Za jakie grzechyTekst

0
Recenzje
Przeczytaj fragment
Oznacz jako przeczytane
Jak czytać książkę po zakupie
Czcionka:Mniejsze АаWiększe Aa

Copyright © Anna Karpińska-Plaskacz, 2014

Projekt okładki

www.studio-kreacji.pl

Zdjęcie na okładce

Fot. Elisabeth Ansley/Arcangel Images

Redaktor prowadzący

Michał Nalewski

Redakcja

Ewa Charitonow

Korekta

Maciej Korbasiński

ISBN 978-83-7961-823-1

Warszawa 2014

Wydawca

Prószyński Media Sp. z o.o.

02-697 Warszawa, ul. Rzymowskiego 28

www.proszynski.pl

Mojemu Tacie na pamiątkę pewnej wspólnej podróży

1 CZERWCA 2008

Przepraszam cię, Alinko, ale nie mogę – powiedział Miłosz nieswoim głosem.

Mimo że od tamtej chwili minęło pięć lat, wciąż powracały traumatyczne wspomnienia mojej rozpaczy, zdziwienia i całkowitej porażki.

Robiłam wszystko, by nie stracić przytomności i utrzymać równowagę w długiej białej sukni, która nagle zaczęła cisnąć niczym zbyt mocno zawiązany gorset. Nie patrzyłam na zgromadzonych w kościele gości, nie spoglądałam na bukiety białych róż zdobiących rzędy ławek. Szumiało mi w głowie. Przed ołtarzem stał obok mnie Miłosz, piękny w tym swoim czarnym garniturze, stanowiący wyraźną plamę na zamglonym tle barokowego wystroju katedry. Wpatrując się w niego z niedowierzaniem, nie zauważyłam, że chwila naszej konsternacji przeciąga się, a ludzie zaczynają szeptać. Krew odpłynęła mi z twarzy, na nogach utrzymałam się wyłącznie siłą woli. Jeszcze wczoraj nic nie wskazywało, że sprawa przybierze taki obrót. Albo przygotowania do ślubu zajmowały mnie tak bardzo, że nie zauważyłam, iż narzeczony mnie nie kocha…

– Mamo, nie wiesz, gdzie położyłam wizytówki gości? – Biegałam z parteru na pięterko w poszukiwaniu akcesoriów na weselne przyjęcie. – Są! Dzwonili z firmy cateringowej?

– Tak. Pytałaś mnie o to przed godziną.

– Dobrze. Dlaczego nie ma jeszcze Aldony? Miała mi pomóc przymierzyć suknię!

Moja siostra spóźniała się jak zwykle. A ja starałam się nie dostrzegać jej obojętnego stosunku do mającej nadejść jutro (już jutro!) ślubnej ceremonii. Aldona nigdy nie obdarzała mnie nadmierną serdecznością. Ponadto wizja zamążpójścia młodszej siostry nie nastrajała jej optymistycznie.

Też jej się kiedyś ułoży, pomyślałam. Przecież na brak męskiego towarzystwa nie może narzekać.

Porzuciłam myśli o siostrze i wyjęłam z foliowego worka suknię.

Jakim cudem mogłam nie zauważyć zniecierpliwienia Aldony, gdy w końcu dotarła do domu i z tym swoim wyniosłym (choć wówczas wcale mi się taki nie wydawał) uśmiechem ściągnęła mi troczki na plecach.

– To boli! – krzyknęłam. – Poluzuj!

– Chcesz być piękna, to cierp. – Docisnęła mocniej.

– Daj spokój. Nie muszę być szprychą.

– To po co było wydawać tyle kasy na tę princeskę, skoro teraz chcesz z niej zrobić worek?

Miała rację. Suknia „na księżniczkę”, efekt wielokrotnie odbywanych z moją kumpelą Moniką wizyt w salonach, stanowiła mistrzostwo świata w swojej klasie. Biała, bez ramion, z udrapowanym gorsecikiem z tafty, odciętym pod biustem koronką spływającą delikatnie na rozkloszowaną, tiulową, mieniącą się błyszczącymi punkcikami spódnicę. Cudo! Całości miał dopełniać tiulowy welon, upięty w lekko uniesionych do góry włosach. Pojedynczemu kosmykowi pozwoliłyśmy z fryzjerką fantazyjnie opadać na ramię.

– Już dobrze – zgodziłam się na tortury.

– Wciągnij trochę brzuch. Dobrze. I nie nadymaj się tak! Okej. W miarę. Podoba ci się?

Spojrzałam w lustro.

– Alina, czy to ty? – zdumiała się moja siostra.

Żadnego brzucha, żadnych wałeczków na plecach, które trzeba ukryć, brak jakichkolwiek niedociągnięć! Było pięknie, słodko, świeżo. Ucałowałam ją.

– I jak? – Okręciłam się wokół niej, trzymając dumnie głowę.

Jutro stanę z Miłoszem przed ołtarzem w tej cudownej sukni. I nie jest ważne, że moja siostra siedzi teraz na krześle, patrząc na mnie krytycznie.

Założyła jedną zgrabną nogę na drugą zgrabną nogę, odsunęła za ucho niesforny kosmyk ciemnych włosów. Rozumiałam. Jej się też kiedyś ułoży.

– Suknia leży dobrze – powiedziała. – Uważaj tylko, żeby się nie garbić. Będę ci jeszcze potrzebna?

Nie mogę sobie wybaczyć, że straciłam wtedy czujność. Wciąż nie mogę zrozumieć, jak ja, absolwentka psychologii na kilka miesięcy przed obroną pracy magisterskiej, nie wpadłam na to, żeby porozmawiać z własną siostrą? Nie przeczuwałam, co się stanie.

– Nie. Dzięki i do jutra. Pamiętaj, o dziesiątej.

Wyszła, zanim zdążyłam się rozebrać.

Na kolację były kanapki z wędzonym łososiem. Tata postawił na stole portugalskie wino.

– Twoje zdrowie, córeczko! – wzniósł toast. – To twoja ostatnia kolacja w tym domu. Przynajmniej jako panny. – Wypowiadając te słowa, patrzył na mamę.

Wydawało mi się, że zmieniła się na twarzy.

Uniosła kieliszek.

– No to wypijmy.

Byłam ślepa i głucha. Zamroczona czekającą mnie uroczystością, podchmielona dwoma lampkami wina, targana niepokojem „jak to wszystko się uda”, podniecona nowym, zakochana w Miłoszu wbiegłam na pięterko. Po raz ostatni w panieńskim stanie położę się na dwuosobowym materacu na podłodze i wyśnię ostatni panieński sen!

Gdzie mineralna?, rozejrzałam się. Niestety, trzeba było wrócić do kuchni.

– Waldemar, ja niestety mam rację. – Usłyszałam podniesiony głos mamy.

– Krysiu, nie przesadzaj.

– To się źle skończy, zobaczysz.

– Nie sądzę. A zresztą wszystko zaszło już za daleko. Uspokój się.

– Rozmawiałam z Aldoną jeszcze wczoraj.

– Wciąż rozmawiacie?

– Waldek, nie bagatelizuj. Proszę.

– Uznałaś za stosowne, żeby rozmawiać z nią o tym na dzień przed ślubem? A może powinnaś wcześniej porozmawiać również z Alą? Nie uważasz?

– Źle się stało, Waldemar. Nie ma o czym mówić. Pozostaje nam czekać na rozwój wypadków – westchnęła mama.

– Idę po wodę! – krzyknęłam ze schodów. Żeby nie pomyśleli, że podsłuchuję.

– Jasne, jasne… Śpij dobrze – odezwał się tato.

Następnego dnia, w nowym grafitowym garniturze i śnieżnobiałej koszuli przybranej eleganckim fularem i takąż samą poszetką zdobiącą zewnętrzną kieszonkę marynarki, stał przy mnie przed kościołem. Czekał na znak, by poprowadzić mnie do ołtarza w białej sukni i welonie.

– Tato… – Spojrzałam na niego.

Był poważny. I teraz już wiem, że smutny.

– Musimy iść – powiedział nieprzytomnie, jak wyrwany z zamyślenia. – Trzymaj się, córuś.

Czy mi się wydaje, czy widzę łzy? Na pewno mi się wydaje, ojciec nigdy nie płacze!

Szliśmy wzdłuż rzędów ławek. Po lewej stronie moja rodzina, po prawej rodzina Miłosza. Nagle znalazłam się w epicentrum wielkiego wybuchu. Byłam główną aktorką na planie, odbierałam Oscara. Moje pantofelki w kolorze pudrowego różu stąpały po czerwonym dywanie. Wsparta na ojcowskim ramieniu zbliżałam się do ołtarza, na którym za chwilę miałam złożyć wszystkie swoje nadzieje. Powierzyć przyszłość czekającemu na mnie narzeczonemu. Zdobyć szczęście i miłość.

Wszystko przestało się liczyć. Odpuściły obawy o wesele, o zadowolenie gości i inne nieważne sprawy. Za chwilę powiemy sobie sakramentalne „tak”, a Miłosz będzie już ze mną na zawsze. Zachwycony jak teraz. Widziałam jego wzrok, a w nim podziw i zaskoczenie.

Warto było pozwolić się katować Aldonie!

Tato przekazał moją dłoń. Spojrzałam na Miłosza, ale zamiast podziwu zobaczyłam w jego oczach popłoch.

– Przepraszam cię, Alinko, ale nie mogę…

Wpatrywałam się w niego przez chwilę, która trwała wieczność. Kościół zaczął szeptać. Wokół latały stada szerszeni.

– Dlaczego…?

Niczego więcej nie pamiętałam. Obudziłam się następnego ranka, chociaż miałam zamiar nie obudzić się już nigdy.

W głowie pulsowało tylko to jedno pytanie.

2 CZERWCA 2013

Od kilku dni padało, więc wszyscy zgromadzeni przed cmentarzem na Grabiszyńskiej trzymali w rękach parasole. W tej chwili niepotrzebne, bo przez czerwcowe chmury przebijało słońce.

Mieliśmy już za sobą poranną mszę żałobną w intencji zmarłego Stanisława, a teraz czekaliśmy na ciąg dalszy. Wujek, który zażyczył sobie kremacji, miał być pochowany we wspólnym grobie z ciocią Anielą, ukochaną, zmarłą trzy lata wcześniej żoną. Wejście do kaplicy okupowała niewielka garstka żałobników, złożona głównie z pracowników firmy zmarłego i jego najbliższych sąsiadów. Bo wujostwo nie mieli dzieci. Jedyną rodzinę stanowiliśmy my – dziadek Bronek, ojciec mojego taty, i wuj Staś byli braćmi. Wprawdzie dziadka nigdy nie poznałam (zmarł na zawał przed moim urodzeniem), ale jego miejsce z powodzeniem zajął właśnie wujek Staszek. Stałam przed kaplicą, mając przed oczami jego oddalony o jakieś dwadzieścia kilometrów od Wrocławia, trwający niezmiennie od ponad stu lat stary dworek otulony sosnowym zagajnikiem, który z czasem przeistoczył się w całkiem potężny las. Uśmiechnęłam się na wspomnienie Zastawna i pobliskiego bajorka, zwanego dumnie jeziorem, miejsca moich dziecięcych letnich zabaw. Rodzice wysyłali mnie tam najpierw z siostrą, a potem samą, kiedy Aldona kategorycznie sprzeciwiła się wyjazdom „na wiochę”. Mnie, dziesięciolatce, wciąż wypadało okupować domek na drzewie i staczać się z piaszczystej skarpy wprost do wody, jej, czternastoletniej pannicy, już nie uchodziło. Wiejscy koledzy, towarzysze moich plebejskich zabaw, najwyraźniej nie odpowiadali żądnej innych wrażeń „księżniczce”. Aldona częściej niż na podwórku przebywała przed toaletką cioci Anieli, próbując jej szminek, cieni i pudrów. Ostentacyjnie czyściła buty i strzepywała każdy pyłek ze spódnicy, o jaki na wsi nietrudno. Stale narzekała na zapachy dochodzące z pól i oddalenie od cywilizacji, choć prawdę mówiąc, warunki u wujostwa były nad wyraz komfortowe. Wujek Staszek prowadził drukarnię, znajdującą się na sąsiedniej posesji, ciocia zajmowała się domem. Przyjeżdżające codziennie ciężarówki zabierały do klientów tony papieru.

 

– Wujku, pokażesz mi, jak się drukuje książki? – zagadnęłam kiedyś, zdradzając zainteresowanie ruchem na placu.

– Naprawdę chcesz odwiedzić moją firmę?

– Aha.

– Ale ja nie drukuję książek, Aliś. Chodź, pokażę ci, co robię.

Najpierw poszliśmy do biura, gdzie wuj całkiem poważnie przedstawił mnie pracownikom. Potem odwiedziliśmy wielkie magazyny. Na ogromnych, sięgających sufitu regałach piętrzyły się różne dziwne rzeczy. Zamiast papieru i książek dostrzegłam potężne role przezroczystych taśm, beczki z farbami, paczki kartonów. Zakryłam uszy, gdy znaleźliśmy się w hali produkcyjnej.

– Głośno tu, prawda? – Wujek podał mi słuchawki, które nieco tłumiły ryk pracujących maszyn. – Teraz popatrz. – Wskazał na hałasującego kolosa. – Tu się drukuje nazwę firmy. Na takiej taśmie samoprzylepnej. I ta firma zakleja tą taśmą kartony ze swoimi wyrobami. Żeby wszyscy wiedzieli, że to ich produkt. Rozumiesz?

Dziesięciolatce trudno było pojąć. Po co to komu?

– Popatrz tutaj – tłumaczył dalej wujek. Staliśmy przy kolejnej maszynie. – Mama kupuje w sklepie na przykład zapakowane parówki, tak?

– Najbardziej smakują nam lubisie na wagę, z naszego sklepu na rogu – pochwaliłam się wiedzą na temat maminych zakupów.

– Dobrze, to inaczej… – Nie poddawał się. – Lubisz keczup?

– Tak. Ale tylko łagodny.

– Niech będzie łagodny. Na butelce ma etykietę, tak? Są tam wszystkie informacje o tym keczupie, prawda?

Musiałam się zgodzić.

– A my właśnie drukujemy takie etykiety.

– Wy? Wszystkie? Dla całej Polski?

Nie miałam pojęcia, że wujek robi takie ważne rzeczy!

– No, może niezupełnie wszystkie – roześmiał się. – Ale dużo.

Od tej chwili szanowałam wujka Staszka jeszcze bardziej. Już nie tylko za bardzo wygodne kolana, zawsze chętne, żeby zrobić „tak pan jedzie po obiedzie”, i za wielką siwą brodę, jakże przypominającą mi zarost starych wilków morskich, których zdjęcia oglądaliśmy razem w żeglarskich czasopismach.

– Zobaczysz, mała, jeszcze gdzieś razem wypłyniemy – obiecywał w takich chwilach wujek, zapatrzony w kolejny jacht.

Był wtedy daleko od Zastawna…

– Już dobrze, Stasieńku – wtrącała się wtedy ciocia Anielcia. W myślach nazywałam ją „anielicą”, bo podobnie jak mąż miała bujną siwą czuprynę, przez co wydawała się dużo starsza. Dopiero później dowiedziałam się, że osiwiała po śmierci kilkunastoletniego syna, który zachorował podczas rejsu z wujkiem. Nie zdążyli dobić do lądu, gdzie czekał ratunek.

A teraz nie ma już ani Poldka, ani cioci Anieli, ani wujka Staszka…

– Wchodzimy! – Zdecydowanie w głosie mamy przywróciło mnie do rzeczywistości.

Poczułam w dłoni miękką łapkę Tosi.

– Ciociu, ja chcę z tobą.

Mała patrzyła mi w oczy w ten swój charakterystyczny sposób, który obracał wniwecz wszystkie mury, tak skrzętnie budowane przeze mnie od chwili jej urodzenia. Miała oczy Miłosza i ten jego filuterny, lekko skrzywiony uśmiech małego urwisa, który próbuje uniknąć kary. Poruszała się jak ojciec, tak samo wycierała usta grzbietem dłoni. Że jest jego córką, można było poznać nawet po podobnie nastroszonym na czubku głowy kosmyku włosów.

Córka mojego Miłosza. I mojej siostry.

– Dobrze, kochanie.

Nachyliłam się, aby zapiąć guzik przy jej płaszczyku.

Nie spojrzałam w stronę Aldony, która wyjątkowo nie rzuciła się, żeby wyrwać małą z moich rąk, zajęta okazywaniem głębokiego poruszenia i żalu po śmierci wuja Stasia. Przygotowała się zresztą znakomicie. Elegancka wąska spódniczka, dopasowany płaszcz tej samej długości, pod nimi długie, z pewnością wczoraj wydepilowane nogi w znakomitej jakości pończochach. Całości dopełniał tiulowy szal, dodatek do gustownego toczka z woalką. Ja również nie przyszłam na pogrzeb w zgrzebnym worku, jednak z pewnością dzień wcześniej nie buszowałam po sklepach z odzieżą…

Nie patrzyłam również na Miłosza. Mimo że minęło pięć lat od naszego pamiętnego niedoszłego ślubu, mimo że Tosia była naprawdę fantastyczną, kochaną dziewczynką, lgnącą do mnie z niewiadomych powodów, w głębi duszy, a nawet na jej powierzchni, nie umiałam mu wybaczyć. Jego obecność na rodzinnych imprezach stale przypominała mi traumę i wszystko, co było potem. Był jak pochodnia, która nieustannie przypieka żywą ranę. Czy to się nigdy nie skończy? Czy ja, pani psycholog, udzielająca porad innym potrzebującym, nie uporam się z własnymi demonami? Wujku Stasieńku, pomóż!

Nie mógł. Właśnie wchodziłam, żeby w kaplicy pożegnać urnę z jego prochami. Obok stało zdjęcie, na którym był razem z ukochaną Anielą.

– Nazywam się Tomasz Krukowski – dobiegły mnie słowa rozpoczynające pożegnalną mowę. – Byłem związany z, hm, wujostwem, można powiedzieć, bardzo blisko. Jeżeli państwo pozwolicie, pożegnam zmarłego od nas wszystkich…

– Muszę wyjść, mamo.

Przekazałam jej rękę Tosi i resztką sił dotarłam do wyjścia. Powietrze pomogło.

Przysiadłam na kamiennej ławce, oparłam dłoń o mur. Nie próbowałam nawet powstrzymywać łez, lecz na cmentarzu nie powinny chyba nikogo dziwić? Żebym chociaż, jak Aldona, kupiła sobie toczek z woalką… Może nie byłoby widać?

Ktoś uchylił drzwi od kaplicy. Tato.

– Będzie mi go bardzo brakowało – usłyszałam kolejny fragment pożegnania. – Mogę być dumny, że traktował mnie jak syna…

A mnie jak córkę!, miałam ochotę wykrzyczeć.

Dlaczego wyszłam, dlaczego mnie nie ma w środku? Co ten facet sobie wyobraża? Jestem babą, która potrafi tylko beczeć!

– Dobrze się czujesz, córeczko? – Tato przysiadł przy mnie na ławce. – Wrócisz?

Czy wrócę? Do kogo? Gdzie? Do kaplicy? Chyba o to pyta? Do domu? Przecież od chwili, kiedy własna siostra zabrała mi narzeczonego, nasze spotkania w rodzinnym gnieździe stały się nie do zniesienia. Do równowagi? Od pięciu lat nie jestem sobą. Do taty, który tęskni i cierpi, że jego młodsza córka znienacka odsunęła się, a on nie wie dlaczego? Nie rozumie biedak, że życie jest sztuką wyborów i nie można mieć wszystkiego naraz. Ani żony, która któregoś dnia po niedoszłym ślubie powiedziała do mnie: „Córciu, bardzo mi przykro, ale stało się i się nie odstanie. Jesteśmy rodziną, musisz zaakceptować, że Aldona będzie z Miłoszem. Zrozum, to dla dobra wszystkich”, ani rozżalonej na cały świat córki. Gdy chciałam się wypłakać na jego ramieniu, usłyszałam tylko: „Matka ma rację”.

– Tak. Wrócę do kaplicy. – Podjęłam decyzję. – Nic mi nie jest.

W tej samej chwili drzwi się otworzyły i na zewnątrz wylała się grupa żałobników. Ustawili się w procesji za księżowską limuzyną.

– Dzień dobry, Alinko. – Przy moim boku jak spod ziemi wyrósł Tomek Krukowski. – Widziałem, że wyszłaś. Coś nie tak?

Znaliśmy się jeszcze z Zastawna. Chociaż był ode mnie starszy o osiem lat, od zawsze zwracałam się do niego po imieniu. Ale dziś nie miałam ochoty z nim rozmawiać, a już tym bardziej opowiadać mu o swoich nastrojach. Na szczęście zajęty dalszym ciągiem pogrzebu Tomek uznał za stosowne pozostawić mnie na łonie rodziny. Na pożegnanie uścisnął po przyjacielsku moje ramię.

Potem była już tylko długa droga do grobu, Ave Maria na trąbce, kondolencje, stypa. Mama wystąpiła z propozycją.

– Może zostaniesz u nas na noc?

Od chwili kiedy zabrałam swój dwuosobowy materac, trzy regały na książki, dwa taborety i kilka innych drobiazgów, by wstawić je na wynajmowany strych w starej kamienicy, nie mogłam (nie chciałam, nie byłam w stanie) traktować rodzinnego domu jak bezpiecznej przystani. Tam pojawiła się Aldona, tam był Miłosz. Tam przymierzałam suknię ślubną… Wyprowadziłam się stamtąd definitywnie.

– Wrócę do siebie.

– Mogłabyś już przestać… – Mama okazała zniecierpliwienie. – A zresztą rób, jak chcesz.

– A może przyda ci się porada psychologa? – Monika musiała usłyszeć naszą rozmowę. – U mnie czy u ciebie?

Dobra, niezawodna kumpela. Zawsze w odpowiednim miejscu i czasie. Nie mogłam się nie uśmiechnąć. Krzywo, przez łzy, ale jednak.

– Przyjdź do mnie, Moniczynko. Coś tam się w barku znajdzie…

3 CZERWCA 2008

Obudziłam się na kanapie w salonie. Nie otwierałam oczu. Przysłuchiwałam się dochodzącym z kuchni odgłosom przypominającym pobrzękiwanie garnkami i wyjmowanie naczyń ze zmywarki. Poza tymi dźwiękami były tylko cisza i ciemność. Przez chwilę nie mogłam zorientować się, gdzie jestem i co robię w tym pomieszczeniu z zasłoniętymi oknami, o które bębniły krople deszczu. Dopiero ciepły język jamnika Fikoła na policzku uświadomił mi miejsce akcji.

Z fotela w rogu pokoju dobiegł mnie głos ojca.

– Dobrze, że się obudziłaś, córuś.

Zareagowałam racjonalnie, pytając o godzinę. Jak gdyby ta informacja była najważniejsza.

Wczorajszy dzień pamiętałam jak przez mgłę. Wszystko, z wyjątkiem Miłosza przed ołtarzem. Grom z jasnego nieba.

– Nie wstawaj tak szybko! – Tato podbiegł do kanapy, próbując z powrotem ułożyć mnie na poduszkach. – Wzięłaś silne środki nasenne. Poleż jeszcze, bo zakręci ci się w głowie.

Już bardziej chyba nie mogło.

Pod zamkniętymi powiekami pojawiły się obrazy z dalszego ciągu ślubnej ceremonii, która po pamiętnym sakramentalnym Miłoszowym „nie” przeistoczyła się w farsę rodem z nieistniejącego filmu Uciekający pan młody. Patrzyłam na narzeczonego, nie mogąc wydobyć z siebie słowa. Z kościelnych ławek dochodziły coraz głośniejsze szepty, ktoś kierował się w naszą stronę. Tato jako pierwszy zorientował się w sytuacji i rzucił na ratunek. Zapytał o coś Miłosza, ale ten w milczeniu zszedł ze schodków ołtarza i szybkim krokiem opuścił świątynię. Zostałam sama. Patrzyłam na skonsternowanych gości, na bukiety kwiatów, pośpiesznie chowane pod ławki. Tłum zafalował, ktoś wybiegł za Miłoszem, ktoś inny dał znak fotografowi, żeby przestał robić zdjęcia. Mimo tatowych perswazji nie mogłam ruszyć się z miejsca. Zanim osunęłam się na posadzkę, dostrzegłam jeszcze, że Aldona wychodzi z ławki, lecz zamiast udać się w moim kierunku, kieruje się ku wyjściu. Myślę, że właśnie wtedy zorientowałam się w sytuacji. Organizm wyłączył wszystkie receptory, pozwalając mi odpłynąć w niebyt.

– Chyba znowu zasnęła, Krysiu. – Przez zasłonę półsnu przebiły się słowa taty. – Myślisz, że powinniśmy jej powiedzieć? Już dzisiaj?

– Oczywiście. Im prędzej, tym lepiej.

– Może niech lepiej dowie się od Aldony albo od Miłosza…

– Waldemar, szczegóły to sobie wyjaśnią później. Trzeba powiedzieć. Prawdy nie da się ukryć.

A więc moje wrażenie z kościoła nie było imaginacją! Leżałam z zamkniętymi oczami. Moja racjonalna mama usiłowała wytłumaczyć ojcu, że takie rzeczy się zdarzają, a mnie trzeba najpierw zreanimować, a dopiero potem przekonać do odpuszczenia grzechu w imię rodzinnego spokoju i szczęścia.

– Nie stało się dobrze, że Miłosz zostawił przed ołtarzem Alinę dla Aldonki. Ale lepiej wcześniej niż później. Widocznie tak musiało być. Szkoda tylko, że wpędził nas w koszty związane ze ślubem…

Tak. Tego mama nie wybaczy Miłoszowi zbyt szybko. Najchętniej zapewne przepędziłaby go z domu, skoro jednak się z Aldoną kochają…

Miłosz kocha Aldonę. Ten fakt był odkryciem zgoła niewyobrażalnym. Gdyby nie to, że środki nasenne przestawały działać, najchętniej po raz kolejny zapadłabym w stan błogiego odrętwienia. Ale pamięć nieubłaganie przywoływała zdarzenia z przeszłości, które powinny dać mi do myślenia. Jak choćby impreza u Zuzy, koleżanki mojej siostry.

– Mówię ci! Chyba się całowali – relacjonowałam Monice wydarzenie na tarasie domu rodziców Zuzy. W samą noc świętojańską.

– Coś ty! – niemal krzyknęła. – Aldona z Miłoszem? Przecież to niemożliwe, on jest od niej cztery lata młodszy! A zresztą… – Zbagatelizowała ten nieistotny fakt. – Aldona? Pani, ups, pańcia Aldona całowałaby się z takim chłoptasiem?

– No, no, koleżanko! Tylko nie z chłoptasiem! – oburzyłam się.

W końcu Miłosz był moim poważnym narzeczonym. Pierścionek z ametystem, symbol naszej dozgonnej miłości, nosiłam na palcu. Czyżby Aldona zasługiwała na kogoś lepszego niż ja?

 

– Dobra już, Aluta. Gadaj, co widziałaś.

Musiałam się zastanowić. Może rzeczywiście uległam halucynacji? Moja siostra i Miłosz stali przy barierce blisko siebie. Zbyt blisko na zwykłą znajomość. Wydawało mi się, że on spoglądał na Aldonę z góry, jakby prowokując ją do uniesienia ust i zbliżenia ich do jego twarzy. Ona nie stawiała oporu. Uniosła lekko nogę, za nogą podążyła ręka… Gdybym nie pojawiła się znienacka, zapewne oparłaby się na jego ramieniu. Odniosłam wrażenie, że usta Aldony były rozchylone do pocałunku.

– No… Właściwie to się nie całowali, ale…

– Sama widzisz – skwitowała Monika. – Masz chorą wyobraźnię. Znasz Aldonę. Lubi być w centrum zainteresowania, ale żeby odbijać ci faceta?

– Pewnie masz rację…

Rzeczywiście, znałam swoją siostrę. Wystarczająco, by nie zawsze wyrażać się o niej pozytywnie. Tak czy owak, Aldona była jednak moją siostrą. Należało się jej domniemanie niewinności.

– Krystyna! O czym ty mówisz? – Tata ściszył głos.

Usłyszałam i tak. Teraz już łowiłam każde słowo.

– Co to znaczy: „widać tak musiało być”? On jest niepoważny i nieodpowiedzialny. Takie sprawy załatwia się przed ślubem, a nie w kościele, kiedy goście siedzą już w ławkach!

– Ciszej, Waldemar. Jeszcze usłyszy… Przecież mówiłam, że niepotrzebnie naraził nas na koszty…

– Tu nie chodzi o koszty, tylko o Alinkę! Nie rozumiesz?

– Kochanie. – Mama zmieniła ton. – Oczywiście, masz rację. Ale czy my możemy ingerować w tę sytuację? Nic nie poradzimy. Możemy jedynie starać się, by wszystko załagodzić, pomóc Alince. – Głos łagodniał z sekundy na sekundę. Znałam ten ton; zawsze działał na ojca. – I ratować rodzinę. Wierz mi, Ala to w końcu przełknie. Ułoży się.

– Tak myślisz?

– Oczywiście, kochanie.

Usłyszałam cmoknięcie i domyśliłam się, że mama pocałunkiem rozwiała resztki wątpliwości u mojej ostatniej bratniej duszy. Nie było po co otwierać oczu, nie było na co patrzeć. Zrozumiałam, że właściwie „lepiej teraz niż później”. Narzeczony porzucił mnie dla mojej siostry, wystawił na pośmiewisko obu rodzin. Straciłam Miłosza, siostrę, mamę, która była już stracona od dłuższego czasu… A teraz może i tatę. Miałam do wyboru nadal udawać sen albo się „obudzić”.

Intuicja podpowiadała szczerość.

– Wszystko słyszałam. – Zaskoczył mnie mój własny głos.

Rodzice spojrzeli zdumieni.

Odrzuciłam pled.

– Pójdę do siebie. Nie musicie mi niczego tłumaczyć. Gdzie moja komórka?

– Co ty chcesz zrobić?

Nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że tato powitał mnie wśród żywych z uczuciem ulgi.

– Chcę znaleźć telefon.

– A po co ci? – zaniepokoiła się mama.

Zignorowałam ją. Komórkę znalazłam w torebce, która nie dostąpiła zaszczytu uczestnictwa w ceremonii.

– Monika? Czy mogę wprowadzić się na strych? – przystąpiłam do rzeczy bez wstępów.

Jeżeli nawet moja kumpela była zaskoczona, nie okazała tego.

– Jasne. Kiedy?

– Zaraz.

– Miało być za kilka dni… Muszę spytać właściciela. Alinko, dobrze się czujesz?

– Powiem ci później. Teraz oddzwoń, kiedy będzie mógł przekazać klucze. I powiedz mu, że wprowadzam się sama, bez męża. Monia, postaraj się. Ja muszę już dzisiaj…

Nie wiem, czy zrozumiała. Ostatnie słowa utonęły w potoku łez.

Za dwie godziny załadowałam do furgonetki dwuosobowy materac, trzy regały na książki, dwa taborety i kilka innych drobiazgów.

– Alinko, naprawdę musisz się wyprowadzać tak nagle? Mama przygotowała obiad, zostań. – Tato starał się mnie powstrzymać.

– Ala, czy ty nigdy nie pozwolisz sobie pomóc? – Mama, oparta o framugę drzwi, przyglądała się działaniom firmy spedycyjnej. – Porozmawiajmy.

Zignorowałam propozycję.

– Cześć, Fikoł. – Na pożegnanie podrapałam jamnika za uchem. – Przepraszam za wszystko, ale wybaczcie. Muszę mieć trochę czasu dla siebie.

Nie obchodziło mnie, czy rozumieją moje zachowanie, lecz w ogóle niewiele mnie obchodziło. Potrzebna mi była klinika mogąca uleczyć duszę, a najlepszą w tej chwili wydawał się stary strych, który mieliśmy wynająć z Miłoszem po ślubie…

Komórka nie sygnalizowała żadnych połączeń, żadnych esemesów. Miłosz najwyraźniej nie czuł potrzeby, by mi wyjaśniać cokolwiek. Podobnie jak Aldona.

Zgodnie z ustaleniami klucz leżał pod wycieraczką. Wysupłałam kilka banknotów, żeby zapłacić panom od przeprowadzek, którzy wtaszczyli mój niewielki dobytek na górę. Rozejrzawszy się po nieszczególnie dobrze utrzymanym pomieszczeniu, sięgnęłam po telefon.

– Moni, dzięki za szybką akcję. Jestem już przeprowadzona. Wpadnij do mnie na dużego drinka i pociesz mnie jakoś.

Pijąc szota za szotem, mimo wszystko czekałam na esemes od Miłosza. Zamiast niego pojawiła się wiadomość z nieznanego numeru.

„Nie ma tego złego… I nie należy się martwić. Przepraszam, że pozwoliłem sobie napisać. Trzymaj się, jesteś bardzo fajną dziewczyną. Tomasz”.

– Tomasz? Jaki znowu Tomasz?

W tamtej chwili nie kojarzyłam żadnego. Zaraz, zaraz… A może…

Monika pojawiła się, zanim jeszcze zdążyłam się sromotnie urżnąć.

– Chodź. – Przyciągnęła mnie do siebie. – Źle z tobą. Siadaj, zrobię kanapki.