Zostań ze mnąTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Rozdział 9

Bożena

Ktoś chciałby się z panią zobaczyć – dotarły do mnie słowa pielęgniarki, gdy po wykonaniu stosownych badań przed operacją zaległam w dwuosobowym pokoju z widokiem na park.

Kiedy w poniedziałkowy poranek zgłosiłam się do szpitala z torbą rzeczy osobistych, nie miałam świadomości, że operacja odbędzie się dopiero następnego dnia. Lekarze musieli sprawdzić, w jakim stanie są moje płuca i serce, skontrolować krew. Bez szemrania poddawałam się kolejnym badaniom, całkowicie ulegając medycznym procedurom. Wożono mnie na wózku od gabinetu do gabinetu, kłując, badając, prześwietlając, nicując na wylot. Miałam nadzieję, że żadne złe wyniki nie powstrzymają operacji, i tak też się stało. Po obiedzie lekarz prowadzący poinformował mnie, że operacja odbędzie się jutro o dziesiątej i do tej pory powinnam powstrzymać się od jedzenia.

I tak nie miałam apetytu. Karmiłam oczy rozciągającym się za oknem widokiem szpaleru kasztanowców, którym zaczynały ciążyć dojrzewające owoce.

Pomyślałam o Jasiu i naszych ubiegłorocznych wyprawach do Lasu Kabackiego. Wracaliśmy z torbami pełnymi kasztanów i żołędzi, wyczarowywaliśmy z nich w domu ludki, pieski, kotki i inne stwory, które ożywały, stając się bohaterami rozlicznych opowieści. Niektóre z nich, tworzone na bieżąco dla wnuka, spisywałam z myślą o publikacji. Zawodowy nawyk notowania materiału, który może się kiedyś przydać…

Zostałam ulokowana w dwuosobowej sali, ale chwilowo zajmowałam ją w pojedynkę. Za drzwiami spodziewałam się Gabrysi lub Artura, poprosiłam więc pielęgniarkę o wpuszczenie gościa.

Przynajmniej nikt nam nie będzie przeszkadzał, pomyślałam z ulgą. Usiadłam na łóżku, wygładziłam kołdrę i przeczesałam palcami włosy.

W drzwiach pojawiła się postać, której nie spodziewałam się w najśmielszych marzeniach.

– Mogę wejść? – zapytała i nie czekając na odpowiedź, podeszła do łóżka.

Torbę postawiła obok.

Odwiedziła mnie moja córka. Dagmara.

Zaniemówiłam. I choć z natury nie jestem skłonna do spontanicznych wzruszeń, poczułam nabiegające do oczu łzy.

– Nie przeszkadzam? – postanowiła się upewnić.

– Ależ skąd! – odpowiedziałam trochę zbyt szybko, ocierając powieki wierzchem dłoni. – Tak się cieszę…

Dagmara w milczeniu przysunęła taboret do mojego łóżka i usiadła, przyglądając mi się wnikliwie. Nie przerywałam ciszy, czekając na jej ruch. Przemówiła po dłuższej chwili.

– Dostałam wiadomość o operacji.

– Przepraszam, może nie powinnam ci…, pani, zawracać głowy – plątałam się.

– Proszę mi mówić po imieniu, jak ostatnio – powiedziała miękko. – To ja przepraszam za swoje zachowanie w Toruniu. Byłam zaskoczona i wzburzona. Ostatnio spadło na mnie zbyt dużo zaskakujących informacji.

– Rozumiem – potaknęłam i zamilkłam.

W towarzystwie Dagmary odczuwałam tremę niczym aktor przed wyjściem na scenę podczas premiery. Umiejętności rozmowy z ludźmi nagle znikły, pozostawiwszy mnie całkowicie bezbronną wobec córki.

Na szczęście to ona przejęła pałeczkę w sztafecie konwersacji.

– Rozmawiałam z lekarzem, wiem, że operację wyznaczono na jutro – oznajmiła.

– Udzielił ci informacji?

– Mhm. Przecież jestem córką.

Jeżeli do tej pory udawało mi się jakoś trzymać wzruszenie na wodzy, po tym jednym krótkim zdaniu rozkleiłam się zupełnie.

– Przepraszam – łkałam, nie nadążając z ocieraniem łez. – Zaraz mi przejdzie. To tylko nerwy.

Dagmara przysiadła na łóżku i przyciągnęła mnie do siebie niezdarnym gestem.

– Już dobrze – wyszeptała. – Wszystko będzie w porządku. Jeżeli nie wykryją przerzutów, radioterapia powinna pomóc – uspokajała.

– Nie chodzi o to! – wychlipałam.

– A o co?

– Cieszę się, że przyjechałaś. Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy.

– W końcu jest pani moją matką.

Wyrodną matką, pomyślałam i zebrałam siły, by opanować emocje.

Zaproponowałam wyjście do szpitalnego baru, zgodziła się. Z przyjemnością patrzyłam, jak pochłania porcję pierogów, sama racząc się wodą. Siedziałam przy niej w szlafroku, wyobrażając sobie, że Dagmara jest małą dziewczynką i z apetytem wsuwa przygotowany dla niej obiad. Tak bardzo chciałabym poczęstować ją zrazikami z kaszą gryczaną i zasmażaną kapustą! Na deser przygotowałabym różnokolorową galaretkę z owocami i serkiem mascarpone…

Może kiedyś się uda?

– Będę musiała niedługo lecieć. – Zerknęła na zegarek. – Zresztą pewnie spodziewasz się bliskich? – zasugerowała.

Zorientowałam się, że w zawoalowany sposób pyta o mój rodzinny status. Skarciłam się w myślach za unikanie rozmowy na ten temat i natychmiast postanowiłam naprawić błąd zaniechania.

– Mam dwudziestodziewięcioletnią adoptowaną córkę Tanię, zięcia Pawła i dziesięcioletniego wnuka Jasia – wyrzuciłam jednym tchem. – I miałam również męża Artura, ale kilka lat temu rozwiedliśmy się. Może któreś z nich wpadnie.

Niezręcznie było mi wspomnieć, że nie spodziewam się Tani, za to chętnie uściskałabym Jasia i zobaczyła Artura. Jednak tych kilka chwil z Dagmarą nie wystarczało na przedstawienie moich skomplikowanych rodzinnych relacji.

– W każdym razie ja zostaję w Warszawie do jutra – odparła. – Zajrzę do ciebie po operacji.

Przestała się do mnie zwracać per pani!

– Naprawdę możesz zostać? – zapytałam.

– Przyjdę – oznajmiła zdecydowanie. – Ale teraz muszę już iść. Zostawiłam synka pod opieką przyjaciółki. Czekają na mnie w hotelu.

– Masz jego zdjęcie? – szepnęłam, a Dagmara sięgnęła po telefon.

– To Michaś. – Odszukała kilka fotek mojego wnuka.

Zobaczyłam jasnowłosego roześmianego pięciolatka i rozkleiłam się ponownie. Był taki podobny do Dagmary! W jego oczach dostrzegłam spojrzenie mojej matki.

Nie śmiałam poprosić, by przyprowadziła go do szpitala.

– Piękny chłopczyk. Musisz go bardzo kochać…

– Tak. Bardzo – powiedziała po prostu. – To będę się zbierać. – Zerwała się z krzesła.

Ignorując ból w podbrzuszu, podniosłam się i ja.

Szczęśliwa, bo dane było mi poznać po latach własne dziecko, niepewna, czy będziemy miały czas dla siebie. W końcu zdezorientowana, bo dostrzegłam w korytarzu nadchodzącą Tanię.

Nie spodziewałam się jej zobaczyć.

– Dlaczego nie powiedziałaś, że będziesz operowana? – zapytała podniesionym tonem bez słowa powitania, podchodząc i obrzucając spojrzeniem Dagmarę.

– Esemesowałam do Jasia… – Z trudem ukryłam skrępowanie.

– Mamo, ty chyba sama nie wierzysz w to, co mówisz! Jesteś chora na raka i informujesz o tym dziesięciolatka?! Nie przyszło ci do głowy, żeby mnie zawiadomić?!

No tak, jak zwykle, nie potrafiła się zachować. Było mi wstyd przed Dagmarą, która przyglądała się tej scenie zaskoczona.

– Porozmawiamy o tym później – powiedziałam pojednawczo. – Właśnie żegnam gościa. To jest Dagmara, a to Tania. – Poczułam się w obowiązku przedstawić je sobie.

Wymieniły zaciekawione spojrzenia. Miałam problem, jak wprowadzić je w arkana rodzinnych zawiłości, ale nasilający się bólu brzucha sprawił, że postanowiłam pójść na skróty i nie owijać w bawełnę.

– Taniu, Dagmara jest moją córką, którą jako nastolatka oddałam do adopcji. Dagusiu, to właśnie Tania, o której ci wspominałam. Moja adopcyjna córka.

Nagle zrobiło mi się słabo i świat zaczął się powoli oddalać. Poczułam wokół siebie ruch i usłyszałam dźwięk podjeżdżającego wózka, który za chwilę wiózł mnie przez przepastne szpitalne korytarze do sali operacyjnej.

Rzeczywistość odpływała w przeszłość, ustępując miejsca wszechogarniającemu spokojowi.

Rozdział 10

Dagmara

Dzień pracy dłużył mi się niemiłosiernie. Myślałam o popołudniowej wizycie u pani Popielowej, matce Iwona, z którą umówiłam się pod wieczór. A poza wszystkim miałam ochotę rozstać się z Agatą, raz po raz atakującą mnie pytaniami o kolację z Zawistowską. Żądna wrażeń, nie przestawała powracać do tematu, kiedy tylko zostawałyśmy w księgarni same.

Nie zamierzałam w tym momencie wprowadzać jej w rodzinne sprawy, dlatego rozmowa na temat mojej matki, w której ona widziała wyłącznie znaną pisarkę, sprawiała mi trudność. Jak zawsze, kiedy nie mogłam być szczera.

O osiemnastej z ulgą zamknęłam księgarnię i skierowałam się w stronę ulicy Słowackiego. Spacer pozwolił mi zrzucić z siebie trudy dnia, a kiedy stanęłam przed furtką przedwojennej willi, byłam gotowa do rozmowy na temat obrazu. I nie tylko.

Od dawna nieremontowany pokaźny dom, podobnie jak mój rodzinny, oplatały pędy winobluszczu. Ścieżkę prowadzącą od kutej furtki do dębowych drzwi zarastał dawno nieprzycinany żywopłot. Ogród od ulicy od dłuższego czasu musiał żyć własnym życiem, zmuszając rośliny ozdobne do poszukiwania słońca ponad kłębowiskiem chwastów.

Czyżbym znalazła się w ogrodzie Alicji z Krainy Czarów? – pomyślałam, stąpając ostrożnie po składających się na ścieżkę rozchwierutanych kamieniach.

Na próżno szukałam działającego dzwonka. Przycisk, kiedyś prawdopodobnie czynny, teraz, opanowany przez rdzę, odmówił posłuszeństwa. Posłużyłam się zatem zaśniedziałą kołatką, mając nikłą nadzieję na przywołanie gospodyni do drzwi. Jeżeli pani Popielowa odpoczywała na piętrze, mogła nie usłyszeć słabego stukotu.

Po chwili jednak z głębi domu dobiegły kroki i niebawem stałam już naprzeciwko niewysokiej siwowłosej damy z nienagannie ułożoną fryzurą i żywym spojrzeniem.

– Pani Rudzka? – zapytała i nie czekając na odpowiedź, gestem zaprosiła do środka.

Weszłam do holu, odnajdując w nim dawny klimat własnego domu, który Laura po śmierci mamy zaprzepaściła całkowicie. Wyrzuciła dębowe schody, usunęła stare żyrandole i wymieniła obrazy na reprodukcje.

 

– Pięknie tu – zdobyłam się na wypływający z głębi serca komplement. – Dagmara Rudzka. – Ukłoniłam się gospodyni.

– Róża Popiel. Proszę do salonu – usłyszałam. – Napije się pani herbaty?

– Chętnie – odparłam, przysiadając we wskazanym fotelu i z ciekawością rozglądając się wokół.

Na ścianach wisiały płótna przypominające stylem Minotaura w księgarni. Domyśliłam się, że są autorstwa pana Popiela, dlatego nie zdziwiłam się, kiedy uprzejma gospodyni rozstawiając filiżanki na stoliku, poinformowała mnie:

– Wszystkie namalował mój mąż. Brakuje tylko jednego… – zawiesiła głos podczas nalewania herbaty z czajniczka.

– Iwo przedstawił mi pani propozycję.

Stara kobieta usiadła naprzeciwko. W milczeniu wsypała cukier do filiżanki.

– Napijemy się wiśniowej nalewki – zdecydowała.

Sięgnęła po karafkę i kieliszki z rżniętego kryształu. Kiedy ciemnoczerwony gęsty płyn wypełnił ich wnętrze, upiła łyk i rozsiadła się wygodniej w fotelu.

– Bardzo smaczna – pochwaliłam, smakując trunek.

Grunt do rozmowy został przygotowany. Wokół mieszały się aromaty herbaty i domowej wiśniówki, obie zajmowałyśmy wygodne miejsca, uprzejmości zostały wymienione. Czekałam na rozmowę.

Matka Iwona sięgnęła po rodzinny album.

– To jest mój mąż, Fryderyk. – Wskazała na mężczyznę z papierosem, obejmującego kobietę, w której rozpoznałam gospodynię. – Jesteśmy na wczasach w Jastarni. Wtedy jeszcze nie mieliśmy Joachima. Urodził się późno, kiedy już straciłam nadzieję na zostanie matką. Dzisiaj to może nic takiego, ale wtedy dziecko po czterdziestce to był nie byle jaki wyczyn – dodała, głaszcząc fotografię. – Nie wyobraża sobie pani, jaka byłam szczęśliwa i dumna, że mamy dziecko. Wiele lat leczyłam się u najlepszych lekarzy i próbowałam wszystkiego, żeby wreszcie to się stało. I zdarzył się cud, urodziłam zdrowego chłopca. Zabieganie o niego, a później jego wychowanie, odebrało mi rozum i czujność. Nie zauważyłam, pani Dagmaro, że Fryderyk miał wieloletni romans z pani matką. A jak się okazało – i córkę. Bo zapewne Joachim wspomniał, że pani siostra Laura jest dzieckiem mojego męża?

– Tak – wyszeptałam, nie chcąc przeszkadzać starszej pani w wynurzeniach.

– Może pani sobie wyobrazić, jak się czułam, mieszkając kilka domów dalej i obserwując, jak Laura dorasta? Wybaczyłam mężowi, ponieważ zakończył znajomość z pani matką, a ja bardzo go kochałam. Nie miałam jednak sił zachodzić do księgarni Teresy i patrzeć na wiszący nad biurkiem obraz, który podarował jej z miłości. Bo właśnie taką dedykację zamieścił na odwrocie. Widziała pani?

– Nie spoglądałam…

– Gdyby dał jej pieniądze na dziecko, a przede mną przyznał się do błędu, uznał znajomość z pani matką za przelotny romans, byłoby mi lżej – ciągnęła. – Ale on ją kochał. – Pani Popielowa przerwała zwierzenia i zakryła usta dłonią. – Byłam wściekła, zrozpaczona, porzucona i dotknięta do żywego – podjęła. – Ale nie potrafiłam z nim się rozstać. Kochałam go…

Po krótkiej chwili niemocy gospodyni sięgnęła po tabletkę, którą popiła kieliszkiem nalewki.

Musiałam się opanować, żeby jej nie powstrzymać.

– Wiem, że nie powinnam, ale nic nie jest już w stanie mi zaszkodzić – wyjaśniła. – Jestem, jak twierdzą lekarze, w stanie paliatywnym. I nie czekam już na nic, poza jednym.

– Przykro mi – po raz kolejny odpowiedziałam zdaniem prostym, nie znajdując słów.

– Nie myślę o śmierci. Pragnę jedynie odzyskać obraz mojego męża. Zanim umrę. Chcę, żeby znalazł się przy mnie, kiedy… Kiedy przyjdzie czas. Sprzeda mi go pani?

Słuchałam kobiety zupełnie innej niż ta, która otworzyła mi drzwi do swojej willi. Miejsce eleganckiej starszej pani o arystokratycznych manierach zajął ktoś, kto prosi o wsparcie w nadchodzącej nieuchronnie trudnej chwili.

– Chcę zapłacić tyle, ile jest wart – usłyszałam brzmiącą w jej głosie pewność. – A jeżeli uważa pani, że to mało, zapłacę więcej. Proszę mi pozwolić spełnić moje marzenie przed śmiercią.

Wychodziłam w stanie kompletnego wzburzenia.

Chyba właśnie dlatego, gdy kilka dni później otrzymałam esemesa od Zawistowskiej o jej operacji, nie zastanawiałam się długo, czy pojechać do Warszawy. Chciałam ją zobaczyć.

Zbyszek przywiózł Michasia znad morza w niedzielne popołudnie, ale Marlena zgodziła się pojechać ze mną i przypilnować malca podczas odwiedzin u matki, jak powoli zaczynałam ją nazywać w myślach. Zatrzymałyśmy się w niewielkim hoteliku z dala od centrum.

– Boję się z nią spotkać. Nie wiem, czy będę miała dość sił na pojednanie – dzieliłam się wątpliwościami.

– Nie musisz. Po prostu do niej pójdź. Żebyś kiedyś nie żałowała – odparła, przygarniając mnie do siebie.

Wrześniowy poranek był śliczny. Wysiadłam z metra i spacerem podążyłam w kierunku szpitala. Zanim dotarłam do sali, w której leżała Zawistowska, postanowiłam zasięgnąć informacji u lekarza.

– Kim pani jest dla pacjentki? – spytał na powitanie.

– Córką – wykrztusiłam z obawą, czy mnie nie wylegitymuje.

– Pani mama jutro będzie mieć operację nowotworu trzonu macicy, ale to już zapewne pani wie – rozpoczął wyjaśnienia. – Biopsja polipa wykazała obecność nowotworu, ale o jego zasięgu będziemy mogli się wypowiadać dopiero po operacji. Krótko mówiąc, musimy stwierdzić, czy są przerzuty. Jeżeli nie, na co liczymy, radioterapia powinna pomóc.

– Czyli jest szansa?

– Wszystko okaże się po operacji – zakończył.

Z duszą na ramieniu przemierzałam szpitalne korytarze, poszukując sali, na której leżała moja matka. Zastałam ją w łóżku, zapatrzoną w okno z widokiem na szpaler kasztanowców.

– Nie przeszkadzam? – zapytałam nieśmiało, wchodząc.

– Ależ skąd! – odparła trochę zbyt szybko, ocierając oczy wierzchem dłoni. – Tak się cieszę…

Przysunęłam taboret do jej łóżka i usiadłam.

Milczała, czekając na mój ruch.

– Dostałam wiadomość o operacji – przemówiłam.

– Przepraszam, może nie powinnam ci…, pani, zawracać głowy… – Nie mogła się zdecydować, jak ma się do mnie zwracać.

– Proszę mi mówić po imieniu, jak ostatnio – powiedziałam łagodnie. Ukłuło mnie w sercu, że podczas naszego jedynego spotkania traktowałam ją nie najlepiej. – Rozmawiałam z lekarzem, wiem, że operację wyznaczono na jutro.

– Udzielił ci informacji?

– Mhm. Przecież jestem córką.

Rozpłakała się i przeprosiła za emocje.

– Cieszę się, że przyjechałaś – oznajmiła. – Nawet nie wiesz, ile to dla mnie znaczy.

Zaproponowała wyjście do szpitalnego baru, a ja dałam się namówić na pierogi, które okazały się całkiem znośne. Pośrednio spytałam o jej rodzinę, sugerując, że zapewne spodziewa się jej wizyty, i dowiedziałam się, że ma dwudziestodziewięcioletnią adoptowaną córkę, zięcia i dziesięcioletniego wnuka. Oraz rozwiedzionego męża.

A więc nie jest sama.

– W każdym razie ja zostaję w Warszawie do jutra – odparłam i zadeklarowałam, że przyjdę po operacji.

Kiedy dowiedziała się, że przyjechałam z Michasiem, zapytała o jego zdjęcie. Pokazałam jej fotografię w komórce. Kiedy zaczęłam się żegnać, przyszła jakaś kobieta, jak się okazało jej córka Tania. Z wymówkami.

– Dlaczego nie powiedziałaś, że będziesz operowana? – zaatakowała bez wstępów podniesionym tonem.

– Esemesowałam do Jasia…

– Mamo, ty chyba sama nie wierzysz w to, co mówisz! Jesteś chora na raka i informujesz o tym dziesięciolatka?! Nie przyszło ci do głowy, żeby mnie zawiadomić?! – uniosła się młoda kobieta.

– Porozmawiamy później – odezwała się pojednawczo mama, spoglądając na mnie. – Właśnie żegnam gościa. – To jest Dagmara, a to Tania – dokonała prezentacji.

Wymieniłyśmy zaciekawione spojrzenia.

– Taniu, Dagmara jest moją córką, którą jako nastolatka oddałam do adopcji. Dagusiu, to właśnie Tania, o której ci wspominałam. Moja adopcyjna córka – wyłożyła kawę na ławę.

Przyznam, że sytuacja była nieco zaskakująca, ale nie trwała długo. Nasza matka nagle zasłabła i musiałyśmy wezwać pomoc.

Lekarz, który pojawił się wkrótce, zarządził przewiezienie chorej na salę operacyjną. Miała krwotok.

Zostałyśmy z Tatianą same, przyglądając się, jak wwożą mamę na blok przez szeroko otwarte drzwi.

Rozdział 11

Dagmara

Może usiądziemy na chwilę? – zaproponowałam nowo poznanej córce Zawistowskiej.

Zgodziła się z ociąganiem.

– Nie mam zbyt wiele czasu, czeka na mnie syn – wyjaśniłam, sugerując, że rozmowa nie potrwa długo.

Zaprosiłam ją na filiżankę kawy.

– Ja również – odparła. – Musiałam przełożyć wizytę u fryzjerki na dwunastą. Za piętnaście minut wychodzę.

Przyznam, że sytuacja stała się krępująca. Moja adoptowana „siostra” przyglądała mi się z niechęcią.

– Matka nie wspominała mi nigdy o swojej przeszłości – nawiązała do informacji o oddaniu mnie obcym ludziom.

– Ja również dowiedziałam się o swojej kilka dni temu.

– I co w związku z tym?

– Nie rozumiem?

– Nie powie mi pani, że przez przypadek odnalazła pani chorą matkę akurat wtedy, gdy nie wiadomo, czy przeżyje – powiedziała z sarkazmem.

– Co pani sugeruje?

W odpowiedzi Tatiana prychnęła.

– Bujać to my, ale nie nas – zaserwowała słownego sierpowego. – W życiu nie ma zbiegów okoliczności. Za to interesy i owszem.

– Obraża mnie pani – wkurzyłam się nie na żarty na tę niedwuznaczną aluzję. Tatiana sugerowała, że interesuję się spadkiem po matce, który nawiasem mówiąc, i tak mi nie przysługiwał. – Nie widzę powodu, bym musiała dłużej wysłuchiwać podobnych insynuacji. – Podniosłam się z barowego krzesełka.

Miałam nadzieję porozmawiać z Tatianą na temat opieki nad chorą po operacji, podzielić się obowiązkami, dowiedzieć się czegoś więcej o niej i jej rodzinie. Skoro jednak rozmowa trafiła na niewłaściwe tory, nie pozostawało mi nic innego, jak się pożegnać.

Nie zatrzymywała mnie. Szkoda.

Podminowana tą wymianą zdań i niespokojna o przebieg operacji, dobrnęłam do hotelu.

Marlena z Michasiem, pochłonięci grą w chińczyka, niemal nie dostrzegli mojego wejścia.

– Mamo, nie przeszkadzaj! Wygrywam z ciocią! – wykrzyknął mały, kiedy próbowałam przytulić go na powitanie.

Marlena, nie przerywając zabawy, na migi dała mi znać, że zaraz skończą. Niebawem „cudownym zbiegiem okoliczności” mój syn doprowadził pionki do domu i zajął się kolorowaniem obrazków z gazetki o Psim Patrolu. A my mogłyśmy wreszcie w miarę spokojnie porozmawiać.

– I co z nią? Kiedy operacja? – zapytała Marlena. – Rozmawiałyście?

Streściłam przebieg ostatnich kilku godzin, wspominając również o zachowaniu Tatiany.

– Sympatyczna osóbka – podsumowała moja przyjaciółka.

Machnęłam ręką.

– Nie muszę się z nią widywać. Teraz najważniejszy jest wynik operacji. Przyznam, że bardzo się niepokoję. Zabrali matkę na blok prosto z korytarza.

– To rzeczywiście nie wygląda dobrze… Zamierzasz wrócić dziś do szpitala?

– Chyba tylko zadzwonię. Przecież powinnyśmy wracać do domu.

W Toruniu czekały księgarnia i przedszkole Michałka, a dalsze absorbowanie Marleny moimi sprawami nie wchodziło w rachubę, mimo jej propozycji, że zostanie ze mną do jutra.

– Nie ma mowy! – zaprotestowałam. – Masz własną rodzinę. Odczekam chwilę, skontaktuję się ze szpitalem i wio! A jeżeli będę musiała przyjechać, znajdę jakieś rozwiązanie.

Nie oponowała.

Zwolniłyśmy pokój, przeniosłyśmy bagaże do samochodu i ulokowałyśmy się w hotelowym barze, który szczęśliwie oferował ulubioną pizzę małego.

Operacja powinna się zakończyć za godzinę, dwie. Postanowiłam zadzwonić do szpitala po obiedzie. W swojej naiwności wyobrażałam sobie, że dowiem się czegokolwiek. Niestety, jak się miało okazać, czekałam niepotrzebnie. Pielęgniarka, z którą udało mi się połączyć, wygłosiła standardową formułkę.

– Nie udzielamy informacji przez telefon – odmówiła. – Jeżeli należy pani do rodziny pacjentki, proszę przyjechać i porozmawiać z lekarzem.

– Jestem córką, nazywam się Dagmara Rudzka. Bardzo panią proszę, niepokoję się – błagałam, próbując determinacją pokonać szpitalne procedury.

– Tym bardziej nie pomogę. Pacjentka upoważniła do zasięgania informacji o stanie jej zdrowia córkę Tatianę Zawistowską. Bardzo mi przykro – dodała i przerwała połączenie.

 

– Czy coś się stało? – Marlena popatrzyła na mnie z niepokojem. – Zbladłaś.

Poderwałam się z krzesła i zmobilizowałam synka do zebrania klocków domina, które właśnie rozstawiał na stole.

– Jedziemy do szpitala! – zarządziłam. – Operacja już zakończona. Nie chcą mnie poinformować, jaki wynik.

– Michaś, zbieramy się! – wsparła mnie Marlena. – Dokończysz zabawę w samochodzie.

– Mam jeszcze ostatni kawałek pizzy – marudził mały, niezadowolony z nagłego odwrotu.

– To go zabierz! – krzyknęłam, zgarniając torebkę i zabawki.

Do szpitala nie miałyśmy daleko, ale droga dłużyła się niemiłosiernie. Złe przeczucia podpowiadały czarny scenariusz, korki utrudniały szybkie dotarcie do celu. Byłam zdenerwowana.

– Leć, ja poszukam miejsca na parkingu – zakomenderowała Marlena pod drzwiami szpitala. – Spotkamy się w holu.

Wbiegłam do środka przez szerokie szklane drzwi i zatrzymałam się na wprost okienka izby przyjęć.

– Chciałabym porozmawiać z lekarzem z oddziału onkologii ginekologicznej – zdecydowanie poprosiłam rejestratorkę.

– Drugie piętro, na lewo od windy – poinformowała.

Uzmysłowiłam sobie, że przecież byłam na oddziale już kilka godzin temu. Od tej pory winda nie zmieniła położenia, sale chorych również.

Zignorowałam dźwig, wbiegłam po schodach i stanęłam przed oddziałowymi drzwiami, czekając, aż ktoś z personelu użyje PIN-u do ich otwarcia. Udało mi się wślizgnąć w towarzystwie sprzątaczki.

Stanęłam przed pokojem lekarza dyżurnego i zapukałam. Nie czekając na zaproszenie, nacisnęłam klamkę, która opadła i wpuściła mnie do środka. Stanęłam przed obliczem mężczyzny w białym fartuchu.

– Przepraszam, chciałam zapytać o wynik operacji pani Bożeny Zawistowskiej – przystąpiłam do rzeczy, zanim zaczął mnie wypytywać o rodzinne koneksje. – Wszystko w porządku?

– Jest pani krewną pacjentki lub osobą upoważnioną do zasięgania informacji o jej stanie zdrowia? – zapytał.

– Proszę mi tylko powiedzieć, czy żyje?! – zawołałam zdesperowana, zdając sobie sprawę, że za moment nie dowiem się niczego.

– Żyje. Proszę się uspokoić. Kim pani jest?

– Nikim upoważnionym. Ale Bożena Zawistowska jest dla mnie ważna. Mogłabym ją zobaczyć?

– Wykluczone. Pacjentka dochodzi do siebie w izolatce po trudnej operacji. A jeżeli w przyszłości zażyczy sobie pani spotkania z nią, proszę porozumieć się z jej rodziną.

Jak sądziłam, pośrednictwo Tatiany nie wchodziło w rachubę. A kontakt z matką przez komórkę mógł być utrudniony. Wpadł mi jednak do głowy pewien pomysł.

– Panie doktorze, czy mogłabym prosić o przekazanie pani Zawistowskiej kilku słów ode mnie?

Nie odmówił wprost, a ja jego sceptyczne spojrzenie przyjęłam za akceptację. Wyrwałam kartkę z notatnika i skreśliłam kilka zdań.

„Dowiedziałam się, że już po wszystkim. Cieszę się i życzę powrotu do zdrowia. Musiałam wyjechać, ale gdybyś czegoś potrzebowała, daj znać. Czekam na chwilę, kiedy poznamy się lepiej. Dagmara”.

– Mogę liczyć na grzeczność? – spytałam raz jeszcze, wręczając liścik lekarzowi.

– Przekażę. A teraz…

– Już uciekam. Przepraszam i dziękuję. – Usunęłam się na korytarz, zamykając za sobą drzwi.

A więc żyła, za co dziękowałam Bogu, rozglądając się po parkingu w poszukiwaniu samochodu Marleny. Mogłam wracać do Torunia i czekać na kontakt, na którym nagle zaczęło mi bardzo zależeć. Karciłam się w myślach za tę nieoczekiwaną zmianę frontu. Przecież nasza znajomość miała się zakończyć w chwili poznania…

Moja przyjaciółka nie komentowała ani relacji z rozmowy z lekarzem, ani faktu pozostawienia listu do Zawistowskiej. Podziwiałam ją za takt i delikatność i przyrzekłam sobie solennie nie angażować jej więcej w swoje sprawy.

– Jestem ci niezmiernie wdzięczna, Marlenko. Za wszystko – dziękowałam, żegnając się przed furtką mojego wynajętego lokum na toruńskich Wrzosach. – Mam nadzieję, że będę miała okazję się odwdzięczyć. – Uścisnęłam ją i wysłałam do dzieci. – Twoi cierpią przeze mnie.

– Nie tak bardzo! – roześmiała się. – Uniknęli jednego dnia zrzędzenia.

– Trzymaj się! – Pomachałam jej na pożegnanie i zgarnęłam synka do domu.

Trudy dnia dały się Michasiowi we znaki. Zmęczony i objedzony pizzą ledwie skubnął kolację i bez większych sprzeciwów dał się położyć do łóżka. Tego dnia zadowoliłam go jedynie dwiema bajkami na dobranoc.

A po ogarnięciu kuchni mogłam wreszcie zasiąść do komputera, przejrzeć zaległe mejle.

Pisała Zosia.

„Nie mogę się z Tobą połączyć na Skypie. Próbowałam i wczoraj, i dzisiaj. Dzwoniłam do babci Bożeny, ale nie odbiera telefonu. Na pewno dałaś mi dobry numer? Nie próbuj mnie zwodzić, bo i tak znajdę sposób, żeby z nią porozmawiać. Z.”

„Zosiu, babcia nie odbiera, ponieważ dzisiaj miała operację. Nie zwodzę Cię. Jestem już w domu. Możemy się połączyć”.

Nie zdążyłam rzucić okiem na kolejnego mejla, gdy odezwał się znajomy sygnał. Po chwili na ekranie komputera ujrzałam twarz córki.

– Cześć, mamuś! Co się u was dzieje? Gdzie się podziewasz? Co to za operacja? – Zośka zasypała mnie gradem pytań.

– Właśnie wróciliśmy z Michałkiem z Warszawy. Pojechałam odwiedzić mamę w szpitalu.

– Wszystko z nią w porządku? – dopytywała.

Nie pozostawało nic innego, jak wyjawić prawdę o chorobie, krwotoku i przyśpieszonym biegu wypadków.

– Lekarz nie chciał ze mną rozmawiać. Wiem tylko tyle, że żyje i dochodzi do siebie. A rokowania poznamy później – zakończyłam.

– To straszne! Co będzie, jeżeli ona umrze?

Jakoś do tej pory radziłyśmy sobie bez niej, chciałam powiedzieć. Nie wyraziłam jednak swoich refleksji na głos, bo wcale nie byłam do nich przekonana. Jeżeli los w końcu postawił nas sobie na drodze, warto chyba zrobić kilka kolejnych kroków? Chyba że gwiazdy chcą inaczej…

– Zosiu, musimy poczekać. Zostawiłam jej list. Jeżeli uzna za stosowne, skontaktuje się ze mną.

– Powinnaś jeszcze dołączyć mój numer telefonu! A tak w ogóle to wspominałaś jej o mnie?

– Oczywiście. Pytała o dzieci.

– I co?

– Pokazałam jej wasze zdjęcia. Wiem, że nazwałaby mnie Zosią…

Po raz pierwszy od lat wyczułam, że moja córka się wzruszyła.

– A co u ciebie? – przerwałam jej nagłe milczenie. – Pracujesz?

– Jest okej.

Gdybym jej nie znała, wzięłabym tę odpowiedź za dobrą monetę. Zapewniła, że wszystko u niej w porządku, że pracują oboje z Kamilem, że ona doskonale daje sobie radę jako kelnerka, a on sprzedaje telefony komórkowe. Czasami gdzieś razem wychodzą.

Gdybym nie znała Zośki…

Matczyne serce podpowiadało zupełnie inny scenariusz, który już przerabiałyśmy kilka miesięcy temu, w momencie poprzedzającym ich rozstanie. Sprowadzał się do przyjęcia strategii obrony przez atak.

– Co ty cierpisz do Kamila?! – grzmiała, kiedy czepiałam się jego obwisłych spodni i leniwej natury. – Wiecznie ci się coś nie podoba! Kocham go i jest nam razem dobrze. I nie musisz się na nas wyżywać z tego powodu, że z ojcem wam się nie ułożyło!

– W porządku. – Rozkładałam ręce, by niebawem złożyć je na nowo, w podzięce dla opatrzności za ich rozstanie, dzięki któremu Zosia tak chętnie przeprowadziła się ze mną do Torunia.

Rozpoczęłyśmy nowe życie.

Taki stan rzeczy trwał jednak bardzo krótko. Po niespełna dwóch miesiącach Kamil pojawił się ponownie i porwał moją córkę na wakacje do Anglii, które poskutkowały ich pozostaniem na wyspie, porzuceniem przez Zośkę szkoły przed klasą maturalną i jej pracą w kawiarni w Manchesterze.

Jednak teraz, mimo że mówiła mi, że wszystko w porządku, wyczuwałam odwrotne emocje.

Zawsze jest czas, by wrócić. Rok szkolny dopiero się zaczął. Może zdołałaby jeszcze dokooptować do kolegów z klasy i przystąpić do matury?

– Zosiu, dam ci znać, kiedy tylko mama skontaktuje się ze mną. I wracaj, kiedy tylko…

– Mamo, daj spokój – przerwała mi. – Muszę kończyć.

– Do zobaczenia, córciu. Jutro zadzwonię.

Na pożegnanie zobaczyłam machającą Zosię i zamazany obraz kończącego się połączenia.

– Pa! – wyszeptałam do pustego ekranu, wyłączając komputer.

Komórka zasygnalizowała nadejście esemesa.

Od mojej matki.