Obok ciebie

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

III

Dotarłam do pracy i już od drzwi mojego oddziału czułam, że dzieje się coś niedobrego. Wszędzie panował zamęt. Dwóch lekarzy przemierzało korytarz przyspieszonym krokiem. Na naszym oddziale paliatywnym na ogół się nie biegało. Przebywający tu pacjenci byli świadomi nadchodzącego losu, dlatego personel starał się nie pogarszać panującego u nas nastroju oczekiwania na nieuniknione. Mieliśmy niepisaną zasadę, że pośpiech zostaje poza naszym oddziałem. Za białymi drzwiami tego miejsca panowały tylko cisza i spokój. Niektóre pielęgniarki próbowały trochę umilić czas naszym pacjentom. Na przykład Beata. Często zdarzało jej się czytać książkę. Stawiała sobie wtedy krzesło pośrodku jednej z dwóch sal i czytała na głos. Z reguły była to klasyka literatury polskiej, a więc utwory, które wszyscy znają ze szkoły i kojarzą z młodością, czyli okresem zdrowia i szczęścia. Wydawało mi się, że tym kieruje się Beata przy wyborze lektur. Z chwilą, kiedy zasiadała na krzesełku, nasz oddział pogrążał się w wyjątkowej atmosferze.

Przebrałam się w kitel, przypięłam plakietkę z nazwiskiem i gotowa do pracy stanęłam w pokoju pielęgniarek. Stężała twarz Beaty wyglądała, jakby ją wykuto z kamienia. Utkwiony w widoku za oknem wzrok zdradzał rozgoryczenie.

– Co się dzieje? – zapytałam, pochylając się nad zeszytem z zapiskami dnia.

– Jakiś pogrom nastąpił. Nie wiem, czy ja wytrzymam tu dłużej. Mężczyzna z twojej sali i dwoje pacjentów z mojej, to małżeństwo po wypadku. Oni odeszli.

– Beata… – zaczęłam.

– Oni odeszli razem, Izka. Zdajesz sobie z tego sprawę?

Zamilkłam. Jakiś czas temu przeniesiono ich do nas z wewnętrznego. Małżeństwo, które ucierpiało w wypadku samochodowym. W wyniku powikłań ich szanse na opuszczenie szpitala wynosiły zero, dlatego trafili na nasz oddział. Ich śmierć to była kwestia czasu. I o ile stan kobiety zaczął się poprawiać, o tyle jej mąż zapadł w śpiączkę. Na początku odwiedzała ich córka. Jednak któregoś dnia i ona przestała przychodzić regularnie.

– Takie jest życie, Beata. Nie możemy zmienić losu tych ludzi, ale możemy im pomagać godnie zakończyć tę wędrówkę.

– Ja już chyba nie dam rady. Wychodzę stąd i myślę tylko o śmierci. W ciągu dnia zajmuję się domem, próbuję żyć normalnie, odrabiam lekcje z Filipem, wychodzimy na spacery. Ale nie jestem w stanie rozmawiać na temat pracy. Kiedy Paweł mnie o to pyta, od razu zaczynam się zastanawiać, czy ktoś umarł, podczas gdy ja spędzałam dzień z rodziną. To chyba robota nie dla mnie. Jak jest z tobą?

– Myślę, że to kwestia zaakceptowania tego stanu.

– Jakiego stanu?

– Przejścia, stanu śmierci.

– Nigdy nie rozmawiałyśmy na ten temat. To znaczy, nie zastanawiałam się nad tym, co jest potem. Czy ty jesteś bardzo wierząca?

– Nie. Nie bardzo, ale wierzę, że po śmierci trafiamy do lepszego świata. Więc śmierć to stan chwilowy. Jak przejście z przedpokoju do salonu. Nasz oddział jest miejscem, gdzie mamy za zadanie zadbać o komfort umierania tych ludzi. Taka nasza rola, Beata.

– Większość z nich przecież już nie kontaktuje. O jakim komforcie mówisz? Za każdym razem przeżywamy ich odejście, jakby to byli nasi bliscy. Nie wierzę, że nie cierpisz, nie czujesz pustki.

– Ależ czuję! Spędzamy z tymi ludźmi połowę naszego czasu, oni wszyscy są dla mnie jak rodzina.

– Co chcesz przez to powiedzieć? Śmierć spowszedniała ci do tego stopnia, że czujesz ulgę, kiedy ich cierpienie dobiega końca?

Rozmyślałam nad jej słowami. Czasami naprawdę zastanawiały mnie zdarzenia, które następowały w czasie, kiedy ich znaczenie odgrywać zaczynało w moim życiu naprawdę wielką rolę. Tak było teraz. W obliczu dramatu, jakim stała się dla mnie wieść o mojej dolegliwości, zdałam sobie sprawę, że łatwiej było mi myśleć o śmierci pacjentów, kiedy byłam zupełnie zdrowa. Z dala od świadomości zagrożenia, w jakim sama aktualnie się znajdowałam. Byłam tak samo niedoskonała jak oni. Byłam takim samym człowiekiem jak oni. Śmierć czekała również na końcu mojej drogi. I nic nie było w stanie tego zmienić. I ta myśl zbliżyła mnie do moich pacjentów. Zaczęłam się z nimi utożsamiać z chwilą, kiedy dowiedziałam się o moim mięśniaku.

– Beata, masz rację. Ich śmierć jest naszym chlebem powszednim.

– To okrutne.

– Taka jest rzeczywistość.

Nawet wypowiadając te słowa, szukałam jednak wyjścia z sytuacji i konkretnej myśli, która zdołałaby przywrócić mi choć namiastkę harmonii, w jakiej niegdyś żyłam.

– Stagnacja, apatia i strach. To czuję na samą myśl o tym, że muszę przyjść do pracy. Kiedy obcujesz ze śmiercią tak jak my, trzeba mieć w życiu coś jeszcze, by zachować zdrowie psychiczne.

– Na przykład pasję? – zaryzykowałam, podświadomie czując, że myślenie Beaty może przynieść więcej szkody niż obudzić w nas empatię.

– Mam na myśli coś zupełnie innego. Musimy mieć odskocznię od codzienności.

Przełknęłam z ulgą ślinę. Jej słowa dotyczyły stanu emocjonalnego, który towarzyszył nam na co dzień. Miała na myśli przestrzeń wewnętrznej wolności, wolności od myślenia w kółko o śmierci. Ale ja odnosiłam je do czegoś zupełnie innego.

– To zrób coś takiego, co oderwie cię od tej rzeczywistości. Ja zapisałam się na lekcje salsy. Dwa razy w tygodniu będę chodziła na zajęcia. A potem jeszcze joga. Wracam do życia. – Próbowałam jakoś zarazić ją moim optymizmem.

– To nie dla mnie. Chodź. – Skinęła na mnie i wyszła na korytarz.

Jakby na potwierdzenie naszej rozmowy ta noc mijała w zatrważającej wręcz atmosferze smutku i przygnębienia. Narzekania pacjentów dobiegały niemal z każdego łóżka. Nawet ci, którzy wydawali się nieświadomi otaczającego ich świata, zdradzali oznaki niepokoju. Kilkakrotnie uchwyciłam ponury wzrok Beaty. Ton jej głosu, kiedy czytała swoim pacjentom, brzmiał nad wyraz przytłaczająco. Broniłam się przed myśleniem o wszechobecnej śmierci, którym zaraziła mnie koleżanka. Unikałam jej spojrzeń, udawałam, że nie dociera do mnie dźwięk jej głosu. Ale to okazało się niemożliwe. Ziarno tego, co nieuchronne, utkwiło gdzieś głęboko we mnie.

Tego dnia chyba po raz pierwszy wyszłam z pracy w pośpiechu. Silnie odczuwałam zmęczenie i ten wewnętrzny niepokój, gnający mnie byle dalej od mojego oddziału. Musiałam zrobić coś, co uwolni mnie od ciągłego myślenia o śmierci i upływającym czasie. Coś, co mnie oczyści i wypełni każdą komórkę mojego skażonego ciała. Nim się spostrzegłam, podjechałam pod klub, w którym zatrzymałam się poprzedniego wieczora. Spojrzałam na zegarek. O tej porze z pewnością było zamknięte. Podeszłam niepewnie do drzwi i pchnęłam je.

– Nie możesz się doczekać wieczoru, Izabelo?

Usłyszałam głos barmana i zmieszana odwróciłam się do niego. Poczułam się trochę jak uczennica i od razu pożałowałam, że tu przyszłam. Stał przede mną ubrany w czarną parkę i w niczym nie przypominał rockersa, za którego wzięłam go ostatnio.

– Miałam ciężką noc. Nieczęsto wychodzę na miasto, więc nie wiem, do której kluby są zwykle otwarte. Przepraszam.

– Nie masz za co – rzucił pospiesznie barman, widząc, że wycofuję się w kierunku samochodu. Spojrzał na duży zegarek opinający jego nadgarstek. – Za rogiem jest sklep. O tej porze mają już świeże pieczywo. Jeśli masz ochotę się wygadać, służę śniadaniem. Drinka ci nie proponuję, bo jesteś samochodem.

Powiodłam wzrokiem we wskazanym kierunku i zapragnęłam nagle zjeść świeżą bułkę. Nie myślałam o Arturze i dzieciach. Jedyne, co zaprzątało moje myśli w tamtej chwili, to smak kromki świeżego pieczywa.

– Idziemy? – zapytałam i zarzuciłam torbę na ramię.

– Chodźmy – odpowiedział i wskazał dłonią kierunek. – Mam na imię Tomasz. Nie zdążyłem się wczoraj przedstawić. Tak szybko wyszłaś.

– Miło mi. – Wyciągnęłam rękę w jego stronę. Jego skóra była ciepła i miękka. Długie palce oplotły moją dłoń, lekko nią potrząsając.

To było dziwne uczucie. Weszliśmy do sklepu. W środku kręciło się już kilkoro pierwszych klientów. Wszyscy poruszali się w ciszy i zamyśleniu. Ich rozleniwione ruchy zdradzały, że niedawno wstali i właśnie przygotowują się do śniadania. Tomasz wziął kilka kajzerek i długą bułkę paryską. Potem zatrzymał się przy lodówce. Do koszyka trafiły jajka, bekon i szczypiorek.

– Czy możesz sięgnąć pomidora?

Uśmiechnął się ostrożnie, a ja, rozbawiona sytuacją, pospiesznie obróciłam się w poszukiwaniu stoiska z warzywami. Banalna czynność, jaką były zakupy, sprawiła, że poczułam się nieco lżejsza. Bo wciąż żyłam, mogłam cieszyć się świeżym smakiem pomidora i chrupiącej bułki. Oczywiście nie myślałam o zakupach, które robiłam z mężem. Nie, w tamtej chwili nie myślałam nawet o nim. Liczyła się tylko ta chwila i świadomość przyjemności, jaką odczuwałam.

Wyszliśmy ze sklepu i wtedy dopiero zaczęłam się zastanawiać, dokąd pójdziemy zjeść to śniadanie. Zatrzymałam się i wcisnęłam ręce w kieszenie płaszcza. Napotkałam na swej drodze granicę i nie byłam pewna, czy jestem gotowa ją przekroczyć. Tomasz zauważył moją niepewność, ale skinął na mnie i ruszył przed siebie.

– Mieszkam niedaleko. Z okna mojej kuchni i salonu będziesz widziała swój samochód i drzwi klubu. To co tak popsuło ci noc, Izabelo?

Szedł powoli. Torby w jego rękach podrygiwały w rytm stawianych kroków. Znowu spojrzałam na wystającą z reklamówki bułkę paryską i ociągając się, ruszyłam za nim. Sięgnęłam po telefon i napisałam do Artura esemes. Wrócę troszkę później. Przywiozę świeże pieczywo.

Przyspieszyłam i przeszłam na drugą stronę ulicy. Tomasz zerknął za siebie, a widząc mnie tuż za sobą, uśmiechnął się szeroko.

 

Jego mieszkanie było niewielkie. Wynajął je, jak się okazało, już dość dawno, zaraz po swoim rozwodzie, i choć słychać tu było hałas dobiegający od ruchliwej ulicy, nie potrafił zmienić miejsca zamieszkania. Przywiązał się do niego, miał blisko do pracy, na pocztę i do szpitala.

– Naprawdę pracujesz w tym szpitalu? – Zerkał z niedowierzaniem na mnie siedzącą w rozłożystym fotelu w jego salonie.

– Tak.

– Co tam robisz?

– Jestem pielęgniarką.

– A dlaczego zawsze pracujesz w nocy? Sądziłem, że w szpitalach pracuje się na zmiany?

– Owszem, ale mnie odpowiada tylko praca w nocy.

– A więc nie pomyliłem się. Jesteś otwartą i wrażliwą osobą.

– Chyba za bardzo wrażliwą… – westchnęłam i zaczęłam opowiadać mu pokrótce o wydarzeniach ostatniego dyżuru. A im dłużej mówiłam, tym lepiej się czułam. Rozglądałam się po ścianach pokoju, przeglądałam płyty schowane w drewnianej skrzynce pomiędzy czekoladową kanapą z Ikei a komodą, na której ustawiono telewizor i gramofon. Czułam się swobodnie, co wprawiało mnie w prawdziwe osłupienie. Nie znałam tego mężczyzny, nic o nim nie wiedziałam, a mimo to czułam się dobrze w jego towarzystwie. Tomasz postawił przede mną talerz z jajecznicą na bekonie i jeszcze ciepłe bułki. Zachowywał się tak, jakbyśmy mieli za sobą wiele podobnych poranków.

– Smacznego.

Nie czekając, nałożył plastry pomidora na bułkę i zabrał się do jedzenia.

– Musisz bardzo tę pracę cenić. Jeśli wciąż znajdujesz w niej to, co urzekło cię na początku, to znaczy, że twój stan jest przejściowy. Jeśli nie, powinnaś zmienić profesję.

– Mimo że jest mi ciężko, lubię moją pracę.

– No widzisz. Trzeba umieć się odciąć od tego, co nas przygnębia. Po wyjściu ze szpitala zapomnij o swoich obowiązkach. Umiałabyś?

Pomyślałam o Beacie i zaczęłam zastanawiać się nad znaczeniem tego pytania dla mnie i mojej zmory. Czy umiałabym zapomnieć o mięśniaku i żyć tak, jakby go we mnie nie było? To mogłoby się okazać lekkomyślne, biorąc pod uwagę, że lekarz zalecił jego obserwację.

– Musisz znaleźć w sobie coś, co pochłonie twoje myśli – ciągnął, celując we mnie widelcem.

– Albo zrobić coś, co okaże się większym wyzwaniem niż radzenie sobie z codziennością – rzuciłam.

Tomasz odłożył widelec i rozparł się na kanapie. Przytaknął kilkakrotnie, nie spuszczając ze mnie wzroku. Jego policzki nagle zapłonęły. Obydwoje byliśmy zmęczeni. Nieco ospale sięgnął po kubek z kawą i pociągnął nieduży łyk.

– Wyborne śniadanie – rzucił odrobinę ciszej. Pomyślałam, że uległam pierwotnemu instynktowi i pozwoliłam się nakarmić. Co miało się wydarzyć później? Dreszcz przebiegł po moich plecach, choć w dalszym ciągu siedzieliśmy na swoich miejscach.

– Rzeczywiście. Lubisz gotować? – Odstawiłam pusty talerz i odrobinę nerwowo podniosłam się z fotela. Rozchyliłam firankę i wyjrzałam na zewnątrz. Potrzebowałam powietrza. Po przeciwnej stronie ulicy stał mój samochód. I wtedy też przypomniałam sobie o Arturze, dzieciach i zdecydowałam, że muszę wyjść. Nie wystarczyło mi siły, by posunąć się krok dalej. Jednak drogę odcięła mi obecność Tomasza. Wyobrażenie mojego męża się ulotniło, a w to miejsce ujrzałam twarz mojej teściowej, choć zupełnie nie wiedziałam dlaczego. Ciepłe dłonie mężczyzny spoczęły najpierw na moich ramionach, a potem powędrowały w dół. Tomasz rozplótł moje palce, wyjął mi z ręki torebkę i odstawił ją na podłodze. Zacisnęłam palce na krawędzi podkoszulka i wsłuchałam się w swój oddech. Dawno nie czułam czegoś podobnego.

– Tomasz… – chrząknęłam, starając się przywołać pewność siebie. Ręce obcego mężczyzny wędrowały wzdłuż moich ramion kilkakrotnie, podczas gdy ja czułam rosnące w moim brzuchu napięcie. Dłonie mi się spociły, a uczucie zawstydzenia i niepewności zamykało oddech w piersiach. Nie, nie zdołam tego zrobić, myślałam. I nie chodziło tu nawet o zdradę, której dopuszczałam się wobec mojego męża. Przerażała mnie myśl, że dotyk tego mężczyzny wystarczył, żeby mnie rozpalić. Nie patrzyłam w jego twarz, zawstydzenie paraliżowało moje ruchy, choć nie czułam do Tomasza zupełnie nic. Skupiona wyłącznie na odczuciach, których dostarczało mi ciało, pozwalałam sobie i barmanowi na ten akt. Wiedziałam, że postępuję źle, profanowałam intymność, która łączyła mnie z mężem. Dopuszczałam się zakazanego czynu na moim ciele i umyśle. To była moja próba.

Dłonie Tomasza zatrzymały się w końcu na wysokości moich piersi. Poczułam, jak opuszki jego palców ostrożnie ich dotykają. Przygarbiłam się, co miało uchronić mnie przed tym dotykiem. Przyzwyczajona do obecności jednego mężczyzny, mimowolnie próbowałam zamknąć dostęp do mojego ciała, ale nie byłam zbyt przekonująca. Dłonie Tomasza objęły moje piersi i zaczęły je masować. Skuliłam się w sobie jeszcze bardziej. Jednak to było chwilowe. Głośny jęk wyrwał mi się z ust, kiedy jego palce napotkały w końcu wrażliwe na dotyk sutki.

– Tak po prostu? – jęknęłam.

– A dlaczego nie… – sapnął z ustami przyciśniętymi do mojej szyi. Gorący oddech, a zaraz potem wilgotny język gwałciły dotykiem skórę. Drżałam.

– Powinnam już iść – dodałam błagalnym tonem, spodziewając się równocześnie, że nie zdołam oswobodzić się z jego objęć. Miałam ogromną nadzieję, że on mi na to nie pozwoli.

– Możesz wyjść w każdej chwili, Izabelo. Ja tylko chcę dać ci to, o czym mówiłaś. Coś, co okaże się większym wyzwaniem niż poradzenie sobie z codziennością. Podejmuję rękawicę.

I ścisnął mój sutek pomiędzy palcami. Jego drugą rękę poczułam nagle między nogami. W głowie zaczęło mi wirować, dlatego oparłam się całym ciałem o jego tors i wbiłam paznokcie w masującą materiał spodni dłoń. Zacisnęłam mocno powieki. To, co się ze mną działo, było absolutną abstrakcją. Świat pod moimi powiekami tańczył. Małe eksplozje rozbłyskiwały jasnymi plamami po to, by za chwilę znowu pęcznieć, a następnie wybuchać. Tomasz sprawnie rozpiął rozporek moich spodni, gwałtownie wdarł się palcami pod materiał bielizny i mrucząc głośno, masował.

– Chcesz tego, co ja? – Niski, gardłowy tembr jego głosu zdradzał podniecenie. Głaskał przy tym palcami moje płatki, przyprawiając mnie tym o prawdziwe szaleństwo. Zaczęłam napierać na jego place, kiedy zaś, wiedziony moim zachowaniem, próbował wsunąć je do środka, ja odsuwałam się od niego.

– Ale z ciebie niegrzeczna dziewczyna, Izabelo. Wymykasz się szablonom, nie pomyliłem się. – Szarpnął moje spodnie w dół, a razem z nimi delikatny materiał majtek. Zaskoczona jęknęłam głośno. Choć niezupełnie miałam pewność, czy zaskoczenie było najważniejszym uczuciem. Wypięłam posłusznie pupę do tyłu i czekałam na to, co miało nadejść. Za mną nastąpiło chwilowe poruszenie, a następnie owionął mnie chłód. Tomasz zniknął w łazience, ale trwało to naprawdę chwilę. Usłyszałam dźwięk rozrywanego opakowania i roztaczający się wokół zapach ananasa uświadomił mi, że barman wyszedł po prezerwatywę. Zaimponował mi swoją przezornością. Wciąż odwrócona do niego tyłem, nie pomyślałam nawet o zabezpieczeniu. Sytuacja, w jakiej się znaleźliśmy, była dla mnie czymś tak nieoczekiwanym i zaskakującym, że przestałam traktować ją jako rzeczywistą. I wtedy zapragnęłam powiedzieć mu, że ja też odkryłam jedną jego cechę, jednak zrezygnowałam z tego zamiaru. To nie była odpowiednia chwila, bo poczułam, jak ściska moje biodra, a jego męskość powoli wsuwa się we mnie. Podtrzymywana, pochyliłam się do przodu i podparłam dłońmi o szybę balkonu, przed którym wciąż staliśmy. Czułam rytmicznie poruszającego się we mnie członka i miękki odgłos uderzających o łechtaczkę jąder. Byłam rozpalona. Spocone dłonie ślizgały się po szybie, a jego wpijające się w moje biodra palce podtrzymywały mnie przed upadkiem. W głowie pulsowała mi tylko jedna myśl. Zrobiłam to… Chcę jeszcze, jeszcze…

Ten akt nie trwał długo. Obydwoje zaczęliśmy drżeć. Jedno po drugim. Ja z przyciśniętą do ust dłonią, a on wydając z siebie przeciągłe westchnienie.

Kiedy było po wszystkim, Tomasz zniknął w łazience. Postanowiłam wykorzystać ten moment i wyszłam po cichu z jego mieszkania. Nogi uginały się pode mną, kiedy schodziłam po schodach. Ręce mi drżały, gdy zaciskałam je na torbie. Wymykałam się z kamienicy chyłkiem, jakbym miała coś do ukrycia. Jakbym zrobiła coś złego. Bo zrobiłam! Ale nie czułam wyrzutów sumienia ani pogardy dla siebie samej. Byłam wprawdzie przekonana, że dopuściłam się czynu niemoralnego, złego, który mógł doprowadzić moje małżeństwo do ruiny. I to przekonanie powodowało, że czułam rozprzestrzeniający się w moim sercu paraliż. Jednak nie na tyle silny, bym przestała cieszyć się doznaniami, których doświadczyłam. Zrobiłam coś, co zupełnie wymykało się schematom mojego dotychczasowego życia. Oddałam się mężczyźnie, który nie był moim mężem. W głowie tłukły się myśli o nadszarpniętych wartościach, takich jak zaufanie, wrażliwość, intymność i lojalność. Ale czułam też pulsujący gdzieś głęboko bunt i niezadowolenie. Bo to ja byłam chora. To ja z chwilą, kiedy usłyszałam diagnozę lekarską, zaczęłam odstawać od mojej idealnie działającej rodziny! Uznałam więc, że należała mi się ta chwila oderwania od przygnębiającej rzeczywistości i rutyny. Miałam prawo wykradać życiu to, czego nie odważyłabym się spróbować, gdybym nie była chora.


Gdy dotarłam do domu, w mojej głowie panowała pustka. Zbawienna, bo zanim mnie ogarnęła, wątpliwości, które w końcu mnie pochłonęły, miotały mną przez całą drogę. Coś we mnie wstąpiło, ale nie potrafiłam zrozumieć, co. Poszłam do łóżka z zupełnie obcym mężczyzną i nie sprawiło mi to większego problemu. Usilnie starałam się znaleźć choć cień wytłumaczenia dla mojego popędliwego zachowania, lecz bezskutecznie. I choć czułam satysfakcję, wynikała ona raczej z zaspokojenia potrzeby obcej, nic nieznaczącej dla mnie bliskości. Mój dziadek nazywał takie działanie zabijaniem klina klinem. Obecność tkwiącego we mnie obcego ciała chciałam ujarzmić innym ciałem. Męskim, ale nienależącym do mojego męża. Odczuwałam silną potrzebę zbrukania tego, co we mnie siedziało, i w tym celu posłużyłam się Tomaszem. To straszne. Moje myśli przybierały coraz śmielsze kształty. Czułam niechęć, a za chwilę gotowa byłam zrobić jeszcze raz to samo. Rozgrywała się we mnie niespotykana dotąd batalia pragnień, sprzecznych odczuć, a wszystkiemu przewodził strach. Kim byłam, zadawałam sobie to pytanie. Kim się stawałam…

Nim wjechałam w ulicę, na której stał nasz dom, dotarło do mnie, dlaczego doszło do tego, co zrobiliśmy. Tomasz podjął rękawicę, bo to ja mu ją rzuciłam. A więc pragnienie znalezienia sobie odskoczni, o którym mówiła Beata, przybrało dla mnie nad wyraz realny kształt. A podążanie tą drogą przyniosło mi satysfakcję.

Zaparkowałam auto i z pochyloną głową niczym złodziej weszłam do cichego, śpiącego wciąż domu. Zegar stojący w holu wskazywał godzinę ósmą. Nie zabawiłam długo w mieszkaniu barmana, pomyślałam, a na wspomnienie targającego mną orgazmu znowu poczułam pęczniejące w brzuchu podniecenie. Moje ubrania pachniały Tomaszem. Uznałam, że wszystko nim pachnie, dlatego od razu nastawiłam pranie. Przez chwilę stałam przed lustrem w łazience i patrzyłam na swoje odbicie. Nie wiem, co zamierzałam ujrzeć. Moje ciało wyglądało zupełnie tak samo jak po południu, kiedy brałam kąpiel przed wyjściem do pracy. Jedynie zaróżowione policzki zdradzały przeżyte niedawno uniesienie. Strumień wody szeleścił, a lustro w końcu pokryło się biała parą. Długo stałam pod prysznicem i tarłam się szorstką myjką, chcąc usunąć z siebie zapach barmana. Wrażliwa skóra reagowała na najmniejszy nawet dotyk, kiedy kładłam się obok męża.

– Coś cię zatrzymało w pracy, kochanie?

– Artur… – Zacisnęłam powieki, gotowa skłamać.

– Już nic nie mów. Zapomnij o tym. Jest sobota rano, dziś nie masz dyżuru, ja nie idę do pracy. Babcia zobowiązała się przygotować obiad i zabrać Mateusza do kina, więc będziemy mieli czas, żeby odpocząć.

Mówiąc to, dotykał mnie. Jego dłonie leniwie snuły się po mojej skórze, a ciche mruczenie, do którego byłam przyzwyczajona, a które tak bardzo różniło się od gardłowych westchnień Tomasza, wypełniało mój mózg paniką. Mój mąż zamierzał się ze mną kochać. Zacisnęłam powieki. Próbowałam naprędce znaleźć jakąś wymówkę, jednak z każdym kolejnym otarciem się o jego ciepłe, drapiące szorstkimi włoskami ciało, ulegałam.

– Zrobię ci śniadanie do łóżka… – Rozpinał kolejno guziki piżamy, a ja posłusznie zsuwałam ją z ramion. – Potem włożę wszystko do zmywarki, a ty będziesz mogła sobie pospać. – Wsunął za materiał dwa palce i ściągnął ze mnie spodnie.

 

Poczułam, jak ociera się o moje pośladki prężącą się męskością i znowu zaczyna mruczeć. Te dźwięki kojarzyłam raczej z rozleniwionym kotem. Porównując je z odgłosami wydawanymi przez innego mężczyznę, uświadomiłam sobie, że nasz małżeński seks pozbawiony był różnorodności. Stał się nudny. To wspólnie spędzone lata, zmęczenie i praca, a nawet skłonność do wygody odebrały nam dzikość. Rozemocjonowana postanowiłam spróbować obudzić w moim mężu chłopaka, z którym kochałam się kiedyś namiętnie w miejscach, o których samo myślenie mnie rozgrzewało. W ten sposób próbowałam chyba usprawiedliwić siebie i to, co zrobiłam. To było silniejsze ode mnie. To pragnienie udowodnienia samej sobie, że seks z moim mężem był wspaniałym, emocjonującym przeżyciem. Poza tym czułam również, że powinnam wynagrodzić mojemu mężowi zdradę, o ile w ogóle coś takiego jak rekompensowanie zdrady istniało.

Dlatego objęłam piersi dłońmi i dosiadłam go. Mój duży i jędrny biust wychylał się spomiędzy palców, kiedy pochylałam się to do przodu, to znów do tyłu, prowokując i nęcąc dotykającą go wilgocią. Powalcz trochę, prosiłam w myślach i wysyłałam moje błaganie, patrząc w jego zamglone podnieceniem oczy.

– Iza… – szeptał mój mąż, próbując nadziać mnie na swój członek. Jednak bezskutecznie. Wciąż mu się wymykałam, pieszcząc się samą bliskością, pozwalając mu na smakowanie mnie i odsuwając się od niego. Twarz Artura płonęła, palce wpijały się w moje pośladki, a kolanami próbował podtrzymać moje plecy i w końcu we mnie wejść.

Sypialnia zniknęła sprzed moich oczu. Opadłam ciężko na jego biodra, czując zbliżającą się falę rozkoszy. Moje ciało drżało, skóra piekła po długim prysznicu, ale nie zwracałam na to uwagi. Podrywałam się zdecydowanie i z impetem opadałam na biodra Artura, czując, że już długo nie wytrzymam. W pewnej chwili przyciągnęłam go za kark i wcisnęłam jego twarz pomiędzy piersi, domagając się w ten sposób pieszczot. Bardzo ich pragnęłam, potrzebowałam czuć język mojego męża, jego zęby i rozsadzającą mnie męskość. Kiedy w końcu zrozumiał, ścisnął sutek zębami, intensywnie pocierając drżącymi palcami drugi, odchyliłam się do tyłu, złamana eksplozją wybuchającej we mnie rozkoszy. Chwilę po mnie ten sam szczyt osiągnął mój mąż, zalewając moje wnętrze swoim nasieniem. Poczułam się nasycona, zmęczona i chyba oczyszczona. Opadłam na poduszkę, wsłuchana w odgłosy mojego ciała. Oddech uspokajał się, a ruchy stawały się rozleniwione. Czułam sączące się ze mnie nasienie, ale nie zdołałam wstać z łóżka. Zasnęłam.