Telefony do przyjacielaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

6.

Wydawało mu się, że nie śpi. Nie znał wprawdzie tego miejsca, ale przypuszczał, że to szpital. Leżał w łóżku, pod kroplówką, obok drzemała mama. Wyglądała na strasznie zmarnowaną, musiało się wydarzyć coś poważnego. Mama poruszyła się, więc szybko zamknął oczy, żeby znowu nie zaczęła gadać. Oprócz dziwnych sennych majaków z syrenami albo Posejdonem pamiętał jeszcze jej męczące utyskiwanie. Nie czuł się na siłach, by znów tego słuchać. Nie teraz, gdy w głowie mu szumiało i z trudem zbierał myśli. Usłyszał czyjeś szybkie kroki i drobne kroczki mamy, a potem jej głos, ale dobiegający z oddali. Leciutko uchylił powieki. Poszła sobie. Całe szczęście. Komu ona tak nadaje? Może lekarzowi?

Coś zaszurało przy drzwiach, więc na wszelki wypadek zamknął oczy. Jeśli to mama, to niech myśli, że śpi. Ale to nie była mama. Nie słyszał kroków, a przecież miał wrażenie, że ktoś się zbliża. Nie wytrzymał, spojrzał i zamurowało go. Syrena? Te same włosy, twarz, ramiona powleczone czymś turkusowym... Resztę zasłaniało łóżko.

Gapił się zdumiony, nie wiedząc, czy to sen, czy jawa, kiedy ona podniosła głowę i napotkała jego wzrok. Uśmiechnęła się. A potem zaczęła się przybliżać, ale tak dziwnie, jakby wynurzała się z innej rzeczywistości i podpływała ku niemu. Jakby znów byli pod wodą. Zakręciło mu się w głowie i nagle zniknęły białe ściany, kroplówka, łóżko, a Krzysiek zrozumiał, że tylko śnił o szpitalu, a cały czas był z nią tutaj. W podwodnym pałacu. I wreszcie się obudził.

7.

– No dobra! – Dziadek wstał z miejsca, a łódka znowu się zachybotała. – Któraż to godzina? – Popatrzył na zegarek, odsuwając rękę daleko od siebie i mrużąc oczy. – Dochodzi pierwsza. To co? Stawiamy żagle i powolutku płyniemy na obiad?

Skinęła głową. Dziadek westchnął i szarpnął brodę.

– Gdybyś tak jeszcze mogła usiąść na samym dziobie, dokładnie pośrodku, z opuszczonym ogonem, to wyglądałabyś jak galion. To by dopiero było zdjęcie! Tylko trzeba by je zrobić z wody. Z pewnej odległości.

Chciała zaproponować, że może zatrzymają się przy jakimś pomoście, dziadek wyjdzie na brzeg i wtedy pstryknie wymarzone ujęcie, ale zaraz pomyślała, że to bez sensu. Przy pomoście na pewno będą ludzie. A ona z doprawionym ogonem! Przez całą sesję fotograficzną jakimś cudem mieli spokój, ale nie należy kusić losu.

– Płyńmy już – ponagliła dziadka. Niech poprosi Marzenę, jak mu tak zależy. Jej, widać, nie przeszkadza robienie z siebie idiotki. No i proszę. Chyba w złą godzinę pomyślała o tych ludziach. Nie wiadomo skąd pojawili się kajakarze i zaczęli się na nich gapić. Na domiar złego dziadek też ich zauważył.

– Przepraszam państwa! – huknął w ich kierunku, wymachując rękami.

– Dziadku... – próbowała go powstrzymać, ale było już za późno. Kajaki zmieniły kierunek i teraz płynęły prosto na nich. W pierwszym siedział barczysty opalony blondyn, nagi do pasa, a za nim jakaś dziewczyna.

– Potrzebują państwo pomocy? Coś się zepsuło? – dopytywał się blondyn. Nie spuszczał z niej wzroku. Poczuła, że się czerwieni, więc opuściła głowę, by zasłonić twarz włosami. I wtedy uświadomiła sobie, że ciągle ma na głowie wodorosty. Teraz pewnie już zeschnięte i bardzo nieestetyczne.

Gdy biła się z myślami, czy powinna jak najszybciej je zrzucić, czy może raczej zrobić to dyskretnie, bo zbyt gwałtowny ruch zwróci uwagę na tę wątpliwą ozdobę, dziadek wyjaśniał kajakarzom, czego od nich oczekuje.

– Czyli rozumie pan, o co chodzi? – Podał któremuś z nich aparat. – Ania, na co czekasz? Wkładaj ogon! No już, już! Oni pewnie nie mają za wiele czasu.

Co miała robić? Ze złością zdjęła zielone paskudztwo z głowy i z powrotem wsunęła nogi w tubę z płetwą. Jedyna nadzieja, że nigdy więcej nie spotka tych gości.

– Dobra! Siadaj na dziobie! – zakomenderował dziadek i... o, losie! Nabrał bosakiem nową porcję wodorostów!

– Pan też mógłby to sobie nałożyć! – zawołała krótko ostrzyżona dziewczyna w żółtym kostiumie. Ania miała ochotę ją uściskać. – Syrena i Posejdon!

– Albo rusałka i wodnik! – dodała jej partnerka od wioseł.

– Nie! Arielka i Tryton – upierały się dziewczyny z drugiego kajaka.

– Neptun! Z taką brodą to tylko Neptun!

– Świetny pomysł! – Dziadek znów grzebał bosakiem w wodzie. – Ojej! Ale to zimne! – Wzdrygnął się, wkładając sobie rośliny na głowę i wplatając kilka w gęstą brodę. – Jak wyglądam?

– Super!

– No! Róbcie te zdjęcia, bo nie powiem, gdzie mi woda pociekła! Ania! Wyżej głowa!

– Koszulka! Koszulkę niech pan ściągnie! Co to za Posejdon w T-shircie!

– Wcale nie! Taka w paski to właśnie pasuje!

– Dobra, nie kłócić się! – uciął spór dziadek. – Zróbcie kilka zdjęć w koszulce, a potem zdejmę. Zresztą po co stary dziad na obrazku? O syrenkę mi chodzi. Uchwyć ją pod takim kątem, żeby wyglądała jak galion.

– Jak co?

– Cicho! To takie rzeźby z przodu okrętu – popisał się któryś z młodzieńców. – Piękny galion. Super! Możemy dostać te zdjęcia?

– O to musicie się uśmiechnąć do syrenki. – W głosie dziadka pobrzmiewała duma. – Aniu, wyślesz im, dobrze? Tylko dajcie adres.

8.

– Babciu... – powiedziała w zamyśleniu Marzena, dekorując tort. – Nie wiesz, czy ktoś od pani Szelążkowej ma laptopa?

– Laptopa? – powtórzyła babcia. – Dla Arka, tak? Ale przecież on nawet nie włada rękami. Myślisz, że to by mu pomogło się pozbierać?

– Niezupełnie dla niego. To znaczy masz rację: laptop, kontakt ze światem, pewnie by mu pomógł, ale myślałam w tej chwili o czymś innym. Swoją drogą, w przypadku takiego miejsca uszkodzenia on ma spore szanse na sprawne ręce. Ale u każdego to przebiega inaczej. I od niego też wiele zależy. Kipi!

Babcia szybko zdjęła pokrywkę z garnka i zamieszała makaron.

– Chyba jeszcze trochę mu potrzeba. – Wyłowiła jedną nitkę, ochłodziła, dmuchając, i nadgryzła. – No, jeszcze z minutkę. Do czego ci ten laptop?

– Do lodówki ten tort? – spytała w tej samej chwili Marzena. – Fajnie wyszedł, nie?

– Śliczny!

– Chciałabym puścić mu film. To znaczy Arkowi.

– Do lodówki go nie wkładaj, bo znajdą. Zresztą i tak by się nie zmieścił. Wyniosę do piwnicy. Jakby dziadek szukał klucza, to powiedz, że nie wiesz, gdzie jest. Jaki film?

Murderball – gra o życie. Dokumentalny. O rugby na wózkach. Ten Joe, trener, szkoli teraz naszą kadrę. We wrześniu jadą do Kanady na mistrzostwa świata!

– Ale ty chyba nie grasz w rugby? – Babcia uchyliła piekarnik i patyczkiem sprawdziła ciasto. – To już też się upiekło. W sam czas. – Włożyła rękawice i wyjęła blachę. Zgasiła gaz. – Ostatnio była koszykówka, dobrze pamiętam?

– Makaron! – Marzena zsunęła się z wysokiego taboretu i wspierając się na meblach, przemieściła się w stronę zlewu. – Tak, koszykówka – potwierdziła. Chwyciła durszlak, czekając, aż babcia podejdzie z garnkiem.

– Pokaż mu filmiki z waszych meczów. Chyba nawet gdzieś mamy płytę?

– Rugby będzie lepsze. Te naładowane testosteronem samce – przewróciła oczami – maczyzm pełną gębą! Przynajmniej jeśli chodzi o tych gości z Murderball. Arkowi może to dobrze zrobić. Tylko że nie mam tego filmu, ale jest w sieci. Puściłabym mu, jednak bez lapka z dostępem do netu nie da rady.

– Coś wymyślimy. – Babcia odebrała Marzenie durszlak i podstawiła pod strumień zimnej wody. – Może zięć pani Jadzi pożyczy z pracy? – Potrząsnęła sitkiem i wyłożyła makaron na talerz. – Usmażysz kotlety? Poznoszę ciasta do piwnicy i nakryję stół. Powinni być lada chwila. Chociaż – popatrzyła na drzewa za oknem – wiatr jakby zdychał. Pewnie się spóźnią.

9.

– No! Taką młodzież to ja lubię – mruczał dziadek, gdy wreszcie pożegnali kajakarzy, podnieśli kotwicę i skierowali się w stronę przystani. – Sympatyczni, uczynni, nie to co tamci wczoraj.

– Jacy tamci?

– Marzenka ci nie mówiła? Oj, bo wczoraj dopiero była afera! Nie mówiła ci? Skromna dziewczyna.

– Ale co się stało?

– Naprawdę nic nie wiesz? No to słuchaj. Tylko zsuń się niżej, bo z wrażenia możesz nie zauważyć bomu. Jak tamten. – Dziadek rozsiadł się wygodniej przy rumplu i rozpoczął opowieść: – Płynęliśmy sobie pełnym wiatrem, niezbyt silnym, więc dało się robić zdjęcia, ja tu, Marzenka pozowała na dziobowym – pokazał ręką – i nagle widzę kątem oka, że dogania nas jakaś łódź. Teraz, zdaje się, mówicie na takie „wypasiona” czy „wyczesana”? Minęli nas i ledwo zdążyłem pomyśleć, że jakoś dziwnie płyną, kiedy nagle tamci zrobili zwrot przez rufę, albo raczej łódka im zrobiła, i jednego, który się na nas zagapił, po prostu zmiotło z pokładu.

– Jak to zmiotło?

– Bom przeleciał. A tamci, wyobraź sobie, popłynęli dalej! Marzenka krzyknęła tylko: „Człowiek za burtą, rzuć koło, skaczę!” i zanim zdążyłem mrugnąć, skoczyła! Tylko ogon został. Miała nosa, bo chłopaka chyba zamroczyło, poszedł na dno. Rzuciłem koło i zanim zrobiłem zwrot i podpłynąłem, ona już go zdążyła wyłowić. Uczepili się koła, doszedłem do nich, najpierw pomogłem wejść chłopakowi, potem Marzence, a chłopak tymczasem... – Dziadek skrzywił się i machnął ręką. – Nieważne! Powinienem go wlec za łódką na tym kole, żeby sobie zapamiętał, no ale taki już nie jestem. Zresztą powiedziałem mu parę słów do słuchu, choć nie wiem, czy dotarło. – Westchnął, pogłaskał burtę łodzi. – Jak go wyciągnęliśmy, to wyglądało na to, że skończy się tylko na solidnym guzie na łbie, ale potem zaczął tracić przytomność i sprawa zrobiła się poważna. Chociaż nie żal mi go wcale. Zawsze mówię, że na wodzie można pić tylko wodę, a jak ktoś tego nie przestrzega, to sam sobie jest winien!

 

– I jak to się skończyło? – nie wytrzymała Ania, bo dziadek zamilkł na dłużej. – A tamci co? Tak sobie odpłynęli? Nie zauważyli? Jakim cudem?

– Żeby po pijaku nie zauważyć, to żaden cud niepotrzebny. Ale zauważyli. Nawet próbowali zawrócić, tylko coś niesporo im szło z manewrami. Przy sterze siedział chyba jakiś zezowaty baran z kołowacizną...

Ania parsknęła śmiechem, jednak zaraz spoważniała.

– I co się stało z tym chłopakiem?

Dziadek wzruszył ramionami.

– Pewnie spadł na cztery łapy, jak to bywa w takich przypadkach. Marzenka zabrała komórkę, więc jeszcze z łodzi wezwała pogotowie, żeby czekali na przystani. Wzięli go do szpitala, ale założę się, że już wyszedł. Tacy zawsze mają szczęście – dorzucił z goryczą. – A ktoś naprawdę potrzebujący pomocy być może przez niego... – Machnął ręką i zamilkł.

Ania pomyślała o stryjku Adamie, młodszym bracie taty. Znała go tylko ze zdjęć i opowiadań.

– Na własny rachunek to niech się nawet utopią – burczał dziadek. – Wyrabiali takie rzeczy, jakby się prosili o wypadek. A tam przecież pływają normalni żeglarze, rodziny z małymi dziećmi... – Gniewnie nastroszył brwi, lecz zamiast się zwyczajnie zezłościć, jakby oklapł. – Zadzwoniłem na policję, nawet szybko się zjawili, ale kiedy im powiedziałem, że łódź się nazywa Psi Pazur, to jeden mi szepnął, że pewnie synek szefa zaszalał. Popłynęli po nich, owszem, ale obawiam się, że nic im nie zrobią. Takie życie...

10.

– No, czemu ich jeszcze nie ma? – denerwowała się babcia.

Wszelkie oznaki szykowanego na wieczór urodzinowego przyjęcia niespodzianki zostały starannie usunięte, stół w jadalni nakryty do obiadu, kotlety usmażone, surówka doprawiona. I tylko dziadek jak zwykle się spóźniał.

– Ten człowiek w ogóle nie ma poczucia czasu! – Babcia po raz kolejny spojrzała na zegar. – Nie wiem jak ty, ale ja jem! Przypłyną, to sobie odgrzeją.

– Dopiero druga – łagodziła Marzena. – Wieje nieźle, zaraz pewnie się zjawią.

– Piętnaście po drugiej. Umawialiśmy się na wpół do. – Babcia przyniosła z jadalni jeden z talerzy i nalała sobie rosołu. – Chcesz też? Póki gorący.

– Jeszcze nie jestem głodna. Na pewno zaraz będą.

– Dasz im obiad, gdy dotrą? – Spojrzenie babci znowu powędrowało w kierunku zegara, a potem ku wnuczce i ponownie na zegar. – To znaczy chodzi tylko o pokazanie, gdzie co jest, żeby nie nabałaganili w kuchni. Ja już nie mogę czekać. O trzeciej mam kijki.

– O! – ucieszyła się Marzena. – Nawet ciebie dopadło? U nas wokół jeziora całe stada... no właśnie, co robią? Bo przecież nie chodzą, ale też nie biegają. Nordikłokują?

– Włóczykiją! – zaśmiała się babcia. – Albo włóczą kije.

– Dobre! No i jak ci się włóczy te kije?

– Bomba sprawa. Na biegi już jestem za stara, kolana się buntują, kręgosłup... Nie daję rady. Na żeglowanie trzeba mieć czas. Poza tym dobrze wiesz, jakie to pływanie z dziadkiem. Co za przyjemność, kiedy on sam wszystko robi? A włóczykijstwo jakby wymyślono specjalnie dla mnie. Chcę, to sama sobie jestem sterem, żeglarzem, okrętem, zasuwam w ostrym tempie, żeby spalić tłuszczyk...

– Jakbyś miała co!

– Zdziwisz się, ale co nieco z wiekiem się poodkładało. Nawet u mnie. – Babcia poklepała się po pośladkach. – Czasem dobrze jest się zasapać i poruszać, wiesz, że przy kijkach pracuje dziewięćdziesiąt procent mięśni? No, ale są dni, kiedy wolę sobie pochodzić z grupą czy z kilkoma koleżankami, taki, rozumiesz, nordic ploting.

– Zazdroszczę ci. To musi być fajne. Pochodzić sobie po lesie, po wertepach...

– Wiesz co? Naleję ci tego rosołu, póki gorący. Odgrzewany to nie to samo. – Babcia zerwała się od stołu, przyniosła z jadalni kolejny talerz i nie pytając, postawiła przed wnuczką już pełny. – Jedz! Szkoda, że Krysi nie ma, ona tak lubi rosół.

– Może jej zawiozę? Jest tu jakiś termos?

– Naprawdę? Mogłabyś? – Babcia znowu spojrzała na zegar. – Nie pomogę ci niestety. Drugie zjem, jak wrócę. Termos znajdziesz w tamtej szafce. Tylko poczekaj najpierw na tych latających Holendrów. Ja już muszę pędzić! Aha, Azę zabieram ze sobą, niech się wybiega.

Odłożyła łyżkę i przystawiła talerz do ust, by dopić resztę rosołu, wrzuciła brudne naczynia do zlewu, włożyła sportowe sandały, chwyciła kijki i już jej nie było.

11.

Sirene dobiła do przystani o wpół do trzeciej. Po trzeciej, kiedy Ania z dziadkiem wreszcie dotarli do domu, spodziewając się, że czeka na nich pyszny posiłek, zastali drzwi zamknięte.

– Masz klucze? – spytał dziadek.

Ania pokręciła głową.

– Sądziłam, że ty masz.

– No co one sobie myślą! O drugiej miał być obiad! – wybuchnął.

„Spóźniliśmy się ponad półtorej godziny” – chciała mu wytknąć Ania. Zamiast tego powiedziała:

– A czy babcia nie zostawia kluczy w jakimś umówionym miejscu?

Dziadek spojrzał spode łba.

– Zobaczę – fuknął.

W tym momencie usłyszeli dźwięk klaksonu i czerwone autko Marzeny zatrzymało się tuż obok nich.

– No! Jesteście wreszcie! – zaśmiała się, otwierając drzwi samochodu. – Głodni?

– Jak wilki! – Ania odetchnęła z ulgą, że gniew dziadka rozłoży się teraz na dwie osoby. – Morskie. Albo jeziorowe.

Siostra wyciągnęła ramę Błyskawicy, położyła na ziemi i sięgnęła po jedno z kół leżących na fotelu pasażera.

– No co tak stoisz! – warknął dziadek w kierunku Ani. – Pomóż!

– Nie trzeba. – Marzena obróciła ramę i dołączyła drugie koło. – Nie macie kluczy? – Postawiła oparcie i dołożyła wyściółkę.

– Nie – odparł z pretensją w głosie.

– Naprawdę? – Odpięła pasy, chwyciła się zewnętrznej krawędzi dachu i przesiadła na wózek. – A ja myślę, że jednak macie. Zajrzyj do torby.

Dziadek, burcząc coś pod nosem, pogrzebał w torbie i rzeczywiście wyciągnął niebieską smycz z dyndającym na końcu pękiem żelastwa.

12.

– Bylibyśmy wcześniej – tłumaczył się dziadek Marzenie, kończąc zupę – ale wiesz, jak to na wodzie. Pyszny rosołek!

– Powiedz od razu, że utopiłam pagaje i trzeba było je łapać – westchnęła Ania.

– Nic się nie stało. – Marzena poklepała ją po ramieniu. – Trochę gimnastyki jeszcze nikomu nie zaszkodziło. A jakby dziadek zawrócił o czasie, to nawet cały ruchomy osprzęt za burtą by nie przeszkodził.

Ania spojrzała z obawą na dziadka, jednak ten, zamiast się najeżyć, wybuchnął śmiechem.

– Jak ty mnie dobrze znasz! No, zamarudziliśmy, przyznaję. Ale za to jakie mamy zdjęcia! Aniu, wgrasz je do komputera?

Skinęła głową. Wprawdzie miała zamiar po obiedzie wreszcie odpocząć, wyjść do ogrodu i pobyć trochę sama, ale przecież równie dobrze może posiedzieć przed kompem. To nawet lepiej.

13.

„Chcę jednego spokojnego, leniwego popołudnia. Już nawet nie całego dnia. Wystarczy choćby jeden wieczór, ale tylko dla mnie. Czy to aż tak nierealistyczne życzenie?” – myślała Ania, posłusznie wkładając sukienkę i szczotkując włosy. Ledwo uporała się ze zdjęciami dziadka, ledwo rozegrała na Kurniku dwie partie szachów w ramach codziennego treningu, przyszła babcia i zażądała, by ubrać się wizytowo. A ponieważ Ania nie miała niczego odpowiedniego, wręczyła jej jakieś giezło. „Przymierz – powiedziała. – I tak miałam ci ją dać”.

– Nienawidzę niespodzianek! – mruknęła Ania, oglądając się w lustrze. Sukienka ładnie leżała, ale Ania czuła się w niej okropnie. Zbyt przypominała tamtą, którą włożyła na swoją osiemnastkę.

Przywołała na twarz radosny uśmiech, bo babcia znowu weszła do pokoju.

– Ślicznie wyglądasz. – Zmierzyła wnuczkę wzrokiem. – Tak zwiewnie i dziewczęco. Mam coś dla ciebie. Będą pasować. – Podała jej sznureczek bursztynowych paciorków. – Włóż i za dwie minuty możesz wyjść z pokoju.

Znikła za drzwiami, a Ania westchnęła.

– Rzeczywiście, będę czekała dwie minuty – burknęła pod nosem, wpatrując się w tarczę zegara. – A czemu nie minutę i pięćdziesiąt osiem sekund?

Poczekała, aż sekundowa wskazówka dwukrotnie okrąży tarczę, westchnęła raz jeszcze i nacisnęła klamkę. W tym samym momencie otworzyły się drzwi pokoju naprzeciwko i pojawił się w nich dziadek. W garniturze i pod krawatem. Popatrzyli na siebie, a potem spojrzeli na nakryty stół. Na honorowym miejscu stał tort. Piętrowy, bardzo apetyczny, z dwiema dużymi świeczkami (szóstką i piątką) na szczycie i kilkunastoma małymi, ułożonymi w serduszko. Policzyła je odruchowo. No tak. Mogła się tego spodziewać. Jej osiemnastka i dziadkowe sześćdziesiąt pięć lat. Ale urodziny dziadka wypadały dopiero jutro, a jej były trzy dni temu!

Nie zdążyła w żaden sposób zareagować, bo rozległ się dzwonek do drzwi i zwalili się goście. Oczywiście goście dziadka. Kilkunastu podtatusiałych facetów, każdy z trąbą albo czymś takim – prawie cała kolejowa orkiestra.

– Podwójna uroczystość, prosimy, prosimy! – Mocny głos babci górował nad całym zgromadzeniem. Brakowało jej tylko gwizdka. – Ania, Zygmunt, nie stójcie tak, chodźcie na środek. Celebrujemy dziś dwie ważne rzeczy! – poinformowała gości, jakby sami tego nie wiedzieli. – Co świętuje Zygmunt, nie muszę chyba wyjaśniać?

– Status emeryta! He, he! – wykrzyknął któryś z jego kolegów.

– Zgadza się! – potwierdziła z zadowoleniem. Wprawdzie dziadek nie chodził do pracy już od ponad miesiąca, wykorzystując zaległy urlop na remontowanie Sirene, ale oficjalnie przechodził na emeryturę właśnie teraz. – A nasza wnuczka, Ania, no, chodź tu, pokaż się – bezceremonialnie chwyciła ją za rękę i wyciągnęła na środek – status pełnoletniej!

Rozległy się oklaski i okrzyki. Ania miała ochotę zapaść się pod ziemię. Na domiar złego posadzono ją na honorowym miejscu. Drugie równie wysokie krzesło zajmował dziadek. Kurde, jak na jakimś cholernym weselu!

Ale co mogła zrobić? Tylko ślicznie się uśmiechać, gdy koledzy dziadka po kolei obśliniali jej dłoń, mamrocząc jakieś wyświechtane komplementy. Czuła się jak Małgorzata na balu u Wolanda. No trudno, tyle rzeczy przeżyła, wytrzyma i to. Zje z nimi ciasto, a potem ulotni się po angielsku. I tak nie zauważą.

Trzeba przyznać, że Marzena i babcia się napracowały. Grzech nie spróbować, jak smakuje ich tort.

– Gratuluję wkroczenia w dorosłość – usłyszała kolejne życzenia. Zwykłe słowa. Może nawet banalne, a ją nieoczekiwanie przeszedł dreszcz. Ten głos... elektryzujący, ciepły... Jeśli miał barwę, była to barwa gorzkiej czekolady z dodatkiem chilli. Bardzo gorącej i rozgrzewającej od środka. Piła taką w Cacao Café.

Właściciel głosu odszedł, zanim odważyła się na niego spojrzeć. Jako jedyny nie pocałował jej w rękę. Dogoniła go wzrokiem, ale już wmieszał się w tłum identycznych kolejarskich mundurów. Dostrzegła tylko ciemne, zaczesane do tyłu włosy. Czy to możliwe, by był tak stary, jak inni koledzy dziadka? Głos miał młody, kipiący życiem. Wszystko w niej jeszcze wibrowało jego echem, delikatnie jak wspomnienie jakiejś melodii.

– Dobrze się czujesz? – Pytanie Marzeny zabrzmiało zgrzytem noża po szkle. – Anka, co z tobą? Śpisz?

– Co?

– Mówię do ciebie, a ty się głupio uśmiechasz. Co jest?

– Co? Nie, nic... Głowa mnie boli – skłamała. – Chyba za dużo słońca dzisiaj.

Ktoś otworzył drzwi wejściowe i nagły podmuch wydął firanki. Spojrzała na zegar. Siódma trzydzieści. Pewnie ciocia. Rzeczywiście, to ona. Niby prosto z pracy, ale podmalowana i w ładnej sukience.

„Widać i dla niej impreza nie była niespodzianką – pomyślała Ania z goryczą. – Tylko ja się dowiaduję ostatnia”.

Ciocia popatrzyła na kłębiący się tłum, jakby nieco zaskoczona. Próbowała ukradkiem przemknąć do swego pokoju, ale zauważył ją dziadek.

– O! Krysia wreszcie jest! – huknął, wstając ze swojego „tronu”. – W samą porę. Tylko na ciebie czekamy.

 

Ciocia zarumieniła się i przyśpieszyła kroku.

– Jedną chwileczkę! – Bezwiednie poprawiła włosy. – Muszę się przebrać. Cała pachnę szpitalem.

– Oj tam! Jak zwykle przesadzasz! – Machnął ręką. – Nikt cię nie będzie wąchał, chodź!

Koledzy dziadka wybuchnęli śmiechem, a ciocia poczerwieniała i znikła w pokoju. Babcia rzuciła dziadkowi mordercze spojrzenie i pośpieszyła za córką.

– Ech, te kobiety! – Zaśmiał się trochę wymuszenie. – Jak mimozy.

– Bo do nich trzeba delikatnie, rycersko, a nie tak z grubej rury – strofował go siwy chudzielec.

– A co ty opowiadasz! – zaoponował łysy jak kolano wąsacz. – Baba musi mieć powody do płaczu. Jak jej nie dasz, to sama będzie sobie wynajdywać. One to lubią.

– Do stołu! Do stołu! Zajmujcie miejsca! – zaganiał dziadek. – Dla wszystkich jest dość krzeseł?

Wróciła babcia, przepchnęła się między kolejarzami i zapaliła świeczki na torcie.

– Pomyślcie życzenia! – przykazała, przywołując gestem męża i wnuczkę. Ktoś zgasił światło i pokój oświetlały tylko świece. Te na torcie i w dwóch dużych świecznikach.

– Panowie... – Znów ten głęboki, niski głos, choć tym razem nie zrobił na Ani aż takiego wrażenia. Spojrzała w jego kierunku, ale goście znowu się przegrupowali, sięgając po odłożone przy powitaniu instrumenty. Trzaskały futerały, wokół zrobiło się błyszcząco i złociście. – Raz, dwa i...

Zaczęli grać. Najpierw Sto lat, potem jakąś rzewną melodię. Dziadek stał obok tortu, szarpiąc brodę. Podeszła bliżej. Coś podobnego! Zbój Madej miał łzy w oczach!

Melodia falowała, wznosiła się dziarsko, a potem opadała delikatnie, miękko jak wirujący na wietrze liść. Dziadek szarpał brodę coraz mocniej, aż babcia zlitowała się i wcisnęła mu w ręce tubę. Chwycił ją niczym koło ratunkowe, przybliżył do ust, ale nie grał. Melodia zawirowała raz jeszcze i umilkła.

Down by the riverside – szepnął ktoś.

Dziadek cały się rozpromienił. Nabrał powietrza i wydobył z instrumentu parskająco-dudniące staccato, które zaraz podchwyciły trąbki i puzon. Wesołe akordy wypełniły jadalnię, przeszły w melodię i wylały się przez uchylone okna. Wszyscy zaczęli bezwiednie przytupywać do taktu, nawet płomienie świeczek zdawały się drgać gospelowym rytmem. A jednak Ania miała wrażenie, że chwilami dziadek leciutko fałszuje. Tak jakby głos tuby łamał mu się wzruszeniem.

Brzuchaty brodacz z waltornią musiał się ustawić akurat przed oczami Ani. „Jakby uważał, że jest przezroczysty” – pomyślała ze złością. Przecież za nim ukrywał się tajemniczy gość o najpiękniejszym, najbardziej męskim głosie, jaki w życiu słyszała. Czy go rozpozna w tym tłumie? Pewnie okaże się stary, paskudny i zezowaty. Dała krok do tyłu, zerknęła zza pleców waltornisty i zamurowało ją. Skąd tu się wzięło takie ciacho? Łukasz wyglądałby przy nim jak niedopieczony rogal.

„Ciekawe, ile może mieć lat – przemknęło jej przez głowę. – Dwadzieścia pięć? Dwadzieścia osiem? Ma taką uduchowioną twarz, kiedy gra. Oczy lekko przymknięte albo wpatrzone w nuty – tego nie widziała. – Skupiony... Chociaż chwilami jakby rozświetlał się od wewnętrznego uśmiechu”.

Uciekła spojrzeniem, aby nie gapić się na nieznajomego zbyt natarczywie. Jeszcze ktoś zobaczy. Tylko serce waliło jej przyśpieszonym rytmem. A może był to po prostu rytm melodii?

Ciocia Krysia wyszła ze swojego pokoju tanecznym krokiem. Wyglądała wyjątkowo ładnie w wieczorowej sukience i mocniejszym makijażu. Bardziej przypominała kogoś, kto się ubrał na randkę niż na imprezę urodzinową. Ania jeszcze jej takiej nie widziała. Znowu poczuła się niedopasowana: dziadek pod krawatem, goście w kolejarskich mundurach, babcia i ciocia wieczorowo, a ona w wydobytym nie wiadomo skąd gieźle. Jakby się urwała z planu filmowego Świtezianki. Tylko malin jej brakuje.

„Ona mu z kosza daje maliny, a on jej kwiatki do wianka; pewnie kochankiem jest tej dziewczyny, pewnie to jego kochanka”... Poczuła się, jakby jeszcze raz wmanewrowano ją w rolę narratora na szkolnej akademii. Znowu w stroju jak nie z tej epoki, znowu masa publiczności dookoła, nawet tekst, który wtedy miała mówić, pasował. Całe szczęście, że teraz nikt na nią nie patrzy i niczego nie musi recytować.

Łysawy puzonista, podrygujący tuż obok niej, tak się zapamiętał w graniu, że nawet nie zauważył, gdy końcem suwaka zahaczył o szklaną etażerkę, w której babcia poustawiała miseczki z deserem. Mebel się zachwiał. Ania skoczyła na ratunek, ale o ułamek sekundy za późno. Rozległ się trzask i brzęk niczym finalny, już nie gospelowy, a bardziej hardrockowy łomot perkusji. A ona stała jak idiotka, pod ostrzałem spojrzeń, wśród kawałków szkła i rozsypanych malin.