samo łatwo, jak wtedy, kiedy ćwiartowałam mięso? Pomyślałam o tym dopiero dzisiaj, kiedy w dniu urodzin wszyscy składali mi najlepsze życzenia. Cóż za ironia losu.

Żeby wiedzieli, jaki niecodzienny skutek może mieć ten oklepany zwrot.

Czy mam ciąć wzdłuż? Czy może w poprzek? Zacząć przy uchu? A może na środku, tuż pod brodą?

Patrzę w lustro i widzę, że całkiem mi do twarzy ze lśniącym metalem przy szyi. Wyglądam jak prawdziwa dama, królowa w największym kraju na świecie. Napawam się swoim widokiem. Coś jednak jest nie tak. Do głowy przychodzi mi znakomita myśl. Przecież jeszcze lepiej będzie mi w szkarłacie!

Przykładam więc ostrze do szyi. Nacinam lekko skórę tuż przy uchu. Czuję tylko delikatne przyjemne mrowienie. Pociekły pierwsze krople krwi. O tak, szkarłat to zdecydowanie mój kolor. Zadowolona uśmiecham się do siebie. Będzie pasował do burzy jasnych włosów.

Moja skóra niecierpliwie domaga się kolejnych pieszczot. Tnę dalej. Czerwień zdobi mą królewską szyję. Jestem z siebie dumna. Już wiem, że się nie myliłam. Spełnianie pragnień nie jest wcale takie trudne…

Patrzę w lustro i widzę siebie: młodą, dziewiętnastoletnią dziewczynę ze szkarłatną ozdobą na szyi.

Odsuwam nóż od ciała. Chcę mu się dobrze przyjrzeć. Narzędzie, które może sprawić tyle przyjemności, a potem… zabić. Na ostrzu widzę czerwone krople. Krew wygląda tak kusząco…

Czy to tylko tyle? Właśnie ten płyn daje mi życie? Jakie to żałosne.

6 lutego 1931 roku


Ewa Anna Paula Braun, a właściwie dziś już Ewa Hitler, żona największego tyrana, jakiego poznał świat – Adolfa Hitlera


Adolf Hitler – odpowiedzialny za śmierć milionów ludzi

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

O krok od śmierci

Nazywam się Anna Lerke. Urodziłam się latem 1920 roku w okolicach miejscowości Nowogród położonej w Polsce nad rzeką Narwią. Z dzieciństwa pamiętam smak marcepanu, świeżych jabłek i wędzonej ryby.

Moja rodzina od pokoleń wiodła wystawne życie. Tata odziedziczył duży majątek obejmujący wiele hektarów ziemi. Mieszkaliśmy w ogromnej posiadłości. Codziennie cieszyłam się widokiem jabłoni uginających się pod ciężarem owoców, delektowałam dotykiem atłasów i jedwabiu, a w moim pokoju każdego dnia w wazonach pojawiały się świeże kwiaty.

Moje życie było bajką. Nie musiałam się o nic martwić. Kiedy byłam mała, opiekowała się mną niania. Gdy podrosłam do wieku szkolnego, miałam własną nauczycielkę. Nigdy nie lubiłam matematyki. Interesowało mnie wyłącznie rozmyślanie o nieodkrytych lądach i dalekich podróżach. Bardzo dobrze natomiast szła mi nauka języków obcych. Dlatego regularnie pobierałam lekcje niemieckiego i rosyjskiego. Po kilku latach dodatkowo jeszcze włoskiego. Kochałam też pisać wypracowania, w których często to ja byłam bohaterką. Raz wyobrażałam sobie, że jestem w Afryce, uczestnicząc w wyprawie, która ratuje dzikie słonie, innym razem pływałam ogromnym statkiem po Oceanie Atlantyckim. Wiedziałam, że jak dorosnę, będę podróżniczką.

Aż w końcu dorosłam. Był rok 1938. Mój tato postanowił porozmawiać ze mną o przyszłości. Podejrzewam, że chciał mnie po prostu sprowadzić na ziemię. Ja jednak byłam uparta, nie zamierzałam przyjąć ojcowizny. Niespieszno mi było do wiązania się z jednym miejscem. Tata był bardzo zawiedziony moimi planami. Od tej chwili moje stosunki z rodziną stały się oziębłe. Ojciec czuł się odtrącony, nie poświęcał mi już tak wiele uwagi, dając wyraźnie do zrozumienia, że lekceważy moje marzenia. Czułam, że mój pobyt w Nowogrodzie dobiega końca.

Po dwudziestym drugim lipca 1938 roku już nie było odwrotu. Tego dnia wydarzyła się katastrofa polskiego statku powietrznego w Rumunii. Pamiętam, że wtedy wszyscy mówili o tej tragedii. Ja natomiast, co muszę przyznać z wielkim zawstydzeniem, myślałam tylko o tych wielkich maszynach. Czytałam o budowie samolotu, o przyczynach potencjalnych tragedii lotniczych. Wiedziałam już, że chcę pracować przy samolotach.

Właściwie już od lipca 1938 roku przygotowywałam się do wielkiej podróży do Warszawy, do siedziby Polskich Linii Lotniczych LOT. Przeczytałam niemal wszystkie możliwe do zdobycia książki o lotnictwie. Pozyskiwałam je na różne sposoby, kilka razy nawet jeździłam do Niemiec w ich poszukiwaniu. Poza zdobywaniem wiedzy o lotnictwie gorliwie szlifowałam języki obce. Jak zwykle pomagała mi w tym nauczycielka.

Dałam sobie maksymalnie dwa lata na podjęcie wszystkich niezbędnych kroków, które pozwolą mi wyjechać do Warszawy.

Nie wiedziałam, że te plany pokrzyżuje mi naród, którego język opanowałam niemal do perfekcji. We wrześniu 1939 roku żołnierze niemieccy wkroczyli do Polski, również do Nowogrodu, zabrali mojej rodzinie cały majątek. Ojciec zginął, broniąc naszej wolności. Reszta rodziny trafiła do obozu pracy znajdującego się w pobliżu naszego dworu. Druga wojna światowa rozpoczęła się na dobre.

 

Myślałam wtedy, że umrę. Byłam jednak w błędzie. Śmierć nie jest aż tak łaskawa i nie przychodzi łatwo.

Cały świat zapomniał już o Annie Lerke. W obozie byłam tylko cieniem człowieka, jak zresztą wszyscy więźniowie. Nie wiem, ile czasu tam spędziłam. Codziennie modliłam się o śmierć, która na każdym kroku zaglądała mi w oczy.

W obozie wszystkie dni były takie same. Zimą i latem, w słońcu i na mrozie musiałam pracować ponad siły. Po pracy dostawaliśmy przydział jedzenia. Kto nie otrzymał strawy, był gotów zamordować, żeby ją zdobyć. Zwykła pajda chleba była dla mnie rarytasem, jadłam ją oszczędnie i bardzo powoli. Dzisiaj nie wiem, dlaczego wtedy po prostu nie zagłodziłam się na śmierć.


Niemieckie obozy koncentracyjne były piekłem na ziemi. O przetrwaniu często decydował szczęśliwy los. Spośród 132 tys. kobiet i dzieci więzionych w obozie kobiecym Ravensbrück zginęło lub zmarło aż 92 tys.

W obozie żyłam w wiecznym strachu, codziennie widziałam umierających ludzi, wychudzonych, wymęczonych, skatowanych i rozstrzeliwanych. Przy nadziei trzymała mnie rodzina, a właściwie jej resztki. O podniebnych marzeniach dawno zapomniałam. Teraz pragnęłam tylko tak lekkomyślnie odrzuconego wcześniej przeze mnie kawałka ziemi, mojej ojcowizny.

Kiedy nadeszła zima, moje położenie stało się tragiczne, nie miałam ciepłego ubrania i niesamowicie marzłam. Z pewnością byłam chora, przez wiele tygodni targała mną gorączka. Z mamą i młodszymi siostrami było jeszcze gorzej. Siostry zmarły wczesną zimą. Po tej tragedii mama się załamała i gasła w oczach. Wyziębienie jeszcze pogarszało jej stan.

Jednak władze obozu nie kwapiły się, by dostarczyć nam ciepłą odzież. Ratowałam się na wszelkie sposoby. Ryzykowałam życiem, ale przetrwałam. Wielu nie miało tego szczęścia. Dookoła widziałam zmasakrowane ciała ułożone jedne na drugich. Z tych ciał strażnicy tworzyli przerażające pagórki. A ja żyję właśnie dzięki tym martwym.

Pewnego wieczoru zobaczyłam, że zwłoki jednej z kobiet są owinięte w gruby, choć mocno zniszczony, dziurawy koc. Poczekałam do zmierzchu, kiedy strażnik oddalił się na odpowiednią odległość, podbiegłam do sterty ciał i zaczęłam zrywać pled z zimnych zwłok. Łzy ciekły mi po policzkach. Czułam się jak dzikie zwierzę. Wyrwałam koc i wróciłam do baraku, trzęsąc się ze strachu. Na szczęście strażnik mnie nie zauważył.

Dzięki tej kobiecie żyję. Dla mojej mamy było za późno. Zmarła tej samej zimy. Zostałam sama ze swoim nieszczęściem.

Nadeszła wiosna. Czułam się jak potwór bez duszy. Nie miałam sił, by oddychać, nie chciałam już żyć.

Pamiętam szczególnie jeden dość pochmurny poranek. Jak zwykle, zbudzili nas wcześnie rano na apel. Tym razem jednak strażnicy byli wyjątkowo zdenerwowani. Nawet nie pozwolili nam się ubrać, niemal siłą wyciągali nas na zewnątrz. Jeden ze strażników, szarpiąc mnie za ramię, wepchnął do szeregu. Byłam naga, brudna i straszliwie cuchnąca. Stałam w pierwszym rzędzie.

W powietrzu wyczuwało się zdenerwowanie. Strażnicy zachowywali się inaczej niż zwykle. Czyżby zbyt wiele więźniarek nie przeżyło zimy? Czyżby obóz miał zostać zlikwidowany? Byłam pewna, że zaraz nadejdzie mój koniec i zostanę rozstrzelana. Zaczęłam płakać. Zmierzenie się twarzą w twarz ze śmiercią jest bardzo bolesne, nawet jeśli jest się już na skraju człowieczeństwa.

Tym razem również śmierć mnie wykiwała. Czekałam na łoskot, hałas wystrzeliwanych naboi. Zastanawiałam się, czy najpierw poczuję ból, czy może nie poczuję nic poza błogą ulgą. Nic się jednak nie działo. Otworzyłam oczy i zobaczyłam, jak w oddali oficer wysokiej rangi wita nazistowskim pozdrowieniem grupę osób. Po chwili ujrzałam, że zmierza ku nam Adolf Hitler we własnej osobie z niewiele starszą ode mnie, piękną kobietą u boku.

W tym momencie zrozumiałam, że obóz wizytuje sam Führer. Hitler spokojnie spacerował po obozie, rozmawiając z niemieckimi żołnierzami, którzy stacjonowali tu na stałe. Wydawał się zadowolony. Masakrowanie ludzi nie robiło na nim wrażenia. Dziwiłam się, że jego towarzyszka równie obojętnie przygląda się wszystkiemu dookoła.

W pewnej chwili zatrzymała się przed moim szeregiem. Zmierzyła mnie wzrokiem, po czym utkwiła oczy w moich oczach. Jej spojrzenie było jednak puste, nie dało się nic z niego wyczytać. Nie wiem dlaczego, ale w tym momencie poczułam, że to moja jedyna szansa. Byłam tak zdesperowana, zmęczona ciągłą zabawą ze śmiercią, że zdecydowałam się na szaleńczy krok. Padłam na kolana u stóp tej kobiety. Po niemiecku zaczęłam ją błagać o pomoc: Ich bitte Sie, lassen Sie mich leben!

Myślałam, że w jej oczach znajdę litość. Strażnicy szybko zareagowali i odseparowali mnie od niej. Natychmiast jeden z nich wycelował we mnie broń. Zamknęłam oczy.

Znowu nie usłyszałam huku, nie było też bólu. Tak więc wygląda śmierć?

Minęło pewnie kilka sekund. Dla mnie była to wieczność. Jak przez mgłę pamiętam tylko słowa tej kobiety: „Nie. Mam dla niej inne przeznaczenie”.

Tego samego dnia opuściłam obóz. Nigdy tam nie wróciłam. Nie wiedziałam jeszcze, że tajemnicza kobieta stanie mi się bliższa niż własna matka.


Berghof na górze Obersalzberg w Alpach Bawarskich – górska rezydencja Hitlera

Pałac pośrodku wojny

Nie. Mam dla niej inne przeznaczenie”. Te słowa dalej dźwięczały mi w uszach. Siedziałam na tylnym siedzeniu luksusowego samochodu. Prócz kierowcy pilnowało mnie dwóch potężnie zbudowanych mężczyzn. W rękach trzymali broń. Przez całą drogę nie odezwali się do mnie ani słowem.

Nie wiedziałam jeszcze, dokąd jadę, i nie zastanawiałam się nad tym. Ważne było, że choćby na kilka godzin uciekłam przed śmiercią. Może to szokujące, ale w tym samochodzie czułam się bezpieczna i spokojna. Zapomniałam już, jak smakuje to uczucie.

Jechaliśmy bardzo długo. Czas ciągnął się niemiłosiernie. W pewnym momencie pomyślałam, że tak wygląda umieranie. Jak podróż w nieznane. Jak ucieczka od potwornego życia. Na przemian wpatrywałam się w krajobrazy za oknem i spałam. Byłam bardzo zmęczona i wyczerpana. Z tej podróży najlepiej zapamiętałam ciszę i warkot silnika. Czy można chcieć od życia czegoś więcej?

Myślę, że podróż trwała cały dzień i całą noc, a może i dłużej. Początkowo jechaliśmy przez Polskę. Nie był już to ten sam kraj. Twarze mieszkańców miast przepełniały rozpacz i smutek. Widziałam ludzi przemykających w popłochu, aby schować się w domach z oknami szczelnie zasłoniętymi firankami. Niektóre miasta były opustoszałe i zniszczone. Wszędzie wisiały flagi hitlerowskie. Byłam w szoku.

Wstyd się przyznać, ale mało rozumiałam z tamtych wydarzeń. Wiedziałam, że Hitler wypowiedział nam wojnę, powołując się na rzekomy polski atak na radiostację w Gliwicach. Oczywiście wszyscy wiedzieli, że była to prowokacja Hitlera, powód, aby rozpocząć zbrojną agresję na Polskę. Po przyłączeniu Austrii drogą pokojową do Niemiec nikt się chyba nie spodziewał wybuchu regularnej wojny. Nasze wojska musiały ulec zmasowanemu atakowi silnej i dobrze uzbrojonej armii niemieckiej. Hitlerowcy zabrali nam wszystko – począwszy od majątku, aż po godność. Przychodziły mi na myśl liczne pytania: dlaczego chcieli nas zabić? Dlaczego mieliśmy być ich niewolnikami? Czym zawiniliśmy? I wreszcie, dlaczego postanowiono darować mi życie?

Te pytania były dla mnie za trudne. Nie miałam siły szukać na nie odpowiedzi. Chciałam w końcu cieszyć się życiem.

Nagle zauważyłam piękną polanę. Z daleka widziałam rozciągające się po horyzont pola oraz stodoły i budynki mieszkalne. Przypomniało mi się dzieciństwo. Jako mała dziewczynka biegałam w zbożu, beztrosko śmiejąc się do nieba. Rozgryzałam kłosy, żeby poczuć smak ziemi, smak życia. Dłońmi przeczesywałam pszenicę, czując miękkie, a zarazem ostrawe nasiona. Te czasy już nigdy nie wrócą. Można by rzec, że to moje wspomnienia z innego życia – odległe i zapomniane.

Oglądając ten krajobraz, nie mogłam pohamować wzruszenia. Był piękny początek lata. Czułam smak wolności, woń nowego życia. Jednocześnie wypełniła mnie ogromna tęsknota za rodziną. Wiedziałam jednak, że już nigdy nikogo nie zobaczę. Moja mama powiedziała mi w obozie, że mam zrobić wszystko, by przetrwać. Nie miałam więc wyboru, musiałam przeżyć. Dlatego szybko opanowałam wzruszenie, by nie zdenerwować żołnierzy. Miałam jednak nadzieję, że skoro ktoś wyciągnął mnie z piekła obozu, to nie po to, aby mnie zabić. Nie mogłam dać cienia powodu do zmiany tej decyzji.

Byłam jednak rozdarta. Nie wiedziałam, co myśleć. Z jednej strony czułam ogromną nienawiść i żal do Niemców, a z drugiej zaś ogromną… wdzięczność? Trudno mi opisać moje uczucia. Czy można bowiem zaufać osobie z narodu, który skazała moją rodzinę na śmierć? Musiałam jednak zaufać i zaufałam. Bo co miałam do stracenia?

Po kilku godzinach jazdy i krótkim postoju krajobrazy za szybą samochodu zaczęły się zmieniać. Najpierw teren stawał się coraz bardziej wyżynny, rzadziej widziałam malutkie domki, stodoły i większe dwory. W końcu wjechaliśmy w wysokie góry porośnięte lasami. Drogi były bardzo kręte, podróż więc stała się chwilami niebezpieczna.

Widząc wysokie góry, zaczęłam się zastanawiać, czy jesteśmy w Szwajcarii? Raczej nie… Aż tak długo nie jechaliśmy. Może to czeskie Tatry? Przekroczyliśmy bramę posesji otoczonej wysokimi murami. Wszędzie pełno było strażników. Nagle pojazd się zatrzymał. Ujrzałam przed sobą okazałą willę. Jak się później okazało, przywieziono mnie do rezydencji Adolfa Hitlera położonej w Alpach na stoku Obersalzbergu. Rezydencja znana była jako Berghof.

Jak Adolf Hitler odkrył Berghof

Rezydencja Hitlera wcześniej pełniła funkcję pensjonatu. Pierwsza właścicielka, Mauritia Mayer, pod koniec XIX wieku doceniła piękno otaczającej przyrody i postanowiła otworzyć tu pensjonat. Swoją miłością do Alp szybko zaraziła zamożnych Niemców i wkrótce na stoku Obersalzbergu powstały kolejne domy letniskowe. Adolf Hitler przybył tam po raz pierwszy przed 1923 rokiem. Na nazwisko swojej przyrodniej siostry, Angeli Raubal, wynajął dom letniskowy od rodziny Winterów nazywany domem Wachenfeld. W końcu w 1934 roku za środki uzyskane ze sprzedaży książki Mein Kampf kupił ten dom, a właściwie, za pośrednictwem Martina Bormanna i Rudolfa Hessa, zmusił właścicieli do jego sprzedaży za 48 tysięcy marek w złocie. Po zakupie Hitler rozbudował posiadłość i dom Wachenfeld stał się ostatecznie przybudówką do nowo wybudowanej willi. Ewa Braun zamieszkała w Berghofie w 1936 roku. Od tego momentu odgrywała rolę pani i „gospodyni” domu.

Kiedy jeden ze strażników zajęty był rozmową z osobą czekającą na nas na zewnątrz, znalazłam chwilę na przyjrzenie się domowi. Berghof był nowo wybudowaną trzypiętrową willą z dwoma dwupiętrowymi skrzydłami. Jedna ściana willi spoczywała na zboczu góry. Budynek otaczał szeroki taras, a z boku widać było oszkloną na kształt oranżerii werandę. Dom robił niesamowite wrażenie. Nie dane mi było jednak długo cieszyć się tym widokiem. Skierowano mnie do bocznego wejścia.

Wnętrze było równie okazałe. Z pierwszego dnia pobytu niewiele pamiętam. Poprowadzono mnie szybko do izby, a ja, zawstydzona, patrzyłam pod nogi. Nie miałam śmiałości przyglądać się temu miejscu, ale zwróciłam uwagę na portrety i zdjęcia na ścianach. Było na nich widać Hitlera i kobietę, która wybawiła mnie z obozu. Nie wiedziałam wówczas, kim ona jest. Mogłam się tylko tego domyślać. Niemniej jednak pewne było, że jest to bliska mu osoba. Fotografie przedstawiały bowiem wodza w sytuacjach codziennych i rodzinnych, a więc prywatnych, niezwiązanych z działalnością polityczną. Nie miałam wątpliwości, że zostałam przywieziona do prywatnego domu Hitlera. Ogarnęły mnie niepewność i przerażenie.

Z moich późniejszych obserwacji wynikało, że Berghof był ośrodkiem przypominającym twierdzę, w której zapadały decyzje polityczne i wojskowe. Ale był też domem. Zwykłym domem, w którym się gotowało, sprzątało, śmiało i płakało.

Można powiedzieć, że Berghof był jakby małym miasteczkiem. W posiadłości znalazło się miejsce dla stacji radiowej, przedszkola, szkoły, teatru, poczty, herbaciarni, szklarni czy nawet pola uprawnego. Na jego terenie były także obiekty wojskowe, jak: baraki, wartownia, strzelnica i plac przeznaczony na cele wojskowe. Z wiadomych względów dom położony był wysoko w górach i na odludziu, ale na miejscu znajdowało się wszystko, co potrzebne było do luksusowego życia.

 

Wspomnienia Alberta Speera

Za przestronnym przejściem z półkolistym łukiem dawnego domu Wachenfeld, z zawieszonymi ciężkimi aksamitnymi portierami w kolorze bordo, znajdowały się szerokie drewniane schody wiodące do Wielkiej Sali. […] Miała ona 200 metrów kwadratowych powierzchni i była bardzo wysoka. Podłoga wyłożona była welurem w kolorze poziomkowym, a trzy marmurowe schodki wiodły przed kominek, do znajdujących się tam miejsc do siedzenia. Stało tu niewiele mebli – tylko dwie wielkie szafy, siedzenia po prawej stronie okna, ogromny stół do obrad, globus i po lewej stronie stojący zegar, a poza tym pianino i liczne komódki. Jedna z wielkich szaf miała uchwyty w kształcie męskich głów. Zawierała ona dokumenty nadania obywatelstwa honorowego, starą broń i tym podobne. Druga szafa mieściła za szklanymi szybami stare zastawy z cyny. Wspaniałe gobeliny z pełnymi życia scenami myśliwskimi przykrywały otwory w ścianie, konieczne dla prowadzenia pokazów filmowych. […] Największe wrażenie w Wielkiej Sali, z jej ciemnobrązowym kasetonowym stropem, robiło w ciągu dnia niezwykłe, jak na ówczesne warunki, duże okno, które można było otworzyć za pomocą korby; ukazywało wtedy majestatyczną górę Untersberg jakby w specjalnych ramach.

C. Schroeder, Byłam sekretarką Adolfa Hitlera, Warszawa 2000.

Prócz głównej wilii, czyli Berghofu, dookoła pobudowane były małe domki, w których zatrzymywali się najważniejsi goście. Nie przypominały one wiejskich, skromnych budynków. Przeciwnie, bliżej im było do luksusowych posiadłości. Wyobrażam sobie, jak bogato były urządzone. Myślę, że przypominały pałace rodem z bajki.


Wielki hall w Berghofie, gdzie Hitler przyjmował swoich gości. Mogli podziwiać między innymi widoczny po prawej obraz Wenus i Amor

W Berghofie na co dzień o należyte funkcjonowanie domu i posiadłości dbało wiele osób: pokojówki, kucharze, praczki, ogrodnicy, telefoniści, kierowcy i ochroniarze. Do tego były tu obecne nianie, gotowe na wizytę gości z dziećmi. Opiekunki nie tylko pilnowały brzdąców, ale dbały o to, by już od małego nasiąkały nazistowską ideologią.

Główna willa była po prostu ogromna. Wszystkie pomieszczenia, zarówno dla właścicieli, jak i dla gości były obszerne i wysokie. Było na pewno ze trzydzieści pokoi. Szczerze mówiąc, nigdy tego dokładnie nie sprawdziłam i nie policzyłam. Na początku mojego pobytu usłyszałam, że nie wolno mi poruszać się po korytarzach i piętrach willi, to znaczy miejscach zarezerwowanych dla właścicieli. Później ten zakaz został w dużej mierze uchylony z uwagi na zmianę moich obowiązków. Mimo to zdarzało mi się również we wczesnym okresie szwendać po „zakazanych” dla większości służby korytarzach, ale nie czyniłam tego zbyt często, a na pewno nie tak często, aby móc wypowiadać się na temat pomieszczeń, które się tam znajdowały. Wraz z innymi zatrudnionymi osobami mieszkałam w prawym skrzydle. Mój pokój był skromny, ale schludny. Stały w nim łóżko i szafy. Początkowo nie miałam swoich rzeczy, szafy były mi więc niepotrzebne.

Na piętrze usytuowano prywatne pokoje właścicieli, a wśród nich trzy należące do pani. Pani i pan mieli osobne sypialnie, nigdy nie zrozumiałam dlaczego, były one jednak połączone czymś w rodzaju tajemnego przejścia. Z zewnątrz nie było widać żadnego połączenia, przejście to było dobrze ukryte: z sypialni przez wnękę prowadziło do łazienki, a następnie do drugiej sypialni. Na piętrze znajdował się także słynny pokój pełniący funkcję galerii sztuki. Szczerze mówiąc, nie jestem w stanie opisać innych pokoi wodza. Nie wiem, jak wyglądała jego sypialnia, nigdy bowiem nie odważyłam się tam zajrzeć. Z wieści zasłyszanych od innych osób wiem, że była urządzona skromnie i nie było w niej nic ciekawego. Podobnie nigdy nie przyjrzałam się gabinetowi Hitlera, widziałam go może ze dwa razy. Pamiętam, że były tam kominek oraz okazałe zdobione biurko.

Jeśli chodzi o pokoje właścicielki, w wyniku tego, jak potoczyła się moja historia, mam większą wiedzę na ten temat. Przede wszystkim były one bardzo jasne, eleganckie i kobiece. Tworzyły właściwie cały niewielki kompleks mieszkalny, urządzono tam bowiem pomieszczenia służące przyjmowaniu gości, garderobę, sypialnię. Za oknami rozciągała się górska panorama. Meble były głównie białe z motywami kwiatowymi. Na regałach piętrzyły się książki i albumy. Na sofie urzędowały maskotki, co było dość dziwnym widokiem. Naprzeciwko sofy stało lekkie, eleganckie biurko. Na ścianie wisiał portret Adolfa Hitlera, na który nie mogłam patrzeć. Jego twarz na czarnym tle – diabelska i potworna. Było to „dzieło” Theodora Bohnenbergera.

Sypialnia ta pasowała wystrojem do reszty pokoi właścicielki. Najważniejszym meblem było oczywiście podwójne łoże, zawsze nakryte grubym, zdobionym kocem i poduchami. Koło łóżka znajdowała się toaletka z lustrami, przed którą właścicielka bardzo lubiła siadywać. Zawsze leżały na niej przybory toaletowe ze srebra, jak chociażby szczotka czy spinki do włosów. Obok sypialni znajdował się pokój, który był jak wielka szafa, mieściły się tam ubrania i buty, było tam również miejsce, by w nieskończoność przebierać się w różne kreacje. Pamiętam, że bardzo się zdziwiłam, kiedy ujrzałam, że bielizna, którą nosi właścicielka, uszyta jest z jedwabiu – przypuszczam, że na zamówienie. Na każdej sztuce widniał bowiem haftowany inicjał przypominający koniczynę – dwie litery: E i B.

Z piętra okazałymi schodami można było zejść na parter, który zajmowała tak zwana Wielka Sala – recepcja i salon. Przypominała ona wnętrze hotelu czy jakiegoś luksusowego pensjonatu. Może dlatego że najwięcej miejsca zajmowała w niej część recepcyjna. Żartowałam, że nie zapomniano nawet o poczekalni, bo do dyspozycji gości były tutaj pięknie obita sofa i fotele. To właśnie w Wielkiej Sali przyjmowano gości. Podłoga była pokryta miękkim materiałem w kolorze ni to czerwonym, ni to pomarańczowym, a na ścianach wisiały liczne obrazy i gobeliny. Za jednym z gobelinów ukryto ekran, dzięki któremu pomieszczenie można było przekształcić w salę kinową. Z boku sali znajdowało się pomieszczenie narad znane z ogromnego marmurowego stołu z miejscami dla szesnastu osób. Jednak główną atrakcją tej części domu było okno, największe, jakie w życiu widziałam, z którego można było podziwiać panoramę Alp. Widok był niesamowity. W innej części domu został urządzony następny salon, w którym centralnym punktem był piec kaflowy ozdobiony kolorowymi obrazkami.

Dom kultury

Adolf Hitler, podobnie jak Ewa Braun, bardzo lubił kino, dlatego sala kinowa w Berghofie raczej nie była zaskoczeniem dla gości. Podobno Hitler uwielbiał filmy King Kong i Metropolis. Bardziej wtajemniczeni wiedzą, że szczególne miejsce w jego sercu znalazły bajki z Myszką Miki oraz Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków.

Jeśli chodzi o muzykę, to za sprawą Hitlera w Berghofie wszechobecna była twórczość Wagnera i Mozarta.

Co ciekawe, w domu mile widziane były psy. Dlatego też goście często zabierali ze sobą swoich pupili. Dumą wodza była też hodowla owczarków niemieckich, która była usytuowana tuż przy głównym budynku.

Dom był bardzo ekskluzywny. Wyposażenie, meble, dekoracje oraz przedmioty w nim zgromadzone musiały kosztować miliony. Wyglądał jak zamieszkane muzeum. Myślę, że wiele odwiedzających czy pracujących tu osób nie zdawało sobie sprawy, jakie skarby znajdują się w tym pałacu. Codziennie stąpałam po perskich dywanach, tkanych specjalnie dla wodza. Posiłki podawano na bogato zdobionej zastawie stołowej, sztućce wykonano z prawdziwego srebra, a trunki serwowano w kryształowych kieliszkach. W szafach mieściły się książki, których w domu były chyba tysiące.


Wenus i Amor, obraz namalowany w połowie XVI wieku przez weneckiego malarza Parisa Bordonego, ucznia Tycjana. Po wojnie dzieło trafiło do Polski i można je oglądać w Muzeum Narodowym w Warszawie

Wspomniałam wcześniej, że czułam się tu jak w muzeum. Moje wrażenie opierało się na tym, że na każdym kroku mogłam podziwiać antyki, dzieła sztuki czy wyszukane meble. Niektóre z nich, jak obraz przedstawiający Bismarcka, były szczególnie wyeksponowane i podświetlone. Na parterze stał wspaniały fortepian Bechsteina, na którym umieszczono popiersie Wagnera.

Wśród służby krążyła plotka, że jeden z obrazów w pokoju narad kosztował sto tysięcy marek. To z pewnością była prawda. Kilka lat wcześniej moja nauczycielka opowiadała mi o wielkich artystach – rzeźbiarzach, architektach czy malarzach. Nie uwierzyłaby, gdyby mi wtedy ktoś powiedział, że dzieło jednego z nich będę codziennie oglądać podczas pracy. Mam na myśli obraz ucznia Tycjana przedstawiający boginię Wenus i Amora. Uwielbiałam podziwiać ten obraz w towarzystwie Ewy Braun.

Kiedy zamykam oczy i myślę o Berghofie… Tak. Berghof to była przede wszystkim sztuka.