Majorka. Nie tylko pod palmąTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa


„Miejsce poetyczne, natura cudowna, potężna i dzika, z morzem u obu krańców horyzontu, wokół nas wspaniałe szczyty, orły zapuszczające się po żer między drzewa pomarańczowe w naszym ogrodzie, droga wysadzana cyprysami, ze szczytu naszej góry schodząca w głąb wąwozu, strumienie obrzeżone mirtami, palmy u naszych stóp – trudno o coś wspanialszego od tego miejsca”[1] – pisała George Sand prawie dwieście lat temu, jakby patrzyła na Majorkę dzisiaj, bo jej piękno nadal trwa i niezmiennie zachwyca.

.

Wiele starych majorkańskich rezydencji zamienia się w luksusowe hotele

Zachodnie wybrzeże

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

I.

Moja wyspa

.

Majorka jest jak piękna kobieta – łatwo się w niej zakochać, ale to zwykle trudna i często nieodwzajemniona miłość. Dlatego wielu admiratorów odchodzi z kwitkiem, inni długo i bez powodzenia walczą o jej względy, a tylko nieliczni, ci bezwarunkowo zakochani, trwają przy niej przez lata, znosząc wszelkie przykrości i niewygody tego jednostronnego uczucia.

Do tych najwierniejszych wielbicieli należę ja. Moja fascynacja wyspą trwa już ponad ćwierć wieku i mimo często niesprzyjających wiatrów nie wyobrażam sobie życia bez Majorki, szczególnie podczas zimowych miesięcy.

Zaczęło się banalnie – po raz pierwszy przyleciałam na wyspę w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych na krótkie wakacje. Miałam szczęście zamieszkać w stylowym hotelu La Residencia, położonym na słonecznym stoku w malowniczej miejscowości Deià (Deyá). Z tarasu apartamentu rozciągał się widok na zachodzące w morzu słońce, wart więcej niż pięć hotelowych gwiazdek, a palmy, pomarańczowe gaje i zawsze błękitne niebo tworzyły bajeczną scenerię moich wakacji. Znalazłam się w raju, do którego wracałam potem każdego lata. Zwykle zatrzymywałam się ze swoim małym synkiem w domu przyjaciółki niedaleko Palmy, poznając codzienne życie na wyspie. Syn chodził do letniej szkółki, a ja na wędrówki po mieście albo na targ podpatrywać lokalne zwyczaje, smaki i smaczki. Aż w końcu życiowe okoliczności tak się ułożyły, że pewnego sierpniowego dnia 2001 roku mogłam spakować cały dobytek do wielkiej lory i przeprowadzić się tu z synem na stałe.

Nie wyobrażam sobie życia bez Majorki

Majorka od razu wystawiła mnie na próbę. Domek, który wynajęłam korespondencyjnie na podstawie zdjęć z internetu, okazał się niemalże ruderą zamieszkałą przez ogromne karaluchy, które z początku wzięłam za niewinne chrabąszcze. U mojego ówczesnego narzeczonego, który miał do nas niebawem dołączyć, zdiagnozowano poważną chorobę, która zatrzymała go w szpitalu na długie miesiące. Zaledwie parę dni później, 11 września, atak terrorystyczny w Ameryce odciął nas od siebie, a Majorkę od świata – lotnisko w Palmie zamknięto na cztery spusty. Jednocześnie, zupełnie nietypowo jak na wrzesień, popsuła się pogoda i moją słoneczną wyspę na wiele dni spowiła gęsta mgła, a do smutnego palmeńskiego portu, w którym wcześniej podziwiałam luksusowe jachty, wpłynęły groźne okręty wojenne. Jakby tego było mało, na początku października wyspę nawiedziły niespotykanie silne ulewy, a nasz domek, z powodu niedrożnych odpływów, znalazł się częściowo pod wodą. Chodziłam po położonym na najniższym piętrze salonie w kaloszach, wylewałam wodę wiadrami i próbowałam nie zwariować.

Udało się! Przetrwałam. Przestało padać, karaluchy zostały pożarte przez łakome jaszczurki, samoloty znów latały, syn polubił nową szkołę, zaczęliśmy osiadać w nowej rzeczywistości. Spełniłam swoje marzenia, zamieszkałam dosłownie pod palmami i pod Palmą, z okna widziałam odległą panoramę miasta i bezkresne morze, w ogródku dojrzewały pomarańcze i prawie codziennie świeciło słońce. Czego chcieć więcej? Było pięknie i wesoło, ale też czasami ciężko i samotnie. To wszystko – nasze przygody, codzienność, ludzie, których poznaliśmy – zainspirowało mnie do napisania książki Rok na Majorce[2]. W rzeczywistości nie był to rok, ale dwa lata, a potem, mieszkając już na stałe w Polsce, uciekałam każdej zimy na moją wyspę. Najpierw były to krótkie wypady, a gdy syn dorósł i już nie wymagał matkowania, zostawałam na Majorce przez miesiąc, potem dwa, trzy... Aż wreszcie w zeszłym roku pandemia zatrzymała mnie tu na dłużej. I jak dotąd wygląda na to, że jesteśmy już na siebie miło skazane.


Banyalbufar – górska wioska położona na kamiennych tarasach

Zanim przyjechałam tu po raz pierwszy w latach dziewięćdziesiątych, miałam o Majorce jak najgorsze zdanie. W tamtym czasie spędzałam wakacje na Mazurach, w Grecji, w dawnej Jugosławii, czasami na Ibizie, która była modna, miała dyskretny urok hipisowskiego luksusu i magnetyzm marihuany palonej na plaży przy dźwiękach muzyki z Café del Mar.

Za to Majorka w krajach niemieckojęzycznych, a mieszkałam wtedy w Austrii, nie cieszyła się dobrą opinią. Nazywano ją wprost „Putzfraueninsel”, Wyspą Sprzątaczek, bo wielu kojarzyła się z miejscem taniego wypoczynku all inclusive dla niewymagających turystów. Łatka przylgnęła do niej nie bez powodu – już od lat sześćdziesiątych hotelowe gmaszyska, którymi zabudowano najpiękniejsze plaże, i czarterowy boom kusiły klientów niskimi cenami i niewyszukaną ofertą. To wtedy powstały wielkie urbanistyczne makabryły, jak zbudowane od zera miejscowości S’Arenal (El Arenal) czy Magaluf, które stoją i straszą, lekko podrasowane, do dziś. Bez planu, gustu, historii i kultury. Gdzieś z dala od tego kryła się inna Majorka – wyspa artystów, hipisów, milionerów, poszukiwaczy przygód, bankrutów, wszelkiej maści uciekinierów przed dotychczasowym życiem, fiskusem albo małżonkiem. Majorka zdystansowana do masowej turystyki, zaszyta w swoich wiejskich domach, nadmorskich rezydencjach, alternatywnych komunach, stylowych mieszkaniach staromiejskich kamienic czy uroczych domkach małych miasteczek, snobująca się na „prawdziwe lokalne życie”. No i oczywiście Majorka tubylców, tych urodzonych na wyspie, którzy pomału zaczynają być mniejszością, wypierani przez cudzoziemców stęsknionych za śródziemnomorskim flair albo przybyłych tu za chlebem.

I nawet jeśli skuszeni superofertą last minute wylądujecie w jednej z turystycznych twierdz przy zatłoczonej plaży, nie traćcie czasu na rozwodnione drinki przy hotelowym basenie! Poznajcie wyspę, jej wspaniałe krajobrazy, ludzi, kuchnię, historię. Odkryjcie prawdziwą Majorkę.

II.

Trochę historii

.

Historia nie należy do moich ulubionych dyscyplin, na szczęście dzieje Majorki, choć dość zawiłe, nie są przesadnie bogate w wydarzenia istotnie zmieniające świat.

Majorka jest częścią archipelagu Balearów, zwanych po hiszpańsku Islas Baleares, a w urzędowym języku katalońskim Illes Balears. I tu dotykamy od razu poważnego problemu – dwu-, a nawet trójjęzyczności wyspy (licząc dialekt majorkański). O tym później, a na razie nasuwa się pytanie: skąd to dziwne słowo balear? Otóż z antycznej greki – Grecy bowiem też mieli swoje pięć minut na wyspie, historycznie gdzieś pomiędzy Fenicjanami a Rzymianami.

Na każdym kroku można spotkać ślady historii wyspy

Baliarides, „rzucający” – tak nazywano wyjątkowych i cenionych na militarnym rynku antycznej Europy miotaczy kamieni z tego archipelagu, którzy jako najemni żołnierze walczyli w wojnach punickich. Broń, której używali do walki, była rodzajem procy zrobionej ze splecionych łodyg, a za amunicję służył zwykle półkilogramowy kamień. Urządzenie było tak skuteczne, że kamienie dolatywały, i to całkiem celnie, na odległość nawet 150 metrów. W wersji luksusowej stosowano zamiast kamieni kule z brązu i żelaza, często dodatkowo zdobione. „Rzucający kamieniami”, nazywani w języku katalońskim es foners balears, dzisiaj, ponad trzy tysiące lat później, przeżywają renesans, zrzeszeni w klubach sportowych procarzy.

Nie jest to jedyne osobliwe hobby tubylców. Columbicultura, czyli hodowanie gołębi, niewiele ma tu wspólnego ze znanymi nam obrazkami szarych śląskich gołębników. Bardziej kojarzy się z rozbuchanymi ogierami, albowiem jak często w Hiszpanii, także w przypadku gołębiej konkurencji chodzi w pewnym sensie o seks. Najcenniejsze egzemplarze to szczególnie jurne samce, gdyż zawody polegają na jak najdłuższych zalotach do gołębicy, a wygrywa najbardziej zawzięty osobnik. Jak w życiu. Jurorzy godzinami wpatrują się w niebo, a żeby ułatwić identyfikację ptasich zawodników, każdy gołąb jest pomalowany na inną pstrokatą modłę, najczęściej w kolorowe pasy. Uprzedzam o tym, bo już niejeden turysta patrzący w niebo spanikował, myśląc, że ma halucynacje po zbyt długich godzinach na słońcu lub zbyt wielu drinkach.

 

Udokumentowana historia Majorki zaczyna się od kultury talajotyckiej, która rozwijała się w epoce brązu i żelaza (od ok. 500 roku p.n.e.). To wtedy wynaleziono balearską procę oraz budownictwo wielkokamienne, jakby protoplastę wielkiej płyty. Pozostałości dzieł ówczesnej architektury w postaci budowli megalitycznych można zobaczyć na przykład w Talaiot de sa Cova de sa Nineta koło miejscowości Son Servera czy w S’Hospitalet Vell. Odwiedziny polecam tylko zapalonym łowcom prehistorycznych ruin, pozostali mogą czuć pewien niedosyt wrażeń. Zresztą i bez celowych wypraw łatwo trafić na jakieś resztki ówczesnych budowli, Majorka i Minorka są nimi usiane. Konstrukcje nazywane talajotami (po hiszpańsku: talayot) służyły prawdopodobnie raczej jako twierdze niż domostwa, bo ograniczona powierzchnia wyspy zmuszała wrogie plemiona do nieustającej walki o każdy skrawek pola – a cóż mogło lepiej chronić przed gradem kamieni niż jeszcze większe kamienie? Stara nadmorska posiadłość Finca Son Real przy drodze łączącej Artà (Artá) z Alcúdią (Alcudia) została przekształcona w muzeum poświęcone tej epoce, ale też czasom nieco późniejszym, gdyż w pobliżu odnaleziono ślady osadnictwa rzymskiego i arabskiego. Polne ścieżki prowadzą z muzeum do położonej na wydmach nekropolii, wierzono bowiem, że bliskość morza zapewni zmarłym wygodniejsze przejście do wieczności. Być może. Za to z całą pewnością wiadomo, że nie ma to jak miejscówka z panoramicznym widokiem na morze.

Rzymianie wnieśli na wyspę pewną światowość i wielkomiejskość, oczywiście na miarę tamtych czasów. Pokazali żyjącym w plemiennych osadach tubylcom, co to naczynia, drogi i miasta. Położyli kamień węgielny pod powstającą na dziewiczym terenie Palmę, słusznie zakładając, że usytuowanie w szerokiej, spokojnej zatoce umożliwi rozwój nowoczesnego portowego miasta. Na północy wyspy wykorzystali podobne warunki, budując Alcúdię. Przywieźli i posadzili drzewa oliwne, założyli winnice, zbudowali utwardzane drogi i wprowadzili do powszechnego użytku naczynia gliniane, dzięki czemu Majorkańczycy nie musieli już wykuwać misek z metalu. Wszystko, co rzymskie, przetrwało w jakimś stopniu do dziś – nawet naczynia w niezmienionej formie, tak genialnie zostały zaprojektowane. No cóż, włoski design zawsze był najlepszy.

Poza urodą wypalane z gliny garnki mają wiele praktycznych zalet – długo utrzymują ciepło, a potrawy rzadko się w nich przypalają. Można ich używać zarówno w piecu, jak i na ogniu. Są idealne do przyrządzania lokalnych potraw jednogarnkowych, jak frit mallorqui czy sopa mallorquina, można w nich upiec ciasto czy zapiekankę. Po tradycyjne wyroby tego typu najlepiej wybrać się do Pòrtol, gdzie wciąż działa wiele starych warsztatów. Tylko garncarze zarejestrowani w gminie Marratxí (Marrachí) mają prawo do korzystania ze specjalnej gliny z „glinianego dołu”, najlepszej do wyrobu naczyń kuchennych, jak chociażby typowych greixoner – płytkich miseczek z brązowej gliny, glazurowanych w środku. To w nich serwuje się skwierczące w oliwie krewetki, zapiekaną sobrassadę czy olives (aceitunas), obowiązkowe oliwki podawane wraz z allioli (alioli) przed każdym posiłkiem. Takie miski i miseczki można kupić za parę groszy dosłownie wszędzie – na straganach z pamiątkami, lokalnych targach i oczywiście w supermarketach, nie ma bowiem w Hiszpanii gospodarstwa, które mogłoby się obejść bez greixonery, zwanej poza Majorką cazuela.

Siurells, majorkańskie gwizdki

Majorkańscy garncarze lepią nie tylko garnki. Czasem ponosi ich fantazja, a najdziwniejszym glinianym przedmiotem jest chyba siurell, gwizdek w kształcie pasterza albo pasterki. Krążą różne legendy o jego pierwotnym przeznaczeniu – podobno wcale nie służył do przywoływania owiec, tylko do gwizdania na wybrankę serca. Znając finezję zalotów niektórych tubylców, nie wykluczyłabym tej teorii. Siurells zwykle są białe, malowane w czerwone i zielone cętki. Gliniani pasterze w chłopskich kapeluszach grają na ximbombie albo dosiadają konia, pasterki mają długie suknie, zdarzają się też siurells przedstawiające figurę diabła. Zapalonym kolekcjonerem tych gwizdków był Joan Miró, ożeniony z Majorkanką. Czy przygwizdał ją sobie siurellem?

Greixonera sprawdza się też idealnie jako forma do wypieku ciast. Lokalny sernik, aromatyzowany cytryną i cynamonem, nazywa się po prostu greixonera de brossat. Nie jest może tak wymyślny i bogaty jak sernik Gesslerowej, ale równie smaczny.

Greixonera de brossat –

majorkański sernik

Brossat to rodzaj twarogu, majorkańska ricotta. Podobnie jak ricottę ser ten wytwarza się z serwatki, jednak brossat jest bardziej suchy i kruchy niż jego włoski odpowiednik. Hiszpańska nazwa sera brossat to requesón.

Składniki:

• 4 jaja

• 150 g cukru

• 20 ml likieru cytrynowego

• szczypta cynamonu

• skórka otarta z jednej cytryny

• 400 g brossat lub pełnotłustego białego sera

• trochę oleju lub smalcu do natłuszczenia greixonery

• cukier puder do posypania

Przygotowanie:

Utrzeć jaja z cukrem, dodać likier, cynamon i skórkę z cytryny. Dodać ser i dokładnie wymieszać. Przełożyć do dobrze natłuszczonej greixonery. Piec 40 minut w temperaturze 160ºC. Gdy wystygnie, posypać cukrem pudrem. Podawać w greixonerze z lodami lub kremem cytrynowym.

Rzymianie zbudowali ważne dla Balearów porty – Palmę i Alcúdię – z których wypływały w świat statki z solonymi rybami, winem, zbożem, oliwą i cenną wtedy solą. Obecnie wciąż są głównymi portami wyspy. Ale największym osiągnięciem inżynieryjnym Rzymian były kamienne drogi, których fragmenty zachowały się do dziś. My ekscytujemy się, że na Mazurach przetrwały szosy „zbudowane przez Hitlera”, czyli zaledwie dziewięćdziesięcioletnie, a Majorkańczycy wciąż mogą spacerować po drogach mających dwa tysiące lat. Technika ich kładzenia była genialna – wykorzystywano wyłącznie kamień, bez zaprawy, a surowca jest tu pod dostatkiem. Na podbudowie z grubych kamieni układano warstwę drobnych kamyków, na to warstwę tłucznia, a na końcu płaskie płyty. Brzegi drogi wyznaczały ustawione na sztorc płyty, a dzięki lekkiemu nachyleniu jezdni od środka na boki można było odprowadzać wodę. Na poboczu kamienie milowe ustawione w równych odstępach odliczały kroki rzymskich żołnierzy. Jedna rzymska mila to tysiąc kroków, a właściwie dwa tysiące, bo Rzymianie liczyli je inaczej – dopiero krok postawiony prawą i lewą nogą stanowił całość. Główna droga rzymska łączyła Palmę z Pollençą (Pollensa) i z niej uchował się stumetrowy odcinek zwany Camí de Sa Bomba koło Marratxí. Ma on szerokość pięciu metrów i podłużny kamienny pas dzielący drogę na dwie części – czyżby ruch na niej był tak duży, że względy bezpieczeństwa wymusiły wyraźny podział? Drugi zachowany fragment drogi to Camí des Raiguer położony między Binissalem (Binisalem) i Alaró. Rzymska technika budowy dróg popularna była na wyspie jeszcze przez wiele stuleci, najwięcej zachowanych i wciąż używanych pochodzi z okresu średniowiecza.

Majorkański sernik w greixonerze

Port de Sóller

Po prawie pięćsetletnim panowaniu Rzymianie zostali rozgromieni przez Wandalów, ci z kolei przez Bizantyjczyków, którzy osiedlili się tu na dwieście lat. Następnie Majorkę najechali wikingowie, ale ci przetrwali tylko pół wieku. Ich potomkowie powrócili na wyspę kilkanaście lat temu i wygląda na to, że tym razem zostaną tu dłużej, skutecznie kolonizując za pomocą szwedzkich koron niektóre dzielnice Palmy. Wtedy, w 902 roku, wikingów przegonili z wyspy Maurowie. Historia koła raczej nie zatoczy, bo współcześni Arabowie od pół wieku osiedlają się chętniej w Marbelli niż na Balearach.

Na pierwszy rzut oka nie widać na wyspie śladów arabskiego panowania. George Sand prychnęła tylko coś o „małej łaźni w Palmie”. A przecież Majorka zawdzięcza Arabom tak wiele: przepiękne ogrody, palmy, pomarańcze, drzewa migdałowe, a przede wszystkim system nawadniający, który umożliwił ten dosłowny rozkwit wyspy. Do dziś dolina Sóller i jej pomarańczowe gaje korzystają z arabskich akweduktów niosących wodę z górskich źródeł. Arabowie, spragnieni zieleni, kochali ogrody. Jardins d’Alfabia (Jardines de Alfabia), ogrody położone niedaleko Bunyoli (Buñola), przy drodze na Sóller, są rajem dla miłośników kwiatów, ozdobnych roślin, wymyślnych krzewów i drzew – rosną tu podobno wszystkie gatunki występujące w tej części świata. To miejsce, w którym można odpocząć od miejskiego skwaru, przejść się po zacienionych alejach, przysiąść nad stawem albo schłodzić się w wodnym tunelu, który po naciśnięciu guzika zrasza rozgrzanych turystów. Posiadłość jest prywatna, od pokoleń znajduje się w rodzinnych rękach, można ją jednak zwiedzić, a nawet wynająć i przez chwilę mieć wyłącznie dla siebie.

Arabowie przyczynili się nie tylko do rozkwitu rolnictwa na wyspach – także rzemiosło, lokalny przemysł, handel i produkcja rozwijały się na niespotykaną wcześniej skalę. Również miejscowa kuchnia, folklor i język wciąż noszą arabskie ślady. Mówi się, że to właśnie Arabowie sprowadzili prawdziwą cywilizację na Baleary.

Chrześcijańscy konkwistadorzy, którzy zdobyli wyspę w XIII wieku, próbowali oczywiście wyplenić z niej wszystko, co muzułmańskie. Skonfiskowali majątki, zburzyli meczety, przegonili „niewiernych”, a jednak tarasowo uprawiane pola, cysterny i kanały nawadniające, młyny w stylu północnoafrykańskim, a także nazwy wielu miejscowości, jak Alcúdia (wzgórze), Albufera (jezioro), Deià (wioska) i Binissalem (synowie Salem), wciąż dają świadectwo arabskiego panowania na Majorce. Wiele nazw roślin i potraw, jak również terminologia dotycząca nawadniania wywodzą się z arabskiego. Hiszpańskie i katalońskie słowa arroz/arròs (ryż), limón/limona (cytryna), espinaca/espinacs (szpinak) niewiele różnią się od arabskich ar-ruzz, laymun oraz isbanach. Arabowie zostawili też ślady w majorkańskiej kuchni – owoce i bakalie w mięsnych daniach, wschodnie przyprawy i zamiłowanie do słodkości.

Alcúdia

Burballes de cordero –

jagnięcina z bakaliami i makaronem

Składniki (dla 4 osób):

• 100 g suszonych fig

• 100 g suszonych moreli

• 80 g rodzynek

• 0,25 l białego wina

• oliwa

• 800 g jagnięciny (udźca bez kości)

• mąka do oprószenia mięsa

• pieprz

• sól

• 1–2 łyżeczki musztardy

• 1 cebula

• 4 ząbki czosnku

• 1 pęczek świeżej kolendry

• 80 g siekanych migdałów

• 1 szczypta gałki muszkatołowej

• 0,25 l bulionu

• 3 łyżki stołowe kwaśnej śmietany

• 2 żółtka

Przygotowanie:

Figi, morele i rodzynki marynować całą noc w połowie białego wina. Dokładnie nasmarować greixonerę lub inne żaroodporne naczynie do zapiekanek oliwą. Mięso umyć, osuszyć papierowym ręcznikiem i pokroić w długie, cienkie paski, a następnie lekko oprószyć mąką, solą i pieprzem. Rozgrzać oliwę na żeliwnej patelni i podsmażyć na niej mięso. Dodać musztardę i przełożyć mięso do greixonery za pomocą cedzaka.

Cebulę i ząbki czosnku pokroić w cienkie plasterki. Zeszklic na patelni, dodać siekane migdały i smażyć chwilę, aż zbrązowieją. Na koniec dodać marynowane owoce i resztę białego wina oraz połowę umytej i posiekanej kolendry. Doprawić gałką muszkatołową, solą i pieprzem. Ugasić bulionem. Zawartość patelni przelać do jagnięciny w greixonerze. Dokładnie wymieszać i dusić około 40 minut w nagrzanym piekarniku (w temperaturze 200ºC).

Sprawdzić, czy mięso jest miękkie. Tuż przed podaniem wymieszać kwaśną śmietanę z żółtkami i dodać do burballes. Posypać pozostałą kolendrą.

Do potrawy pasuje makaron typu tagliatelle, najlepiej w majorkańskiej wersji burballa arrissada, która wygląda trochę jak flaczki.

Amatorom kuchni hiszpańskiej obecność makaronu w tej potrawie może wydać się dziwna. Gdy robię zakupy w supermarkecie, gdzie zwykle zaopatrują się Hiszpanie (są też sieci preferowane przez cudzoziemców), często widzę wózki pełne wszelkiego rodzaju klusek. Słabość Majorkańczyków do potraw mącznych wzięła się z dwóch powodów – tradycji uprawy pszenicy i biedy. Tutejsza pszenica słynęła z przedniej jakości, przez stulecia sprzedawano ją z ogromnym zyskiem do Katalonii, w zamian importując jej poślednie gatunki, z których pieczono niejadalny według Katalończyków i cudzoziemców chleb. Pszenica nadal jest tu podstawowym zbożem, bardzo szanowanym, bo pomogła wyspiarzom przetrwać chude lata powojenne, kiedy to makaron stał się podstawowym produktem w ich kuchni. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu manufaktury wyrabiające makarony działały w każdej mieścinie, ale zniknęły wraz z postępującą industrializacją. Typowe dla wyspy są fideos (nitki) i xeixa garonsona (wstążki, dostępne również w pofalowanej wersji). Dodaje się je surowe do wielu dań jednogarnkowych, co magicznie i tanio powiększa każdą potrawę.

 

Niewiele zostało po Arabach architektonicznych pamiątek. Najważniejsze znajdują się w Palmie – banys àrabs (baños árabes, czyli łaźnie arabskie, o których wspominała George Sand) z X wieku i Palau de l’Almudaina (pałac Almudaina), zbudowany przez Isama al-Hawlaniego jako pałac gubernatora, a obecnie będący oficjalną siedzibą hiszpańskiego króla podczas jego wizyt na Majorce. Mury pałacu wznoszą się ponad wałami obronnymi średniowiecznej dzielnicy, a z jego okien roztacza się panoramiczny widok na port i zatokę. Zwiedzać można patio, hammam i kilka komnat, w których król czasami podejmuje gości, stoi więc tam również jego tron. Pewnego rodzaju kuriozum w tym postarabskim przybytku jest zbiór gobelinów flamandzkich ilustrujących historię Hiszpanii.

Łaźnie arabskie, ukryte przy maleńkiej uliczce Carrer de Can Serra, kiedyś były częścią szlacheckiego domu. Ostały się z niego dwa małe podziemne pomieszczenia hammamu – tepidarium i caldarium. Sale zdobią sklepienia podtrzymywane przez kolumny, o dziwo, rzymskie – uzyskane z rozbiórki budowli pozostałych po poprzednich okupantach. Historyczny pomysł na recykling wydaje mi się najciekawszym aspektem tego właściwie średnio atrakcyjnego, choć ważnego zabytku, będącego świadectwem ponad trzystu lat arabskiej obecności na wyspie.

Arròs àrab (arroz árabe) –

ryż po arabsku

Składniki:

• 2 szklanki ryżu

• 3 szklanki wody

• dobra oliwa

• suszone śliwki, daktyle, morele, orzechy włoskie, orzechy pinii, rodzynki

• cynamon

• zmielone ziarna kolendry

• kmin rzymski

• szczypta gałki muszkatołowej

• sól

• pieprz

• kilka listków świeżej mięty

Przygotowanie:

Ugotować ryż w osolonej wodzie z odrobiną oliwy. Odcedzić. Do jeszcze gorącego ryżu dodać posiekane suszone owoce, orzechy, przyprawy i miętę. Ilość bakalii i przypraw dowolna, ja lubię dużo. Pyszne na ciepło i na zimno!

W noc sylwestrową 1229 roku katoliccy najeźdźcy z Aragonii i Katalonii pod wodzą króla Jakuba I Zdobywcy (Jaume I) przegonili Maurów z wyspy, a sześć lat później na świat przyszedł najważniejszy (poza Rafaelem Nadalem) Majorkańczyk wszech czasów – Ramon Llull. Ulica jego imienia znajduje się chyba w każdej miejscowości, a kult błogosławionego Ramona – misjonarza, poety, matematyka i wynalazcy – zrodził się przede wszystkim z racji jego zasług w promowaniu mowy katalońskiej i narodowej tolerancji. Llull został też patronem informatyków, bo uchodzi za twórcę kombinatoryki.

Górska wioska Deià

Pałac Almudaina

Podczas gdy Ramon oddawał się nawracaniu niewiernych, Jakub II (Jaume II) odziedziczył Baleary, a także katalońskie hrabstwa Cerdanya i Roussillon oraz miasto Montpellier (dwa ostatnie znajdują się dziś na terenie Francji). Był rok 1276, Jakub II miał 33 lata i postanowił się usamodzielnić, ogłaszając swój spadek niezależnym królestwem Majorki. To niezbyt spodobało się jego bratu Piotrowi oraz kuzynom, więc radośnie proklamowana niepodległość Majorki trwała zaledwie kilkadziesiąt lat. Ale było warto, gdyż podobno dzięki temu krótkiemu okresowi niezawisłości wyspa przeżyła lata prosperity – królestwo rozkwitało, piractwo zostało czasowo opanowane, rozwijał się handel morski, rosła liczba ludności, powstawały nowe miasta, żeglarze penetrowali wybrzeża Afryki, a kartografowie z Majorki cieszyli się światową sławą.

W 1344 roku niezależność się skończyła – wojska Piotra IV Aragońskiego podbiły Baleary oraz hrabstwo Roussillon. Słynną przegraną bitwę pod Santa Ponça (Santa Ponsa) Majorkańczycy przeżywają do dziś. Zwycięski Piotr ponownie włączył wyspę do Korony Aragonii. Jakub III (Jaume III) próbował jeszcze odbić Majorkę, sprzedał nawet Francji Montpellier, aby zdobyć fundusze na wojnę, ale poległ w walce pod Llucmajor (Lluchmayor). Podobno od tego momentu zaczął się powolny upadek królowej Balearów, ale być może to tylko subiektywne przekonanie tęskniących za niezależnością wyspiarzy.

Majorkę w tamtych czasach obok chrześcijan zamieszkiwała spora społeczność żydowska. Prawa obywatelskie zagwarantował im już Jakub I, co mądrze wykorzystali, zajmując się przede wszystkim handlem i intratnym początkowo udzielaniem pożyczek chrześcijanom. Ci jednak wkrótce tak bardzo się u żydów zadłużyli, że postanowili iście po chrześcijańsku anulować swoje długi – niestety mało finezyjną, ale sprawdzoną wielokrotnie w historii metodą pogromu. Do tragedii doszło w 1391 roku, jednak szybko zamieciono te wydarzenia pod dywan, zmieniono trochę prawo i wszystko pozornie wróciło do normy. Nie na długo. Zaledwie dwadzieścia lat wystarczyło, aby żydowska zaradność i talent do interesów znów stały się chrześcijanom solą w oku. Tym razem problem rozwiązano inaczej: wprowadzono ograniczenia prawne, następnie stworzono pewnego rodzaju getto, aż w końcu zabroniono żydom prowadzenia handlu z gojami i noszenia eleganckich, „chrześcijańskich” ubrań, a nawet wymyślono dla nich obowiązkowe oznaczenie – protoplastę późniejszej nazistowskiej opaski z gwiazdą Dawida. Tak, tak, wszystko już kiedyś było. Sytuacja z roku na rok stawała się gorsza. W 1435 roku, pod wpływem „fake news” o rzekomo planowanym przez żydów ukrzyżowaniu arabskiego niewolnika, doszło w Palmie do zamieszek i nasilenia prześladowań, aż wreszcie w 1492 roku inkwizycja wypędziła z wyspy członków gminy żydowskiej (ci, którzy pozostali, zostali przymusowo przechrzczeni). Przechrzty, zwane tu xuetas lub chuetas, często dalej potajemnie praktykowały judaizm i konsekwentnie brały śluby tylko w swoich kręgach, pielęgnując własne tradycje. Do dziś można rozpoznać potomków przechrztów po szczególnych nazwiskach, na przykład Miró. Ostatnich ukrywających się wiernych wyznania mojżeszowego wyłapano w kolejnym stuleciu i katolickim zwyczajem spalono na stosach.

Uliczka w Palmie

Dopiero w początkach XX wieku, gdy przywrócono żydom pełnię praw, na Majorce legalnie osiedliło się ich około trzystu. W latach trzydziestych wyspa wydawała się bezpiecznym schronieniem dla uchodźców z III Rzeszy. Wśród kilkuset imigrantów znalazła się niemiecka pisarka Marte Brill z trzynastoletnią córką. W marcu 1933 roku dotarły do Palmy statkiem i zamieszkały, ze względu na niższe koszty utrzymania, na północnym wybrzeżu, w Alcúdii (zresztą do dzisiaj jest tutaj taniej). Zaprzyjaźniły się z miejscowymi i trafiły na uroczą gospodynię Antonię, a córka Marte nauczyła się lokalnego dialektu. Pewnie gdyby nie kończące się pieniądze, zostałyby dłużej. We wrześniu opuściły wyspę, wpatrując się z rufy statku w znikającą „szlachetną sylwetkę katedry, złotego anioła na dachu biskupiego pałacu i stojący dalej na wzgórzu, wielki i ponury Castell de Bellver, otoczony zielonym wieńcem piniowych lasów” (Marte opisała swoją przymusową tułaczkę w wydanej po jej śmierci książce Der Schmelztiegel, której fragment tu przetłumaczyłam). Pisarka wyjechała stąd bezpiecznie, ale inni zostali zbyt długo. W 1940 roku większość niemieckich Żydów z Majorki deportowano do Rzeszy w wiadomym celu. Pozostał wstyd, o którym niechętnie się dziś mówi.

W Palmie zachowała się dzielnica żydowska (po katalońsku barri jueu, po hiszpańsku barrio judío). Całkiem spora, choć nie spektakularna, niewiele się różni od innych części starego miasta. Dlatego wygodnie poznawać ją z przewodnikiem, który wie, gdzie są ukryte za niepozornymi szyldami żydowskie piekarnie, gdzie sprzedają pyszny czulent i jak znaleźć stare synagogi, a raczej ich pozostałości. Spacer siłą rzeczy długi nie jest – to tylko kilka ulic i parę zabytków: kościół Monti-sion (na miejscu głównej synagogi), kościół Santa Eulàlia (służył do masowych przechrzczeń), pomnik Jehudy Cresquesa (średniowiecznego kartografa, autora atlasu świata) i Carrer de Call (miejsce bramy dzielnicy żydowskiej).

Skoro mowa o żydowskich śladach na wyspie, warto wspomnieć, że najbardziej znane ciasto z Majorki, ensaïmada, o charakterystycznym kształcie ślimaka, wcale nie jest tak do końca majorkańskie. Do czasów inkwizycji było wypiekane wyłącznie przez żydów, wtedy jeszcze na oleju, a nie na smalcu. Tego ostatniego zaczęły używać przechrzty, aby bardziej podkreślić swoją rzekomą przynależność do obowiązkowego, chroniącego je chrześcijaństwa (judaizm zakazuje spożywania wieprzowiny). Najlepsze ensaïmadas powstają przy użyciu smalcu (mantega/manteca) z majorkańskiej czarnej świni (porc negre mallorquí).