Majorka w niebieskich migdałach

Tekst
Z serii: Rok na Majorce #3
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

SŁUGA PRAWDY

To, co opanowało mnie w kuchni, trudno byłoby jednoznacznie zdiagnozować. Coś między globus histericus a wkurwus pospolitus. Sprezentowany wózek przydał mi się od razu: zatarasowałam nim drzwi od środka i z nikim nie zamierzałam rozmawiać. To znaczy zamierzałam, ze wszystkimi po kolei, lecz nie teraz. Głucha na prośby (Julka), groźby (Marek, że wywali te drzwi), płacz (Oksana, ale dlaczego?), cmokania z dezaprobaty (matka potrafi cmokać wyjątkowo głośno) oraz niestosowne żarty Michasia (Mutti, aufmachen und Hände hoch!), wyczekałam, aż towarzystwo się rozjedzie, rozejdzie i roześpi, po czym z całkiem pełną butelką wina przemknęłam się na sofę w salonie.

Myślałam, że mnie to uśpi, ale tylko coraz więcej myślałam, myślałam i myślałam, więc nawet wino nie pozwoliło mi na sen. A gdy już nic nie mogłam wymyślić, sięgnęłam po nieszczęsną książkę matki, leżała przecież koło mnie na stole, całkiem jak ja, pośród niezebranych talerzy z resztkami jedzenia, nieopodal choinki, udającej, że jest naturalnie piękna, choć tak naprawdę to przecież drapak z dobitymi na ścisk w sztucznie zrobione dziury gałęziami… Czy nie taka właśnie była nasza rodzinna rzeczywistość? Udawana i wiecznie coś udająca, tak naturalnie piękna jak usta Michelle Pfeiffer, obecnie dokładnie w kształcie sofy, na której nijak nie byłam w stanie się zdrzemnąć. Otworzyłam więc gdzieś w środku nowy bestseller mamusi i od razu zostałam dobita na ścisk.

Na podzamczu ulokowały się stragany z rękodziełem okolicznych artystów. Dariusz, który sam wyglądał jak pan na zamku, przechadzał się właśnie z córeczką po jarmarku.

– Tatusiu, kup mi tę piękną lalę – poprosiła mała, ale wzrok Dariusza zatrzymał się na zgoła czym innym, bowiem na wyrobach z Koniakowa.

– Co to jest? – spytał sprzedawczynię koniakarkę.

– To są, proszę wielmożnego pana, kostiumy bikini, te dwa trójkąciki to góra, jeden to dół.

– Aha – odpowiedział Dariusz zamyślony. – To biorę ten jeden trójkąt.

– Pewnie dla pięknej mamusi tej ślicznej dziewczynki? – zagadnęła sprzedawczyni.

– To niech pozostanie moją tajemnicą – odpowiedział Dariusz, jeszcze głębiej zamyślony.

O czymże tak myślał, gdy dyskretnie wsuwał do kieszeni małą paczuszkę? To się jeszcze okaże…

Kiedy się okaże? Właśnie się okazało! Dżizas, co to za szmira! Wielmożny Dariusz na podzamczu? Chyba gorzej niż masażysta na podbrzuszu? Nobel-skobel, do nałożenia na zwoje mózgowe temu, kto to wymyślił i w finezyjny sposób opisał. Czyli mojej matce. Trędowata ze swoim „Rasa szła przed nim i za nim”, czy jakoś tak, to ponadczasowe arcydzieło!

– Jakie piękne stringi! – Luba zaprezentowała się kochankowi w całej krasie i w stringach.

– Zaraz je zerwę z twojej seksownej dupki – sapał Dariusz, czując napływającą do pachwin gorącą krew.

Ja także poczułam gorącą krew. Wszędzie, tylko nie w pachwinach! Stringi z Koniakowa? Co za tandeta! Oksana ma takie stringi, czerwone jak flaga radziecka! A ta, w jakim ma kolorze? Przeleciałam wzrokiem następny akapit, trafiając na zdanie jak w środek tarczy:

– „Moi stringi krasnyje, krasawyje”… – nuciła w trakcie gry wstępnej Luba, podczas gdy Dariusz zębami pokonywał ostatnią przeszkodę z malinowego kordonka.

To nie było ponadczasowe arcydzieło, bo rozgrywało się teraz. I tu! Być może za każdym razem, gdy pani, czyli mnie, nie było w domu… Bo skąd matka wytrzasnęła te stringi? Z szafy Oksany? I kto jej mógł coś podobnego kupić, skoro latał po płyn do kąpieli, a potem podarował kolczyki?! Dariusz? Darek-Marek? Lubie-Oksanie? No nie! A ostatnią przeszkodą do popełnienia malowniczego, podwójnego morderstwa nad ranem pierwszego dnia świąt były dwie ściany: po lewej, za którą spał właśnie mój mąż, i trochę dalej, po prawej, gdzie spała Oksana. Jeżeli spała u siebie, prawdopodobnie do podwójnego zabójstwa wystarczy mi tylko skok za lewą ścianę, może leżą tam sobie w najlepsze razem, a ona nuci pod nosem Moi stringi krasnyje, krasawyje…

Sięgnęłam po kieliszek. Było we mnie coś takiego, co przez całe życie ratowało mi tyłek, obłęd, ale kontrolowany, co oznacza, że jeśli robiłam z siebie idiotkę, to najwyżej do połowy. Przydatna cecha charakteru, żeby nie wpaść w takie szambo, z jakiego już się nie podniesiesz. Zawsze dzięki temu zostawało mi przynajmniej pół twarzy, to lepsze, rzecz jasna, z lewym profilem, jak ściana, za którą zapewne oni teraz… A jednak nie poderwałam się z sofy od razu, zbierając po drodze ze stołu wszystkie pozostałe noże, tylko cisnęłam książkę na podłogę, położyłam się na wznak i gapiąc się w sufit, wyrównywałam oddech. Magda, zastanów się dobrze, może to jednak nie tak, a zadźganych nikt nie wskrzesi, nawet matka, która chyba przestała wierzyć w Zmartwychwstanie, skoro zaczęła pisać podniecająco doczesne pornosy. I pozbawiłabym ojca własną córkę…

Mój kontrolowany obłęd miał jednak i minus: wyskakując z sofy jak z procy i dźgając ich na oślep, niczym jakaś Kubka Rozpruwaczka, zrobiłabym to w afekcie, więc sąd mógł mnie nawet uniewinnić, a z pewnością zmniejszyć wyrok. Teraz, na chłodno, dźgałabym inaczej; już ci sądowi macherzy mają swoje sposoby, by zmierzyć i zważyć, ile wściekłości miała w sobie zabójczyni w chwili popełniania niecnego, choć najsprawiedliwszego czynu. W ten sposób nie wyszłabym już z pudła nigdy; żaden afekt, orzekliby, morderstwo z premedytacją, zimną jak ohydna galaretka z nóżek! I nawet paczki by mi nikt nie przyniósł. Pozbawiona ojca Julka przecież wypięłaby się na mnie na zawsze, a moja matka ma klaustrofobię, odpada.

Ostatnią deską ratunku pozostałby Piotruś, ale mój brat w drodze do mojej celi niechybnie zatrzymywałby się na coś więcej niż flirty z wytatuowanymi bestiami płci tej samej, napalonymi na każdy możliwy otworek, i nigdy by do mnie nie dotarł, padając ze słodkiego wyczerpania w więziennym korytarzu. Już widzę, jak idzie, najpierw w dżinsach, potem w czerwonych stringach, a następnie słania się już goły, a wytatuowane bestie wyciągają do niego łapy i walą stalowymi łyżkami w kraty, czyniąc niewiarygodny tumult.

I właśnie ten tumult mnie nagle obudził, znaczy jednak przysnęłam. Nie trzeba być psychoanalitykiem, by zrozumieć, że w nerwowym śnie nałożyło mi się wszystko, co wypełniało moją obolałą głowę. Piotrek w czerwonych stringach Oksany, napaleni na niego więźniowie… Tego nie wymyśliłaby chyba nawet moja matka, choć skłonności jej syna już wcale sobie nie wyśniłam. Otóż to, matka! To z nią muszę najpierw pogadać. Morderstwa konsultować nie zamierzałam, ale powody, z jakich miałam je popełnić, i owszem. Za oknem świtało, musiało być trochę po siódmej. Niedługo obudzi się Julka, i oni, tam, w naszej sypialni, pewnie też, jeśli w ogóle zasnęli po upojnej nocy.

Łakomie luknęłam na nóż, ten wielki, do krojenia makowego tortu… Magda, spokojnie, sama stwierdziłaś, że jednak nie masz wystarczających danych! Jesteś przemęczona i tyle. Z przepracowania też można zwariować, a w okolicznościach świątecznych to już naprawdę żadna sztuka. Wstałam, otrzepałam się i chuchnęłam w dłoń: odór w gospodzie po weselu w chilijskiej winnicy to przy tym chuchu perfumowane powietrze w Sephorze!

Na stole stał dzbanek wystygłej kawy, przechyliłam dziubek, parę łyków jakoś mój chuch zniweluje, ale co tam dziubek, teraz liczyła się Dziubak, doktor Dziubak-Kalińska, alias Kalina Chwost. Poprawiłam ręką włosy; dobrze, że w salonie nie mam żadnego lustra, bo chybabym jednak nie wyszła. Okropne jest to niby-modne wieszanie gigaluster w ciężkich ramach, gdzie się da; swoim dawnym klientom, którym urządzałam pałace, próbowałam to tłumaczyć, ale nowobogaccy uwielbiają mieszkać w „ermitażach”…

Ruskie muzeum natychmiast przypomniało mi o Oksanie. Już ja ci zrobię muzeum, i nie żaden Ermitaż, zrobię ci muzeum oblężenia Leningradu i bitwy pod Lenino w jednym, bo nawet jeśli okażesz się niewinna, jesteś winna! Samym swoim istnieniem w wyzywającym rynsztunku błyskotek, zapachów i dużych cycków, niestety niewymagających operacji, w całej swej soczystej młodości, no, musiałam to przyznać…

Poprawiłam na sobie aksamitną lejbę. Aksamit to aksamit, lejba wyglądała, jakbym ją właśnie włożyła, a ja wyglądałam w niej teraz jak wróżka albo czarownica, w każdym razie ktoś, kto bezszelestnie przefruwa przez salon i korytarz, wzuwa na stopy cichobiegi, znaczy kalosze od Prady, model Clown Lluv w cudownie poprzeczne, seledynowe i niebieskie paski – owoc mojej chandry z powodu deszczu, który kiedyś w Palmie padał przez tydzień bez przerwy – wrzuca kurteczkę, łapie w locie torebkę i wybiega wprost do samochodu, którego jeszcze cudowniejszym cudem niż te paski Prady nie zaparkowałam w garażu, ale na ulicy.

Jeszcze raz sprawdziłam chuch… Do chuchnięcia policjantowi to się nie nadawał, ale postanowiłam się odświeżyć, a w torbie, oprócz porannego serum do twarzy, znalazłam czekoladkę, zabraną Julce jako ostatnią z piętnastu, właśnie przez nią pochłoniętych. Pochłonięta teraz przeze mnie, zniwelowała fermentujące mi właśnie w przełyku winko i dała osobliwą siłę. Czekoladka z miętą? Pychota, ale to była czekoladka z zemstą, najsłodsza z możliwych! Tylko musiałam mieć więcej danych co do romansu, a mój komputer był w domu rodzinnym na Truskawieckiej, nie Apple, nie z jabłuszkiem, ale z wychudłym psem, tulącym w miłosnym amoku rozochoconego kota: coś takiego matka jakiś czas temu przykleiła na drzwiach w najlepszym, sobie właściwym stylu i weterynaryjnym guście.

Wraz z włączonym silnikiem włączyło się radio.

– Dziś pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia – zasłodziła prezenterka, jakbym nie wiedziała. – Nim zasiądziecie do uroczystego rodzinnego śniadanka, posłuchajcie Louisa AMstronga, da wam takiego kopa, że aż się rozmarzycie!

Kopa już dostałam, w przeciwieństwie do tej biednej dziewczyny, którą ktoś dopuścił do mikrofonu. Ciekawe, czyja kochanica? Do dojenia krów, prostaczko, co najwyżej bym cię dopuściła! Pomijając tego ślicznego językowo „kopa”, idealnego na święta, Louis ma „R” w nazwisku, kretynko, ledwie wymawialne, takie szepcząco-sepleniące, ale ARmstrong się nazywa, to nie AMstaf, popularna i łagodniutka maskotka Polaków! I jakie „zasiądziecie”? Chyba „nim państwo zasiądą”! To bratanie się jest okropne jak lustra z „ermitażu” w naszych pałacykach z apartamentowców, no, kurde, szanujmy się trochę, i jak zdrabnianie śniadania w „śniadanka”.

 

What a Wonderful World, chrypiał ARmstrong. Oj, zrobię ja wam dzisiaj „łonderful łerld”, niech mi tylko matka powie, skąd i jak czerpała inspirację! A jednak prostaczka z radia nie kłamała: kop z piosenki, w przesłanie której jakoś w tej chwili nie mogłam uwierzyć, rozmarzył mnie do tego stopnia, że jadąc do domu matki, widziałam swego męża jak Kmicica-Olbrychskiego wiszącego płasko pod sufitem i przypalanego z upodobaniem wielką pochodnią przez jakiegoś pijanego szlachciurę. Tym szlachciurą byłam ja, choć trzeźwa jak świnia, pijana tylko bólem, krzykiem tudzież błaganiem o litość przez niewiernego! I z pewnością ta wizja, a nie prawie puste ulice, sprawiła, że miałam wrażenie, iż dojechałam w mig.

Okolica wydawała się wyludniona, jakby wszyscy wyjechali, a segment matki zdawał się wyjechany najbardziej. Dzwoniłam do furtki i dzwoniłam; gdyby mieszkał tu jeszcze Docent, jej ukochany pies, z pewnością już by się rozszczekał. Gdy zdechł, nie chciała nowego, ponoć starczały jej zwierzęta w pracy, więc kiedy potem umarł ojciec, została tu zupełnie sama, a Marek łaskawie zafundował jej superalarm, jakby w środku miała co najmniej Damę z łasiczką, zwaną przez mądrale gronostajem, a nie dołujące futro z niewyleczonych małpiatek. Czyżby poszła do kościoła na ósmą, zaraz po postawieniu kropki po scenie, w której jeden pan jednej pani robi coś, na co ta udaje, że nie ma ochoty, a w rzeczywistości płonie niczym pochodnia, którą będę dziś przypalała niewiernego?

Z odmętów pamięci wydobyłam, że chyba w pierwszy dzień świąt nie ma porannej mszy, bo pasterkowicze muszą odespać… O której wczoraj skończyliśmy? Poszła na pasterkę? Zawsze mówiła o tym przez całą Wigilię, a wczoraj ani słowa. Aż tak się zmieniła? W kuchennym okienku poruszyła się zazdrostka. Nie, aż tak się nie zmieniła: koszmarne półfiraneczki dalej służyły jej do niewprawnego szpiegowania gości. Pomachałam w kierunku okienka.

– Co ty tu robisz? – Stanęła w progu w długim amarantowym szlafroku, ze swoją figurą jak krzywo zrobiona reklama pomadki, stosowanej przez różne Oksany, bo przecież ja w życiu nie pomalowałabym ust czymś tak krzykliwym!

– Może byś bzyknęła? – Westchnęłam, mając oczywiście na myśli mechanizm otwierający furtkę.

Uprzejmie bzyknęła. Ja także postanowiłam być uprzejma, inaczej niczego się nie dowiem!

– Stało się coś? Przecież są telefony! – Zachowywała się, jakbym ją nakryła na potajemnej masturbacji.

– Są sprawy nie na telefon – warknęłam, bo zawsze na jej widok mam ochotę warczeć. Ale, cholera, miałam być uprzejma, więc szybko dodałam: – Ojej, MAMUSIU, przede wszystkim chciałam cię po prostu zobaczyć!

– Dopiero mnie widziałaś. – Spojrzała na mnie podejrzliwie uprzejmie, cmoknęłyśmy powietrze, każda swoje, i weszłyśmy do środka.

– Zawsze otwierasz pół godziny? – Zdążyłam zmarznąć, ale, cholera, gdzie moja uprzejmość? – To bardzo dobrze – dodałam natychmiast – złodziej by się już znudził i zmienił obiekt pożądania.

Siłą rzeczy od jej wczorajszego coming outu i nocnej lektury pornoromansu dobierały mi się same takie słowa. Obiekt pożądania, ha!

– Więc o co chodzi? – zaprosiła mnie, jak obcego, do salonu, a nie, jak córkę, do swojskiej, domowej kuchni.

– Chciałam ci powiedzieć, że pół nocy czytałam twoją książkę i nie mogłam się oderwać, tyle w niej… eee… niewymuszonego wdzięku i… eee… rozumiem, że musiałaś ja napisać, w końcu nawet Pan Bóg mówi, że to grzech marnować talent…

Matka promieniała i nawet, czego się bałam, nie spytała, gdzie Pan Bóg w ten sposób mówi, ale po chwili były to już promienie z Czarnobyla. Wyczułam, że nie uwierzyła mi i zaczęła grać na zwłokę.

– Poczekaj, zrobię chociaż kawę…

– Pójdę z tobą…

– Nie! – wręcz zakrzyknęła. – Jesteś moim gościem! – I niemal wybiegła z pokoju, żebym jej przypadkiem nie dogoniła, choć wcale nie zamierzałam.

Rozejrzałam się… teraz z przyzwyczajenia mówię „po salonie”, ale to był przecież stary, dobry „duży pokój”, jak się wtedy mówiło, salony mieli w Sadze rodu Palliserów, a potem w Dynastii, od której wzięła się moda na nasze salony i nasze Carringtony… Nic się tu nie zmieniło, te same meble, obrazy, nawet tapety, niby po remoncie inne, a przecież w podobny, idiotyczny rzucik, jakby ktoś pluł na ścianę smętnym błotkiem. Pod kwietnikiem z paprotkami – chyba już tylko u niej stały paprotki, pamiętające czeskie Bajki z mchu i paproci, czyli Żwirka i Muchomorka na dobranoc – dostrzegłam dyskretnie ukryte dwa słupki książek. Identycznych jak w księgarni. Nie musiałam podchodzić, by rozpoznać w nich z dziesięć egzemplarzy Dotyku masażysty i obok tyleż Gdy pani nie ma w domu. Autorka!

W tym samym „dużym pokoju” mieszkał teraz kto inny! Problem był poważny, zasadniczy, egzystencjalny. W końcu matka jest jedna i wiadomo jaka. To znaczy do tej pory wiadomo było jaka. Oczywista, przewidywalna i niezmienna. Matka, babcia, żona, nie kochanka. Działaczka organizacji przykościelnych i emerytowana doktor weterynarii, która uratowała niejedno psie życie. W czółenkach na półsłupku zamiatająca pod dywan nagle wybuchły romans małżonka. W tapirze koloru oberżyny cierpiąca z powodu kociej łapy, na którą dobre parę lat żyliśmy z Markiem. W szantungowych garsonkach nigdy niepogodzona z jednopłciowością związków Piotrusia. W greckich nutriach rozmodlona na coniedzielnej mszy. Doktor Krystyna Dziubak-Kalińska, primo devoto chyba Dulska, secundo – pseudo-Chwost, konserwatywna jak konserwa szczecińska, święta Krystyna, santa subito Christina, niepokalana, nieposzlakowana Holly Christa, lat siedemdziesiąt sześć, serce jak anioł, życie jak psalm.

I co? I napisała pornosa! Akurat ona! Gdyby to jeszcze ojciec wspomnienia o tej swojej Ewelince wysmarował. Było o czym: czyż nie uciekł z nią na dwa tygodnie do Dubrownika? Albo gdyby Piotruś gejowskie romansidło popełnił. Ale ONA!!! I to jakoby o sobie! PTASZYNKA! Krystyna Ptaszynka-Kalińska. Jezusmaria, jaki wstyd! Przed nami, przed dziećmi, przed światem. Wszyscy się dowiedzą, że puszcza się w sanatorium, matko jedyna, wszyscy! Agnieszka, Ewa, jej gruby mąż i anorektyczne córki, sąsiedzi, te suki przedszkolanki, matki przedszkolaków, wszystkie niemiło ode mnie młodsze, ochrona osiedla i fryzjer za rogiem, bo on jakimś cudem o wszystkim dowiaduje się ostatni. Gdy opublikuje tę nową książkę pod własnym nazwiskiem, co hardo zapowiedziała, wyda się przecież wszystko, a jak nie, sama z dumą powie, wyautowana niczym feministka z „Wysokich obcasów”! Nie mam też wątpliwości, że w całym okręgu doniecko-charkowsko-jakimśtam będzie huczeć od plotek, patrzcie, ich krasawica w rodzinie zboczeńców pracuje, bo przecież matka, nawet ta najbardziej zboczona, to jednak rodzina. No nie!!!

I niech mi nikt nie opowiada, że ja, kobieta nowoczesna, powinnam się w związku z tym wznieść teraz na wyżyny, a nawet i nie wznosić, bo powinno być dla mnie całkiem normalne, że ludzie się zmieniają i w wieku emerytalnym zaczynają pisać powieści o seksie, który już przecież nie jest tabu jak niegdyś i w sumie może się zdarzyć, że to akurat twoja… Otóż właśnie: ciotka, kuzynka, nawet siostra, najlepiej przyrodnia, ale MATKA? Mogę się wznieść na wyżyny intelektualne, genderowe, rowerowe (na górskim szlaku), jakie chcecie, ale nie emocjonalne! Matka to matka, nie może nagle być wyuzdaną staruszką, która straciła wiarę, bo chyba musiała ją stracić, skoro…

Do pokoju weszła jakaś ożywiona, a nawet z naturalnymi rumieńcami, i raczej nie był to refleks od szlafroka. Nie wychodziła na dwór, bobym usłyszała.

– Przestałaś wierzyć? – spytałam, zamiast zapytać, czy udała się po tę kawę do Brazylii, bo trwało to całe wieki.

– W Pana Boga? – Omal nie upuściła tacy. – No coś ty! Niby dlaczego?

Nie zdążyłam się zdumieć ani zbulwersować, bo właśnie rozdzwoniła się komórka. Jej komórka, ponieważ moją, wyciszoną, wrzuciłam na dno torebki.

– Nie ma mnie tu – szepnęłam błagalnie. – Dla nikogo!

Matka już miała telefon przy uchu.

– Dzień dobry, Mareczku… Tak, jest, oczywiście, już podaję…

Miałam ułamek sekundy, by podjąć decyzję: wojna, pokój czy dyplomacja.

– Halo? – usłyszałam go. – Co ty wyprawiasz? Czemu mnie nie obudziłaś lub nie napisałaś esemesa? Coś się stało?

– Ja… – I wtedy na foteliku dostrzegłam rękawiczki matki, koszmarne, udające łapy jaka, jeśli jak ma łapy. – Musiałam przywieźć mamie rękawiczki, bo wczoraj u nas zostawiła, a wybiera się na… – za oknem deszcz przechodził w mokry śnieg – …na kulig z przyjaciółmi i przecież musi mieć rękawiczki, bo gdy jej zamarzną ręce, to czym będzie pisać swoje bestsellery?

– Aaaa, no to wracaj zaraz, czekamy na ciebie! – Nie czepiał się nawet więcej, że nie zostawiłam wiadomości, i przerwał połączenie.

Nie czepiał się, ponieważ był zajęty. I doskonale wiedziałam kim, a jednak nie miałam pewności. Mało tego, nie miałam pojęcia, co zrobić, gdy jej już nabiorę. Na mord w afekcie było za późno, na przypalanie pod sufitem – za wcześnie. Dyplomatycznym chwytem zyskałam nieco czasu.

– Więc co mi chciałaś naprawdę powiedzieć? – Matka założyła nogę na nogę, choć całe życie uważała, że kobieta tego absolutnie robić nie powinna.

– Właśnie o nią chciałam spytać, o tę prawdę… Śledziłaś go?

– Kogo?

– Nie udawaj, proszę cię. Marka! Na placu Zamkowym!

– Na placu Zamkowym? – wydawała się faktycznie zaskoczona.

– Gdy kupował te czerwone stringi…

– Madziu… – Hop-siup, i matka przełożyła nogi, jakby ćwiczyła jakiś lubieżny występ. – Martwisz mnie… Mam takie nowe proszki, wyleczyłam nimi z paranoi dwie tchórzofretki, maila z podziękowaniem dostałam, może…

– Mamo!

– No co? Ludzkozwierzęce są, myślisz, że chciałabym cię otruć?

– Widziałaś go czy nie?

– Kochanie, od lat nie bywam na starówce, czasu nie mam…

– Opisałaś w książce, że facet na podzamczu, na targu wyrobów z Koniakowa…

– Podzamczy jest mnóstwo, właściwie wszędzie, gdzie są zamki!

– I kupił stringi ruskiej cizi…

– Jak ty się wyrażasz! – oburzyła się wzięta autorka pornosów.

– I miał małą córeczkę, której kupił lalkę…

– Aaaa bo to jednemu psu na imię Burek? – Hop-siup, lewa noga wróciła na prawą.

– Aaaa ta ptaszynka z Ciechocinka z pierwszej książki to pies? Mam ci przypomnieć, jak cię nazywał ojciec i dokąd latami jeździłaś do sanatorium?!

– Ojca w to nie mieszaj, chociaż… owszem, miał swój udział w powstaniu Masażysty.

– Dlatego że niezbyt był w łóżku i musiałaś sobie to rekompensować i gzić się gdzieś po tężniach, by potem to opisać?

– Wypraszam sobie – fuknęła matka. – Ojciec miał taki udział, że, no wiesz, jak zachorował, wzięłam sobie wolne, wiele tygodni przesiedziałam nad nim, byłam do końca dobrą żoną, ale najwięcej to on po prostu spał, to co miałam robić? Gapić się, jak śpi? I wówczas obmyśliłam i napisałam Masażystę, i nawet czytałam mu kawałki. – Uśmiechnęła się tęsknie.

– I? – zbaraniałam. – Podobały mu się?

– Szczerze mówiąc, to nie wiem. – Matka posmutniała. – Bo czytałam mu, gdy spał… Ale może słyszał?

Usłyszał i umarł, no tak, jasne, pomyślałam sobie, jakby nie miał raka, ale nie po to do niej przyjechałam, więc muszę być uprzejma…

– Właśnie – podjęłam z głupia frant. – Bądźmy szczere… Kiedy widziałaś Marka na podzamczu z tymi stringami?

– Rozumiem, że macie jakieś kłopoty…

– Mamusiu! – Miałam ochotę jej przywalić. – Mówiłaś wczoraj, że pisarz jest jak wampir! Co wyssałaś z mojego, z naszego życia z Markiem, a co z palca? Bo mnie się to zaczęło układać w przerażająco zgrabną układankę…

– Madziu, podobnie jak obowiązuje mnie tajemnica lekarska, tak muszę dochować tajemnicy pisarskiej…

– Tajemnica lekarska? Jesteś weterynarzem! Szepczesz kotu do ucha, co mu jest, a właścicielowi nie powiesz?!

I znów zrobiła hop-siup z nogami, miałam dziwne wrażenie, że się niecierpliwi, że gdzieś się śpieszy, ale dokąd?

– Nie jesteś ani kotem, ani jego właścicielem. – Nieprzyjemnie cmoknęła po swojemu.

– Zdradzoną żoną jestem, mamo! A ty mi nie chcesz pomóc!

– Kochanie, w głowie artysty kłębią się różne pomysły, coś zobaczy, coś zmyśli, czasem coś ważnego przemyci w swej bezcennej prozie…

 

Gadała tak ze trzy minuty, trzy minuty o niczym, mistrzostwo świata, byłaby genialnym politykiem, artystka się znalazła, blebleble, Sfinks od bzykania w Ciechocinku… I była w tym bleblaniu nieugięta.

– Dolać ci wody?

Faktycznie, plułam już fusami, kawa po turecku to małe piwo, matka podawała kawę po truskawiecku, szit wyjątkowy i zafusiony na amen!

– Nie, dziękuję…

– To ja sobie doleję… Poczekaj tu na mnie, mam w kuchni straszny bałagan.

Gdy poszła, pomyślałam, że może podarowała mi tę książkę, bym sama odkryła, co jest grane, chcąc mnie naprowadzić… Czyżby potrafiła być tak subtelna? Ale to nam ją podarowała, nie mnie, więc może chciała też dać do zrozumienia Markowi, że jego romans widać, żeby skończył już z tą Lubą, łamane przez Oksaną… Mimowolnie wgapiona w dno szklanki, usiłowałam coś wywróżyć z kawowych fusów. Układały się w stringi, jak pragnę zdrowia, a obok były takie jakby karbowane… kolczyki! Mediolańskie, kręcone kolczyki! A z tych wyplutych ukleiło się, tak, to było przyrodzenie mego męża, poznałabym je wszędzie i w każdej postaci!

– Mamo! – Wstałam i pobiegłam za nią, popychając przymknięte kuchenne drzwi. – Błagam cię! Musisz mi powie…

Pod półeczką z ryżem i makaronem, na ulubionym taborecie ojca, w jego niepowtarzalnej błękitnej koszuli w dyskretne warkoczyki i w niepodrabialnych góralskich kapciach, przywiezionych z Karpacza około roku tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego piątego, siedział… młody Banderas, gdyby ten prawdziwy był arabski jak meczet.

– Dzińdobzi – wymamrotał, pokazując w uśmiechu zęby; wielkie, białe klawisze fortepianu.

– Dżińdobzi – powtórzyłam za nim.

– Miałaś nie wcho… – Matka zrobiła minę, jakby za Masażystę właśnie dostała Nobla i musiała nagle udzielić wywiadu „Vanity Fair”.

– Ale weszłam… Kto to?

– To? – Spojrzała na niego i na mnie, jak gdyby w kuchni siedziało na taboretach ojca jeszcze pięciu innych arabskich Banderasów.

– Abdul Haqq – przedstawiając się, skinął głową.

– To znaczy Sługa Prawdy – oświadczyła matka.

– Ale… kto to?!

– Kto to, kto to… Człowiek, z Libii, mój uchodźca! – I zalotnie poczochrała go po włosach!

– Ale… skąd go wytrzasnęł…

– Z targu, choinki sprzedawał.

– W Libii?

Sługa Prawdy z dystynkcją znowu skinął głową.

– I… co dalej? – wydukałam.

– Z czym? – zdziwiła się matka.

– Ze wszystkim! – prawie wyśpiewałam, czując jak to WSZYSTKO podchodzi mi do gardła i zaraz spłynie histeryczną fontanną łez. – Z moim małżeństwem! Z twoimi pornosami! Z góralskimi kapciami taty! Z ojczyzną tego kapłana prawdyyyyy. – Wciąż próbowałam powstrzymać łzy.

– Sługi Prawdy – poprawiła matka, a Abdul Haqq jeszcze raz skinął piękną, chyba dwudziestopięcioletnią głową.

– Więc może wreszcie powiesz mi, jaka jest ta cholerna prawda, może powiecie mi obydwojeeeee!!!

A oni na to objęli się jak do sylwestrowego selfie i uśmiechnęli się szeroko! Jakbym się żenująco nie rozbeczała, jakbym o nic nie pytała, nie prosiła, nie błagała! Łza rozmazała mi ich twarze, zobaczyłam Marka objętego z Oksaną… I poczułam to samo, co wczoraj, gdy zatarasowałam się w kuchni, coś między globus histericus a wkurwus pospolitus, a potem to i to razem, jak gdybym się dusiła… Mogłam tylko obrócić się na pięcie i wybiec, i biec, biec, gdziekolwiek, byle nie być taka ogłupiała i straaaasznie nieszczęśliwa!

To koniec darmowego fragmentu. Czy chcesz czytać dalej?