Następna będziesz ty

Tekst
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

– Co taka dziewczyna robi w laboratorium? – Agata często przypominała sobie pierwsze słowa, które wypowiedział do niej Marcin. Lubiła wracać pamięcią do tego dnia, kiedy skierował swoje kroki do jej biurka. Wandy nie było wtedy w pracy, a jego dział potrzebował próbek gotowych materiałów. Oczywiście, że widziała go wcześniej. Choć ukrywała zainteresowane spojrzenia, nie zdołała powstrzymać się przed obserwowaniem jego pewności siebie i swobody, z jakimi poruszał się po ciasnym pomieszczeniu ich laboratorium. Był szczupły i raczej wysportowany, o czym świadczyły umięśnione ramiona. Dopiero później, kiedy poznała go lepiej, zrozumiała, że Marcin lubił, kiedy na niego patrzono, lubił wzbudzać zainteresowanie i cenił poświęcaną mu uwagę. Może to dlatego ją wtedy zauważył? Wychwycił tych kilka ukradkowych zerknięć i postanowił zagaić rozmowę?

– Pracuję – odparła niepewnie. Nigdy nie cechowała jej pewność poczynań. Nawet w niezobowiązujących rozmowach z innymi mężczyznami czuła się spięta i wyczulona na każde wypowiadane słowo w obawie przed powiedzeniem czegoś nierozsądnego, co już na początku mogło ją zdyskredytować w oczach rozmówcy. Bardzo jej ciążyła ta niewygodna cecha, ale nie miała odwagi, by się jej przeciwstawić.

– Musisz być niezwykle zafascynowana chemią. – Marcin oparł się o krawędź biurka i nie spuszczając oczu z twarzy Agaty, odkrywał kolejno jej upodobania. Spłoszona dziewczyna wzruszała tylko ramionami i choć naprawdę bardzo starała się opanować zawstydzenie, wciąż uciekała oczami od przenikliwego wzroku Marcina. – Lubisz rozkładać na czynniki pierwsze wszystko, co stanowi zwartą materię. Poznajesz w ten sposób badany obiekt, odkrywasz jego tajemnice jedną po drugiej. Musisz być bardzo przenikliwa i drobiazgowa?

Agata ciężko westchnęła w odpowiedzi. Cóż miała powiedzieć? W jej głowie panowała nieprzenikniona pustka, a każde kolejne słowo Marcina oddalało ją od obiektywnego oglądu sytuacji. Tak, uwielbiała chemię i swobodę poznawania. Odkrywanie tajemnic niezbadanych materii stanowiło jej pasję już od wczesnych lat szkolnych. Coś jednak jej podpowiadało, że Marcin nie jest zainteresowany jej zamiłowaniem do badań. Marcin ją w ten wyrafinowany sposób podrywał.

– Tak, bardzo lubię odkrywać to, co nieznane. – Sparaliżowało ją brzmienie własnego głosu. Podszyty niepewnością i skrępowaniem, zdradzał jej nastawienie do mężczyzn. Dłonie stały się wilgotne, więc chcąc ukryć ich drżenie, wsunęła je pod biurko. – Lubię pracować w ciszy i skupieniu. Jestem cierpliwa...

– Czy zjesz ze mną lunch? Jutro w pracy? Bardzo nie lubię jadać w samotności. Czy nie będzie ci przeszkadzała moja obecność?

Nagle stojący przy niej mężczyzna wydał jej się zupełnie inny niż koledzy w pracy, niż wszyscy mężczyźni, z którymi miała dotąd kontakt. Jego wyznanie sprawiło, że Agata poczuła się wyróżniona złożoną propozycją. Natychmiast się zgodziła, a wtedy on nawinął na palec kosmyk jej włosów i uśmiechnął się, unosząc zalotnie kącik ust.

Nic dziwnego, że do końca dnia odtwarzała w myślach zaistniałą sytuację. Analizowała wszystko, co powiedziała, karcąc się przy tym za onieśmielenie czyniące jej zachowanie mało kokieteryjnym i z pewnością śmiesznym. Na pewno nie zyskałam przy pierwszym poznaniu, narzekała i przywoływała w myślach zachowanie Marcina, usilnie starając się nie skupiać na wrażeniu, które odniósł po ich pierwszej rozmowie. Cóż, o tym miała się przekonać już nazajutrz. Włożyła w uszy słuchawki i z zapałem oddała się obowiązkom zawodowym. Tego dnia nie zamierzała wracać do domu o zwykłej porze. Tam nikt na nią nie czekał. Zdecydowanie ciekawszą alternatywą okazało się pozostanie w firmie tak długo, by wyczerpany pracą umysł wyłączył się z chwilą, kiedy położy się do łóżka.

Następnego dnia o umówionej porze Marcin pojawił się w laboratorium z kartonowymi pudełeczkami. Choć Agata miała swoje śniadanie, przyjęła kupioną dla niej kanapkę. Usiedli w kuchni, przy białym stoliku, pośród skromnych białych szafek i w zupełnej ciszy. Kuchnia laboratorium mieściła się na końcu korytarza i zaglądały tam zaledwie cztery osoby – Wanda z Agatą, a także druga zmiana, a więc podobne im kobiety. Jedynie one stanowiły personel laboratorium. Marcin przyglądał się jej z początku, wreszcie jednak zajął się jedzeniem.

– Zaparzę herbatę. Napijesz się? – zapytała, przerywając piszczącą w uszach ciszę.

– Z przyjemnością. To wygląda tak, jakbyśmy nie po raz pierwszy jedli ze sobą i mieli pewne wyrobione rytuały. Zabawne, prawda?

– Tak, trochę tak.

– Miałabyś coś przeciwko temu, byśmy zaczęli jadać razem? Nie proszę cię o rękę, to tylko wspólne śniadania, choć możesz nie mieć na to ochoty...

– Ależ skąd. Z przyjemnością będę jadła z tobą śniadania.

– Wspaniale.

– Przynajmniej wtedy, kiedy będę tu na pierwszą zmianę.

– Co to znaczy? Czy laboratorium również pracuje w tym trybie? – W oczach Marcina błysnęło zaintrygowanie.

– Tak, na drugiej pracują jeszcze dwie osoby. My z Wandą nie zdołałybyśmy poradzić sobie z taką masą badań.

– To oczywiste. Ja pracuję tylko do szesnastej. Z reguły staram się nie zostawać po godzinach. A ty?

– Zdarza mi się. Właściwie bardzo często – przyznała, rumieniąc się. – Mam sporo do zrobienia. Poza sprawdzaniem naszych formuł mamy jeszcze do rozpatrzenia wiele reklamacji. A te wymagają zaangażowania.

– Uważam, że pozostawanie po godzinach nie jest wynikiem ilości pracy. – Marcin wsunął w usta bułkę i pozwolił Agacie na zastanowienie. Ta w milczeniu przyglądała się, jak chłopak odrywa i przeżuwa spory kęs kanapki. W jej głowie jednak rozpętała się burza. Mina Marcina stężała, a swobodne dotąd ruchy stały się sztywne. Czyżbym powiedziała coś niestosownego? – zachodziła w głowę. Coś, co mogło go urazić? Naturalną dla Agaty czynnością było natychmiastowe przeanalizowanie ich rozmowy. Zawsze, zanim zdobyła się na ocenę swojego rozmówcy, a nawet partnera, rewidowała swoje zachowanie i ewentualne błędy, których to ona mogła się dopuścić. Dopiero po chwili odezwała się do niego.

– A dlaczego, według ciebie, Marcin, ludzie zostają w pracy po godzinach?

Wymówienie na głos jego imienia sprawiło jej przyjemność i wydało się bardzo intymne. Chłopak uniósł wyżej głowę, wytarł palce w serwetkę i sięgnął po kubek z herbatą.

– To wyłącznie brak organizacji pracy.

– Uważam się za osobę raczej dobrze zorganizowaną. Za taką mają mnie również moi przełożeni – podkreśliła odrobinę bardziej zdecydowanie.

Przez moment chłopak patrzył na nią, popijając powoli. Jego czoło przecinała poprzeczna zmarszczka, co czyniło wyraz twarzy nieco surowszym.

– A zatem zostałaś obarczona zbyt wieloma obowiązkami. – Wreszcie odstawił kubek i znowu sięgnął po kanapkę. Agata odetchnęła z ulgą, co nie umknęło uwadze Marcina. Widząc jej wahanie, poczuł gwałtowny przypływ poczucia siły. Miał nad dziewczyną sporą przewagę, a tę cenił sobie ponad wszelką miarę w relacjach z kobietami. To właśnie uczucie wyższości, zarówno powodowane siłą fizyczną, jak również mentalną dominacją nad kobietą, czyniło z niego łowcę. Pozwolił dziewczynie opanować podenerwowanie i dodał tym samym, wzbudzającym w niej zaufanie tonem: – Będę się starał zrobić wszystko, żebyś zaczęła wychodzić z laboratorium o normalnej porze. Jesteś bardzo oddana pracy, ale twój czas prywatny to wartość zdecydowanie godna podjęcia starań, byś zaczęła go szanować. – Zawstydzona dziewczyna opuściła oczy. Troska Marcina rozkołysała przyjemnie jej poczucie wartości.

– Opowiesz mi coś o sobie? – Potrzebowała trochę czasu, by ochłonąć. Zresztą rozmawianie o pracy wydało jej się mało interesujące.

– Cóż, przyjechałem do Warszawy kilka lat temu. Pochodzę z dość ubogiej rodziny, ale nasz stan posiadania nijak nie wpłynął na wpojone mi przez ojca wartości. – Marcin zaczął mówić bez namysłu. Agata odniosła nawet wrażenie, że tylko czekał na sposobność, by opowiedzieć jej o sobie.

– Przez ojca? – przerwała, co przyjął z grymasem zniecierpliwienia.

– Tak. Moja mama była niezwykle słabą i niestabilną osobą. Trudy wychowania mnie spoczywały na tacie.

Agacie zrobiło się przykro. Może dlatego, że kochała swoją mamę i nie wyobrażała sobie życia bez jej ciepła i pomocy, kiedy jeszcze mieszkała w rodzinnym domu. Tym przecież była dla dziecka mama – oazą spokoju i parasolem chroniącym przed złem. Marcin zaś mówił o kobiecie, która wydała go na świat, w sposób lekceważący i pogardliwy. W jego opowieści o rodzinie tylko ta jedna wzmianka zaznaczyła istnienie kogoś takiego jak mama. Owszem, podkreślał, że wiele zawdzięczał surowemu wychowaniu przez ojca i wprowadzonym przez niego dość rygorystycznym zasadom, jednak z całego monologu Marcina bardzo wyraźnie utkwił Agacie w głowie fakt, że miłość ojcowska nie miała wiele wspólnego z wyrozumiałością i szacunkiem, jakich jej rodzice nie szczędzili nawet teraz, kiedy ich córka mieszkała osobno. Zrobiło jej się żal tego chłopaka. I choć z początku tak bardzo zależało jej na jego opinii, choć chciała nadążyć za galopującą pewnością siebie Marcina i jego swobodą, uznała, że lepiej będzie pokazać mu się z zupełnie innej strony. Agata zrozumiała, że to, co dla niej było trudnym dzieciństwem chłopca pozbawionego ciepła matczynej miłości, dla Marcina było wartością mającą umocnić jego męskość. Wysłuchała jego historii, a słysząc dumę przebijającą przez jego słowa, przytaknęła z udawaną fascynacją.

– Imponujące. Jesteś bardzo skoncentrowany na postawionych przed tobą celach. Kariera i sukces z takim podejściem zdają się stać tuż za rogiem!

– Tak, wszystko wymaga ciężkiej pracy i determinacji.

– A czego pragniesz, Marcinie? – Uśmiechnęła się do niego ciepło, wciąż mając przed oczami małego, bezbronnego chłopca. Nie potrafiła winić siedzącego przed nią mężczyzny za wyrządzoną mu krzywdę, za to, że pozbawiono go delikatności i miłości. On jednak tak nie myślał. Przez twarz Marcina przemknął lekki uśmiech, ruchy stały się kocie, a spojrzenie natarczywe tak bardzo, że Agata natychmiast poczuła znajome zawstydzenie. Chłopak podniósł się z krzesła i pochyliwszy się nad nią, uniósł jej brodę palcem.

 

– Czego pragnę, pytasz?

Agata przełknęła nerwowo, uświadamiając sobie, że została źle zrozumiana.

– Tak. Czego potrzebujesz poza sukcesem? – Jej głos znowu brzmiał tak samo słabo, jak dzień wcześniej, kiedy rozmawiali ze sobą po raz pierwszy. Marcin opuścił wzrok i wlepił spojrzenie w jej usta.

– Pragnę kobiety, która będzie kroczyła przy moim boku, której będę mógł ufać. A wtedy zapewnię jej bezpieczeństwo, otoczę ją opieką i będę szanował.

Zanim Agata zdołała cokolwiek powiedzieć, usta Marcina spoczęły na jej wargach. Chłopak znieruchomiał. Na co czekał? Agata nie zdołała odwzajemnić pocałunku. Był on dla niej całkowitym zaskoczeniem i wynikiem nieporozumienia. Odsunęła się gwałtownie od Marcina, co ten przyjął z zadowoleniem.

– Przepraszam. – Wrócił na swoje krzesło.

– To ja przepraszam. Zaskoczyłeś mnie. Ja...

– Agata, obserwując cię przy pracy, odniosłem wrażenie, że jesteś podobna do mnie. Oddana i skoncentrowana na zadaniu, które masz do wykonania. Pomyślałem, że sporo nas łączy... Zapędziłem się?

– Nie, to jest... Nie chcę się spieszyć z takimi rzeczami... – Płonący rumieniec zalał jej twarz. Poczuła, że się tłumaczy.

– Przepraszam. Nie mogłem ci się oprzeć.

– Muszę już wracać do obowiązków.

– Ja też. Zasiedzieliśmy się. Czy będę mógł przyjść znowu jutro? – Jego głos zabrzmiał ciepło i błagalnie. Agata pomyślała z radością, że surowe wychowanie nie pozbawiło go jednak zupełnie uczuć.

– Tak, zapraszam. – Podniosła się i wstawiła naczynia do zmywarki. Kiedy szli w stronę jej biura, Marcin dodał, pochylając się nad nią:

– Obiecuję, nie będę próbował cię całować ponownie. Przynajmniej nie od razu.

Puścił do niej oczko, po czym zniknął za przeszklonymi drzwiami, nie oglądając się za siebie.

***

– Coś mnie ominęło?

Spoglądając na twarze siedzących przy biurkach, Tamara odniosła wrażenie, że w jej dziale zapanowała dość nietypowa, grobowa atmosfera. Koleżanki zaledwie obrzuciły ją przelotnymi spojrzeniami, zupełnie ignorując jej pojawienie się w biurze.

– Spóźniłaś się na zebranie – zauważyła Aneta, zadzierając głowę, by popatrzeć na przyjaciółkę. – Chodź na kawę. – Podniosła się dziarsko z krzesła, sięgnęła po kubek Tamary i zniknęła w kuchni.

– Co się stało?

– Wszystko w porządku? – W dalszym ciągu lustrując przyjaciółkę, wcisnęła guzik ekspresu.

– Tak, muszę zajść do Magdy i wytłumaczyć się ze spóźnienia. Antek się pochorował i musiałam go odebrać ze szkoły. To chyba jelitówka.

– Uff, to weź ty się ode mnie odsuń.

– Przyjaciółka, co? No, dawaj, co się wydarzyło?

– No moja droga, wydawało mi się, że nawet nie znasz tego nowego chłopaka, a tu wychodzi, że komuś coś się popieprzyło. A może chciałaś ukryć przede mną tę znajomość?

– Aneto, do brzegu. Zaczynam się irytować – rzuciła ostrzegawczo Tamara, sięgając po wyciągnięty w jej stronę kubek z rozkosznie orzeźwiającą kawą. Miała za sobą kiepską noc. Po ostatnim, dość gwałtownym, wybuchu czułości ze strony Błażeja pozostało zaledwie wspomnienie, jednak poczucie, że po raz kolejny została wykorzystana jako narzędzie, tym razem zaspokajające potrzebę fizjologiczną męża, wciąż nie dawało jej spokoju. Zdecydowanie wolała już być, jak dotychczas, niewidzialna u jego boku, niż żeby okazjonalnie przypominał sobie o posiadaniu żony.

– Staniesz się persona non grata w naszym dziale. Koleżanki z pewnością nie wybaczą ci, że sprzątnęłaś im sprzed nosa tak smaczny kąsek.

– Aneta, kurde... – Tamara była już poważnie poirytowana.

– Dobra. Już mówię. Magda przywróciła wyjazdy na kontrole półek w galeriach handlowych. Tym razem nie dała wielkiej możliwości wyboru. Każdy ma swój grafik i do półrocznej oceny będą liczyły się wyniki sprawdzonych punktów.

– Co ty?

– Tak. I nie myśl sobie, że uda ci się zaliczyć okoliczne galerie. Ruszamy w Polskę. Dostajesz listę swoich handlowców i jedziesz.

– Co wywalczyłaś dla nas? – Aneta popatrzyła na przyjaciółkę, nawet nie kryjąc niezadowolenia.

– Nic. Jesteśmy dinozaurami w naszym dziale, dlatego każda z nas została przydzielona do młodszego pracownika. Niektórzy z nich nigdy nie brali udziału w Store Check[1].

– To znaczy, że nie będziemy wyjeżdżały razem? Jakie dinozaury? Słuchaj, chaos, jedyne, co wyziera z twojej wypowiedzi, to chaos. – Nagły wybuch frustracji poderwał Tamarę z krzesła. Przewróciło się i potoczyło z hukiem po podłodze.

– Hej... – Aneta najpierw obejrzała się na drzwi, następnie je zamknęła i podniosła krzesło. Dopiero wtedy podeszła do przyjaciółki i ujęła ją za ramiona.

– Co się dzieje, Tamarko? To cię aż tak wkurzyło? Przecież damy radę. To tylko jakieś tam wyjazdy. Zrobimy sobie zakupy i wyrwiemy się z domu. Zawsze to lubiłyśmy.

– Kiedy mogłyśmy wyjeżdżać razem. Sama nie wiem. Chyba wszystko mi się sypie i nie potrafię ogarnąć już swojego życia. W domu jestem cieniem, meblem do niczego nikomu niepotrzebnym, a w pracy traktują mnie jak dinozaura. – Wypowiadając ostatnie słowa, roześmiała się ponuro.

– Trzydzieści siedem lat to już brzmi i wygląda tak trochę, wiesz... – Aneta spróbowała zażartować.

– To z kim ty wyjeżdżasz? I dokąd? – Tamara wyprężyła się i przeczesała palcami długie blond włosy. Nawet nie zdążyła związać ich tego ranka.

– Ja jadę z Małgosią. Mam Warmińsko-Mazurskie i Podlaskie.

– A ja?

– No właśnie, że...

– Nie zaczynaj znowu...

– Tego ci pipki nie wybaczą. – Aneta jednak nie posłuchała. Modulując głos, jakby płakała, i pochlipując, poinformowała przyjaciółkę o jej rejonie:

– Tobie w podboju Podkarpacia będzie pomagał Maciek.

– Maciek? To ten nowy? – upewniła się Tamara, a gdy Aneta przytaknęła, skrzywiła się. – Ani na zakupy z nim, ani się napić.

– Nie wiem, będziesz miała szansę się przekonać. Ale jest jeszcze coś. On nalegał, żebyś była jego parą.

– Jak to?

– Wstał i poprosił, żebyś to ty mogła wprowadzić go w tajniki Store Check. Jesteś doświadczona, a on podziwia twoje profesjonalne podejście do pracy.

W kuchni zapanowało poruszenie. Wchodzące koleżanki wyglądały jak chmury gradowe, łypały na stojące przy szafkach nienawistnymi spojrzeniami, co wprawiło Tamarę w lekką konsternację. Pomyślała nawet, że powinna wytłumaczyć się z zaistniałej sytuacji, ale szybko zrezygnowała z tego pomysłu.

– Ocipiał ten młody? Jakie podziwianie mojego profesjonalnego podejścia? Ja nawet z nim słowa nie zamieniłam, a jest tu już chyba ze dwa miesiące?

– Nie wiem. Nie mam pojęcia, też byłam zaskoczona.

– Widzisz. – Tamara odepchnęła się od kuchennych szafek i zniżyła głos, nie chcąc, by zainteresowane poznały jej opinię na temat wyboru dokonanego przez nowego. Podeszła do jedynego stołu w kuchni. Wsparta o zwrócone tyłem do drzwi krzesło, opuściła nisko głowę i szepnęła bardziej do siebie niż do Anety: – Wolałabym mieć jednak wpływ na to, kto będzie ze mną współpracował. Nawet tutaj oczekuje się ode mnie podporządkowania się i posłusznego wykonywania poleceń. Moje zdanie nikogo nie interesuje. – Popatrzyła na przyjaciółkę, szukając w niej zrozumienia. Jednak wyraz jej twarzy zupełnie zaskoczył Tamarę. Aneta pocierała nerwowo czoło i wpatrywała się w drzwi. Tamarze natychmiast przyszło do głowy, że ta reakcja może oznaczać jedno. Jej narzekania dotarły do Magdy, szefowej ich działu. Zrezygnowana, zacisnęła powieki, wyprostowała się i przywołując na usta krzywy uśmiech, zwróciła się w stronę intruza. Ku swojemu zdziwieniu w drzwiach nie ujrzała szefowej, ale Maćka. Chłopak wyglądał na nie mniej zawstydzonego słowami, które nie miały dosięgnąć jego uszu.

– Ja... – zaczął niepewnie, przestępując próg.

– Słuchaj, to, co mówiłam, nie ma z tobą nic wspólnego. Wpadłeś pod koniec rozmowy i usłyszałeś zaledwie jej fragment. Więc, naprawdę, nie masz się czym przejmować. Maciek, tak? – spytała, a gdy chłopak potwierdził, ciągnęła dalej: – Jestem Tamara. To ze mną będziesz jeździł po marketach. Nie wiem, co prawda, jak to wszystko ma wyglądać w czasie, bo jak pewnie zauważyłeś, nie było mnie na zebraniu. Jeśli mogę cię zatem prosić o przedstawienie minutek ze spotkania, będę doinformowana.

– Oczywiście. Mam wszystko. Nawet tak pomyślałem, że skoro pani nie ma...

– Daj sobie spokój z tą panią. Nie jest ze mnie znowu aż taki dinozaur.

– Słucham? – Chłopak wyglądał na poważnie zdezorientowanego. Popatrzył nierozumiejącym wzrokiem na Anetę, potem znowu na Tamarę.

– Tara, daj mu już spokój... – Z pomocą Maćkowi przyszła Aneta. Dopiero na dźwięk głosu przyjaciółki Tamara zdołała się opanować.

– Mów mi po imieniu. Mamy tu taką niepisaną zasadę, że mówimy sobie per ty – zaczęła spokojnym głosem. – Bez względu na wiek czy pozycję.

– Bardzo przepraszam, Tara...

– Tamara. – Kobieta pokręciła głową i stanowczo sprostowała: – Tamara będzie okej.

– Dobrze, przepraszam.

Zdecydował się podejść do niej i wyciągnął niepewnie rękę. Tamara czuła się podle. Oczywiście zdążyła już osądzić chłopaka i w głębi serca szczerze mu współczuła. Miała oto przed sobą typową ciapę, której dobrnięcie do ogólnie wypracowanego w dziale poziomu zajmie lata, nie licząc niekończących się porażek i potknięć w trakcie długiej i bolesnej dla całego działu drogi. A zanosiło się na to, że onieśmielony byle rozmową chłopak będzie się chował za jej plecami. Spojrzała najpierw na wyciągniętą w jej stronę rękę, potem na Anetę, nim wsunęła palce w dłoń chłopaka. Była ciepła. Niezbyt silny, a jednak wyważony uścisk dało się utożsamić z wyczuciem taktu. Gdzieś w głowie kobiety przemknęła myśl, że się pomyliła w pochopnym osądzie tego żółtodzioba. Skoro dostał się właśnie do działu sprzedaży, aż taką ciapą być nie mógł.

– Wiesz, Tamara, jak na dinozaura, jesteś wyjątkowo atrakcyjna – zauważył już zdecydowanie pewniejszym siebie głosem i przepuścił obie kobiety w drzwiach, wskazując kierunek. Wyraz jego twarzy zdradzał zadowolenie. Zuchwały uśmiech i uniesiony zaczepnie kącik ust wygnały starsze koleżanki z kuchni bez słowa. Udało mu się. Zadowolony, podszedł do lodówki i sięgnął po niedopity jogurt. Choć musiał przyznać, że agresywna postawa Tamary wpędziła go w niemałe zaskoczenie. Nie sądził, że jest tak drapieżna. Z pewnością na taką nie wyglądała. Wychylił pojemniczek i przełknął zimny, słodki napój, myśląc o ciepłej i drobnej dłoni, którą ściskał jeszcze przed chwilą. Po jego plecach przebiegły dreszcze, co przyjął za niezwykle dobry znak. Tak dawno tego nie czuł. Zaczął już tęsknić.

Jeszcze tego samego dnia przysunął swoje krzesło do jej biurka i przedstawił przygotowane dla niej notatki. Opowiedział o przebiegu spotkania, choć doskonale wiedział, że Tamara dowiedziała się wszystkiego od szefowej. Przedstawił wydrukowaną listę galerii i większych sklepów, które mogli odwiedzić, a także mapę z podziałem na rejony konkretnego województwa. Zaznaczył na niej miejsca, w których mogli się zatrzymywać, nie zapominając o czasie poświęconym na odpoczynek. Tamara śledziła jego ruchy w ciszy. Przeglądała przygotowane dokumenty i zerkała ukradkiem na kalendarz.

– Mamy na obejrzenie naszego rejonu miesiąc. Nie musimy się spieszyć. Tych galerii nie jest znowu tak wiele. Trzeba będzie to wszystko rozłożyć w czasie tak, by wyrabiać się z pracą również tu w biurze.

Chłopak przytakiwał jej słowom w skupieniu, ale dostrzegała jego ukradkowe spojrzenia ślizgające się po jej twarzy, linii szczęki i dekolcie. Nie irytowało jej jego zachowanie. Wręcz przeciwnie, czuła przyjemne mrowienie na samą myśl, że młodziak, za jakiego miała Maćka, interesuje się starszą od siebie kobietą.

– Nie będę ukrywał, że mogę zaczynać bodaj już. Mnie nic nie trzyma w domu. Nikt na mnie nie czeka – rzucił, patrząc wymownie na jej palec. Zdobiąca go obrączka przez ułamek sekundy wydała się Tamarze ciężka. Ale kobieta szybko odzyskała równowagę, karcąc się w myślach za chwilową szczeniacką uległość wobec kokieteryjnego zachowania chłopaka.

– Jakoś to ułożymy. Muszę się zastanowić i rozplanować wyjazdy. Dobrze wiedzieć, że ty jesteś w stanie się dostosować. Bo jesteś, tak?

 

– Oczywiście. Dostosuję się do ciebie z przyjemnością.

Jej policzki spłonęły rumieńcami. Tamara od razu poczuła wdzięczność do synów, bo w związku z ich ospałością tego ranka nie zdążyła spiąć włosów. Opuściwszy głowę, pozwoliła im opaść swobodnie, odgradzając ją od roztropnego chłopaka. To będą trudne „store checki”, pomyślała i złożyła, po czym podała mu jego kartki.

– Dobra, wrócimy do tematu. A teraz do pracy.

– Może zjesz ze mną jutro lunch?

Zaskoczenie. Tego z pewnością mogła spodziewać się na każdym kroku, wykoncypowała, wzdychając ciężko.

– Może nie jest to zły pomysł. Zobaczymy jutro.

Zadowolony chłopak, zanim się w końcu podniósł, zdążył się jeszcze pochylić nad Tamarą i szepnąć jej niemal do ucha:

– Będę ogromnie zaszczycony. – Wreszcie wyprężył się i odszedł, pozostawiając po sobie przyjemny, piżmowy zapach.

***