Telefony do przyjacielaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

5.

Marzena wjechała do sali Krzysztofa. Spał, mimo uniesionego oparcia łóżka. Podjechała bardzo blisko i zapatrzyła się w jego twarz. Nawet nie był specjalnie przystojny. Nos trochę zbyt perkaty. Najładniejsze miał chyba brwi. Mocno zarysowane kości policzkowe, zdecydowana linia szczęki...

Nie łudziła się, że ocalony przez nią chłopak okaże się pięknym królewiczem, z którym odtąd będzie żyć długo i szczęśliwie. Takie rzeczy zdarzają się tylko w bajkach. Co ją zmuszało, by wracać tu wciąż i wciąż, niczym przestępca na miejsce zbrodni? Na co czekała?

Umiała czekać. Nauczyły ją tego tygodnie i miesiące w gipsie, godziny, dni i lata żmudnej rehabilitacji. Święta spędzane w szpitalu zamiast wśród najbliższych. Umiała być cierpliwa. Czasem nie miała innego wyjścia. Ale na co liczyła teraz?

Chłopak lekko westchnął, wyrywając ją z zamyślenia. Jego powieki zadrgały. Otworzył oczy i natychmiast je zamknął. Jakby się jej przestraszył. Powoli, bardzo powoli otworzył je znowu. Przyglądali się sobie przez chwilę. Zauważyła niepokój na jego twarzy.

– To... szpital? – upewnił się, błądząc spojrzeniem po sali. Uniósł rękę i dotknął miejsca, gdzie ciągle jeszcze miał opatrunek. – Skąd... – przełknął ślinę – ...skąd się tu wzięłaś?

– Odwiedzałam kogoś na innym oddziale – rzuciła wymijająco, mając nadzieję, że nie zarumieniła się zbyt mocno. Policzki ją paliły, więc opuściła głowę, by ukryć się za zasłoną włosów.

Kiedy znowu odważyła się podnieść wzrok, nawet na nią nie patrzył. Zrobiło jej się głupio. Mocno szarpnęła koła wózka i wycofała się na korytarz. Miała wrażenie, że odetchnął z ulgą, gdy znikła z jego pola widzenia. Dobrze jej tak! Nie trzeba było tu przychodzić.

6.

Krzysiek obudził się roztrzęsiony. Uff... To tylko sen... Jak dobrze. Dlaczego znów śnił mu się Posejdon? Patrzył spod groźnie najeżonych brwi wzrokiem, od którego człowieka przechodziły ciarki. O co miał pretensje? Czym Krzysiek mu się naraził?

Wziął kilka głębokich oddechów. Już lepiej. Strach powoli mijał, choć uczucie zagubienia jeszcze go nie opuściło. Ostrożnie poruszył nogami. Tym razem go posłuchały. Żeby jeszcze zdołał pokonać ten mętlik w głowie... Czuł się jak przewrócone biurko. Wszystkie ważne i nieważne dokumenty wymieszały się ze sobą, część wyfrunęła przez okno, nic do siebie nie pasowało. Zamknął oczy, próbując zatrzymać i uporządkować galopadę myśli. Układał okruchy wspomnień i otrzymanych od innych informacji jak wieżę z klocków, ale chwiała się i rozsypywała, zanim zbudował ją do końca. Zbyt wiele było niewiadomych. A kiedy wreszcie wydało mu się, że coś zaczyna z tego rozumieć, wyczuł czyjąś obecność. Choć przecież nie słyszał kroków.

Otworzył oczy i natychmiast je zamknął. Syrena? Ostrożnie uchylił powieki w nadziei, że widziadło zniknie, ale nadal tam była.

– To... szpital? – upewnił się, błądząc spojrzeniem po sali. Miał nadzieję, że jego głos rozproszy senne majaki. Dotknął głowy i wyczuł pod palcami fakturę bandaża. Przycisnął mocniej. Zabolało. A więc nie śpi. A może zwariował? – Skąd... – gardło miał zupełnie wysuszone – ...skąd się tu wzięłaś?

– Odwiedzałam kogoś na innym oddziale – rzuciła złowrogo, a jego przeszedł dreszcz. A jeśli to... śmierć? Opuściła głowę, a jemu się wydało, że za zasłoną jasnych włosów ukrywa nagą czaszkę z wyszczerzonymi zębami.

Gdy ponownie otworzył oczy, już jej nie było. Odetchnął z ulgą, ale strach ciągle go nie opuszczał. A jeśli wróci?

7.

Marzena zatrzymała samochód przed nowoczesnym blokiem, nie gasząc jeszcze silnika.

„A więc to tutaj mieszka Krzysztof? Ciekawe, na którym piętrze. Windy na pewno nie mają” – oceniła.

Zaklęła pod nosem, zła, że znowu o nim myśli. No ale dlaczego tak się jej przestraszył? Nie widział nigdy dziewczyny na wózku czy co?

Podjechała parę metrów do przodu, do sąsiedniego budynku, i zaparkowała od strony balkonów. Jeden z tych na parterze wyróżniał się wygodną rampą.

Marzena zastanawiała się przez chwilę, jak długa i kręta musiałaby być rampa prowadząca na trzecie piętro ich wieżowca i czy jednak nie lepiej, jak Beata, mieszkać na parterze. Wprawdzie z przechodniami zaglądającymi do okien, ale za to bez konieczności nieustannego pokonywania siedmiu schodków dzielących ją od windy.

Rodzice ciągle mieli ten dylemat: czy zainwestować w nowy wózek, samochód albo sprzęt rehabilitacyjny, czy raczej w mały parterowy domek bez barier. Na zamianę mieszkania nie było szans, chyba że na małą klitkę, w której nie mogłaby ćwiczyć i którą od podstaw trzeba by dostosowywać. Niewarta skórka wyprawki. Może teraz, na tym stypendium, ojciec zaoszczędzi tyle, że w końcu pomyślą o budowie. Ale pewnie już dawno obie z Anką wyfruną na swoje, zanim te plany wejdą w fazę realizacji.

Beata wybierała się na wakacje dopiero za tydzień, a na razie nudziła się w domu. Na telefon zareagowała entuzjastycznie, zupełnie jakby się nie pokłóciły półtora roku temu. I chyba jej wypatrywała, bo pojawiła się na balkonie, zanim Marzena zdążyła się przesiąść na Błyskawicę.

– Jak ja cię dawno nie widziałam! – wołała już z daleka. – To twoje auto? A ja dostałam pieska! Pomeranian, rodowodowy, wiesz, jaki słodki? Zaraz was poznam ze sobą. – Oparła się na kulach i z powrotem weszła do mieszkania.

Marzena pokonała rampę, mocno chwytając się poręczy.

– Widzę, że ciągle gustujesz w aktywnych wózkach. – Beata krytycznie przyjrzała się Błyskawicy. – Moja mama twierdzi, że to niebezpieczne. Można się wysypać, rozbić głowę albo coś. No i upaciasz się strasznie od kółek. Nie lepszy taki? – Wskazała z dumą czarny masywny wózek z elektrycznym silnikiem: – Tu ma koszyk na zakupy, a tu wkładam kule. Mogę sama wyskoczyć do sklepu albo gdzieś. Fajny, nie? Mam go już pół roku, zupełnie inna jakość życia, mówię ci! Ale pokażę ci Pompka, zamknij tylko balkon! – Odczekała, aż Marzena spełni polecenie, i uchyliła drzwi, zza których dobiegały sapanie, skrobanie i piski. Do pokoju natychmiast wpadł piorun kulisty. Okrążył wózek Marzeny, obwąchał ją, wskoczył na kanapę, zeskoczył, poszczekując, przebiegł kilka razy pokój w tę i z powrotem, aż w końcu przysiadł przy nogach Beaty, merdając ogonem, dysząc i wystawiając różowy języczek z uśmiechniętego pyszczka.

– Jaki śliczny! – wykrzyknęła szczerze Marzena. – Mogę go pogłaskać? Jak ma na imię?

– GROOVY KIND OF LOVE Smocze Pole – oświadczyła właścicielka z dumą. – Po czempionach, i to nie byle jakich! Ale wołamy na niego Smoczuś, Filuś, Pompek albo Pomponik. Mama czasem mówi na niego Phil albo Filonek-ogonek, a tata Collins. Reaguje na wszystko. To bardzo mądry pies.

– Groovy kind of love smocze pole? Tak ma na imię? Trochę jakby bez sensu.

– Na imię ma Groovy Kind of Love – odparła Beata nieco protekcjonalnym tonem osoby lepiej poinformowanej. – Smocze Pole to przydomek, coś w rodzaju nazwiska, po którym poznajesz, z jakiej hodowli pochodzi. – Usiadła w fotelu, a piesek natychmiast wskoczył jej na kolana. – Imię zapisuje się dużymi literami, a przydomek normalnie. Jego mamusia to ATIA Smocze Pole, a tatuś to GROOVY LITTLE AMORIST von Palatina Aurora – wyjaśniła. – Mój czempionik kochany! – rozczuliła się i obsypała psa pocałunkami. Marzena skrzywiła się nieznacznie, co nie uszło uwagi Beaty. – To bardzo czysty piesek – zaznaczyła. – Nie ma żadnych robali, raz na tydzień go kąpię, codziennie czeszę, samych szczotek ma ze trzy rodzaje, a nożyczek pewnie z pięć. Mam nawet degażówki, wiesz, takie nożyczki do strzępienia włosa. Dwa lata temu, w lipcu, byliśmy w Gdyni i zupełnym przypadkiem natknęłam się na plakat wystawy psów. A na nim właśnie takie cudeńka. – Pocałowała puchaty psi łepek. – Od razu mi się spodobały, poszliśmy na tę wystawę i kiedy je zobaczyłam na żywo... Po prostu wiedziałam, że umrę, jeśli nie dostanę takiego! Rodzice z początku mieli wątpliwości, ale po rozmowie z hodowcą... No, w każdym razie miałam obiecanego szczeniaczka i w październiku zeszłego roku wreszcie mogliśmy go odebrać. Tak, mój książę? – Uniosła pieska nad głowę, a potem przytuliła do siebie. – Pańcia się strasznie za tobą stęskniła! – Cmok! – Cały rok na ciebie czekała! To prawie jak ciąża! – Zaśmiała się i spojrzała na Marzenę. – Żebyś ty wiedziała, jakie te szczeniaczki są śliczne! Potem pokażę ci zdjęcia. A mój Filunio – zaszczebiotała do psa – najślićniejsi zie wsiśtkich, tak? No, pobiegaj sobie. Hop! – Nieco uniosła kulę, a piesek zaczął przez nią przeskakiwać. – Widzisz, jaki posłuszny? Hop! Złoto, nie pies! I już zgarnia nagrody. W lutym pojechał na pierwszą wystawę, do Bydgoszczy, i wrócił z najwyższą oceną! A teraz szykuję go na sierpień do Torunia! Jestem pewna, że zrobi furorę!

– Jaka to rasa? – udało się wtrącić Marzenie.

– No przecież mówiłam! Pomek, czyli pomeranian, czyli szpic miniaturowy. No, Smoczusiu, chodź do pańci! – Wyciągnęła ręce zapraszającym gestem i Smoczuś natychmiast wskoczył jej w ramiona. Pocałowała go, a pies polizał ją po twarzy.

– A jak sobie radzisz z wyprowadzaniem? Biegnie przy wózku? Ja bym się bała, że wpadnie mi pod koła. Takie maleństwo...

Beata parsknęła śmiechem.

– Widziałaś kiedykolwiek takie cudo jak mój Filuś na ulicy? To są delikatne maluszki. Może niektóre od czasu do czasu gdzieś wychodzą albo biegają po ogrodzie, ale nie ma sensu wypuszczać ich na brudny trawnik. Przecież tam się roi od psich kup!

– To gdzie się załatwiają?

– W domciu, moja droga, w domciu! Mają specjalne takie jakby pieluszki, które pochłaniają wilgoć i zapach. Coś podobnego jak kocie kuwety.

 

– I to mu wystarczy? Zawsze mi się wydawało, że pies musi się wybiegać, i to właśnie na świeżym powietrzu.

– Czasem tata bierze go na łąkę czy do lasu, gdy jest ładna pogoda. Albo na wakacjach. Ale zobacz, jakie to maleństwo. Mój pokój dla niego to jak stadion.

Postawiła pieska na podłodze, a on natychmiast ruszył biegiem w stronę Marzeny. Ta wyciągnęła rękę, by go pogłaskać, ale Beata cmoknęła i pies błyskawicznie zawrócił ku swojej pani.

– Wiesz – uśmiechnęła się przepraszająco – Pomuś dzisiaj był już kąpany, a od wózka ręce się strasznie brudzą. Nawet w rękawiczkach. No i w ogóle, nie chciałabym, żeby zbytnio ufał obcym. Nie przeżyłabym, gdyby go ktoś ukradł albo skrzywdził. Nie mówię, że ty, tylko... Rozumiesz, nie? – Podniosła się z fotela. – Wyprowadzę go do drugiego pokoju, bo nie da nam pogadać, a przecież mamy tyle tematów! Strasznie długo cię nie widziałam! Ile to? Co najmniej rok, nie? Pomponik! Idziemy! Pańcia ma gościa. – Wyszła z pokoju i po chwili wróciła bez psa. – No! – sapnęła z zadowoleniem, siadając w fotelu bliżej Marzeny. – Słodki, prawda? Powinnaś sobie takiego sprawić. Ale dobra, nie będziemy już gadać o psach. Opowiadaj! Co u ciebie? Tylko może uchyl balkon, gorąco dzisiaj. Fajna maskotka, nie? Ale koniecznie musi być w centrum zainteresowania.

Marzena spojrzała na koleżankę. Przytyła trochę i zmieniła fryzurę, jednak to tylko dodało jej urody. Choć gdy usiadła, można było dostrzec zdradzieckie wałeczki wokół talii, maskowane luźną tuniką. Beata zauważyła jej spojrzenie.

– No niestety – westchnęła. – Hormony. Ale zrzucę to, słowo. Mam teraz fajnego rehabilitanta, wygląda jak Taylor Lautner. Jeżdżę na gimnastykę dwa razy w tygodniu. Prywatnie. Gość jest boski, mówię ci! A ty co robisz, że nie tyjesz?

– Geny – odparła wymijająco, choć wiedziała, że to tylko część prawdy. Owszem, w jej rodzinie wszyscy byli szczupli, Ania mogła zjeść górę ciastek i nie przytyć, ona jednak jako jedyna musiała się ograniczać. A i tak nigdy nie będzie mieć takiej sylwetki jak siostra. – I sport – dorzuciła, żeby Beata nie rozgrzeszyła się zbyt łatwo. – Dużo, dużo sportu.

À propos sportu, otworzysz ten balkon? Bo mnie już nie chce się wstawać, a ty jesteś bardziej mobilna.

Marzena ostentacyjnie przewróciła oczami i podjechała ku drzwiom.

– Oj, nie bądź taka! – zaśmiała się Beata. – Lubisz się ruszać, więc czemu mam cię pozbawiać tej przyjemności? No! Od razu lepiej. Straszna duchota dzisiaj! Przemek, ten rehabilitant, też jest wysportowany... – Rozmarzyła się. – Żebyś ty widziała, jak mu grają mięśnie, kiedy mnie ćwiczy...

– A to nie ćwiczysz sama? – zdziwiła się Marzena.

– Jest o wiele fajniej, kiedy on to robi. – Beata uśmiechnęła się szelmowsko. – Tylko teraz poszedł na urlop. Zobaczymy się dopiero we wrześniu – zakończyła z westchnieniem.

Marzena nie miała ochoty wysłuchiwać szczegółowej opowieści o rehabilitancie. Gdy widziała się z Beatą po raz ostatni, koleżanka była zakochana w młodym ortopedzie, zresztą żonatym, i nie dała sobie przetłumaczyć, że lekarz jest dla niej uprzejmy tylko z racji wykonywanego zawodu. Strasznie się wtedy pokłóciły.

Postanowiła zmienić temat.

– We wrześniu... – powtórzyła. – Rehabilitacja z przystojniakiem jako wytchnienie przy kuciu do matury? A przy okazji, wybierasz się potem gdzieś dalej? Bo ja się dostałam na neofilologię do Poznania. Mama radziła, żeby raczej studiować na miejscu, ale przecież Poznań jest o miedzę. I tak dojeżdżam na mecze. A ty co planujesz po maturze?

Beata wydęła wargi i machnęła lekceważąco ręką.

– Chyba sobie odpuszczę. Zobacz! – Wyciągnęła z szafy zwiewną bluzeczkę. – Fajna, nie? Kupiłam na wyprzedaży.

– Chcesz odpuścić studia? To co będziesz robić? Pójdziesz do pomaturalnej?

– E tam! Mam już serdecznie dość nauki. Chyba w ogóle zrobię sobie przerwę.

– Zgłupiałaś?

– To dla mnie zbyt duży wysiłek – powiedziała Beata żałośnie. – Nie dawałam już rady, pogorszyły mi się wyniki i w ogóle, musiałam przerwać naukę ze względu na stan zdrowia. Ale mniejsza o to, lepiej zobacz, jakie boskie buty dostałam. Weszłam do sklepu, ot tak, tylko pooglądać, zobaczyłam i zakochałam się w nich natychmiast. I mieli mój rozmiar! Supertrendy, nie? Twoje też niezłe – dodała wspaniałomyślnie, zerkając na stopy Marzeny, choć ta akurat była w ortezach.

– Co to znaczy: przerwać naukę? Nie zdałaś do trzeciej?

– W ogóle odeszłam ze szkoły. Chcesz przymierzyć? Bo jakbyś chciała sobie kupić, to jest sklep, gdzie niedawno widziałam podobne. Ale wiesz, wkurzyłam się. Taka jedna ekspedientka, głupia pinda, gapiła się na mnie w tym sklepie jak na jakieś zjawisko. Co ona myśli? Że jak się jest na wózku, to się boso chodzi?

– Może po prostu uznała, że jesteś zjawiskowa?

– Bo ja wiem? – Beata zerknęła w lustro. – Nie lubię, jak się ludzie tak bezczelnie gapią. No, chyba że faceci! – Puściła do niej oko. – A właśnie! Jak twoje sprawy sercowe?

Marzena wzruszyła ramionami.

– Nijak.

– No co ty! A tamten koszykarz, jakże on miał na imię? Patryk?

– Paweł. Przyjaźnimy się, ale...

– Rozumiem. Wolisz chodziaków? No w sumie masz rację. Ja się spotykałam z takim jednym Markiem, ale on chyba bardziej z ciekawości na mnie poleciał. Ja na niego zresztą też, co ci będę szklić. W sumie nie wiem, czy chodziak jest lepszy od wózkersa. Zależy do czego – zachichotała. – Ale wózkers na przykład rozumie, że możesz gdzieś nie mieć czucia, stara się, lepiej do niego docierają twoje problemy, bo sam ma podobne... Chodziaki myślą tylko o sobie. A w ogóle na długo przyjechałaś? Może wypuścimy się gdzieś razem? Mogłybyśmy pojechać do Olsztyna twoim autem. Bo tu nigdzie nie da się pójść! Wszyscy się gapią, najchętniej pokazywaliby palcami: „Patrzcie, kosmita wszedł do pubu! Pewnie jada gwoździe i popija benzyną!”. A z kolei znajomi, jak cię zobaczą na mieście, to zawsze z tą samą nawijką: „Podziwiam cię, że wychodzisz, nie zamykasz się w domu”. Ale żeby któryś przyszedł, odwiedził, to nie. I nawet jak spotkasz w pubie, to też każdy zaraz się zmywa, że lekcje musi odrobić albo do klasówki się przygotować... Mówię ci, w tej klasie, co do niej chodziłam, wszyscy fałszywi jak koty. W oczy niby się taki uśmiecha, a tylko patrzy, jak wziąć dupę w troki, bo przecież nie będzie siedzieć z kaleką na widoku, nie?

– Koty nie są fałszywe! – zaprotestowała gwałtownie Marzena.

– Koty może nie. Właśnie dlatego odeszłam z tej debilnej szkoły. Miałam ich wszystkich dosyć!

– Nie było ci żal? Nie dałaś rady dociągnąć chociaż do końca roku? Albo przenieść się do innej?

– Nie!

– I co zamierzasz robić?

– Na razie nacieszyć się wolnością. I Bejbisiem. Zaczynam go tresować do agility. To taki sport dla psów.

– Jakbyś normalnie skończyła tę drugą klasę, też byś się teraz cieszyła wolnością – zauważyła Marzena. – I Bejbisiem. Czasem trzeba po prostu zacisnąć zęby. Wiem coś o tym – dorzuciła z przekonaniem, bo Beata wykrzywiła twarz w niechętnym grymasie. – I gdzie pójdziesz po wakacjach?

– Na razie przeglądam szkoły, patrzę, w której są jakieś ciekawe kółka zainteresowań, co oferują... Ale w Iławie nie ma niczego porządnego, a zdrowie mi nie pozwala, żeby dojeżdżać gdzieś dalej...

– Beata... – Marzena spojrzała spod oka. – Nie wciskaj mi kitu, dobrze? Masz rozszczep niżej niż ja, chodzisz, a jakbyś się postarała, mogłabyś w ogóle nie używać wózka. Twoich rodziców stać na zapewnienie ci lepszych warunków niż przeciętne, i dobrze, a ty walkowerem oddajesz swoją przyszłość? Przegrasz życie, dociera to do ciebie?

– Ty mi chyba zazdrościsz. – Beata popatrzyła wyzywająco. – Zrozum, jestem młoda, chcę się nacieszyć życiem, zobaczyć kawałek świata, a nie tylko siedzieć w domu nad książkami i wkuwać. I po co mi to? Przecież i tak nie dam rady pójść do pracy. A nawet jeśli, to co ja mogę robić? Same nudne rzeczy. Wszystkie fajne zawody są nie dla mnie. Więc póki jeszcze daję radę, to chcę z życia czerpać pełnymi garściami, żeby nie było tak, że jak już pozdaję te wszystkie matury i inne głupoty, które mi do niczego się nie przydadzą, to nawet nie będę miała siły się cieszyć życiem, stracę do reszty zdrowie i w ogóle...

Marzena znała ten stan. Jej samej, w gorszych chwilach, też zdarzały się takie myśli.

– A co potem? – przerwała. – Przy naszym schorzeniu raczej się nie umiera młodo, chyba że coś się przyplącze. Ale możesz żyć jeszcze i czterdzieści, i sześćdziesiąt lat, i więcej. A rodzice nie są wieczni. Pomyślałaś, co wtedy?

– Może będę hodować pomki? – Beata westchnęła rozmarzona. – Nazwałabym hodowlę jakoś tak ładnie... Nie wiem... Pani Jeziora? DIANA od Pani Jeziora. To by brzmiało...

Marzena zrobiła sceptyczną minę.

– Sądzisz, że z tego dałoby się utrzymać? Ile wydajesz na twojego? Szczotki, nożyczki, szampony, wystawa...

– ...szczepienia, karma – dopowiedziała Beata. – Odżywki, akcesoria, składki...

– Sama widzisz. Zanim hodowla zaczęłaby przynosić dochody, musiałabyś naprawdę dużo zainwestować. Nie wiem, czy nawet twoich rodziców byłoby stać. A jeśli stracą pracę albo, nie daj Boże, coś im się stanie? Nie możesz tak się na nich wieszać. A bez matury trudno coś sensownego znaleźć. Zwłaszcza w naszej sytuacji. Nawet po studiach to nie jest proste. Z renty hodowli nie utrzymasz.

– Jakbyś nie wiedziała, to jest coś takiego jak telepraca, czyli praca przez komputer – zdenerwowała się Beata. – W każdej chwili mogę sobie czegoś tam poszukać i już! Żadna matura nie jest mi do tego potrzebna, a ja nie będę nadwerężać zdrowia tylko po to, żeby zdobyć jakiś debilny papierek!

– Na razie rozmawiamy w ogóle o zdobyciu średniego wykształcenia – przypomniała Marzena. – Nie skończyłaś nawet drugiej klasy. I ty dopiero „przeglądasz oferty”?

– Marzena, wiem, że chcesz dobrze, ale nie rozumiesz, że nie dałam rady pod względem fizycznym? I psychicznym też. Ty wiesz, jak ja się czułam w klasie? Wszyscy ode mnie młodsi i w ogóle nikogo nie obchodziło, że pierwszą klasę powtarzałam ze względu na stan zdrowia. A przecież to nie moja wina, że tyle opuszczałam. Nauczyciele strasznie dużo zadawali i w ogóle nie rozumieli, że ja się mogę źle czuć, że fizycznie nie wyrabiałam. Nie szanowali ani mnie, ani mojej choroby. Może gdybym trafiła do integracyjnej, tak jak ty...

– Gdyby szafa miała sznurek, toby była windą.

– Wiesz, nie spodziewałam się tego po tobie. Myślałam, że my, niepełnosprawni, powinniśmy trzymać się razem, wspierać. A ty bez przerwy mnie krytykujesz. Ciągle coś ci nie pasuje. Jesteś małą, zawistną żmiją, co to sama się nie zabawi i drugiemu nie da...

Beata wylewała żale, rzucała oskarżenia, a Marzena miała wrażenie dejà vu. Półtora roku temu, chociaż rozmowa dotyczyła zupełnie innego tematu, skończyło się tak samo. Kiedyś, gdy obie były małe, przyjaźniły się. Ale ich drogi stopniowo zaczęły się rozchodzić. I wygląda na to, że rozeszły się na dobre.

– Sorry – przerwała jej w pół słowa. – Na mnie już chyba czas.

– No co ty! – Zabrzmiało to jakoś tak... błagalnie. – Dopiero przyszłaś! Nawet nie obejrzałaś zdjęć Bejbisia. I moich ostatnich z sanatorium i z wycieczki do Wilna. Mówię ci! Było super! I chciałam ci pokazać zdjęcie Przemka. A mama upiekła ciasteczka. Czego się napijesz? Kawy, herbaty, soku? Może chcesz skorzystać z łazienki? No, zostań, mam ci tyle do opowiadania!...