Telefony do przyjacielaTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

2.

Biel przygasła. Pojawiły się nowe kolory. Złote smugi na... Przypomina sobie kolejną nazwę: ściana. Złote smugi na ścianie. I... sufit. Widzi go nad sobą. Jest w... pokoju. Pokój... Jakie miłe słowo. Tylko ten drażniący dźwięk... Skąd dobiega? W otwartych drzwiach stoi kobieta w seledynowym fartuchu. Krzysiek chyba ją zna? Kobieta ma szarą twarz, ciemne cienie pod oczami, zmarszczki... Czyli jest... stara. Nazwy przypływają do niego coraz łatwiej i coraz posłuszniej. Szłoby mu o wiele lepiej, gdyby nie ten hałas. Wwierca się w uszy, burzy myśli... Jego źródłem jest właśnie ta kobieta. To z jej ust wydobywa się potok dźwięków. Jakby ktoś szarpał w kółko jedną i tę samą strunę. Krzysiek zamyka oczy. Wanty gwiżdżą na wietrze, bulgocze rozcinana dziobem woda, ktoś krzyczy, a może śpiewa? Wszystko cichnie, gdy Syrenka dotyka jego twarzy. Jej usta są tak blisko... Nie warto wracać na powierzchnię.

3.

Marzena wjechała do sali. Jedno łóżko było świeżo pościelone, pacjent z drugiego siedział w dyżurce, a trzeciego ciocia Krysia osobiście wywiozła na prześwietlenie.

Czwarty leżał pod oknem, oczy miał zamknięte, ale wiedziała, że nie śpi – przed chwilą był u niego rehabilitant.

Podjechała bardzo blisko, zastanawiając się, jak zacząć rozmowę. Wiedziała o nim niewiele: że jest wnukiem pani Szelążkowej, która czasem wpadała do babci, aby wymienić się wzorem na druty czy szydełko, że ma na imię Arek, dwadzieścia lat i skończone technikum samochodowe. I że po skoku do wody ma uraz kręgosłupa na wysokości C4–C6.

Arek wyczuł jej obecność, spojrzał ze zdumieniem, nawet z zainteresowaniem, ale już po chwili jego oczy przygasły, a powieki opadły.

– Myślisz, że jak przy twoim łóżku zjawia się ładna dziewczyna, to na pewno nie do ciebie? – zapytała.

Powolutku uchylił powieki. Otaksował ją wzrokiem.

– A co mi po dziewczynach – burknął.

– Wolisz chłopców?

Żachnął się. Bardzo dobrze. Może uda się go wyrwać z tego letargu.

– Jesteś psychologiem? – spytał bez zainteresowania.

– Nie.

Popatrzył uważniej.

– To czego chcesz?

– Porozmawiać.

– O czym?

– Podobno leżysz jak kłoda i nie chcesz się rehabilitować.

– A co cię to obchodzi? Kto cię przysłał?

– Popatrz na mnie. – Odjechała parę metrów w tył, obróciła się wokół własnej osi razem z Błyskawicą i znów podjechała do łóżka chłopaka, omijając po drodze taboret.

Wykrzywił usta w odpychającym grymasie.

– Przyjechałaś mi pitolić, jakie wspaniałe jest życie inwalidy?

– No... – uśmiechnęła się – ... takie wspaniałe to ono znowu nie jest. Choć bonusy też się zdarzają. Raczej chciałam ci pokazać, że da się tak żyć, i spróbować cię namówić, żebyś nie zaprzepaścił tego, co ci jeszcze zostało.

Skrzywił się i wyraźnie zirytował. Chyba nic nie wyjdzie z tej rozmowy. Ale przynajmniej próbowała.

– Jeśli nic nie zrobisz, stracisz nawet to, co masz – ostrzegła. – W szybkim tempie. A jak się postarasz, masz szansę sporo ocalić. Może i pomnożyć. A potem korzystać pełniej, lepiej niż...

– A co mi zostało?! – wybuchnął. – Co mi, kuu... – głos mu się załamał i chłopak czym prędzej zamknął oczy, spod powiek popłynął mu cieniutki strumyczek łez. – Dajcie mi wszyscy święty spokój! – wyszeptał. – Chcę być sam!

Spełniła jego prośbę, ale zatrzymała się jeszcze przy drzwiach.

– Mam na imię Marzena – rzuciła, obracając się w jego stronę. – Marzena Madej. Będę tu jeszcze przez kilka godzin. Gdybyś chciał pogadać dzisiaj albo kiedyś, to powiedz siostrze Krysi. Wiesz, która to?

Milczał. Nawet nie otworzył oczu.

Marzena wyjechała na korytarz, cicho zamykając za sobą drzwi.

4.

Jednoczęściowy kostium kąpielowy błyszczał drobną łuską i mienił się w słońcu.

– Leży na tobie nawet lepiej niż na Marzence. – Dziadek cieszył się jak dziecko. – Tylko włosy rozpuść. Babcia to ma oko, co?

– Babcia? – Ania ułożyła się na dziobie. Nie było tak strasznie. Pomijając polecenie, by znalazła w bakiście kilwater do posmarowania płetwy sterowej (stary dowcip), dziadek zachowywał się znośnie. Sam wyprowadził łódkę z przystani i bez niczyjej pomocy dopłynął w mniej uczęszczane miejsce, gdzie rzucił kotwicę. Jedyne, co Ania musiała robić, to schylać głowę przed przelatującym bomem. No i przebrać się w ten kostium. Zresztą całkiem ładny.

– Znalazła go w lumpeksie – wytłumaczył dziadek. – A wcześniej to. – Podał jej kłąb zielonobłękitnej materii. – Pasuje, nie? Odcień trochę ciemniejszy, ale w słońcu nie widać. Nawet chciała z tego uszyć cały strój, ale potem wypatrzyła ten kostium, więc tylko zrobiła ogon. Przymierz.

Materiał po rozwinięciu okazał się długą, zwężającą się tubą, zakończoną u dołu imitacją płetwy. Ania pomału zaczynała rozumieć, co miała dokończyć w zastępstwie Marzeny.

– Wkłada się jak śpiwór – poinformował ją dziadek. – Ale gdybyś miała trudności, to z tyłu jest suwak. Wspaniale! – ucieszył się, gdy już wsunęła się do środka. – Jeziorakowa syrenka albo wodnica! Jak malowana! Czekaj! – Zebrał bosakiem trochę wodorostów. – Wpleć sobie we włosy. Albo lepiej ja to zrobię, bo tu nie ma lustra.

Z trudem powstrzymała okrzyk, gdy zimne strumyczki popłynęły jej po karku i plecach.

– No! – rzekł dziadek, przypatrując się jej z zadowoleniem, i sięgnął po aparat. – Właśnie takiego zdjęcia mi brakowało!

Wracając na rufę, niechcący zachybotał łódką.

Ania kurczowo uchwyciła się krawędzi burty.

– Nie bądź taka przerażona! – skarcił ją. – Twoja siostra się nie boi.

– To trzeba było z nią robić zdjęcia – wypaliła. „Wcale się na tę łódkę nie prosiłam!” – chciała dodać, ale ugryzła się w język.

Dziadek zmarszczył groźnie brwi.

– Mogłabyś w końcu nauczyć się pływać. Marzena i pływa, i żegluje, a ty co? Która z was jest niepełnosprawna?

Ania wzruszyła ramionami i odwróciła głowę.

Pstryk, pstryk – trzasnęła migawka.

– Świetnie! – zawołał dziadek. – A teraz spójrz na mnie! Tylko nie zmieniaj pozycji! Bardzo dobrze!

Pstryk. Pstryk. Pstryk.

Łódka chwiała się i chybotała przy każdym ruchu dziadka, ale Ani było już wszystko jedno. Najwyżej wpadnie do wody i się utopi. Wreszcie to się skończy.

– Dobra! – zakomenderował. – Podwiń nogi bardziej pod siebie, tak żeby skrócić ogon, niech się zawija. Plecy proste! Nie ruszaj się! – Pstryk! – Możesz przesunąć się jeszcze bardziej na dziób?

Posłusznie spełniła polecenie. Ciekawe, czy gdyby teraz ześlizgnęła się do wody, poszłaby na dno od razu, czy dziadek zdążyłby ją wyciągnąć?

– Wspaniale! A spróbuj spuścić ogon na dół, żeby płetwa prawie dotykała wody... Nie! Źle! Zwisa jak flak! Podciągnij trochę! Jeszcze trochę! Bardzo dobrze! – Pstryk! Pstryk! – Gdyby tak się dało sfotografować cię z oddalenia... Czekaj! Wiesz co? Ja wskoczę do wody i podpłynę, ty mi podasz aparat...

Ciarki przeszły jej po plecach. Wprawdzie stoją na kotwicy i nic nie powinno się wydarzyć, ale...

– Nie! – pisnęła cienko i zawstydzona dodała szybko: – Aparat się zamoczy! – Miała nadzieję, że głos jej nie zadrżał. Gdyby rano odważyła się powiedzieć to „Nie!”, może teraz opalałaby się w ogródku?

– Racja. – Dziadek jakby się zmieszał. – Nie jest wodoszczelny.

Odłożył aparat i usiadł obok niej.

– Skończyłaś już osiemnaście lat – powiedział dziwnie uroczyście. Chyba nie zechce w związku z tym posadzić jej przy sterze? Wątpliwa przyjemność. – Myślę, że czas na poważną rozmowę.

Zesztywniała.

– Ja tam uważam – ciągnął, patrząc przed siebie, jakby w szuwarach rozgrywało się coś bardzo interesującego – że gdy ktoś się czegoś boi, to powinien się z tym zmierzyć. Przełamać swój lęk. A nie pielęgnować go przez lata. Zresztą mówiłem ci o tym wielokrotnie. Ja bym cię po prostu rzucił na głęboką wodę, żebyś zobaczyła, że naprawdę nie ma się czego bać.

– Ja się nie boję – zaprzeczyła słabo. Bo przecież to nie był strach? Po prostu nie umiała pływać, więc zachowywała ostrożność. To chyba nic takiego?

– Ostatnio czytałem jedną książkę – dziadek nadal obserwował chwiejące się trzciny – i pomyślałem... Skoro ci ta miłość do żagli nie wróciła sama, to może kiedy powiem dlaczego...

Objęła rękami ramiona. Niebo było bezchmurne, a mimo to zrobiło jej się zimno.

– Miałaś wtedy niecałe pięć lat – dodał – i pewnie nie pamiętasz tamtych wakacji.

Milczała. To nieprawda, że dzieci w tym wieku szybko zapominają. Jej wrył się w pamięć nawet taki szczegół, że łódź nazywała się Jaskółka i miała zielony spinaker z niebiesko-czerwonym znakiem wypożyczalni. I że z początku ciągle padało.

Pamiętała też radość, gdy wreszcie wyszło słońce. Cieszyli się wszyscy, tylko Marzena wydawała się jakaś taka... skwaszona. Nie chciała się bawić, mówiła, że boli ją głowa. Gdyby nie byli na łódce, tylko w domu, pewnie rodzice zareagowaliby natychmiast, jednak piękna pogoda i wakacyjna atmosfera osłabiły ich czujność. Że to może być zapchany dren, dotarło do nich, dopiero gdy Marzena zaczęła się czuć naprawdę źle. Jaka ironia losu: zastawka, wszczepiona jej pod skórę za uchem niemal zaraz po urodzeniu, funkcjonowała bez zarzutu, wszyscy prawie zapomnieli, że ją ma, a coś musiało się zepsuć akurat wtedy, gdy znaleźli się na Mazurach, daleko od domu, szpitala i lekarzy.

 

Dalsze wypadki potoczyły się w błyskawicznym tempie. Ania zapamiętała, jak cumowali przy pomoście nieznanego ośrodka, jak chybotała się łódź i dudniły deski pomostu, gdy wskakiwali na niego po kolei i gdzieś pędzili: tata z Marzeną na rękach, mama i babcia. Ona biegła za nimi, mocno ściskając dłoń dziadka, ale odległość coraz bardziej się zwiększała. „Siedź tu! – przykazał, gdy dotarli do drewnianej ławki. – Zaraz wracam!”. I zanim zdążyła mu powiedzieć, że zapomnieli o jej ukochanym pluszowym Amisiu, już był daleko. A przecież przyjaciół się nie zostawia.

Postanowiła wrócić i dotrzymać towarzystwa Amisiowi. Zresztą na łodzi było ciekawiej niż na ławce. I o wiele raźniej z przyjacielem. Od razu poczuła się lepiej, gdy wtuliła twarz w miękkie brązowe futerko.

Czekała i czekała. Dziadek potem mówił, że to trwało tylko chwilę; ona miała wrażenie, że całe godziny. Nudziła się, trochę też musiało być jej przykro, więc zrobiła rzecz zabronioną: wybrała żagle. Zaczęła bawić się rumplem i szotami, pokrzykując tak jak dziadek magiczne zaklęcia: „Fok lewo na wiatr! Grota szoty wybierz! Zwrot przez sztag! Uwaga na głowy!”. Ona była kapitanem, Amiś załogą. Nawet nie zauważyła, kiedy odpłynęła od pomostu, bo łódkę w pośpiechu przycumowano byle jak. Zorientowała się spory kawałek od brzegu, gdy żagle nagle złapały mocniejszy wiatr. A ona siedziała skulona na rufie, kurczowo ściskając naprężone szoty. Nikt jej nie powiedział, że powinna je po prostu puścić.

Kiedy dziadkowie wrócili po wyprawieniu Marzeny i rodziców przygodnym samochodem, na jeziorze trwało istne pandemonium. To już Ania wiedziała z opowiadań dorosłych. Jej w pamięci zostały tylko szoty wrzynające się w zaciśnięte dłonie. I szpital.

– Leżałam później w szpitalu i nikt mnie nie odwiedzał – powiedziała głośno, zaskoczona, że w końcu wyrwała się jej ta skarga. Po tylu latach nadal ją to boli? – Wszyscy pojechaliście do Marzeny.

– To nie było tak. – Dziadek objął ją ramieniem. – Spędziłaś tam ledwie kilka dni, na obserwacji, i nie zawiadamialiśmy rodziców. Dość mieli problemów z twoją siostrą. Przecież i tak by nie mogli przyjechać z Warszawy. Denerwowaliby się tylko niepotrzebnie.

– A wy? Byliście na mnie źli o wywróconą Jaskółkę i dlatego...

– Nie, skąd! – przerwał szybko. – Byłem wściekły, ale na siebie. Jedyny raz w życiu zdarzyło mi się zlekceważyć cumowanie i słono za to zapłaciłem. Przecież mogłaś się utopić! W ogóle cud, że nikt wtedy nie zginął.

„Zginął Amiś” – pomyślała. „Kiedy się robi zabronione rzeczy, traci się najlepszych przyjaciół” – tak powiedziała tamta pielęgniarka. I jeszcze, że beksy zostaną w szpitalu na zawsze. A ona nie mogła nie płakać, więc chowała się w łazience, szybko wypłakiwała cały smutek i wracała na salę uśmiechnięta. Aż ją czasem policzki bolały od tego sztucznego uśmiechu.

– Staranowałaś dwie łódki, pamiętasz? – ciągnął dziadek. – A potem wpadłaś do wody i łaska boska, że ktoś to zauważył w tym zamieszaniu.

– Ale czemu mnie nie odwiedzaliście w szpitalu? – Nie potrafiła się uwolnić od tego pytania. Przecież to niemożliwe, by chcieli ją w ten sposób ukarać, teraz to rozumiała. W takim razie dlaczego?

– Tam panowały jeszcze stare porządki. Odwiedziny w określonych godzinach. Byliśmy raz, ale nas nie wpuszczono. Rozmawialiśmy tylko z personelem.

– To nie mogliście przyjść w tych określonych godzinach? – Co ją tak naszło na rozgrzebywanie starych spraw? Ale poczuła ulgę, że wreszcie się odważyła zapytać.

Dziadek wstał, podszedł do masztu i zaczął coś poprawiać przy żaglu.

– Nie pasowały nam autobusy – mruknął. – A ty przecież radziłaś sobie całkiem nieźle. Pielęgniarki mówiły, że w ogóle nie płaczesz. Byliśmy z ciebie bardzo dumni. Zresztą mieliśmy straszne urwanie głowy w związku z wypadkiem. Policja, dziennikarze... To w sumie szczęście w nieszczęściu, że szpital był tak rygorystyczny i nikogo nie wpuszczał. Przecież ci wszyscy łowcy sensacji by cię zjedli! – Pogładził bom i paznokciem zaczął zdrapywać niewidoczną plamkę rdzy na okuciu. – Więc jednak pamiętasz... – mruknął niby do Ani, ale chyba bardziej do siebie. Szarpnął brodę, nawijając koniec na palce. – No to nie wiem – westchnął.

Poczuła zakłopotanie. Trzeba było udawać, że niczego nie pamięta.

Dziadek znowu usiadł obok niej.

– Ciągle miałem nadzieję... – zaczął i urwał. – To jest... chciałem powiedzieć, że nie musisz ze mną pływać, jeśli nie chcesz.

Żachnęła się; zamierzała zaprzeczyć, rzucić jakąś lekką uwagę albo obrócić wszystko w żart, gdy nagle dotarł do niej sens jego słów.

– Nie będzie ci przykro?

Znowu patrzył na trzciny.

– Ja uważam, że nie należy uciekać. Ale może źle uważam? Może właśnie trzeba uciec, dojrzeć, wzmocnić się i dopiero potem wrócić? Albo i nie wracać, przecież nie każdy musi lubić wodę i żeglowanie. Tylko... kiedyś to lubiłaś. Byłaś straszna rozrabiara, wiesz? A wyrosłaś na taką spokojną i posłuszną pannę.

– Tęsknisz za tamtą Anią? – Sama się zdziwiła swoim pytaniem.

Dziadek milczał przez chwilę.

– To nie ma znaczenia – odpowiedział w końcu. – Rozrabiara czy spokojna... Wnuczka to wnuczka.

– A ja... chyba tęsknię.

5.

Osoba na wózku znajduje się dużo poniżej linii wzroku przeciętnego człowieka, zauważają więc ją głównie dzieci i psy. Czasem złodzieje, którzy z konieczności mają spojrzenie rozbiegane i opuszczone na wysokość ludzkich kieszeni. Albo pijacy, o ile akurat nie znajdują się na jeszcze niższym poziomie.

Żeby wejść na poziom widzialności, niekoniecznie trzeba dodawać sobie wzrostu. Można, na przykład, wmieszać się między innych siedzących. Najlepiej zamieniając wózek na fotel samochodowy. Czasem wystarczy usiąść na zwyczajnym krześle. I od razu jest się inaczej traktowanym: zmienia się ton głosu rozmówcy, znika skrępowanie, widzi się człowieka, a nie jego kółka.

Za to w szpitalu wózek nikogo nie dziwi. Uważa się, że człowiek na wózku to człowiek chory, nikomu więc nawet nie przyjdzie do głowy, że nie ma prawa przebywać na takim czy innym oddziale.

Marzena rozmyślała o tym wszystkim, przemierzając długie szpitalne korytarze. Jechała na skróty, przez przejścia służbowe. Dzięki cioci Krysi znała kody otwierające drzwi i nie zwróciły na nią uwagi nawet pielęgniarki, programowo wypędzające z oddziału wszystkich obcych, zwłaszcza tych bez fartuchów i ochraniaczy. Tak. Niewidzialność czasem bywa przydatna.

Zatrzymała się niedaleko sali numer siedem, w której leżał tamten chłopak. Co ją tu przywiodło? Dlaczego od wczoraj nie może przestać o nim myśleć? Przecież nawet nie jest pewna, czy rozpoznałaby go na ulicy. Co jej kazało czekać wczoraj do późna na ciocię, by pod pretekstem zgody na rozmowę z Arkiem zapytać mimochodem o losy tego drugiego? Co jej kazało dzisiaj, zamiast korzystać z pięknej letniej pogody, przyjść tutaj? Ciekawość? Tak, na pewno ma to coś wspólnego z ciekawością, ale też nie do końca. Chęć zobaczenia, komu uratowała życie? A może po prostu chęć zobaczenia, jak on właściwie wygląda?

Wolniutko przejechała przed drzwiami jego sali. Były otwarte, więc zajrzała do środka. Nieruchomy kształt na łóżku i jakaś kobieta obok. Pewnie matka. I co teraz? Ciocia Krysia pracuje do siódmej, matka tego chłopaka posiedzi pewnie dłużej, aż ją wyproszą. Trzeba chyba umówić się z Arkiem na rozmowę pojutrze, gdy ciocia będzie miała nockę. Marzena dojechała do końca korytarza i zawróciła. A gdyby tak zajrzeć tam z głupia frant, nie przejmując się matką? Zobaczy tylko jego twarz i... może wreszcie chłopak przestanie zaprzątać jej myśli?

Znów minęła drzwi sali. Nie. Nie odważy się. Wróci teraz do cioci, posiedzi chwilę, zda relację z rozmowy z Arkiem, może zapowie się na wieczór? Zwłaszcza że trzeba pomóc babci w przygotowaniu przyjęcia. I zatrzeć ślady, zanim dziadek z Anią przypłyną na obiad.

W oddali rozległ się brzęczyk, na oddział wpadł jakiś mężczyzna. Seledynowy fartuch ochronny powiewał za nim jak poły fraka. Zamienił kilka słów z dyżurującą pielęgniarką i ruszył w kierunku Marzeny. Minął ją, wbiegł do sali numer siedem, ale zaraz wyszedł w towarzystwie tamtej kobiety.

– On teraz śpi, jak dobrze, że udało ci się przyjechać, jest po operacji – mówiła półgłosem, robiąc tylko krótkie przerwy dla złapania oddechu. – Był pod respiratorem, wiesz? – Jej palce zacisnęły się na przedramieniu mężczyzny. – Wyglądał okropnie! Chodź, spytamy lekarza, może ty się w tym połapiesz, oni mówią, że niebezpieczeństwo minęło, chociaż ja im nie wierzę, bo jeśli tak, to dlaczego Krzyś w ogóle nie reaguje i cały czas śpi, ja już nie mam siły! A jak otwiera oczy, to jakby mnie nie poznawał! No, powiedz coś – szarpnęła go za ramię – czemu nic nie mówisz, gdybyś ty wiedział, co ja przeżyłam! – Zawiesiła głos i wyjęła z kieszeni wymiętą chusteczkę. Oboje stali tuż przy Marzenie, w ogóle nie zwracając uwagi ani na to, że słyszy ich rozmowę, ani że zablokowali jej drogę odwrotu. – To nie do uwierzenia, on nie powinien się spotykać z tym Kalwasem, to nie jest towarzystwo dla niego, taki krwiak... – Wydmuchała nos. – Przecież on mógł umrzeć, oni mówią odbarczenie krwiaka, ja nie wiem, jak to będzie, pielęgniarka powiedziała, że on potrzebuje spokoju, czy ty musisz wracać do tego Londynu, bo może już byś nie wyjeżdżał, sam widzisz, co się dzieje, to w ogóle cud, podobno jacyś ludzie...

– Spokojnie, Ada, po kolei – przerwał mężczyzna. – Przez telefon niczego nie mogłem zrozumieć. Co właściwie się stało? Jak on się czuje?

– No właśnie cały czas ci mówię, że trzeba iść do lekarza prowadzącego, on się nazywa chyba Wolańczyk czy może Wolarczak, jego gabinet jest gdzieś tam, chodź! – Pociągnęła go za rękaw. – Ja byłam, ale on mi niczego nie chciał powiedzieć, jak usłyszał, że już jedziesz, to mówił, żebyś ty przyszedł, ale w ogóle to się stało wczoraj, gdybym wiedziała, że ten Kalwas, zresztą mówiłam, ale czy on mnie słucha? No chodź, nie stój tak! Powiedz coś! – Chwyciła go pod ramię i oboje wreszcie ruszyli z miejsca. – Co ja przeżyłam, kiedy się dowiedziałam, że jest w szpitalu! Przyjechałam od razu, z tego wszystkiego zapomniałam wyłączyć kuchenkę i spaliłam garnek, ten niebieski, duży, bo akurat robiłam kapuśniak na trzy dni, całe szczęście, że mama się wybrała w odwiedziny, coś ją chyba tknęło, bo pożar byłby jak nic...

Głos kobiety stopniowo cichł, słowa zlewały się w jeden monotonny brzęk. Marzena zawróciła wózek i wjechała do sali. Szeroko otwarta damska torebka wyszczerzyła się na nią spod łóżka niczym pokraczny buldog. Biały jęzor koperty lizał podłogę. Bez trudu odczytała wydrukowane na kopercie litery. „Nad. Krzysztof Trzaska, ul. Zielona...”.

„To na tym nowym osiedlu – pomyślała. – Beata też przeprowadziła się na Zieloną”.

Poczuła wyrzuty sumienia, że jest u dziadków już od ponad tygodnia, a nawet do niej nie zadzwoniła.

„Zrobię to jeszcze dzisiaj – obiecała sobie. – Jeśli będzie w domu, na pewno ją odwiedzę”. Ale w głębi duszy miała nadzieję, że Beata wyjechała gdzieś na wakacje.

Ponownie spojrzała na kopertę. Wiedziała już wcześniej od cioci Krysi, jak chłopak się nazywa. A teraz okazało się, że mieszka gdzieś blisko Beaty i pod pretekstem odwiedzania koleżanki mogłaby go widywać nawet wtedy, gdy już zostanie wypisany do domu. Jakby tego było mało, list zaadresowano do komisji rekrutacyjnej neofilologii UAM i najwyraźniej zawierał dokumenty. Czyżby oboje dostali się w to samo miejsce i być może nawet na ten sam kierunek? Chyba za wiele tych zbiegów okoliczności. Przecież to zupełnie nieznajomy chłopak. I wcale nie jest nim zainteresowana. W ogóle nie interesują jej osobniki tego rodzaju.

„Krzysztof Trzaska – powtórzyła w myślach. – Z takim nazwiskiem na neofilologię, no doprawdy! – Uśmiechnęła się, wyobrażając sobie cudzoziemca usiłującego to wyszeleścić. – Grzegorz Brzęczyszczykiewicz. Marzena Chrząszczewska ze Szczebrzeszyna. Sasza Szyszkowski. Ciekawe, jak z takim nazwiskiem radzi sobie w Londynie pan Trzaska senior”.

Spojrzała w kierunku łóżka i zauważyła, że chłopak jej się przygląda. Z niedowierzaniem, jakby ze zdumieniem. Czyżby ją poznał? Podjechała bliżej. Uśmiechnął się do niej i coś szepnął, ale nie zrozumiała co. A potem zamknął oczy i chyba zasnął, bo oddychał równo i spokojnie.