Telefony do przyjacielaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

14.

– Ciacho? – zdziwiła się Marzena. Popatrzyła przez szparę w drzwiach. – Nie widzę tam żadnego ciacha. Same stare pierniki.

– Bo jesteś ślepa! Posuń się! Tamten! Nie widzisz? Rozmawia z ciocią Krysią!

– Bo ja wiem? – zawahała się. – No, nie powiem, przystojny, ale za stary dla ciebie! Trzydziechę ma na pewno.

Ania westchnęła. Teraz, kiedy paliły się wszystkie lampy, i ona widziała, że chłopak, a właściwie, nie ma co się oszukiwać, mężczyzna, był o wiele starszy, niż to jej się na początku wydawało. Ale przecież nawet dziesięć czy piętnaście lat to nie jest taka znów wielka różnica.

– Chyba się żegna. Poszedł... – stwierdziła z żalem. – I tak nie byłby dla mnie, nawet gdyby miał dwadzieścia. Jedyne ciacho, o jakim mogę marzyć, to dzisiejszy tort. Ale co z tego, skoro już dawno zeżarty? I ze wszystkim tak jest. Zanim się zdążysz nacieszyć, już się kończy. Albo ktoś ci sprzątnie sprzed nosa.

Marzena domknęła drzwi i ustawiła się do nich plecami.

– Opowiadaj! – rozkazała.

Ania poczuła, jak coś ściska ją za gardło. Nie było sensu udawać, że nie rozumie, o co pyta siostra.

– Przyjechałaś dzień później – pomogła Marzena. – Mama mówiła o jakichś ważnych rzeczach do zrobienia. Ale wyczułam, że jest wkurzona. Czy ja się dobrze domyślam? – Popatrzyła jej prosto w oczy. – Przez cały poniedziałek sprzątałaś po imprezie?

Ania opuściła głowę. Kap, kap... popłynęły łzy jedna za drugą.

– Mocno narozrabiali? Zniszczyli coś?

– Z takich trwałych zniszczeń to tylko trochę potłuczonych naczyń, kieliszków... i... chiński koń.

Marzena gwałtownie wciągnęła powietrze. Porcelanowy koń był pamiątką po dziadkach ze strony mamy. Stał w sypialni rodziców i mama nikomu nie pozwalała go ruszać.

– Po co go brałaś? – zapytała szybko, nie kryjąc zgrozy. – Da się naprawić? Przecież mieliście tylko oglądać mecz.

„To był taki świetny pretekst” – pomyślała Ania. Już w Łazach zauważyła, że Łukasza o wiele bardziej interesują mistrzostwa świata w piłce nożnej niż rozgrywki szachowe. I wpadła jej do głowy genialna myśl: jeśli przekonująco zagra swoją mundialową fascynację, jeśli nie opuści żadnej transmisji, to propozycja wspólnego oglądania finałów nikogo nie zdziwi. Więc gdy się żegnali po zakończeniu turnusu, zaprosiła do siebie znajomych z klubu: Martynę, Bartka, Mateusza i... Łukasza.

– Mecz? – zdziwił się Mateusz. – Chyba szachowy? Piłka? – Wydął wargi i wzruszył ramionami, patrząc na nią podejrzliwie. Nie naciskała. Jego strata, jeśli nie przyjdzie.

– A kto jeszcze będzie? – chciała wiedzieć Martyna. – Tylko na sam mecz? Nie opyla mi się.

– To moja osiemnastka – powiedziała szybko. – I możesz przyjść z osobą towarzyszącą. – Wiedziała, że Martyna ma chłopaka, nie stanowiła więc konkurencji. Im więcej gości, tym mniejsze niebezpieczeństwo dostrzeżenia, kogo tak naprawdę chciała zaprosić. – Obejrzymy mecz, a przedtem może trochę potańczymy albo... – urwała, myśląc gorączkowo, czym jeszcze uatrakcyjnić zaproszenie. – Rodziców nie będzie – dodała. – To znaczy tata jest na stypendium w Phoenix, a mama wróci późno albo może w ogóle w poniedziałek? – Nie była pewna, czy mama zgodzi się zostawić ją samą, ale miała nadzieję, że da się przekonać. Przecież osiemnastka jest tylko raz w życiu.

– Osiemnastka! – ucieszył się Bartek. – Super! Impra i jeszcze mecz! Wchodzę w to! Luki, a ty?

Łukasz skinął głową.

– W sumie czemu nie... – mruknął, a Anię zalała fala ulgi i szczęścia. Przyjdzie! I nikt nie powie, że ona mu się narzuca. A na takiej imprezie... wiele może się zdarzyć.

No i zdarzyło się. Za wiele...

– Anka!!! – Jej starsza, poukładana siostra miała nawet chusteczki w pogotowiu. – Wyrzuć to w końcu z siebie, będzie ci lżej.

– I tak nie zrozumiesz – odburknęła, wycierając nos. – Ty się nigdy nie pakujesz w żadne nierealne... – urwała, bo zabrakło jej słów, i sięgnęła po kolejną chusteczkę. – W życiu nie zrobiłabyś niczego głupiego.

– A tu się mylisz.

Ania wzruszyła ramionami. Marzena może sobie gadać, by ją podnieść na duchu, ale przecież znają się nie od dziś. Trudno o bardziej rozsądną osobę.

– Dzisiaj byłam bardzo blisko zrobienia rzeczy kompletnie irracjonalnej – powiedziała Marzena. – I... nie wiem, naprawdę nie wiem dlaczego.

– To znaczy co? – zakpiła Ania. – Miałaś dylemat, czy przełożyć tort kremem kawowym, czy raczej pastą z brokułów?

– Ładne masz zdanie o swojej siostrze – odmruknęła ta przyjaźnie, choć z przekąsem. – Naprawdę uważasz, że stać mnie tylko na takie dylematy?

Ani zrobiło się wstyd, więc ukryła twarz w kolejnej chusteczce.

– Ale mówisz, że w końcu nie popełniłaś tego głupstwa – wymamrotała. – Jak zwykle racjonalna, rozważna i ani trochę nie romantyczna.

– Zawoziłam dzisiaj rosół cioci Krysi – odpowiedziała i umilkła.

Ania spojrzała ze zdumieniem.

– No i? – ponagliła. – Nie chcesz chyba powiedzieć, że o mało nie wypiłaś tego rosołu po drodze?

Marzena parsknęła śmiechem.

– Czekaj, bo to długa historia i nie wiem, od czego zacząć. Widzisz... Chciałam w drodze powrotnej wstąpić na pocztę i wysłać dokumenty na neofilologię. Ale nie wysłałam.

– Czemu? – Ania tak się zdziwiła, że przestała płakać.

– Mówię ci, że to był zupełnie irracjonalny impuls.

– Nie chcesz iść na studia? No co ty?

– Nie, nie dlatego. Chodzi o to... – Opuściła głowę. – W szpitalu jest jeden chłopak...

– Wiem, ten od Szelążkowej – pomogła Ania, bo siostra najwyraźniej miała problemy z wysłowieniem się.

– Nie, nie... To znaczy ten też jest, ale myślałam o kimś innym... Mówiłam, że to długa historia.

– Ach! Ten, co spadł z łódki, a ty go wyłowiłaś? Dziadek mi opowiadał. On jest jeszcze w szpitalu?

– No właśnie. – Marzena odetchnęła z ulgą. – Tak, jeszcze tam leży. To głupie, że w ogóle o nim myślę!

– Zakochałaś się? – Ani zabłysły oczy i nachyliła się bardziej do przodu. – Jaki on jest? Fajny?

– Zwariowałaś?! – oburzyła się Marzena. – Przecież ja go widziałam ze trzy razy w życiu! Nie wierzę w miłość od pierwszego ani nawet od drugiego wejrzenia. I w ogóle nie lubię takich typów jak ci z Psiego Pazura. A jednak nie mogłam się powstrzymać, żeby po raz drugi nie poleźć dziś na jego oddział. – Skrzywiła się z niesmakiem. – Jak zadurzona trzynastolatka.

– Znam to – westchnęła Ania. – Też latam za Łukaszem jak idiotka. Strasznie bym się chciała odkochać, ale nie mogę – głos jej zadrżał.

– A ten piernik? To znaczy to dzisiejsze ciacho? Mówiłaś, że zrobił na tobie wrażenie.

– Sama twierdzisz, że za stary. – Westchnęła. – No, przecież już wiem, wiem na pewno, że Łukasz mnie nie kocha, już dawno powinien wywietrzeć mi z głowy, już nie mam żadnych złudzeń... – Wstała i szybko podeszła do okna, odwracając się twarzą do szyby. – Masz pojęcie, że się przełamałam, by go poprosić do tańca?

– Łukasza? No to co? Przecież to nic złego? – Marzena próbowała ją pocieszyć.

– Wiesz, co mi odpowiedział? „Jem chipsy, mała. Jak skończę, to się dowiaduj”.

Zapadło milczenie.

– Wiedziałam, że to burak – odezwała się w końcu siostra – ale nie myślałam, że aż taki. Na twojej osiemnastce, w twoim domu on rzuca takie teksty? I co zrobiłaś?

– Nic – wyszeptała. – I to właśnie jest najgorsze.

Marzena podjechała bliżej i poklepała ją po ręce.

– Rozumiem – mruknęła. – Najpierw cię zamurowało, tak jak mnie przed chwilą, a potem już było za późno na ripostę, co? Nie martw się! I tak by nie docenił ciętego dowcipu. Powinno się mu dać w pysk albo pokazać drzwi, ale święte prawo gościnności i tak dalej...

Ania nadal wpatrywała się w coś za oknem.

– A ty? Czemu nie wysłałaś dokumentów? – zmieniła temat.

– Bo mnie na chwilę zaćmiło. O mało nie kupiłam nowej koperty i nie wysłałam ich do Torunia. Na szczęście nie pamiętałam adresu.

– Do Torunia? Toruń miał być rezerwowy! Przecież mówiłaś, że przyjęli cię w Poznaniu! Czemu tam nie chcesz?

– No właśnie – odburknęła. – Nie uważasz, że to idiotyzm? Wybierać studia dalej od domu, na wydziale zlokalizowanym w starym gmachu bez windy i wszystko tylko po to, aby być na roku z jakimś gościem, który po pijanemu rozbił sobie głowę. Żenada. – Skrzywiła się. – A ty mi mówisz, że w życiu nie zrobiłabym niczego głupiego.

– No faktycznie – przyznała Ania z podziwem. – Przebiłaś mnie. A co powiesz rodzicom?

– O czym?

– No, że pójdziesz na UMK, a nie na UAM.

– Aż tak nie zwariowałam. Mówiłam, że to było chwilowe zaćmienie. Na szczęście już ochłonęłam i jutro z samego rana wysyłam dokumenty gdzie trzeba.

– Chciałaś iść na UMK, bo on się tam dostał? – upewniła się Ania. – Rozmawiałaś z nim? Poznał cię czy musiałaś mu się przypomnieć? Kurczę, to dziwna sytuacja, nie? „Cześć, jestem Marzena, wczoraj uratowałam ci życie”. Jak to było? Opowiadaj.

– Nijak. On jeszcze nie jest do końca przytomny.

– To skąd...

– Widziałam rano kopertę zaadresowaną na UAM. Taką samą jak moja. Wystawała z torby jego matki. Ledwo oswoiłam się z myślą, że być może spotkamy się na studiach, a nagle po południu okazuje się, że nic z tego, bo on pójdzie do Torunia, podsłuchałam rozmowę jego rodziców. Mało brakowało, a z rozpędu bym tam za nim polazła. Przez głupi rosół.

Rozdział III

Piątek, 16 lipca

 

1.

– No, Skrzypi, ale żeś narozrabiał! – Qba Kalwas rozsiadł się wygodniej na szpitalnym łóżku. – Gdyby nie Matoł, a właściwie jego stary, mielibyśmy przerąbane.

– Jakby się utopił, to nawet jego stary by nie pomógł! – zarechotał Mateusz Zajączek zwany Matriksem. – Że ja tego nie widziałem!

– Czego? – wychrypiał Krzysiek. Mówienie ciągle przychodziło mu z trudem. Do tego bolało go gardło, chętnie by się czegoś napił. Najlepiej soku jabłkowego.

– Tej laski, co ci robiła sztuczne oddychanie. Ponoć była super! A ja akurat badałem migdałki Karolinie, tfu!

– Długie jasne włosy, fajny biust, nogi jak autostrada – wyliczał Qba w rozmarzeniu, pomagając sobie gestami. – Wcale ci się nie dziwię, że chciałeś przeskoczyć na jej łajbę. Ja bym przeskoczył. Na drugi raz mnie wołaj, pokażę ci, jak się rwie lachony.

Krzysiek zmarszczył brwi. A więc to tak było?

– Widziałeś? – zapytał.

– Qba by coś widział! – Matoł, czyli Mateusz Mądry, wysunął się zza pleców kolegów. – Był taki naprany, że nie odróżniłby laski od pagaja. Przyśniła mu się!

Kumple ryknęli głośnym śmiechem. Zbyt głośnym. Krzysiek zapragnął, by już sobie poszli. Matoł jeszcze coś mówił, wtórował mu Qba, ale ich słowa zaczęły się zlewać w niezrozumiały szum. Wytężył uwagę.

– I powiedz swojej starej – twarz Matoła zawisła nad nim jak lampa – żeby nie pyszczyła na policji. Sam zleciałeś z łajby, my nie mamy z tym nic wspólnego. A jak będzie się rzucać, narobi wszystkim kłopotów, a tobie dodatkowo obciachu...

Krzysiek zamknął oczy. Czego oni chcą? Mówią stanowczo zbyt głośno. Już miał wycofać się w sen, gdy rozbudził go inny głos. Delikatniejszy i dźwięczniejszy niż tamte.

– Krzysiu, twój sok! – To młodsza siostra Qby. Skąd tu się wzięła?

– Paula... – Popatrzył na nią z uśmiechem. – Jak miło... Jabłkowy? Skąd wiedziałaś?

Dziewczyna wymieniła z kolegami spłoszone spojrzenia.

– Przecież sam przed chwilą...

Wyciągnął rękę, ale rozminęła się z kartonikiem. Dopiero za drugim razem udało mu się go chwycić. Trochę wylało się na kołdrę, zanim trafił rurką do ust. Sok. Jabłkowy! Lekko kwaskowaty, przyjemnie chłodny, świetnie gasił pragnienie.

– Dzięki. – Oddał Paulinie pusty kartonik.

– No! To pamiętaj – odezwał się Matoł z naciskiem.

– O czym? – Popatrzył na kolegę, marszcząc brwi. Matoł czegoś od niego chciał, ale czego? – Fajnie, że wpadliście – rzucił, bo miał wrażenie, że powinien coś powiedzieć. Popatrzył po twarzach gości. Matoł, Matriks, Paulina... – O! Qba! – Rozpromienił się na widok przyjaciela. – Zrobisz coś dla mnie? Napiłbym się soku. Z jabłek. Prosiłem Paulę, chyba zapomniała...

– A co wy tu robicie?! – rozległ się znienacka gniewny głos pielęgniarki. – Całą bandą wleźli na pooperacyjny! No, co za ludzie! Znikać mi stąd! Ale już!

2.

– Myślisz, że mógłbym? – Arek spojrzał z nadzieją. – Przecież w Iławie nie ma żadnej drużyny. Zresztą ja...

– Jesteś po samochodówce, nie? – Marzena wyłączyła laptop i zaczęła zwijać kable. – Jak już dojdziesz do siebie, przerób sobie autko i dojeżdżaj. Albo zbierz tetrusów z okolicy i załóżcie drużynę na miejscu.

– Kogo mam zebrać?

– Tetrusów. Takich jak ty. Z porażeniem czterokończynowym.

– Ja się piszę! – odezwał się mężczyzna z łóżka pod ścianą. – Ci goście od rugby to są dopiero goście! Nie wiedziałem, że w ogóle jest taki sport. Ani że grali na olimpiadzie.

– Pan, niestety, może najwyżej hobbystycznie – wyprowadziła go z błędu Marzena. – Ja też czasami z nimi grywam, ale tylko dla rozrywki. Takich zdrowych jak my nie przyjmują do reprezentacji.

– Zdrowych... – mruknął ze zdumieniem, patrząc na kikuty swoich nóg. – Znowu, psiakrew, dyskryminacja! – Zaśmiał się i umilkł zdumiony. – Ha! Nie sądziłem, że tak szybko znajdę powody do śmiechu. Za zdrowy... – powtórzył. – Jak to punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Myślałem, że powiesz: „za stary”.

– Grywają i starsi. Pan może trenować ping-ponga. Albo koszykówkę, jak ja. Jutro przyniosę nagranie z jakiegoś meczu, chcecie?

– Koszykówkę – mruknął mężczyzna bez nóg. – W życiu w to nie grałem.

– Kiedyś trzeba zacząć.

– Z taką ładną trenerką, czemu nie? – kokietował.

– Niestety, mój klub jest w Poznaniu. Ale dowiem się, co tu mają w okolicy dla wózkersów. Albo sami coś załóżcie.

– A ja? Wychodzi na to, że mam przechlapane – zauważył mężczyzna z łóżka przy drzwiach. – Ręce sprawne, kręgosłup sprawny, nogi, odkąd mi wszczepili staw, właściwie też... Kto mnie teraz zechce?

– Obaj mamy pod górkę. – Świeżo odgipsowany połamaniec, który zajmował ostatnie z czterech łóżek, na przemian chichotał i krzywił się z bólu. – Auu – jęknął. – Nawet pośmiać się nie wolno.

– A ty... długo dochodziłaś do siebie po wypadku? – zapytał Arek.

Marzena potrząsnęła włosami.

– Nie. Taka się urodziłam. Lekarze mówili, że będę tylko leżeć i mrugać – zaśmiała się. – I że na pewno będę upośledzona umysłowo. A ja po wakacjach idę na studia! I wcale nie jestem wyjątkiem. Jak to mówią: „Jeśli pacjent postanawia wyzdrowieć, to medycyna jest bezradna”. Dobra, panowie, znikam! – Skończyła zwijać sprzęt i podjechała do drzwi. – Spróbuję jutro wpaść i jeszcze coś wam pokazać, ale od poniedziałku musicie radzić sobie sami. Jadę na obóz FAR. Fundacja Aktywnej Rehabilitacji. Polecam.

Zamknęła drzwi za sobą i podjechała do dyżurki. Oprócz cioci zastała tam panią Jolę, szpitalną bibliotekarkę, która właśnie skończyła wymieniać książki leżącym pacjentom.

– I jak? – spytała ciocia. – Mam wrażenie, że weselej się zrobiło na tej sali. Powinniśmy cię zatrudnić na etacie. Wiesz, że ten spod ściany od wczoraj sam się goli? Przedtem było mu wszystko jedno, jak wygląda. Gdybym go nie ogoliła co któryś dzień, albo pani Marysia, zarósłby jak Piotrowin. Albo ten... Jożin z Bażin... – Zachichotała. – No i Arek, teraz to całkiem inny chłopak! Jeszcze tydzień, półtora i będzie mógł jechać do Rept na dalsze leczenie. Kurczę, szkoda mi go, taki młody... Jak to się mówi: „płytka wyobraźnia”. Ech...

Pani Jola pokiwała głową z dezaprobatą.

– Z tą płytką wyobraźnią to nie do końca tak, przecież wiesz – zaprotestowała Marzena. – I właśnie dlatego Arek się załamał. Opowiadał, że zanim zaczęli skoki, dokładnie sprawdził wodę i dno. Aż się kumple z niego śmiali. Był pewien, że zadbał o swoje i ich bezpieczeństwo. A tu coś takiego! Wszędzie się trąbi – zwróciła się do pani Joli – żeby nie skakać, gdzie jest płytko albo w nieznanym miejscu. A przecież często to nie kwestia płytkiego dna, tylko złej techniki. Wystarczy złe ustawienie ramion i głowy, znużenie, chwilowy brak koncentracji, nieustabilizowany tułów w czasie odbicia, uderzenie o lustro wody i... – pstryknęła palcami – ...witamy w gronie wózkersów.

3.

Marzena skręciła w stronę oddziału Krzysztofa. No dobra, nic się nie stanie, jak zajrzy i do niego, skoro już tu jest. Tylko na chwileczkę.

Na korytarzu przed drzwiami zauważyła trzech chłopaków. Jeden z nich, barczysty blondyn o włosach modnie spadających na oczy, tulił zapłakaną dziewczynę.

– Myślicie, że jemu tak zostanie? – zapytał wysoki chudzielec w ciemnych okularach, a dziewczyna załkała głośniej. Blondyn spiorunował go wzrokiem.

– No i przez ciebie znowu ryczy! – fuknął. – Oj, Paula, ale ty jesteś głupia! – Odsunął dziewczynę i popatrzył z niesmakiem. – Zasmarkałaś mi koszulkę, no! Wytrzyj się jakoś, bo wyglądasz jak Doda po zderzeniu z toi-toiem. Mówiłem, żebyś została w domu.

Odskoczyła od niego urażona, wyjęła z torebki chusteczki i zaczęła ścierać rozmazany makijaż. Spod kilku warstw tuszu, pudru i różu wyłoniła się dziecinna buzia. Małolata z pewnością chodziła jeszcze do gimnazjum.

– Spadamy! – odezwał się ostrzyżony na jeża osiłek. Marzena miała wrażenie, że już go gdzieś widziała. – Normalnie jak jakiś alzheimer! – dorzucił ze zdziwieniem. – „Sok jabłkowy! Skąd wiedzieliście?” – zaskrzeczał, jakby naśladował postać z kreskówki.

– Matoł, zamknij się, matole – warknął ostrzegawczo właściciel zasmarkanej koszulki. – Mądry jesteś?

– Sam się zamknij!

Przeszli obok Marzeny, jakby była meblem, i wsiedli do windy. Nawet gdy zasunęły się podwójne ciężkie drzwi, jeszcze przez chwilę słyszała dobiegające zza nich trzy podniesione głosy.

4.

– Umówiłem cię na partyjkę szachów.

– Z kim?! – przeraziła się Ania. Dopiero co rozłożyła leżak pod krzakiem agrestu. Zamierzała rozkoszować się pierwszym od zakończenia roku wolnym popołudniem, podskubując żółte owoce, już słodkie i miło włochate w dotyku. Nie zerwała ani jednego. Nie zdążyła się nawet przeciągnąć, odetchnąć letnią atmosferą, gdy cicho, nieubłaganie jak fatum, nadszedł dziadek. I zburzył jej kruchy spokój.

Powstrzymała słowa cisnące się na usta i rozciągnęła twarz w uśmiechu.

– Z kim?! – powtórzyła, bo dziadek nie kwapił się z odpowiedzią. Minę miał jak lis przed drzwiami kurnika.

– Z Józkiem Zakrzewskim. – Zatarł ręce. – Już od dawna się prosi, by ktoś mu utarł nosa. – Poklepał Anię po ramieniu.

Westchnęła. Słyszała o panu Zakrzewskim nie raz, choć nie miała okazji go poznać. Obaj grali w kolejowej orkiestrze, tylko pan Józek od czterech, może pięciu lat, a dziadek od ponad trzydziestu. „Zwykły klarnecik – mówił o nim z lekceważeniem, bo sam przecież grał na tubie – a rządzi się, jakby był co najmniej puzonem. No i co z tego, że liznął szkoły muzycznej? Taki sam kolejarz jak i ja. Tylko ja mam większy dodatek za wysługę lat. A on co? Parowóz, jeśli widział, to na obrazku”.

Ale to pan Józek został kapelmistrzem, gdy poprzedni odszedł na emeryturę. „Oczywiście, że mu gratulowałem. Nie jestem zazdrosny – tłumaczył dziadek. – Taki już los, że starzy muszą ustąpić miejsca młodszym. Ja zresztą też za rok na emeryturę, więc to by nie miało sensu”.

Ania wiedziała, że dziadek skrycie marzył, by chociaż przez ten rok przewodzić ukochanej orkiestrze. Był prawie pewien, że tak się stanie, przecież po kapelmistrzu on miał najdłuższy staż. Czy naprawdę żaden z jego niby-przyjaciół tego nie dostrzegł? Całe szczęście, że babcia dowiedziała się o łodzi, starej omedze do remontu (jak się dużo później okazało, w zaskakująco dobrym stanie), i udało się ją kupić za naprawdę niewielkie pieniądze. Chyba tylko dzięki niej dziadek w miarę bezboleśnie przełknął afront. Ale z kompleksu pana Józka najwidoczniej się nie wyleczył.

– Doczekać się nie mogę. – Uderzył pięścią w otwartą dłoń w geście spodziewanego triumfu. – Przyjdzie paru kolegów, babcia upiekła placek... Już sobie wyobrażam minę Klarnecika, gdy go pognębisz.

Była wściekła. Mógł ją przynajmniej zapytać o zdanie.

– Dasz radę, dasz... – uspokajał, po swojemu interpretując jej milczenie. – Kto się znalazł w pierwszej dwudziestce na międzynarodowym turnieju? Na sześćdziesiąt osiem osób w grupie? Myślisz, że rodzice nie dzwonili, żeby się pochwalić?

– Ale w grupie B... Ja...

– Nie bądź taka skromna. Nic Józkowi nie mówiłem, że ty grasz na turniejach, ot, tak tylko napomknąłem parę razy, że moja wnuczka też trochę grywa, niech sobie myśli, że to takie przechwałki starszego pana. A ty mu dopiero pokażesz. Ha! Pognębiony przez dziewczynę! Licealistkę, jeszcze przed maturą! Ho! Ho! Ho! – zaśmiał się jak Święty Mikołaj i po prostu sobie poszedł. Podśpiewując.