Majorka w niebieskich migdałach

Tekst
Z serii: Rok na Majorce #3
0
Recenzje
Oznacz jako przeczytane
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

CARYCA

Likieru nie było, pewnie mole spożywcze wypiły. Trudno, jakoś dałam radę na trzeźwo przejąć kontrolę nad moim życiem, ze szczególnym uwzględnieniem życia rodzinnego. Stół nawet przypominał coś odświętnego – dzięki temu, że Julka starannie posypała go moim brokatem do nóg, nieużywanym od czasów narzeczeńskich. Wreszcie się na coś przydał.

Oksana zniknęła z powierzchni ziemi na co najmniej trzy kwadranse, bo mniej więcej tyle zajmowała jej dekoracja twarzy w stylu wschodnioeuropejskiego kabuki. Zupełnie niepotrzebnie, przecież od tego ładniejsza nie będzie, prawda, lustereczko?

Tak, nie była najpiękniejsza na świecie, ale była… hmm… młoda. Miała dwadzieścia pięć lat i idealną gęstość na owalu, której, niechętnie przyznam, zaczynałam jej zazdrościć. Miała też nabite, jędrne ciało, podczas gdy moje w niekorzystnym świetle przypominało nadmuchiwanego hipopotama, z którego uszło trochę powietrza. Siedziała w tej łazience i podśpiewywała, a przez drzwi sączył się słodki, jak moje nigdy nieupieczone pierniczki, zapach Czaru Moskwy. Ja będę awangardowo pachnieć wszystkim, co kuchnia wyda, a ust nie umaluję, bo to zwraca uwagę na chomiczki, które ostatnio skutecznie psuły mi humor, gdy patrzyłam na swoje odbicie. Chyba już czas zastosować rewolucyjną metodę znajomej intelektualistki, profesor nowojorskiej Columbii, która dwadzieścia lat temu postanowiła przestać oglądać się w lustrze. Teraz, dobiegając sześćdziesiątki, była szczęśliwą kobietą. „Ja po prostu nie wiem, jak wyglądam, więc wydaje mi się, że jestem młoda” – tłumaczyła. Ja tymczasem dobrze wiedziałam, że wyglądam jak aksamitny worek na kartofle, gdyż zmieniłam swoją codzienną lejbę na wersję wieczorową. Ale nie szata zdobi człowieka, prawda?

Może niekoniecznie prawda, pomyślałam, gdy z łazienki wyszły trzy kolekcje sieciówek założone na jeden manekin i pół perfumerii w jednym. Dawało po oczach jak ledowa iluminacja sąsiada z vis-à-vis. Gdzież to się nasza blogerka modowa wybiera? Na dyskotekę pod Kiszyniowem?

– Wyglądasz jak klólewna! – Julka, zachwycona tym jarmarkiem, pewną ręką wbiła sztylet w moje nieumalowane serce.

Natychmiast odesłałam Oksanę do kuchni, a Julkę na taras, by wypatrywała pierwszej gwiazdki. No, prawie na taras, bo tam było minus pięć. Stanęła w oknie, przyklejając swój zadarty nosek do szyby.

– Pięknie się prezentujesz! – usłyszałam dziwnie podniecony głos Marka, płynący bynajmniej nie w moją stronę, bo wyraźnie do kuchni. – Wyglądasz jak jakaś… caryca!

Taaak, to z pewnością nie było do mnie… Nie ja śmieję się perlistym, zadowolonym, pustym śmiechem. Przez moment chciałam tam wbiec i w jakimś atawistycznym odruchu zedrzeć z niej to, co na sobie powiesiła, i powiesić w zamian wszystkie zdechłe psy, jakie właśnie rozwarczały się w mojej głowie, ale weszłam spokojnie, jak dama, jak gdyby nigdy nic i… Ujrzałam nie tylko carycę, zobaczyłam supereleganckiego ambasadora jakiegoś zachodniego kraju, składającego carskiej monarchini listy uwierzytelniające. Marek, gotowy do Wigilii niczym Clooney w jakimś bożonarodzeniowym kiczu o pięknych i bogatych, stał w dżinsach, nowych mokasynach i białej koszuli pod nową, nieznaną mi, seksownie taliowaną marynarką. Że ambasador nie włożyłby dżinsów? Cóż, caryca też nie przyjmowałaby listów na środku kuchni upieprzonej, czym się da, jak po ataku furii jakiegoś Makłowicza. Co do mnie, żadnej furii nie dostałam, niegotowa i spocona, poczułam się mała, zbędna i brzydsza niż zarodek na plakatach antyaborcyjnych.

– Posprzątajcie tu – wypowiedziałam najspokojniej z akcentem na „ajcie”, traktując oboje, jak na to zasłużyli. – Zaraz pewnie będzie matka! – rzuciłam jeszcze i powoli, byle nie pokazać, jak szybko urosła we mnie gula, odwróciłam się, by wysprzątać samą siebie.

Zaraz będę wielka, niezbędna i piękniejsza niż „blue hour”, najpiękniejsza godzina na Majorce, gdy czarowny dzień powoli zmienia się w niebiańskoniebieski, rozkoszny wieczór! Zaraz będę wielka, niezbędna i piękniejsza niż… powtarzałam sobie przez cały kwadrans w łazience, robiąc się na bóstwo w ekspresowym tempie, o co najłatwiej w nerwowej, gulowej sytuacji. Oblukana przed chwilą stylizacja à la kurewska caryca wymogła na mnie najdyskretniejszą elegancję: mój makijaż też był blue hour.

Gdy wkroczyłam do salonu, a „wkroczenie” idealnie odpowiadało celowo dystyngowanemu krokowi, okazało się, że moje łazienkowe, wielkopańskie poparskiwania: „Jeśli już przyszli, niech siedzą i czekają!”, były jednak przedwczesne. Wciąż nikogo nie było, Julka nadal stała przy drzwiach tarasu z przyklejonym do szyby nosem, a z kuchni dobiegał chichot i szczebiot; proszę, jak wesolutko sobie dalej sprzątali! Zaraz wam jednak popsuję humorki, pomyślałam, szukając w zwojach mózgowych paru słów, tnących jak wszystkie indiańskie noże do skalpowania razem wzięte. Marek z Oksaną mieli jednak więcej szczęścia niż rozumu, bo nagle Julka postukała w szybę i krzyknęła:

– Jest! Jest! Zobacz, mamo, pierwsza gwiazdka!

Julka otworzyła z impetem balkonowe drzwi wprost na mróz.

– Zamknij, kochanie! Bo się przezię… – Podbiegłam do niej, lecz zamiast zamknąć te drzwi, otworzyłam je jeszcze szerzej.

Z tym widokiem nie można się było przeziębić. Powietrze zrobiło się gorące niczym w majorkańskim sierpniu. Wręcz mnie sparzyło, gdy ujrzałam… Gwiazdka? Jaka gwiazdka? To była gwiazda, a właściwie dwie. Nie dwie, zobaczyłam trzy gwiazdy! Pierwszą była oczywiście moja matka, doktor weterynarii Krystyna Dziubak-Kalińska, w jakimś nieprawdopodobnym futrze, chyba z niewyleczonych małpiatek andaluzyjskich, jeśli takie są. Drugą – mój syn Michałek. Michałek? Raczej niemal dorosły Michał, osobliwie groźny i jakiś zwalisty, w czymś między mundurem komandora a bluzą konduktora, w każdym razie military. Trzecia z gwiazd wyglądała jak wielki, przewrócony termos, w którym matka zawsze przywoziła na Wigilię swego idealnego karpia. Teraz zmieściłaby tam całą hodowlę, bo gigatermos był wspaniałym, czerwonym bolidem i tylko czekałam, że wyskoczy zeń jeszcze nasz arcymistrz Kubica, w ramach obcego przy stole. Nie wyskoczył, za to ja wyskoczyłam z siebie, by jak najszybciej zamknąć okno, nim rozłożymy się z Julką na wszystkie grypy świata, w tym grypę ptasią i tę roznoszoną przez niewyleczone małpiatki. Trudno, bym w tej sytuacji zachowała dystyngowany krok, i obie, jak na komendę, popędziłyśmy do drzwi, w których już stał Marek, na szczęście bez Oksany; cóż za przyzwoitość, no naprawdę…

– Mamo, widziałaś to cudo? – Michaś rzucił się na mnie z bolidowym skowytem zamiast przywitania.

– Plawie jak Balbi, tylko Balbi ma lóżowe, a babcia czelwone! – krzyknęła moja zachwycona córka.

– „Prawie” nie czyni żadnej różnicy. – Westchnęłam, podprogowo nawiązując do megapopularnej reklamy piwa, bo to tak właśnie działa.

– Marek, widziałeś? – Mój dziwnie umundurowany syn wskazał ręką ścianę, za którą na ulicy stał boski samochód.

– Nie widział, bo dopiero co go odebrałam – odparła matka, stając do mnie tyłem i niemal kładąc się na mnie tymi małpiatkami, jakbym to ja, a nie Marek, była tu szatniarką. – Fajna fura? Wyciąga ponad dwie setki!

Dwie setki to chyba ja zaraz w siebie wleję, i to czystego spirytu, pomyślałam, uchylając się, i popchnęłam Marka, by zdjął z matki egzotyczny futrzak.

– I gdzie będziesz tym pruła? Z domu do kościoła i z powrotem? – kpiłam, wciąż nie mogąc uwierzyć, że to się dzieje naprawdę.

– A co? Chciałabyś, bym na starość pruła i dziergała na nowo moherowe sweterki? – prychnęła rodzicielka.

Zamilkłam, choć języka mi w gębie nie brak. Naprawdę z jej ust padło niebezpieczne słowo „moher”, wypowiedziane w ironicznym tonie?! Może ktoś podmienił matkę na androida, łudząco podobnego, ale omyłkowo zaprogramowanego na kogoś innego? Michaś grał kiedyś w taką grę… Odetkało mnie dopiero, gdy zza pleców usłyszałam szczebiot Oksany.

– Pieriechałabym sia. – Westchnęła… do Marka wieszającego małpiatki! Na pewno, zauważyłam kątem oka, a kąt mam panoramiczny!

– Myślę, że przede wszystkim powinnaś się przejechać do kuchni, bo coś się chyba przypala, czujecie?

Spojrzeli na mnie jak na wariatkę; oczywiście, że nic się nie przypalało, ale cel został osiągnięty: cholerna, mizdrząca się do mojego męża krasawica zniknęła w kuchennych czeluściach, a my przechodziliśmy na salony.

– Jak mi babcia pożyczy to cudo, to chętnie cię wezmę! – krzyknął Michał w stronę Oksany. – Pojedziemy autobanem!

Odzewu nie było: jasne, chciała mieć u boku Marka, nie Michała!

– W Polsce są autostrady, nie autobany! – ryknęłam do syna niczym krwawa nauczycielka geografii, o ile na geografii uczą o polsko-niemieckich różnicach w transporcie.

– Jawohl, Mutti! – Mój syn obciągnął na sobie mundurową bluzę.

– Coś ty na siebie wło…

Nie dokończyłam, bo przekrzyczała mnie matka.

– To kiedy lecicie na tę Majorkę? – spytała, siadając nie tam, gdzie chciałam, czyli pośrodku stołu, by nie było jak od niej uciec.

– Pojutrze rano. – Zerknęłam na perfekcyjnie przygotowany stół, jedyną ostoją jakiegokolwiek porządku w tym maglu. – Ale bez Michasia, bo nie chce z nami lecieć…

– Obóz mam! – Rozsiadł się jak szwabski generał. – Zlot pod Rostockiem! Mamo, przecież chciałaś, bym więcej przebywał na świeżym powietrzu!

– Mówi się nad Roztoką – poprawiła moja matka. – Pamiętasz, kochanie? – to „kochanie” było jakimś cudem do mnie! – Tatuś ci czytał Rogasia z doliny Roztoki, bardzo to lubiłaś…

Ojca wspomniała chyba pierwszy raz od prawie roku, od pogrzebu! Żadnego Rogasia jakoś sobie nie przypominałam, a Roztokę obśmiał sam Michaś.

– Babciu, Rostock, takie niemieckie miasto! – zarechotał. – „Alternative für Deutschland”! – zakrzyknął, a ja zamarłam… Nie, na szczęście nie podniósł łapy w wiadomo jakim pozdrowieniu.

– Z kim ty właściwie tam jedziesz? Co to za obóz… – usiłowałam się dowiedzieć.

 

– Das ist streng Geheim, ściśle tajne, ale spoko, patriotyczny!

– I co ty w ogóle masz na sobie?

– Super, nie? Kumplowi udało się skądś zajumać…

Rozpaczliwie grzebałam w głowie, w szufladzie z naklejką „być na bieżąco”… zajumać, zajumać… czy to nie znaczy zapieprzyć, znaczy, no, ukraść? Ale to nie był dobry moment, bo matka już zajumała mi przestrzeń.

– Czyli pokój Michasia na Majorce będzie wolny? – ucieszyła się. – Może bym wpadła z kole… z koleżanką…

– A co, ten twój bolid umie latać? – Nie zdążyłam ugryźć się w język. – Właściwie, skoro Pan Samochodzik miał gruchota, który pływał… – Przypomniałam sobie książkę, którą…

– Pan Samochodzik? – jęknęła matka w duecie z Michasiem, jakby zaintonowali motokolędę.

– Tak, i templariusze! I to mi tata czytał, a nie jakiegoś Rogasia z Rostocku! I fajnie nam było, bo ty akurat bawiłaś poza domem i…

Pewnie naurągałabym jej mocniej, gdyby nie gołe kolana matki, na które automatycznie przeniósł się mój wzrok, uciekając przed kretyńskim mundurem. Znaczy nie były zupełnie gołe, miała pończochy, ale całkiem odkryte. I bynajmniej nie dlatego, że zawinęła się jej spódnica. Otóż… nie zawinęła się! To była minispódnica w kolorze seledynowej lamperii z ubikacji, wykończona brązową koronką, jak rozmokła deska sedesowa! Coś podobnego widziałam przelotnie w MTV na dającej koncert, obrzydliwie hipermodnej, cycatej dwunastolatce! Wzięłam oddech…

– Nie za krótką masz tę spódniczkę, mamo?

– Kotku! – Poklepała się po udzie. – Nogi starzeją się ostatnie, trzeba pokazywać to, co ma się ładne! Póki jeszcze można! – Zaśmiała się, jak na Wigilię, swój wiek i mój gust zdecydowanie za frywolnie.

– A nie za bardzo ta spódniczka, eeee… koronkowa?

– To naprawdę wspaniale, że koronki znów wróciły do łask, że w całym tym bezguściu i rozwydrzeniu człowiek jeszcze może znaleźć prawdziwe piękno! Widziałam w telewizji na koncercie jakiejś młodej piosenkarki – ciągnęła w zachwycie moja gustowna i nierozwydrzona matka.

I pewnie wykład trwałby dłużej, gdyby w salonie nie pojawili się Marek z Oksaną. Dopiero gdy weszli, uświadomiłam sobie, że faktycznie ich tu nie było, że ich tu… dość długo nie było… że ich tu nie było za długo! Rzut okiem i… nie, caryca nie była rozmazana ani krzywo zapięta, a mój mąż… nadstawiłam ucha… nie, nie próbował ukryć nierównego oddechu. A jednak przez cały wieczór nie mogłam przestać o tym myśleć; no, może przez pół, bo potem przecież wybuchła absolutna bomba. Tymczasem nachyliłam się w stronę Oksany.

– Ależ nie musisz z nami siedzieć. – Uśmiechnęłam się do nianiogosposi, jakbyśmy zasiedli do stypy. – Wiemy, że twoje prawosławne święta będą trochę później – modulowałam głos z sacharynowego na cukrzany i z cukrzanego na miodowy – więc nie ma potrzeby, byś tu się z nami nudziła!

– No, ale… gdzie miałaby pójść? – spytał Marek.

Gdyby spytała moja matka albo Michaś… lecz spytał Marek. Więc, choć miał absolutną rację, wybąkałam:

– Nie wiem, może niech sobie odpocznie… w wannie…

– Ja już wykompała sia. – Caryca zachichotała.

No to jeszcze raz, w końcu od czystego głowa nie boli! – miałam już na końcu języka. Nie boli? Właśnie mnie rozbolała, na wszystkich frontach. Zwłaszcza że Marek dyplomatycznie zmienił temat, chwytając za talerz z opłatkiem.

– Bezglutenowy?

– Bez, ale z kwasem siarkowym – zażartowałam, nie żartując. To się nazywa „myślenie życzeniowe”.

Marek podawał opłatek.

– Nein, danke, jestem agnostykiem – podziękował Michaś. – I mam nadzieję, Mutti, że nie podasz ohydnego karpfena!

– Czego? Karpia? – zdziwiłam się, spoglądając, czy aby moja matka nie ma gdzieś pod tą koronką zbunkrowanego termosu ze swoją wigilijną rybką.

– Jawohl! Karpfen!

– Michaś, przestań! – obsztorcowałam go.

– Przestań, przestań! Jawohl! – pisnęła jak papuga Julka.

Prawda, przy stole była przecież jeszcze moja córka, siedząca od dawna tak cichutko, bo… właśnie kończyła ozdabiać flamastrem nasz najcenniejszy, świąteczny, prapolski obrus, ma się rozumieć, haftowany „polski len”.

– Aniołki! – Odwinęła mi róg obrusa, by z zachwytem zademonstrować anielską, niespieralną Guernicę.

– Zuperrrr! – warknął Michał jak rodowity Aryjczyk czystej krwi.

– Co ty ostatnio z tym niemieckim? – zainteresował się wreszcie mój mąż.

– Ich bin ein Berliner!

– Puknij się w głowę! – mówiłam do syna, ale jednocześnie dzieliłam się opłatkiem z matką, więc wyszło, jakbym to jej życzyła „puknij się w głowę”, co zresztą nie było takie niezgodne z prawdą, mimo że jeszcze nic nie wiedziałam…

Dziwne to: od lat dzieliliśmy się opłatkiem, ale bez słów, bez życzeń, jakby było oczywiste, że życzymy sobie jak najlepiej. Dziś nie wydało mi się to takie oczywiste… Marek podał mi swój opłatek do ułamania i uśmiechnął się czarująco; odpowiedziałam pięknym za nadobne i zaraz pożałowałam swej naduprzejmości, bo Oksanę obdarzył podobnym uśmiechem. Zaraz, zaraz, czy to aby nie było nielegalne, że caryca też dzieli się opłatkiem, choć to nie jej carskie, prawosławne święta? Grzesznica grzeszyła nawet przy wigilijnym stole, przy którym wciąż była mowa o naszych… raz wrogach, raz przyjaciołach, ale żeby ich nie mieć pod bokiem, musielibyśmy się wynieść na Madagaskar, bo nie na Majorkę, zniemczoną jak kradzione przez Hitlera słowiańskie blondaski.

– Wszyscy jesteśmy Niemcami! – Michaś zaryzykował dyskusyjną tezę. – A ten Tannenbaum to niby skąd? Niemiecka kultura. – Wskazał ozdobionego drapaka.

– Z pobliskiego placu, synku. – Ustawiałam go do pionu, jak umiałam, myśląc, że to raczej przykład na kompletny brak kultury wizualnej mego męża, choć nie powiem, po liftingu choinka była nawet do przyjęcia. – Prawdziwa polska choinka, koksem pędzona!

– Koksem?! – Michaś wyraźnie zastrzygł uszami.

– Chcę moje kluski, z keczupem! – ogłosiła Julka koszmarnym, płaczliwym tonem, za jaki chętnie zdzieliłabym ją ością leżącą już na talerzu doktor Dziubak-Kalińskiej.

Bo, od słowa do słowa – jednak jedliśmy, trochę na dziko, nie po kolei, co kto tam sobie wziął, na zimno i na ciepło, ponieważ caryca zreflektowała się i w zamian za zaproszenie do stołu raz i drugi podniosła opięte cztery litery, by łaskawie przynieść z kuchni to, co się grzało. Moją matkę najbardziej jednak obchodziło wino.

– Jak sądzicie, czy mszalne ma mniej kalorii? – Poprawiała na brzuchu spódnicę, której prawie nie było, i raz po raz sięgała po dopełniany przez Marka kieliszek.

– Nie sądzę, a procentowo na pewno mocniejsze, inaczej nie opowiadaliby w kościołach tylu głupstw – wypsnęło mi się, choć mąż spojrzał na mnie błagalnie, a zarazem ostrzegawczo.

Fakt, oboje wiedzieliśmy, czym pachnie taka opinia, i nie był to zapach majowego bzu. A jednak, o dziwo, pani doktor, teraz nieoczekiwanie dzidzipudło od zwierzątek, a przy okazji moja matka, nie podjęła tematu.

– Pyszny śledzik. – Wolałam dmuchać na zimne i wskazałam dość freestylowo posiekaną cebulę z dodatkiem czegoś à la matias.

– No, sorry, Mutti, wiesz, że ryb nie jadam!

– Dziecko, wiesz, ile ten śledź ma kalorii?! – zawołała do mnie skonfundowana rodzicielka, wychylając kolejny toast bez toastu, całkiem jakby ktoś puścił od tyłu biblijny film i Pan Jezus zamieniał jej to wino znowu w wodę.

– I jeszcze ta śmietana! – Marek aż się wzdrygnął. – Nabiału to w ogóle nie powinno się jeść!

– U nas, w Ukrainie, to jemy biełuju bułku s masłom i s ikrom… – wtrąciła się Oksana.

No proszę, jakie carskie zachcianki!

– Kawior? Czyżby? A ja czytałam, że jecie sałatkę z kartofli i z boczku, zmieszaną z majonezem… – dodałam, mając w pamięci misternie pokrojoną wiedeńską Kartoffelsalad.

Marek przerwał mi dyskretnym kopnięciem pod stołem i zaproponował rozdanie prezentów.

– Tak, tak! – Julka już biegła pod drapak, zwany czasem „tannebaumem”, i nie było siły, aby ją zatrzymać.

Z mojego umundurowanego syna też wyszło dziecko i rzucił się pod drzewko za siostrą. Po chwili oboje wylecieli z salonu uskrzydleni, ona z lalką wielkości pomnika papieża (wyfruwając, ciągnęła ją po podłodze), on z nowym laptopem. Dopóki umiemy uszczęśliwić nasze dzieci, sami jesteśmy młodzi i szczęśliwi. Ładnie brzmi, co? I osobiście wymyśliłam, wcale nie spisałam z Paula Coelha.

Niestety, gdy zachwycona progenitura opuściła pokój, nie poczułam się ani trochę szczęśliwa. Mało tego, poczułam się stara, ba, nawet starsza od mojej matki, która z dziwnym błyskiem w oczach wysunęła spod siebie niewielki, płaski pakunek. Nie widziałam go, bo był w kolorze skóry, jaką obite są krzesła. Dlaczego przez cały wieczór na nim siedziała, zamiast położyć po ludzku pod choinką? Wobec bomby, jaką nam zasunęła, odpowiedź na to pytanie była kompletnie nieważna…

– Mam dla was coś małego… ale i dużego – zaczęła, jak nie ona. – Dla was obojga!

Ucieszyłam się, choć jeszcze nie z prezentu, ale z tego, że najnormalniej w świecie zignorowała siedzącą obok Oksanę, aż ta poczuła się jak trzeba, znaczy głupio, i w niemal niewidoczny sposób usiłowała nas opuścić.

– Zostań! – poprosił ją mój mąż.

– Ciasto i kofie ja prigotuju.

I już jej nie było, za to w ręku matki pojawiła się długo i powoli wyjmowana z papieru książka.

Książka? Nie wyglądała na kolejny album o pieskach, kotkach, chomikach czy angorskich świnkach morskich. O świnkach, biedaczkach zmutowanych wbrew sobie chyba z pudlami podłączonymi do prądu, by prezentować się jak Oksana porwana do music-hallu, dostaliśmy w zeszłym roku. Nie, matka położyła na stół najzwyczajniejszy poradnik, w dodatku dla bab, więc nie dla nas obojga. GDY PANI NIE MA W DOMU – odczytałam beznamiętnie tytuł. Cóż za faux pas! Nie dosyć, że pewnie chce mi znów wytknąć, co robię źle, bo zapewne chodzi o jakąś perfekcyjną nad-Małgorzatę Rozenek, która sprząta, pierze i gotuje, wcale nie będąc przy tym obecna, to jeszcze nic nie kupiła Markowi, stare skąpiradło!

– Poradnik? – wypuściłam długo a powoli wciągane nosem, perfekcyjnie przez całą rodzinę zatrute powietrze.

Matka zrobiła to samo, jakby mnie przedrzeźniała. I jeszcze cmoknęła!

– Niezupełnie – wykrztusiła wreszcie.

– KALINA CHWOST? – Marek łypnął na stół z okładką, a potem na mnie. – A ty… nie miałaś wczoraj tej książki w sypialni?

– Miałam, ale inną… Dotyk masażysty! Okazał się…

– Dotyk? – ożywiła się matka, dolewając sobie winka.

– Tak – wyjaśniłam. – I to faktycznie nie jest poradnik, bo ta autorka chyba nie tworzy poradni…

– Wiem, co ona tworzy. – Doktor Dziubak-Kalińska osobliwie zakołysała się na krześle, a wraz z nią perfekcyjne koroneczki.

– Skąd wiesz… czytasz takie rzeczy?

– Ależ skąd, nie czytam! Ja… – Matka teatralnie wzruszyła ramionami. – Ja je piszę!

– Ha! – zakrzyknął Marek, porywając i wychylając do dna kieliszek teściowej.

Potem nastąpiła cisza, w której przypomniałam sobie zajawkę z okładki Masażysty: „Nektar młodości dla bardzo dojrzałych kobiet zgrabnie wpisuje się w modny nurt powieści erotycznych”… Wzięłam ze stołu Gdy pani nie ma w domu i odwróciłam na grzbiet. „Gdy pani nie ma w domu, zdarza się czasem, że zostaje pan i służąca albo niania, a wtedy”… Bez słowa podałam książkę Markowi.

– Mamo, to przecież jest… – zaczęłam nieśmiało.

– Tak, to jest O SEKSIE! – zaskrzeczała radośnie. – Normalna, ludzka rzecz, SEKS! – krzyknęła mi w nos.

Nie trzeba było długo czekać, nie trzeba było wcale czekać, by w drzwiach pojawił się Michaś.

– Seks? Ktoś tu mówił o seksie?

– Coś ty, głucholcu, babcia się… zakasłała.

– Seks? – zapiszczała Julka, wciągając do salonu swoją nową lalkę. – Lola tak mówi…

– Jaka Lola, córuniu?

– Ona. – Wskazała lalkę. – Dałam jej na imię Lola.

Ręce mi opadły jeszcze niżej niż przed momentem, teraz to już po prostu do garażu. Skąd moja córka wytrzasnęła to kurewsko-kabaretowe imię?! Odziedziczyła geny po babce?

– O, słyszysz? – Jula uciskała Lolę gdzieś pod sukienką.

„Pi, pi, pi” – usłyszałam.

– Seks, seks, seks – przetłumaczyło moje ukochane dziecko, wybuchając niewinnym, czteroipółletnim śmiechem. Czy wiedziała, co mówi? A matka? Wiedziała? W każdym razie superkulturalnie pociągnęła łyk z butelki, znów zakołysała się na krześle i zaczęła dokonywać coming outu…

– No cóż, jak wiecie, nosił wilk razy kilka… Tak i mnie kilka razy nosiło, by opowiedzieć kilka ważnych dla mnie historii, które rozpaliły nie tylko mnie samą, ale podnieciłyby wiele spragnionych kobiet, nigdy nie byłam egoistką! No i wreszcie się zebrało na tyle dużo, że postanowiłam… Thomas Mann, na przykład, całe życie prowadził dziennik swoich stosunków, wszystko w nim zapisywał, nawet masturbację… My, twórcy, czerpiemy z doświadczeń, które przekuwamy w słowo.

 

– Chcesz powiedzieć, że opisałaś tu historie ze swojego życia?! – Wgapiałam się w nią jak sroka w gnat.

– Pisarz jest jak wampir, wysysa z siebie i ze swego otoczenia – odparła tajemniczo.

– To nie mogłaś pisać o seksie myszek preriowych, które podobno czterdzieści godzin non stop kopulują? Albo o płetwalu błękitnym i jego czterometrowym penisie? To też jest twoje otoczenie!

– Trzymetrowym, nie przesadzajmy!

– Co ty, matka, kto by czytał o zwierzętach? Już prędzej o wampirach, słyszałaś? – zagrzmiał synuś i odwrócił się do naszej natchnionej seksliteratki. – Szkoda, babciu, że to nie ty napisałaś sagę Zmierzch. – Michał popatrzył na nią z dumą i urazą jednocześnie. – Miałbym wszystkie laski w kieszeni!

– Laski! W kieszeni! – ucieszyła się Julka i trzykrotnie nacisnęła Lolę: seks!, seks!, seks!

Ale nie było już po co wyrzucać wnuków z pokoju, musztarda po obiedzie. A matka mówiła dalej w najlepsze, ukwiecając spicz ulubionymi przysłowiami:

– Nie urodzi sikorka słowika, nie zamierzam być Szekspirem, ale po pierwszej książce, która stała się bestsellerem i zarobiła na moje superautko, doszłam do wniosku, że jedna przepiórka wiosny nie czyni, i napisałam następną.

– Poczytasz mi ją, babciu? – Julka uczepiła się jej nogi.

– Oczywiście, kochanie! – Pogłaskała małą po główce.

– No chyba teraz przesadziłaś! Marek, powiedz coś!

Mój mąż, jakiś coraz bledszy, wczytywał się w milczeniu w książkę, a matka się broniła.

– No co? Poczytam jej, jak dorośnie, za kilkanaście lat!

– Będziesz wtedy po dziewięćdziesiątce! – przypomniałam uprzejmie.

Doktor weterynarii Dziubak-Kalińska spojrzała na mnie jak Konopnicka, Orzeszkowa, Mniszkówna i Grochola w jednej osobie.

– I co z tego? Dzięki moim książkom będę nieśmiertelna! A tę następną, którą już szkicuję, opublikuję wreszcie pod własnym nazwiskiem. Dosyć hipokryzji i głupiego ukrywania się! Dlatego… dlatego najpierw lojalnie zdecydowałam się wam powiedzieć, bo najważniejsza jest rodzina.

– Dosyć hipoklyzji! – Julka nacisnęła lalkę.

– A myślicie, że co? – Matka przeszła do ataku. – Że wasz ojciec to Clark Gable był? Że mi gasił pożar w Tarze? Nie rozpalał, to i nie gasił… – Zacmokała, lecz już nie wiedziałam, czy ze wstydu, jak dotychczas, czy ze starczej chuci, którą przed nami bezwstydnie odkrywała. – Musiałam szukać ciepła gdzie indziej, całe życie szukałam! Raz było łatwiej, raz trudniej, ostatecznie nieważne, jaki kot, byle łapał myszy, ale złote gołąbki nie lecą same do gąbki!

Wolałam nie dociekać, co za koty, jakie myszy i jakie gąbki ma na myśli. Miałam w głowie wiglilijny bigos gorszy od tego, którego ostatecznie nie podałam, bo się brutalnie spalił, zresztą teraz to spaliłby się ze wstydu. W drzwiach, oparta o futrynę, niczym o latarnię, stała Oksana z rozdziawioną, świeżo umalowaną na cynober gębą. Gdyby nie trzymana w ręku taca z tortem makowym, moją spécialité de la maison, wyglądałaby jak… Tylko kto w takiej sytuacji miał jeszcze ochotę na deser?

Marek przestał czytać. Widocznie na odległość wyczuł te cynobrowe usteczka.

– Nie stój tak, prezent dla ciebie jest pod choinką. – Uśmiechnął się do Oksany.

Po chwili tort wylądował na stole, a nasza niania, a czasem trochę gosposia rozpakowywała małe pudełeczko.

– Spasiba! – zaszczebiotała, wpinając w uszy eleganckie kolczyki.

Zaraz, zaraz… czy to aby nie były te kolczyki, które Marek kupił dla mnie w Mediolanie, nie pamiętając, że nie mam i nie zamierzam mieć przekłutych uszu? Te, które mu, obrażona za ten brak pamięci, oddałam? Jakby mi ktoś dał w pysk. Ale zachowałam zimną krew i żeby zagłuszyć czymś wewnętrzny dygot, wzięłam do ręki odłożoną przez niego książkę. „Gdy pani nie ma w domu, zdarza się czasem, że zostaje pan i służąca albo niania, a wtedy”… Miałam wrażenie, jak gdybym cały ten stojący koło mnie torcik makowy właśnie dała sobie w żyłę.

– Mamo, na ile jesteś w swoich książkach tym… wampirem, który wysysa treści ze swego otoczenia?

– Daj spokój, nie męcz już mamy. – Marek zrobił się nerwowo troskliwy; czyżby nie chciał, by coś jeszcze powiedziała? – Przecież jeszcze jest prezent dla ciebie! – Zaśmiał się dziwnie sztucznie i wybiegł z salonu, by po chwili wepchać do środka wielki, składany… wózek na zakupy!

– Nie będziesz już musiała nosić tych stu ton! Widzisz, jak wcelowałem z prezentem! – Aż się zaświecił od samozadowolenia, idiota.

– Spasiba. – Uśmiechnęłam się najczulej, jak teraz umiałam.

Pani domu za odpowiedni prezent powiedziałaby „dziękuję”. „Spasiba” od lat mówiły u nas tylko panie do wszelkiej pomocy. I tak się teraz poczułam. Do pomocy. Tylko komu? Matka miała pornoksiążki, Julka swoją Lolę, Michaś szwabskich narodowców, a Marek zakolczykowaną Oksanę. Wstałam, dopadając nieszczęsnego wózka jak hulajnogi. Rozpędziłam się i po sekundzie byłam w kuchni, zatrzaskując za sobą drzwi.