Zostań ze mną

Tekst
0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Anna Karpińska-Plaskacz, 2017

Projekt okładki

Sylwia Turlejska

Agencja Interaktywna Studio Kreacji

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce

© Sandra Cunningham/Trevillion Images

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Ewa Charitonow

Korekta

Marianna Chałupczak

Sylwia Kozak-Śmiech

ISBN 978-83-8123-482-5

Warszawa 2017

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Książkę dedykuję

Matkom i Córkom

Dokument chroniony elektronicznym znakiem wodnym

20% rabatu na kolejne zakupy na litres.pl z kodem RABAT20

Rozdział 1

Bożena

Setki razy wyobrażałam sobie scenę spotkania z córką, którą trzydzieści dziewięć lat temu oddałam do adopcji. Układałam w głowie słowa, przygotowywałam przemowę, zastanawiałam się, jak zareaguje, kiedy jej powiem prawdę, i szukałam słów, w które ubiorę uczucie skruchy i żalu za to, co zrobiłam w przeszłości. Jako uznana pisarka nie powinnam mieć z tym problemów. A jednak w momencie, gdy na spotkaniu autorskim, na które mnie zaprosiła do swojej Księgarni pod Flisakiem w Toruniu, stanęłam naprzeciwko niej i usłyszałam: „Wiem, kim pani jest”, potrafiłam jedynie odpowiedzieć, że ja wiem również, kim jest ona. I zamilknąć.

Pokonały mnie wzruszenie, wstyd, tęsknota za straconym czasem i żal, że nie zdążę jej już bliżej poznać. Miałam cztery tygodnie do operacji nowotworu, który niszczył mój organizm od dwóch lat. Chociaż lekarze dawali mi szansę na przeżycie, wierzyłam im z trudem.

Ostatnie tygodnie sierpnia spędziłam przy komputerze, kończąc w pośpiechu pierwszą część dwutomowej powieści, tak by mogła ukazać się przed Gwiazdką. Kolejny tom wydawca zaplanował na maj przyszłego roku. Nie chciałam myśleć, kto go napisze, jeśli mnie zabraknie.

Nie to jednak spędzało mi sen z powiek w ciągu ostatnich kilku tygodni. Czekałam na wiadomości od Wolskiego, detektywa starającego się odnaleźć moją biologiczną córkę. A kiedy wreszcie pojawił się z tą informacją, uwierzyłam, że ktoś tam, na górze, ma nade mną pieczę.

Nie dość bowiem, że Dagmara, bo takie właśnie imię nosiła moja córka, żyła i miała się dobrze, to jeszcze prowadziła księgarnię, z której dostałam zaproszenie na spotkanie autorskie. A mówią, że szczęśliwe zbiegi okoliczności zdarzają się jedynie w książkach i filmach.

Nie zdawałam sobie jednak sprawy, że wie, kogo zaprasza.

Kiedy po spotkaniu wszyscy poza nami wyszli, a my stanęłyśmy naprzeciwko siebie świadome sytuacji, nie byłam w stanie wykrztusić niczego poza krótką odpowiedzią.

Dostrzegłam w oczach Dagmary chłód, zaskoczenie i chyba niechęć. Cóż, to nie dziwiło. Moja matka może nie była zbyt wylewna w stosunku do mnie, ale przynajmniej nie oddała mnie obcym ludziom… A ja?

Chwila naszej wzrokowej konfrontacji trwała wieczność. Nie liczyłam, że ona rzuci mi się na szyję, nie miałam nawet śmiałości spodziewać się wspólnej kolacji, chociaż w głębi duszy błagałam o kilka minut rozmowy. Miałam nadzieję, że córka pozwoli mi spotkać się ze sobą jeszcze w tym krótkim czasie, który pozostał do operacji. Stałam nieruchomo, przyglądając się jej z bliska, podziwiając tę piękną młodą kobietę z zielonymi oczami i półdługimi, gęstymi ciemnoblond włosami opadającymi miękko na ramiona. Był czas, kiedy wyglądałam bardzo podobnie. Nie miałam żadnych wątpliwości, że detektyw Wolski odnalazł właściwą osobę.

Potok myśli, które przetaczały się przez moją głowę, przerwały słowa Dagmary.

– Może usiądziemy? – zaproponowała. – Podać pani szklankę wody?

Zgodziłam się ochoczo i łapczywie upiłam kilka łyków, łagodząc suchość w ustach.

– Przepraszam, nie wiem, co powiedzieć – zaczęłam, kiedy zajęłyśmy miejsca w fotelach przy niewielkim stoliku. – Szukałam pani od jakiegoś czasu i jak widać, udało się – brnęłam w oczywistości.

– Ja dowiedziałam się dopiero dzisiaj. Detektyw zadzwonił w trakcie spotkania.

– To znaczy, że…

– Zapraszając panią do księgarni, nie miałam jeszcze świadomości, hm, naszych rodzinnych powiązań – wyjaśniła oględnie.

W kąciku Księgarni pod Flisakiem siedziały zatem dwie panie o „powiązaniach rodzinnych”. A tej sytuacji winna byłam ja i tylko ja, nie zaś ta cudowna istota, której nie mogło przejść przez gardło słowo „mama”. Rozumiałam ją, chociaż otwarta po tylu latach rana sączyła.

Nie byłam matką dla Dagmary na własne życzenie. Nie udało mi się stać nią dla Mirki ani nawet Tani, moich adoptowanych córek, z którymi przeszliśmy z Arturem drogę przez mękę. Okupiliśmy ją rozstaniem po dwudziestu kilku latach małżeństwa. Z trzydziestojednoletnią Mirką straciłam kontakt wiele lat temu, o dwa lata młodsza Tania łaskawie pozwalała się hołubić i sobie pomagać. I tak dziękowałam losowi za jej ustatkowanie się u boku Pawła i niesprzeciwianie się moim kontaktom z jej synem, a moim dziesięcioletnim wnukiem Jasiem, jedynym człowiekiem, który kochał mnie bezinteresownie i wychowywał się normalnie, bez odium adopcyjnego pokancerowanego przez życie dziecka.

– Rzeczywiście, to zbieg okoliczności, że starałyśmy się odnaleźć siebie w tym samym czasie – podjęłam próbę kontynuowania rozmowy, by przerwać ciszę, która ponownie zawisła nad nami.

Miałam na końcu języka wytłumaczenie swojej motywacji do odnalezienia Dagmary, ale zrezygnowałam ze szczerości. Nie czułaby się dobrze ze świadomością, że robię to z powodu rozrachunku przed śmiercią. Nie potrafiłabym jej zresztą wytłumaczyć, jak decyzja o adopcji zaważyła na moim życiu, jak bardzo przez nią cierpiałam. Nie w kilku słowach.

– Faktycznie, zbieg okoliczności – potwierdziła, przypatrując mi się wnikliwie.

– Powiesz mi coś o sobie? – szepnęłam.

Mimowolnie zwróciłam się do niej mniej oficjalnie.

Dagmara jednak nie porzuciła dystansu. Zachowując kulturalną układność, pokrótce opisała mi swoją sytuację.

– Mam osiemnastoletnią córkę Zosię i pięcioletniego Michasia. Jestem rozwiedziona. Do tej pory od czasu studiów mieszkałam we Wrocławiu, ale kilka miesięcy temu odziedziczyłam po mamie księgarnię i przeprowadziłam się do Torunia, gdzie się wychowałam. Próbuję sobie ułożyć życie na nowo. I tyle.

Powtórzyła informacje, jakie otrzymałam od detektywa. Same fakty, nic osobistego. Była na mnie zła i mocno mi niechętna.

Co dalej z naszą rozmową? – myślałam intensywnie, jak wybrnąć z ciemnego zaułka.

– Dagmara…? – zaczęłam. I zapytałam, czy mogę zwracać się do niej po imieniu.

Potwierdziła skinieniem głowy.

– Zatem wprost – wykrztusiłam, pokonując strach przed odrzuceniem. – Czy jesteś w stanie ze mną szczerze porozmawiać?

Usłyszałam własny odważny głos i natychmiast się przestraszyłam. A co, jeśli odmówi?

Przez chwilę nie odpowiadała, by w końcu przystać na moją propozycję. A kiedy zaproponowała kolację w lokalu, poczułam się tak, jakby spadł mi z ramion dwudziestokilogramowy ciężar.

A jednak się udało! Dostałam szansę na spowiedź stulecia i cokolwiek miało nastąpić później, w oczach mojego dziecka zasługiwałam przynajmniej na czyściec.

Pełna wiary i sił do działania pomogłam Dagmarze posprzątać po spotkaniu, oddając się kojącej atmosferze krzątaniny u jej boku, słuchając poleceń, gdzie mam odłożyć książki, a gdzie filiżanki, i powstrzymując się, by nie dotknąć jej włosów, nie przytulić, nie spojrzeć w oczy.

Natychmiast zapomniałam o chorobie, zapamiętując się w uroku chwili, która spadła mi z nieba jak największy prezent od losu.

Poszłam ze swoją córką do jednej z tych przytulnych knajpek na Starówce, którą znałam jeszcze z lat spędzonych w Toruniu, i cieszyłam się, że dostałam w podarunku parę godzin na rozmowę. Postanowiłam zamówić kilka dań, by nasz wieczór trwał jak najdłużej.

Odblokowywałam w sobie pokłady szczerości z nadzieją, że zostanę wysłuchana do końca. Pragnęłam wyrzucić z siebie całe życie, z opowieścią o zbliżającej się operacji włącznie.

Wszystko albo nic! – postanowiłam, przyglądając się Dagmarze zamawiającej dla nas makaron z czymś tam i butelkę wina. Przeczekałam, aż porozmawia ze swoją córką, a moją wnuczką, której byłam bardzo ciekawa, aż zakończy rozmowę z byłym mężem relacjonującym jej wakacje z Michasiem, moim wnukiem, którego zdjęcie chętnie bym obejrzała, aż burzliwie zakończy dialog z jakimś Adamem, jak oceniłam okiem pisarki-psycholożki – facetem, na którym jej zależy. Aż wreszcie usiądzie, wypuszczając z siebie resztki emocji, i zaproponuje kieliszek alkoholu.

– Przepraszam za telefony. Ostatnio dużo się dzieje – powiedziała, wyłączywszy komórkę.

– Nie szkodzi.

Po raz kolejny między nami zawisła cisza, którą szczęśliwie przerwał kelner. Postawił na stole dwa pokaźne talerze z pastą oszczędną w produkty, acz wspaniale pachnącą bazylią i serowym sosem.

– Smacznego – zachęciłam, zabierając się do nawijania spaghetti na widelec.

Dagmara przed przystąpieniem do posiłku opróżniła swój kieliszek i ponownie napełniła go czerwonym płynem. Uporała się z nim równie szybko, jak z pierwszym.

Rozumiałam ją. Nabierała odwagi, by w końcu zadać mi pytanie, na które czekałam. Sama nie potrafiłam zdobyć się na rozpoczęcie rozmowy o przeszłości.

 

– Dlaczego mnie oddałaś? Czym sobie na to zasłużyłam? – wyrzuciła wreszcie odważnie, patrząc mi w oczy.

Doczekałam zatem momentu, kiedy mogłam zacząć mówić…

Rozdział 2

Dagmara

Byłam szczęśliwa, że Agacie, mojej pracowniczce, udało się ściągnąć na pierwsze spotkanie autorskie w księgarni taką sławę, jak Bożena Zawistowska. Mimo drugiego dnia września na dworze wciąż czuło się powiew lata, choć salę udekorowałyśmy bukietami jesiennych astrów. Pisarka przybyła na czas, serdecznie się przywitała i co nie uszło mojej uwagi, z ciekawością rozejrzała się wokół. Pochwaliła wystrój, podziękowała za zaproszenie. Z uśmiechem witała gości, którzy licznie stawili się na spotkanie.

Nastrój, jaki stworzyła, później stał się niemal domowy. Miała niewątpliwy talent do zjednywania sobie ludzi i przełamywania lodów.

Z satysfakcją obserwowałam z tylnego rzędu, jak wciąga publiczność w rozmowę, cierpliwie odpowiada na pytania, które pewnie słyszała już wiele razy w życiu, dopieszczając słowem każdego. Nie brakowało jej uroku osobistego i urody, niemłodej już, ale wciąż atrakcyjnej kobiety.

Pozostawałam pod jej nieodpartym urokiem i zapewne tak byłoby do końca spotkania, gdyby nie telefon od detektywa Kulczyńskiego. Nie spodziewałam się, że tak szybko odnajdzie kobietę, która oddała mnie do adopcji bezpośrednio po urodzeniu.

Wiadomość, którą mi przekazał, zwaliła mnie z nóg i wprawiła w osłupienie.

– Bożena Zawistowska – powiedział bez zbędnych wstępów. – Pisarka. Rozwiedziona. Adoptowała dwie córki, ale tylko z jedną ma kontakt – wyrecytował.

Zaszokowana, że właśnie ta kobieta siedzi w mojej księgarni zaledwie kilka rzędów ode mnie, zdołałam jedynie zapewnić Kulczyńskiego, że zadzwonię jutro po resztę informacji i wtedy się rozliczę.

Wróciłam na miejsce, skąd przyglądałam się grupce ludzi i ich ulubionej pisarce, która nie traciła zapału do rozmowy. Pozornie nic się nie zmieniło, a jednak w moich oczach wszystko wyglądało inaczej. Widziałam tylko ją.

Mimo znaczących spojrzeń Agaty, by kończyć spotkanie, nie mogłam ruszyć się z krzesła. Na szczęście moja pracownica zachowała zimną krew i przejęła inicjatywę: zapowiedziała zbliżający się koniec i obwieściła, że czas najwyższy na podpisywanie książek i wywiady dla mediów.

Przetrwałam jakoś szturm czytelników, pożegnałam wreszcie dziennikarzy i Agatę, która czując, że chcę pozostać z naszym gościem sam na sam, z żalem opuściła księgarnię.

– Wszystko wytłumaczę ci w poniedziałek – szepnęłam, odprowadzając ją do drzwi.

Nieważne, że bardzo liczyła na to, że po spotkaniu usiądziemy we trzy i porozmawiamy. A może nawet na fundowaną kolację? W końcu Zawistowska miała zarezerwowany hotel i nie śpieszyła się do Warszawy…

Na skutek rewelacji Kulczyńskiego musiałam jednak zmienić plany.

Z żalem nie spełniłam oczekiwań Agaty, za którą starannie zamknęłam drzwi. I w taki oto sposób stanęłam z moją biologiczną matką twarzą w twarz. Podeszłam i spojrzałam jej prosto w oczy.

– Wiem, kim pani jest – oznajmiłam.

Nie opuściła wzroku. Patrzyła przenikliwie.

– Ja również wiem, kim jest pani – odparła.

W jednej chwili stało się jasne, że przyjechała na spotkanie, żeby mnie poznać. Zresztą, na co liczyłam? Że taka sława, ot tak sobie, zaszczyci swoją obecnością niewielką księgarenkę w Toruniu?

Nie to jednak było najważniejsze. Patrzyłam na kobietę, która mnie oddała. Czekałam na wyjaśnienia, przeprosiny, wyrazy skruchy, sama nie wiem, na co jeszcze. Ona jednak nie potrafiła wykrztusić słowa. Zachwiała się i pobladła, więc zaproponowałam jej szklankę wody w obawie, że straci przytomność i będę miała kłopot. Byłam na nią zła, rozżalona, czułam niechęć. Nie wyobrażałam sobie, bym kiedykolwiek mogła zmusić się do cieplejszych uczuć.

Usiadłyśmy przy stoliku. Poprosiła, żebym powiedziała jej coś o sobie, więc opisałam aktualną sytuację rodzinną lapidarnie, wspominając o rozwodzie, osiemnastoletniej Zośce, która ze swoim chłopakiem Kamilem postanowiła zostać na rok w Manchesterze, pięcioletnim Michasiu i księgarni, którą odziedziczyłam po mamie.

Dostrzegłam, że usłyszawszy słowo „mama”, zmieniła się na twarzy, ale nic mnie to nie obeszło. Cierpiała, była spięta i najwyraźniej pragnęła tej rozmowy, ale zabrakło jej śmiałości. Nie ułatwiałam zadania, zachowując lodowatą układność, ale kiedy spytała, czy może zwracać się do mnie po imieniu, zgodziłam się. Forma nie ma wpływu na relacje.

Poprosiła wreszcie o szczerą rozmowę, a ja i w tym przypadku wyraziłam zgodę. Mimo kłębowiska negatywnych targających mną uczuć byłam ciekawa, dlaczego mnie oddała. Nie mogłam pozbawić się możliwości wyjaśnienia sprawy, mając pod bokiem sprawczynię zamieszania. Bo kiedy wyjedzie, nigdy więcej już się nie zobaczymy.

Zaproszenie na kolację bardzo ją ucieszyło. Pomogła mi sprzątnąć księgarnię, ochoczo poddając się mojej dyrygenturze przy myciu filiżanek i ustawianiu książek na półkach.

Zaprosiłam ją do restauracji przy Rynku, zamówiłam pastę i butelkę wina. Nie ukrywam, że podobnie jak i ona, byłam zdenerwowana. W sukurs przyszedł mi telefon – od Zośki, potem od Zbyszka, który zrelacjonował pobyt z Michasiem nad morzem. Niechętnie zdecydowałam się również porozmawiać z Adamem, którego próby połączenia się ze mną ignorowałam od kilku tygodni. Wszystko po to, by opóźnić rozmowę z Zawistowską, jak ją w głębi duszy nazywałam. I to nie „tą” pisarką, a kobietą, która pozbyła się własnego dziecka. Żal i wściekłość przesłaniały mi racjonalne myślenie.

Po zakończeniu konwersacji telefonicznych przeprosiłam nieszczerze i zachęciłam do jedzenia, nalewając nam wina do kieliszków. Sobie dla animuszu.

Pomogło i dodało odwagi. Aż w końcu zadałam pytanie, na które chciałam otrzymać odpowiedź już teraz.

– Dlaczego mnie oddałaś? Czym sobie na to zasłużyłam?

Rozdział 3

Bożena

Zacznę od tego, że bardzo się cieszę z naszego spotkania… – Z trudem zdobyłam się na pierwsze słowa.

– Minęło trzydzieści dziewięć lat. Lepiej późno niż wcale – przerwała z sarkazmem.

Rozumiałam jej złość, więc postanowiłam zachować spokój. Wbrew wrogim emocjom, nad którymi panowała z trudem.

– Za dużo. O niemal czterdzieści lat za późno – powiedziałam i zamilkłam.

Dagmara opanowała się. Przeprosiła za swoją reakcję.

– Nie będę już przerywać – obiecała. – Niech pani mówi – powróciła do grzecznościowej formy. – Po prostu jestem ciekawa, dlaczego tak się stało. Nie zależy mi na niczym więcej.

A zatem dostałam okazję wytłumaczenia się, ale bez szansy na przyszłość. Byłam wdzięczna i za to. Zaczęłam od przedstawienia swojej rodziny.

– Wychowałam się w Warszawie. Mama Waleria uczyła francuskiego, ojczym Brunon był znanym dziennikarzem. Żyliśmy dostatnio. Niczego mi nie brakowało, poza miłością i rodzinnym ciepłem, ale wtedy tego tak nie odbierałam. Jeździliśmy na zagraniczne wakacje, ojczym był dla mnie dobry, lecz przede wszystkim bardzo kochał mamę. Nie musiała przepracowywać się w domu, oddała ster gosposi. Do moich obowiązków należało uczenie się i nieprzeszkadzanie, kiedy całymi popołudniami udzielała korepetycji. Przeniosłam się w świat książek, które wypełniały mi długie samotne godziny w moim pokoju. Lubiłam to. Nie licząc najbliższej koleżanki Anki, nie utrzymywałam kontaktów z rówieśnikami. Byłam grzeczną córką, prymuską, interesowałam się kulturą i sztuką, nie sprawiałam problemów do czasu, kiedy na jednej z nielicznych imprez, na które się wybrałam, posmakowałam dorosłego życia. Mówiąc wprost – pozwoliłam się uwieść Alkowi. Chociaż nie bardzo pamiętam, jak do tego doszło…

Podkochiwałam się w nim od kilku miesięcy, choć bez nadziei na względy klasowego amanta. Jego zaproszenie na prywatkę było jak zesłanie łaski niebieskiej. Nie wiem, co mnie skłoniło, żeby pójść z nim do łóżka, nigdy nie wyobrażałam sobie takiego początku miłości, a jednak dałam się przekonać.

Okazało się, że nie było warto. Alek po udanym polowaniu przestał mnie dostrzegać, oddając się kolejnym podbojom, a ja starałam się powrócić do równowagi po miłosnej porażce. Na domiar złego samopoczucie wskazywało, że coś niedobrego dzieje się z moim organizmem. Nie byłam na tyle naiwna, by szukać wytłumaczenia w problemach żołądkowych. Czułam, że mogę być w ciąży, a to oznaczało rodzinną katastrofę. Namówiona przez Ankę, z duszą na ramieniu wyjawiłam mamie swoje obawy. I od tej chwili zaczął się dla mnie zły czas.

Dowiedziałam się, jak niewyobrażalny wstyd przyniosłam rodzinie i jak tragicznie pokrzyżowałam sobie plany na przyszłość. Mogłam jednak liczyć na rodziców, którzy, łamiąc sobie głowy nad rozwiązaniem problemu, wymyślili jedyne słuszne według nich wyjście z sytuacji. Dogodne dla wszystkich. Dla nich, dla mnie i dla dziecka.

Miałam natychmiast, zanim skandal ujrzy światło dzienne, przenieść się do liceum katolickiego z dala od Warszawy i zdać maturę. W terminie urodzić dziecko, oddać je do adopcji, a po wakacjach podjąć studia.

Było pozamiatane. Możesz mi nie wierzyć, ale podejmowałam słabe próby sprzeciwu. Tyle że w tamtych czasach nie miałam szans na samodzielne życie, a rodzice byli nieubłagani. Zgodziłam się, Dagmaro. I popełniłam błąd, którego żałuję przez całe życie.

– Nie wyobrażam sobie, żebym mogła oddać dziecko, które urodziłam – odezwała się. – Kiedy zobaczyłam Zośkę po urodzeniu, od razu ją pokochałam. I nie wypuszczałam jej z rąk przez cały czas pobytu w szpitalu.

– Widziałam cię po porodzie zaledwie przez moment… – wyszeptałam. – Usłyszałam tylko, że jesteś zdrowym noworodkiem płci żeńskiej, o wadze trzy osiemset i długości pięćdziesięciu ośmiu centymetrów. Bez nazwiska. Leżałam z pięcioma matkami na sali poporodowej, ale jako jedyna nie doczekałam się karmienia. Za to odwiedzili mnie mama z ojczymem, którzy przynieśli torbę niedostępnych wówczas na rynku pomarańczy i druk zawierający moją zgodę na adopcję. Miałam go podpisać, by ostatecznie, jak powiedzieli, pozbyć się problemu. Pomarańcze rozdałam karmiącym matkom, druk podpisałam, błagając o pokazanie mi dziecka, co jednak okazało się niemożliwe. Wyjaśniono mi, że zostałaś już przewieziona do domu małego dziecka prowadzonego przez siostry zakonne, gdzie czekała na ciebie nowa rodzina.

Czułam, że będę kiedyś żałować. Ale nie mam wyjścia, tłumaczyłam sobie. Żałowałam tylko, że nie pokazano mi dziecka. Nigdy też nie miałam się dowiedzieć, do jakiej rodziny trafiła moja maleńka ani jak będzie miała na imię.

Mimo to w końcu udało mi się ciebie poznać. I wierz mi, że bez względu na wszystko jestem szczęśliwa – zakończyłam, ocierając łzę, która pojawiła się na wspomnienie tamtego trudnego czasu.

Dagmara siedziała bez ruchu, już spokojniejsza i bardziej opanowana. Nie odzywała się, przez moment trawiła moją opowieść o początkach swojego życia. Miałam ochotę ją przytulić, zetrzeć złe wspomnienia, dowiedzieć się o niej i jej bliskich wszystkiego. Jeżeli rodząc maleństwo, nie odczułam matczynej bezgranicznej miłości, dała ona o sobie znać właśnie teraz. Tak po prostu. Kochałam tę tkwiącą przede mną dziewczynę i podobało mi się w niej wszystko: włosy i sposób, w jaki odgarniała kosmyk za ucho, bystre oczy, które starały się patrzeć srogo, imię, którego jej nie nadałam… Nawet jej emocje i to, że zaczęła mnie szukać.

Poczułam w sercu słabo tlącą się iskierkę nadziei. Niech trwa, choćby króciutko, pomyślałam.

– Nie wiem, co mam pani odpowiedzieć. – Dagmara przerwała moje rozmyślania. – Może i wtedy były inne czasy, ale uczucia macierzyńskie zawsze pozostają takie same. I ból dziecka po odrzuceniu również. Nie wiem, czy kiedykolwiek uda mi się o tym zapomnieć.

– Nie proszę o to – odparłam. – Musi mi wystarczyć, że zgodziłaś się ze mną porozmawiać. Myślę, że powinnam już wrócić do hotelu. – Sięgnęłam po torebkę.

Rozpoczęłam poszukiwania fiolki ze środkiem przeciwbólowym.

Podbrzusze zaczęło dawać o sobie znać, a nie chciałam, żeby Dagmara dostrzegła moją niedyspozycję. Ból się nasilał, więc poderwałam się z krzesła, przywołując dłonią kelnera.

– Ja zapłacę. – Dagmara wyjęła portmonetkę.

– Pozwól mi uregulować… – poprosiłam, kładąc na stoliku sto złotych.

Na pożegnanie zostawiłam wizytówkę z numerem prywatnej komórki.

– Dzwoń, kiedy tylko zechcesz – poprosiłam i uciekłam.

Do hotelu było stosunkowo blisko, ale czułam się coraz gorzej. Szczęśliwie udało mi się dotrzeć przed kolejnym atakiem bólu. Ale kiedy ustąpił, ogarnęły mnie wyrzuty sumienia, że tak nieoczekiwanie i bez wytłumaczenia zrejterowałam z restauracji. Dagmara mogła to odebrać jak kolejną zdradę. Obiecałam sobie wpaść do księgarni przed jutrzejszym wyjazdem do Warszawy i ofiarować jej pierścionek po babce, który od lat nosiłam na palcu. Niech ją chroni, tak jak chronił mnie do tej pory.