Telefony do przyjacielaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

8.

Ania wiedziała o tym od początku. Przeczuwała to. Przy jej zezowatym szczęściu nie mogło być inaczej. Szachowym przeciwnikiem i równocześnie rywalem dziadka okazał się oczywiście nie kto inny, tylko Pan Tajemnicze Ciacho, a według Marzeny raczej Piernik.

„Błagam, nic do mnie nie mów – zaklinała go myślami, gdy tylko stanął w progu. – Nie odzywaj się, po prostu graj”.

Uśmiechnął się, wchodząc, a jej zaschło w gardle, jakby się napiła papieru ściernego w płynie. Przegra! Na sto procent przegra, a dziadek będzie zawiedziony. Może nawet przestanie się do niej odzywać? Nie, pewnie nic nie powie, ale co sobie pomyśli... „Niewydarzona wnuczka. Nie umie pływać, nie umie żeglować i na dodatek podłożyła się Klarnecikowi”.

Klarnecik wyciągnął rękę na powitanie. Wpadła w panikę, czując, że dłonie ma lodowate z emocji. I chyba wilgotne. Jak mu podać taki zimny, mokry flak?

Spojrzała mężczyźnie w oczy i uśmiechnęła się. Trochę tajemniczo, a trochę zalotnie. Wiedziała, że to odwróci jego uwagę – uśmiechanie się miała opanowane do perfekcji – a równocześnie szybko wytarła ręce o spodnie. Kiedy ich dłonie się spotkały, jej ciągle była chłodna, ale na szczęście sucha. Jego – przyjemnie ciepła.

– Zygmunt mówił, że świetnie grasz w szachy – powiedział tym swoim niesamowitym głosem, a ona poczuła się, jakby słuchała Kanonu D-dur Pachelbela, jednego z niewielu utworów klasycznych, który rozpoznałaby obudzona w środku nocy i który nieodmiennie ją zachwycał. Mogła tego słuchać godzinami. Zawsze wtedy chciało jej się płakać, a równocześnie czuła się dziwnie szczęśliwa. – Mam nadzieję, że możemy mówić sobie po imieniu?

Skinęła głową. Dlaczego akurat ta melodia, a nie inna, ten głos, a nie inny, potrafi wywołać w człowieku takie uczucia?

– Mona Lisa – mruknął. – Na ustach cień uśmiechu, a w oczach labirynt.

Miała wrażenie, że gdzieś już to słyszała. Albo coś bardzo podobnego.

Gestem zaprosiła go do planszy. Milczenie było bezpieczne. Uśmiech też. Nie zdradzały, co się w niej dzieje.

Wybrał czarne. Do niej zatem należał pierwszy ruch. Zaczęła sondująco – obroną sycylijską. Odpowiedział w tym samym stylu. A więc nie nowicjusz. To ją trochę rozluźniło – musiała zwyciężyć, by zadowolić dziadka, a rozkładając na łopatki kompletnego amatora, czułaby się nie w porządku. W tej sytuacji mogła zagrać ostro, a tak lubiła najbardziej. W normalnym życiu bała się atakować, tu jednak atak był usprawiedliwiony, ukrywała się za konwencją gry.

Zaryzykowała wariant Morra, czując przypływ adrenaliny, gdy pan Józek (Józek!) przyjął ofiarę z obu pionów. Ciekawe, czy naprawdę jest taki dobry, jak mu się wydaje. Nie każdy by się odważył podjąć rękawicę. Ania lubiła agresywne otwarcia, a ten schemat ćwiczyła wielokrotnie. Na razie przeciwnik miał przewagę, ale do czasu.

Zadziwiająco szybko skoncentrowała się na grze i kiedy po paru ruchach odważyła się spojrzeć na Józka, nic się nie stało. Nie uderzył piorun, ręce też już jej nie drżały. Da radę. Każde kolejne posunięcie sprawiało jej więcej przyjemności. Obrona. Atak. Unik. Związanie. Wymiana? Unik. Ucieczka. Atak.

Wyprowadziła gońca na f4 i zadowolona z dobrego posunięcia odruchowo wyciągnęła rękę w kierunku, gdzie na zawodach zwykle stoi zegar. Józek (swoją drogą, co za imię!) odpowiedział błyskawicznie, pionem na e5, i nagle ich dłonie się spotkały. Szybko cofnęła swoją.

– Przepraszam – rzucił nieuważnie, wpatrzony w planszę.

„Ten odruch sięgania do zegara... A więc on też grywa na turniejach! – zdumiała się. – Albo przynajmniej w jakimś klubie”.

Znowu poczuła się niepewnie. I ten ostatni ruch gońcem chyba wcale nie był taki dobry, jak sądziła. Zaraz go straci. Ale się wkopała!

Jedyne wyjście... Ciekawe, czy Józek pójdzie na wymianę skoczka za gońca. Nie. Wycofał się z zagrożonego pola. Ona też nie miała czego tam szukać. Dwa białe piony i jeden czarny, zbite na początku gry, smętnie stały z boku szachownicy, czekając na towarzystwo. Dosyć pozorowanego stroszenia sierści. Zaatakowała ostrzej i po zaciętej walce zyskała skoczka. Choć straciła gońca. Zbiła Józkowi hetmana, on w kolejnym ruchu odpłacił jej pięknym za nadobne, a ona zabrała mu gońca. 3:2. Szala zwycięstwa leciutko przechyliła się na jej stronę. Wiele jednak mogło się jeszcze zdarzyć. Przewaga materialna, zwłaszcza tak niewielka, to ledwie połowa sukcesu.

Wyprowadziła skoczka na upatrzoną pozycję, chcąc w następnym ruchu równocześnie zaszachować króla i zdobyć wieżę, ale Józek przewidział jej plany. Niewiele mógł jednak na to poradzić. Wycofał tylko wieżę z zagrożonego pola, a Ania spokojnie zaatakowała króla.

– Szach! – Dziadek chyba czekał, kiedy ona wreszcie to powie, bo usłyszała coś jakby westchnienie ulgi. Uśmiechnęła się nieznacznie. Laikom zawsze się wydaje, że to słowo jest równoznaczne z przewagą.

Czarny król oczywiście uciekł, ale dogoniła go wieżą.

– Szach! – Dziadek powinien czuć się usatysfakcjonowany. Zauważyła kątem oka, że cały pojaśniał. Król tymczasem wcisnął się za swojego gońca i ukrył za szpalerem pionków. Nie będzie łatwo go wykurzyć, na szczęście zostały jej oba skoczki, a Józek miał tylko jednego.

Wzmocniła pozycję swojej wieży drugą, nie dając królowi szans na wyściubienie nosa z kryjówki.

Józek podniósł wzrok.

– To prawdziwa przyjemność znaleźć tak godnego przeciwnika – rzekł z lekkim uśmiechem czającym się w kącikach ust.

Już wiedziała, co oznacza książkowe określenie „zniewalający uśmiech”. Znowu wyglądał na dwadzieścia parę lat. Kiedy rozmawiał z nią albo się uśmiechał, znikała dzieląca ich różnica wieku.

– Zwłaszcza tak atrakcyjnego przeciwnika – dokończył. Uśmiechnął się ciut szerzej i przesunął piona stojącego przed królem.

Po raz kolejny pomyślała, że jest dobry. Mógł wykonać inny ruch, ścigaliby się potem po planszy godzinami. A i w tej chwili nic jeszcze nie było przesądzone. Zaatakowała gońca i w kolejnym posunięciu wreszcie dała Józkowi efektownego mata.

Popatrzyli sobie w oczy.

– Gratuluję – powiedział, wyciągając do niej rękę. – Zygmunt wspominał, że jego wnuczka gra w szachy, ale nie przyznał się, że aż tak dobrze. – Rzucił okiem na cyferblat starego zegara w rogu pokoju. – To może jeszcze rewanż?

– Chętnie. – Głos już jej nie zawodził. Czuła się pewnie, serce też nie wyczyniało dzikich skoków. Miała wrażenie, że między nią a Józkiem zadzierzgnęła się nić sympatii, a także pojawiło coś na kształt sportowego szacunku. – Gdzie pan... Gdzie grywasz na co dzień?

– W tej chwili nigdzie. Na Kurniku w wolnych chwilach. Jako Arqi. Pisane przez „q”. A ty?

– Ja tam jestem Laracr. – Zaczerwieniła się. – To stare konto, zakładałam je jeszcze w podstawówce, stąd taki nick.

– A klub?

– Chrobry Gniezno. A ty gdzie się uczyłeś?

– Stare dzieje. Już chyba nie ma tego klubu.

Rozstawili figury na planszy i właśnie mieli zacząć, gdy wpadła ciocia Krysia. Trochę wcześniej niż zwykle.

– Oj! – spłoszyła się na widok gości. – A ja za pięć minut muszę wyjść – usprawiedliwiła się przed dziadkiem, jakby była małą dziewczynką. – Zostało mi jeszcze paru pacjentów. Wpadłam tylko po... – Machnęła ręką, uznawszy widać, że nie ma sensu wdawać się w szczegóły, i znikła w swoim pokoju.

– Twój ruch.

Ania spojrzała na planszę i zamrugała, nie wierząc własnym oczom. Józek zaczął pionem na f4, odsłaniając króla. Co on kombinuje? Tak zagrywa kompletny nowicjusz. Albo... arcymistrz. On nie był ani jednym, ani drugim.

Bez przekonania przesunęła swojego piona na e6, a facet jakby na to czekał. Czym prędzej dostawił drugiego piona. Na g4! Podręcznikowy błąd. No nie!

Podniosła wzrok. Nie uciekł spojrzeniem.

„Zrób to! – mówiły jego oczy. – Śmiało!”.

Pojechała hetmanem na h4.

– Szach, mat! – Wygrała. Szkolny mat w dwóch ruchach. Jakim cudem?

Wstała oszołomiona, bo wszyscy nagle zaczęli podchodzić z gratulacjami i okrzykami zdumienia.

– Po prostu jesteś świetna – wyjaśnił Józek, podając jej rękę. – Zygmunt, przepraszam, muszę zmykać. Idę lizać rany – zaśmiał się. I zanim ktokolwiek zdążył zaprotestować, już go nie było.

9.

Marzena wróciła niedługo po wyjściu gości. Jakaś taka... blada i smutna. Wymówiła się od kolacji, zamknęła w łazience, a potem próbowała czmychnąć do swojego pokoju przebrana w nocną koszulę. Ale dziadek nie pozwolił. Koniecznie musiał jej opowiedzieć o wygranej Ani i klęsce Klarnecika.

– Szkoda, że tego nie widziałaś! – emocjonował się. – Siedzą sobie oboje nad planszą, skupieni, w milczeniu, choć już widzę, że Józek ma pełne gacie...

– Zygmunt!!! – syknęła babcia.

– No, ten... Chciałem powiedzieć, od razu się zorientował, że trafiła kosa na kamień, o! No i siedzą, cisza aż dzwoni, tylko te figury przesuwają, i nagle Ania, jak trzaśnięcie biczem: „Szach!”. Klarnecik zdębiał, zbladł, zęby mu zaczęły dzwonić...

– Dziadku! – zaprotestowała Ania.

– A co, nie było tak? Zgubił koncept, a ty zaraz do niego znowu: „Szach!”. Nawet biedakowi nie dałaś odetchnąć. Aż się zacukał i zaczął komplementy solić, żeby cię udobruchać. Ale nasza Ania się nie dała! Jak głaz! Nawet okiem nie mrugnęła, tylko trzask-prask!, „Szach! Mat!”. I cześć pieśni! Załatwiła go na perłowo, już się nie podniósł. Próbował jeszcze rewanżu, ale nie miał szans. Ledwie siedli do planszy, a już go pokonała. Jednym paluszkiem, mówię ci! Zmykał z podkulonym ogonem! Aż się kurzyło!

 

– Dziadku!!! – Ania miała coraz gorszy humor. Chciała wygrać, by zadowolić dziadka, a znów została w coś wmanewrowana.

– No, ja też muszę zmykać – przerwała Marzena. – Strasznie padnięta jestem.

– Dobrze się czujesz? – zatroskała się babcia. – Głowa cię nie boli?

– Nie, nie, wszystko w porządku. Trochę się dziś zmęczyłam. Chciałam się przejść po sklepach, a tam schodki, krawężniki...

– No przecież trzeba było powiedzieć, ktoś by z tobą poszedł! – oburzyła się babcia.

– Ale ja chciałam sama. Dobranoc wszystkim.

– Dobranoc! Dobranoc! Wyśpij się dobrze!

– Ja też już pójdę spać. – Ania zamarkowała ziewnięcie, a potem rzeczywiście ziewnęła. – To był cięęężki dzieee... – ziewnęła znowu. Naprawdę poczuła się zmęczona i senna. – Pozmywam jutro, dobrze? – Spojrzała z nadzieją na babcię. Brudne naczynia nigdy nie zostawały w zlewie do rana, a według grafiku to właśnie Ania miała zmywać tego wieczora.

– Ja pozmywam – powiedział szybko dziadek. Babcia zakaszlała i gwałtownie zaczęła szukać czegoś w szufladzie. – Odpocznij sobie – dorzucił, patrząc z czułością na wnuczkę. – Dobrej nocy. Zdolne z ciebie dziecko! A ty, Zośka, się nie śmiej – zaburczał, ruszając w stronę kuchni. – Myślisz, że nie potrafię?

10.

W pokoju panował półmrok. Przez niezasłonięte okna wpadał zimny blask księżyca zmieszany z żółtawym światłem ulicznej latarni. Marzena już spała, więc Ania krzątała się na paluszkach, starając się nie hałasować. Niemal bezszelestnie rozścieliła łóżko i cicho wsunęła się pod kołdrę. Leżała z przymkniętymi oczami, czekając na sen, gdy nagle wydało się jej, że słyszy powstrzymywany szloch.

Znieruchomiała. Szlochanie ucichło. Ania zastanawiała się chwilę, jak zareagować, po czym zdecydowanym ruchem odrzuciła kołdrę.

– Co jest? – spytała krótko, siadając na łóżku Marzeny. Odpowiedziało jej głębokie westchnienie, a potem chlipnięcie. – Trzymaj! – Podała jej chusteczkę z paczki leżącej na nocnej szafce. Przeczekała wycieranie nosa i zaczęła ostrożnie: – Ktoś ci powiedział coś przykrego? W mieście? W sklepie?

– Byłam dziś u Beaty – westchnęła Marzena. – Jak zwykle udaje przebojową, nawet nieco wulgarną, a w rzeczywistości jest tak rozpaczliwie samotna... I tak strasznie „przysysa się” do ludzi. Nie chciała mnie wypuścić. Siedziałam chyba z pięć godzin. Gdybyśmy chociaż miały o czym rozmawiać... Zdołowało mnie to.

– Ale co?

– Przypomniała mi, że... – jej głos znów lekko zadrżał – ...że o to, co inni dostają jak pies zupę, my musimy każdorazowo zawalczyć. Że nie wystarczy tak sobie po prostu być. Ty możesz wyjść z domu rozczochrana i nieumalowana, w starych dżinsach czy czymś takim, a i tak chłopaki się za tobą obejrzą, bo jesteś zgrabna, ładna i tak dalej. A dziewczyna na wózku musi być bardzo zadbana, żeby ją ktoś w ogóle zauważył jako dziewczynę. Gdybyś chciała zmienić fryzurę, mogłabyś to zrobić w każdej chwili. A ja muszę nosić długie włosy, sama wiesz dlaczego.

– Nie przesadzaj, wcale tego tak nie widać!

– Bo maskuję. – Marzena usiadła i uniosła włosy. – Nie widać? Nie widać, że jestem garbata?

– Oj tam, trochę ci tylko łopatka wystaje. Inne dziewczyny mają mocniej pokrzywione kręgosłupy.

– Otóż to! Większość z nas jest pokrzywiona. Żebym nie wyglądała jak Quasimodo, to wiesz, ile się musiałam napływać, nagimnastykować i nacierpieć? Ty nie musisz uprawiać żadnego sportu, i tak jesteś śliczna. Ja bym zaraz była gruba jak baleron. W szachy też się nigdy nie nauczę grać, a ty z łatwością uczysz się matmy i... i możesz nosić fajne buty, kiedy tylko chcesz!

Ania objęła siostrę ramieniem i mocno przytuliła.

„Dziwne – pomyślała. – Gdy się na nią patrzy, wydaje się taka... mocna. A pod palcami czuje się kosteczki kruche jak u ptaka”.

– Skoro jestem taka, jak mówisz, „śliczna”, to dlaczego... – głos uwiązł jej w gardle. – Chyba obie jedziemy na tym samym wózku – dodała po chwili. – Tylko mój jest niewidzialny.

Marzena westchnęła. Ania miała ochotę jej zawtórować, jednak uznała, że nic dobrego nie wyniknie z takiego wspólnego wzdychania. Obie się tylko rozkleją. Poklepała siostrę po plecach.

– Radzisz sobie lepiej niż przeciętny człowiek – powiedziała z przekonaniem. – Wyglądasz super, faceci się za tobą oglądają, widziałam, a do tego potrafisz takie rzeczy... – Marzena się żachnęła, ale Ania nie dała sobie przerwać: – Popatrz – sięgnęła po pierwszy z brzegu przykład, jaki wpadł jej do głowy – nawet gdybym płynęła z tobą na łodzi, kiedy był tamten wypadek, to i tak nie potrafiłabym uratować tego chłopaka, a ty... – Poczuła, że siostra sztywnieje w jej uścisku. „Tu cię mam!” – pomyślała. – Odwiedzałaś go dzisiaj? – zapytała niewinnie.

Marzena wyplątała się z jej objęć.

– Nie – burknęła i wsunęła się głębiej w cień. – I nie zamierzam tam chodzić. To bez sensu. Idźmy już spać. Jestem zmęczona.

– A wiesz... – Ania postanowiła na chwilę zmienić temat. Nie mogły skończyć rozmowy w tym miejscu. Musiała się dowiedzieć, co zaszło między nią a chłopakiem, bo teraz już była pewna, że coś się wydarzyło. – Wyobraź sobie, że ten cały Józek Zakrzewski, z którym dziś grałam, to ten sam gość, który tak mi się spodobał w środę!

– Serio?!

W dużym pokoju odezwał się zegar, jakby chciał skomentować nowinę. Ania nie mogła się powstrzymać, by nie policzyć uderzeń. Jedenasta.

„Dryp, dryp” – to babcia. I zaraz: „szur, człap, tup” – dziadek. Szczęknęły drzwi do sypialni. Poszli spać.

– Słuchaj... strasznie mnie to męczy... – Ania wróciła do tematu. – On powiedział, że mam „labirynt w oczach”. Wydaje mi się, że gdzieś już słyszałam takie określenie.

Marzena jakby oklapła.

Brulion Bebe B. – westchnęła. – Małgorzata Musierowicz. Czytałyśmy to razem, nie pamiętasz? Faceci... A nie powiedział czasem, że przypominasz kwiat jabłoni?

– Nie! – Ania parsknęła śmiechem. – Tego nie. Ale słuchaj, jeśli on zna takie książki... Na przykład Łukasz w życiu by po to nie sięgnął, więc jeśli facet czyta takie rzeczy, to chyba znaczy, że fajny jest, nie?

– Może... – Marzena nie wydawała się przekonana.

Znowu szczęknęły drzwi. „Dryp, dryp” – babcia przebiegła przez salon. Poszurała czymś w sieni. „Pik, pik, pik” – odezwały się klawisze jej komórki. Do kogo dzwoni o tej porze?

– No, gdzie ty się podziewasz? – zabrzmiał jej szept. – Masz klucze? Bo my już idziemy spać. Nic nie mówiłaś, że wrócisz późno. Aha. Dobrze. Dobrze. To my już idziemy spać. Dziewczynki już dawno. Jakbyś była gło... aha... Dobrze. No to dobranoc.

Babcia brzęknęła kluczami, zamknęła dom i podreptała do sypialni.

Siedziały chwilę w milczeniu. Ania zastanawiała się, jak niepostrzeżenie skierować rozmowę na tajemniczego chłopaka w szpitalu.

– Nawet ci nie pogratulowałam wygranej – zawstydziła się Marzena.

– Nie ma czego – odburknęła. – Gdybym wiedziała, że dziadek tak zareaguje, to chyba specjalnie bym się podłożyła. Mam niesmak po tym wszystkim... Wcale nie było tak, jak opowiadał.

– A jak?

– Facet ma klasę. I w ogóle jest świetny!

– Ale przegrał.

– Za to w jakim stylu! To nie był nowicjusz. I dlatego... – Przygryzła wargi w zamyśleniu. – Zupełnie nie rozumiem tego, co zrobił potem. Jak by ci wytłumaczyć... – zastanawiała się – ...chodzi o to, że w momencie gdy już wyraźnie widać, kto ma przewagę, można partię zakończyć w ładnym stylu, po dżentelmeńsku pozwalając przeciwnikowi na efektownego mata, albo dążyć do remisu i ścigać się po planszy godzinami, aż wszyscy poumierają z nudów.

– Chcesz powiedzieć, że specjalnie dał ci wygrać?

– Nie, to nie tak. Nawet kiedy się zorientował, że przegra, walczył do końca, choć wiedział, że jest na straconej pozycji. Naprawdę musiałam się nagłówkować, żeby dać mata akurat w tym momencie. Przegrał, ale z jaką klasą! I właśnie dlatego kompletnie nie rozumiem, co stało się potem. To on poprosił o rewanż. A potem się podłożył. Jak nowicjusz. Jak kompletny amator.

– Może nie jest taki dobry, jak mówisz?

– Jest. – Ania pokręciła głową. – Jest dobry. A w tej drugiej partii... Wiesz, miałam wrażenie, że on mnie wręcz prosi o tego mata. Tylko dlaczego?

– Może to takie szachowe zaloty? – zasugerowała Marzena. – Może też mu wpadłaś w oko?

Ania parsknęła śmiechem. Nie, niemożliwe. Czemu akurat do niej miałby się zalecać? I jeszcze w taki sposób? Musiało chodzić o coś innego. Była tego pewna.

– Pewnie go po prostu zaćmiło – podsunęła, znajdując wreszcie pretekst do zmiany tematu. – À propos zaćmień: ten twój Krzysztof w końcu odzyskał przytomność?

– On nie jest żaden „mój Krzysztof” – burknęła Marzena. – Idźmy spać, zmęczona jestem jak żółw po wyścigach. Dobranoc!

I już nic więcej nie dało się z niej wyciągnąć.

Rozdział IV

Środa, 21 lipca

1.

Od poniedziałku zaczęły się dla Ani spokojne, leniwe, wakacyjne dni. Dokładnie takie, o jakich marzyła. Mogła łazić po mieście lub opalać się w ogródku całymi godzinami, ale zupełnie jej to nie cieszyło. Usiadła wreszcie nad stroną internetową, jednak choć starała się pracować jak najwolniej, uporała się z nią w jeden dzień. Bo co tam było do roboty? Zdjęcia gotowe, tekst już dawno napisany przez Marzenę, tylko wszystko powklejać w odpowiednie miejsca, wrzucić jedną czy dwie animacje dla smaczku i już!

Miała wrażenie, że odkąd siostra wyjechała, czegoś brakuje mijającym godzinom. Dziwne. Przecież nie spędzały razem aż tak wiele czasu, a jednak nieobecność Marzeny czuło się mocniej niż jej obecność.

W środę Ania uznała, że nie ma co się dłużej oszukiwać. Musi to zrobić. Pójdzie, zobaczy. Zaspokoi tylko ciekawość. Nic więcej.

Wyrzuciła wszystkie ubrania na łóżko i zapatrzyła się w różnokolorową stertę.

Dzień był gorący i parny, co jakiś czas spadało parę kropel deszczu. Trzeba włożyć coś lekkiego i przewiewnego. Wyszczotkowała włosy i popatrzyła w lustro. Zapleść? Ścisnąć gumką? A może zostawić rozpuszczone? Upiąć wysoko?

„W twoich włosach można się zaplątać – powiedział wtedy Łukasz. – Są takie długie i błyszczące...”. Wziął jedno grube pasmo i owinął sobie dookoła dłoni. „Nie puszczę” – mówił, przyciągając ją coraz bliżej. A ona znowu poczuła tę głupią nadzieję, która już tyle razy ją zawiodła...

Stała potem przed lustrem, zastanawiając się, czy ich nie obciąć. Ale co one winne?

Potrząsnęła głową. Nie będzie o tym myśleć! Nie chce. Zrobi wszystko, żeby zapomnieć. To tylko jej się przyśniło. Łukasz też jej się przyśnił. Nigdy nie znała chłopaka o takim imieniu. Zwykły głupi sen!

Przejechała szczotką po włosach. Jakieś oklapnięte... Trzeba je umyć.

Tak, od razu lepiej. Zupełnie jakby spłukując szampon i odżywkę, zmyła też złe wspomnienia. A skoro już znalazła się w łazience, to co szkodzi leciutko podmalować oczy? I usta takie blade, bez wyrazu... Szminka wprawdzie Marzeny, ale może siostra nie zauważy? Nie. Zbyt jaskrawa. Starła. Z kolei ta druga... prawie jej nie widać... Nie, wcale się specjalnie nie maluje. Po prostu chce się lepiej poczuć, a człowiek lepiej się czuje, gdy wie, że ładnie wygląda. Pasowałby jeszcze turkusowy cień. Tylko muśnięcie. Mogłaby wtedy włożyć turkusowy top. Jest lekki i przewiewny.

Wróciła do pokoju, znalazła top i zastygła niezdecydowana. Szorty do tego? Podkreślają zgrabne nogi. Dość eleganckie, z wysokim stanem, pasuje do nich ten szeroki pasek... Dostała je na urodziny od Marzeny i jeszcze nie miała okazji ponosić. Ale czy to wypada? Nie idzie przecież nad jezioro.

Pochowała ubrania do szafy, zostawiła tylko dwie spódniczki, lekkie spodnie i szorty. Zamknęła oczy, przemieszała rzeczy, podrzuciła je do góry, obróciła się trzy razy wokół własnej osi i namacała dłonią coś śliskiego i sztywnego. Aha, spódnica. Ta dłuższa. Ale ona chyba też nie nadaje się na dzisiejszą pogodę. Macała dalej. Jakaś nogawka. Otworzyła oczy. Spodnie... A szorty spadły na podłogę. No to losowanie trzeba powtórzyć.

Za trzecim razem trafiła w końcu na szorty. Włoży je tylko na chwilę, by sprawdzić, czy pasują do turkusowego topu. Pasowały. A poza tym los tak chciał.

 

Poprawiła włosy, raz jeszcze obejrzała się w lustrze i wyszła.

Бесплатный фрагмент закончился. Хотите читать дальше?